Niemcza jest warta tych emocji – wywiad z Michałem Kukułą

Twoja pierwsza książka, “Inne miasteczko” to był zbiór dość różnorodnych opowiadań, które scalało miejsce akcji, czyli Niemcza. Wydany niedawno “Granit” to już wyższy poziom wtajemniczenia — przeskoczyłeś z krainy krótkich form do świata pełnoprawnej powieści. Kiedy pojawiła się u Ciebie myśl, że to już czas na to, aby zmierzyć się z powieściową materią?

Prawdę mówiąc, to wynikło nie od razu, ale po czasie, kiedy powstawał już „Granit”. Nie nazwałbym tego przeskokiem. To było raczej stopniowe rozwinięcie krótkiej formy. I do ostatniej chwili miałem wahania, aby nazywać to powieścią. Jeszcze jako nastolatek pisałem wiersze i kiedyś ktoś zadał mi pytanie, czy na pewno chciałbym być poetą, przyznałem mu wtedy rację, że nie do końca. W poezji czułem się trochę jak słoń w składzie porcelany. Moja poezja była jakaś taka niezgrabna, pisana na siłę i czułem, że w takiej formie nie daję rady ująć tego wszystkiego, co bym chciał. Ale wiedziałem, że chcę pisać.

Później było długie nic. Jakby brakowało mi językowych narzędzi, pomysłów… Wtedy myślałem już nad jakimiś większymi fabułami, które kompletnie się nie kleiły. Zacząłem więc od prostych pomysłów, z których wylęgały się akapity. Rozwijałem je i tak powstawały pierwsze teksty (niepublikowane). Zacząłem dostrzegać, jak ważna jest praca nad tekstem. Że tekst albo sam pomysł dojrzewa, czy to na papierze, czy w głowie i nie ma znaczenia, jak długo się to dzieje – może być to tydzień, a nawet rok. Jeśli jest tego wart (w moim mniemaniu), prędzej czy później zostanie opublikowany.

Czytając “Inne miasteczko”, miałem wrażenie, że gdy dostajesz więcej miejsca i stron i możesz pobawić się opowieścią, automatycznie się rozpędzasz, na czym zyskuje historia. Najbardziej pamiętam najdłuższe opowiadanie z tamtego zbioru — filmowe, przygodowo-sensacyjne “Przemiany, czyli o Kurcie i Harmanie”. Czujesz, że jesteś autorem, który potrzebuje trochę więcej przestrzeni, aby pokazać swoje możliwości? Zabrzmiało to niczym charakterystyka skrzydłowego w drużynie piłkarskiej. 😉

Raczej tak, lubię swobodę w pisaniu i zwykle pozwalam się prowadzić wyobraźni, a ogranicza mnie tylko wewnętrzna logika fabuły. Bo literatura według mnie jest furtką do tworzenia nowych rzeczywistości, które powinny być dopełnione, do pewnego stopnia zwarte. A nawet jeśli pozostaje jakaś otwarta furtka, to jest to pretekst do rozwinięcia opowieści w inną historię, może całkiem odmienną od głównego wątku.

A z tym rozpędzaniem się różnie bywa. Czasem historia powstaje w dwa, trzy dni, czasem nad jednym akapitem myślę przez tydzień, „drepcząc po pokoju”. Miałem tak z opowiadaniem „Fotograf”. Z kolei w innym („Futro”) właściwe zakończenie powstało w ciągu jednego czy dwóch wieczorów i to po sugestii kolegi, że można by to jakoś inaczej poprowadzić… Tak się dzieje, kiedy mam poczucie swobody i nie muszę lawirować między wydarzeniami, aby pozostać konsekwentnym w kwestiach fabularnych, bo piszę bardzo chaotycznie. Nigdy nie wiem, jak historia czy wątek się zakończą. W przypadku krótkich form jest to łatwe. W przypadku powieści już nie, bo wprowadzając jeden element, muszę cofnąć się np. o rozdział i coś zmienić, aby logika się nie łamała.

Niemniej jednak zawsze staram się zaskoczyć sam siebie. Wtedy jest bardziej prawdopodobne, że czytelnik będzie zainteresowany dalszym ciągiem historii. Też przecież jestem czytelnikiem i w tego typu literaturze lubię być zaskakiwany. Przecież za to kochamy kryminały, thrillery i horrory. Myślę, że w takich opowieściach bardzo ważne jest w miarę dokładne nakreślenie akcji, okoliczności i miejsc. Taka obrazowość daje chyba czytelnikowi poczucie współuczestniczenia. Tym bardziej, że gros moich czytelników zna przestrzeń poruszanych przeze mnie fabuł. Z przestrzenią też jest tak, że nigdy nie zakładam, ile dana historia zajmie mi miejsca. Czy to będzie 5, czy 50 stron – najważniejsze jest to, że mam w danej chwili po prostu coś do opowiedzenia.

Porozmawiajmy teraz o “Granicie”, czyli Twojej nowej książce. To spora gabarytowo powieść, w której aż skrzy się od nieszablonowych pomysłów oraz zaskakujących postaci i motywów, czyli ważnych dla Ciebie składników fabularnego budulca. Jak wyglądały prace nad tą książką? Zaczęło się od jednego obrazu, przebłysku, a może nosiłeś w sobie tę historię od lat?

Początkowo to było opowiadanie mające około piętnastu stron. Nazywało się „Szczytna” i kończyło sceną, kiedy główny bohater ma wypadek rowerowy i poznaje starszego człowieka. Ta krótka forma o mały włos nie weszła w skład „Innego miasteczka”. Jednak dotarło do mnie, że jest w niej za dużo otwartych furtek, że kilka wątków warto by rozwinąć i ogólnie fabuła ma swój potencjał.

Nie istniała jeszcze wtedy cała zamierzchła historia Bernarda, nie było Angwelesa, pamiętników i listów. Ale był krzyż pokutny, tajemnicza korespondencja i zdziwaczały starzec, no i wątek relacji Ziemowita i Karoliny. To chciałem rozwinąć. Chciałem też przemycić nieco magii klejnotów i zagadnienie naszej etniczności. Myślę, że w czasach, kiedy taka świadomość często się rozmywa, albo jest przykrywana kolejnymi warstwami plastiku, warto ją akcentować. A wyobraźnia zaprowadziła mnie na niemal trzechsetną stronę.

Przemyciłeś do swojej powieści kawał historii o niemczańskich zakamarkach, geologii czy śląskich sektach. Stawiam, że nie obyło się bez dogłębnego riserczu? Jak on wyglądał?

Tak się złożyło, że przyszło mi pisać tę opowieść w ciężkich czasach dla riserczerów. Pandemia mocno ograniczyła dostęp do przybytków takich jak archiwa państwowe czy biblioteki specjalistyczne. Myślę, że gdybym mógł z nich skorzystać, lektura byłaby znacznie ciekawsza i mam nadzieję, że taką szansę dostaną inne pomysły. Ja jednak musiałem polegać na wiedzy i pozycjach akademickich, które poniekąd znałem jeszcze z czasów studiów etnograficznych. Zawsze pociągała mnie tajemniczość rytuałów, szamanizm i transcendencja osobowości. Pamiętam swoją fascynację Carlosem Castanedą. Dziś interesuje mnie bardziej nasze „lokalne podwórko”. Dlatego skupiłem się na zagadnieniach dotyczących historii Dolnego Śląska, obrzędowości, rytuałach i kulturze dawnych Słowian, na temat których, prawdę mówiąc, wciąż tak mało wiemy.

Niziurski, Bahdaj, Nienacki, polska fantastyka, amerykańskie kino przygodowe. Podczas obcowania z “Granitem” otwierają się u czytelnika w głowie różne szufladki. Na jakich książkach i filmach dorastałeś? Które zostawiły swoje piętno i były dla Ciebie pierwszą szkołą konstruowania fabuł?

U mnie był to Szklarski, Nienacki, May, Dickens, Dumas, Verne, później Mankell i inni Skandynawowie i mnóstwo klasyki od Dostojewskiego po Lema. Jeżeli chodzi o kinematografię, to należę do pokolenia, które wstrzeliło się w czasy zachwytu nad powiewem zachodniego świata. Koniec lat osiemdziesiątych należał rzeczywiście do amerykańskiej przygody. Do dziś jestem fanem Indiany Jonesa. Jednak filmy, które naprawdę zapadły mi w pamięć to kino artystyczne. Przede wszystkim Fellini, Buñuel, Weir. To obrazy, które ryją w pamięci przez lata. Tam kunszt kinematografii to nie tylko estetyka obrazu, ale świetne wyczucie emocjonalnego nasycenia w każdej scenie, jak w „Rzymie” czy „Mieście kobiet”, albo oniryczność „Pikniku pod wiszącą skałą”.

Jeśli już wspominamy o kinematografii, to muszę przyznać, że Twoja proza jest mocno wizualna. Historie płyną, a poszczególne sceny i rozwiązania fabularne mają swój filmowy sznyt. Zastanawiałeś się kiedyś nad napisaniem scenariusza do filmu czy serialu? Jak wyobrażasz sobie “Granit” w kinowym wydaniu?

Wolałbym, żeby pozostał literaturą. Nie jestem zwolennikiem przenoszenia prozy na ekran, bo z tym naprawdę różnie bywa. Poza nielicznymi wyjątkami, jak ekranizacja Tolkiena, nie wychodzi to literaturze na dobre. No chyba że autor tekstu od razu pisze go pod kątem filmu. Ale wtedy pewnie trochę inaczej się tworzy. Ja, mimo że sceny, które przenoszę na papier, również w głowie przewijają mi się niczym taśma filmowa, nigdy nie przejmowałem się chyba tym, jakby to było na planie filmowym. Zresztą hołduję zasadzie – najpierw książka, później film.

Jeżeli będziemy patrzeć na literaturę przez celuloidowy filtr, to możemy naprawdę przegapić masę świetnej literatury. Ja miałem tak z Stephenem Kingiem. Znałem go od dzieciństwa poprzez ekranizacje jego książek. Przez to zawsze wydawał mi się amerykańsko kiczowaty. Poza kilkoma wyjątkami („Skazani na Shawshank” czy „Zielona mila”) są to adaptacje mocno nieudane, na czele ze „Lśnieniem”. Natomiast proza Kinga to naprawdę pyszna gatunkowo literatura. Od fabuły po figury językowe wszystko tam gra, jak należy.

Mimo że lubisz pisać prozę przygodową w odrobinę hultajskim czy sowizdrzalskim wydaniu, przemycasz tu i ówdzie garści filozoficzno-historycznych refleksji. Sprawna akcja to za mało i książka powinna mieć swoje drugie dno i czułe podbrzusze?

Jak najbardziej. Akcja, fabuła powinny być tylko pretekstem do – może to za mocne słowo – dydaktyki. Każda lektura powinna mieć w sobie ziarno wiedzy, element poznawczy. Inaczej będzie tylko zwykłą kopaniną w sztampowym stylu amerykańskiego kina sensacyjnego albo czczych harlequinów. Przyznam, że w moim pisaniu jest jeszcze wiele do zrobienia pod tym względem. Czuję, że chciałbym przemycać więcej wartości i ciekawych informacji. Nie mam oczywiście zamiaru pisać elaboratów ani przewodników turystycznych, ale chciałbym, aby to, co piszę, było dobrym wstępem, zaczynem, haczykiem do poznania regionu i klimatu lokalności.

Mam wrażenie, że z “Granitu” płynie przesłanie, że historia, dzieje ludzkości są uporządkowane, dążą do harmonii, a błędy przeszłości da się naprawić — nawet w dziesiątym pokoleniu. Wierzysz w taką wizję przeszłości?

Myślę, że wszystko ma swój skutek i przyczynę. Wszystko jest konsekwencją historii, takich, a nie innych wyborów, a czasami zupełnych przypadków. Wiele też zależy od świadomości i postaw społecznych, bo to przecież decyduje o wyborach globalnych i jednostkowych. Kiedy spojrzymy na ogół społeczeństwa, a nawet szerzej cywilizacji, widzimy sprzężone ze sobą wypracowywane przez pokolenia mechanizmy. Jedne mają za zadanie tworzyć ruchy ekspansywne, tak jak ekonomia i rozwój gospodarczy, inne np. hamować agresję, jeszcze inne tworzą bufor dla sfery duchowej. W taki sposób społeczeństwo dąży do harmonii.

Harmonia to współdziałanie w czasie i przestrzeni. Jako ogół cały czas naprawiamy błędy przeszłości, uczymy się. Wypracowujemy nowe rozwiązania, popędzamy system ideowy i ekonomiczny, aby nadążał za rozwijającymi się potrzebami i pomysłami. Dlatego w skali dziejowej udało nam się napiętnować np. niewolnictwo czy terroryzm. Chociaż w kwestiach godności ludzkiej jest jeszcze wiele do zrobienia. Ważna jest pamięć, to jest klucz do niepopełniania błędów. Podobno historia lubi się powtarzać. Ja dopowiadam sobie, że zwłaszcza tym, którzy o niej zapominają.

Niemcza to Twoje literackie axis mundi — Twoje opowieści czerpią z tego miasteczka, z tej ziemi. Co takiego jest w Niemczy, że tak ostrzy ona pióro i wyobraźnię?

Przede wszystkim to moja przestrzeń. Mała ojczyzna. Ma swoje blaski i cienie, ale jeszcze kilkanaście lat temu magię tego miejsca świetnie dopełniali ludzie, z którymi dorastałem. Może oni byli jej źródłem i esencją? Dziś życie, niezmordowanie piszące własne scenariusze, rozpuściło nas po świecie. I czegoś zaczęło nam tutaj brakować. Każdy z nas miał jakieś plany, zamierzenia, pomysły na szczęście. Ja skrycie chciałem pisać. I chociaż nikomu nic nie obiecywałem, teraz mam nadzieję, że Ci wszyscy oryginalni, ciekawi, magiczni ludzie cieszą się, kiedy mogą wziąć w ręce moją twórczość, rozumiejąc irracjonalność, którą się posługuję, a którą nieraz zdarzyło się nam przeżywać. 😊

Poza tym to malownicza przestrzeń, co w taki, czy inny sposób pokazuję w tekstach. Ulubiona pora dnia albo ulubiony fragment horyzontu to coś, co kojarzy mi się właśnie z Niemczą i chyba tak już zostanie. Zawsze byłem trochę sentymentalny i emocje związane z moją przeszłością i tym miejscem zawsze będą miały dla mnie znaczenie. To miejsce jest warte emocji.

Opowiedziałeś już w swoich historiach o arboretum w Wojsławicach, lokalnych kamieniołomach, oddałeś wielokrotnie topografię miasta. Wydaje się, że wykorzystałeś większość niemczańskich puzzli. A może się mylę i ten teren może być bohaterem jeszcze wielu książek i opowieści?

Jeśli użyjemy metafory puzzli, to skleiłem może kilka kawałków wśród – nie wiem – chyba tysięcy z nich? To przecież ponad tysiąc lat historii. Ogrom wydarzeń, które warto przypomnieć, zaakcentować, czy potraktować jako pretekst do naświetlenia danego czasu.

Miejsc z potencjałem na ciekawą historię też jest bez liku. Ostatnio spacerując po Niemczy, daję się wodzić za nos (i ręce) moim kilkuletnim dzieciom, które wciąż pytają mnie o tajemnicze (według nich) przejścia, budynki, góry, drogi, itp. To rozbudza we mnie etnologiczną świadomość tej nieoczywistości i spojrzenia na przestrzeń i czas z trochę innej perspektywy. To trochę jak patrzenie na grafiki Eschera.

Poza tym, skoro na ulicy bez numeru może powstać powieść, to, co powiedzieć o zamku, kamienicach, kościołach, murach obronnych czy nawet okolicznych lasach. Mam nadzieję, że dojrzeję kiedyś do takich tematów, jak bitwa roku 1017 czy okres wojen husyckich.

Na koniec spytam, czego życzysz czytelnikom, którym “Granit” wpadnie w ręce i jaki odbiór tej książki byłby dla Ciebie satysfakcjonujący?

Wszystkim czytelnikom życzę satysfakcji z lektury i tego, że utożsamią się choć trochę z bohaterami albo lokalną przestrzenią. Liczę, że po przeczytaniu książki chętniej odwiedzą Niemczę, a mieszkańcy będą patrzeć na swoje miejsce na Ziemi, jak na miejsce, w którym wciąż tkwią ciekawe możliwości.

Rozmawiał Kornel Maliszewski


Michał Kukuła – urodzony w 1978 roku. Absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego, kierunek Etnologia. Wieloletni mieszkaniec Niemczy, gdzie spędził dzieciństwo i młodość. Pierwsze próby prozatorskie podjął w 2012 roku. W 2016 jedno z opowiadań (Futro) znalazło się w okazjonalnym wydawnictwie lokalnym „Niemcza partnerstwo muz”. W 2019 zadebiutował zbiorem opowiadań „Inne miasteczko”, które ukazało się nakładem Wydawnictwa Mamiko. Obecnie mieszka we Wrocławiu a rodzinne miasto często odwiedza poszukując inspiracji.


Zobacz także:

Michał Kukuła – Granit

Znów oddaje Kapelmajster temu miastu hołd – recenzja “Innego miasteczka” Michała Kukuły