„Jak staruszka, nucąca pod nosem wiersz podczas krwawej strzelaniny” – wywiad z Pawłem Stelmachem

Minął kawałek czasu od wydania „Setek oceanów”. Jak wspominasz tamten debiutancki okres i oceniasz po kilku latach tę książkę? Wszystko się w niej udało, czy budzisz się czasem w nocy z myślą, że jednak którąś z opowieści należało poprowadzić inaczej? 😉

Wtedy to były dla mnie wielkie emocje, bo niby napisałem książkę właśnie po to, żeby ją wydać, a jednak wydawało mi się to abstrakcją i nie do końca wierzyłem, że się uda. Podczas pisania fascynowała mnie wizja stworzenia potężnej, wielopoziomowej powieści z wieloma bohaterami i wątkami. Z jednej strony jestem zadowolony, że się to udało, ale wiem też, że dla wielu czytelników „Oceany” nie należały do łatwych w odbiorze i można było się w tym wszystkim zagubić. Tak nie powinno być. Odbiorca nie powinien co chwilę cofać się o kilkadziesiąt stron, żeby nie zgubić sensu opowieści.

Na jakimś etapie ktoś zaproponował, żeby usunąć Laylę i cały jej wątek, bo właściwie dubluje istniejącą już odnogę kryminalną, więc po co nam to? Problem polegał na tym, że książka była już praktycznie gotowa. Wyobraź sobie, że musisz usunąć guza mózgu, który jest tak połączony z resztą organu, że prawdopodobnie zabijesz pacjenta. Taki jest minus pisania kobył. Bardzo ciężko się je potem modeluje.

Staram się tego uniknąć w kolejnej książce, ale pokusa zbudowania kolejnego monstrum jest silna i każdorazowo muszę zakładać sam sobie literacki kaganiec. 🙂

Pamiętam, że podobała mi się w „Setkach oceanów” dokładność w prowadzeniu historii, dbałość o szczegóły. Wszystko się odpowiednio zazębiało, rozsypane puzzle układały się w całość. Jak udało Ci uzyskać ten efekt? Obyło się bez motywu znanego z filmów kryminalnych, w których bohater łączy na ścianie markerem różne elementy zagadki?

To było właśnie jak układanie puzzli! Różne fragmenty pojawiały się same w podświadomości, a ja musiałem potem zbierać je do kupy. Z czasem, kiedy główny kościec fabularny już istniał, było mi łatwiej, bo wiedziałem, dokąd zmierzam i jak się to wszystko skończy. W tamtych czasach miałem w domu tablicę i bazgrałem po niej markerem, żeby się nie zgubić w historii.

Jak już wspomniałeś, Twój debiut to było prawie pięciusetstronicowe monstrum. Przez co przypominał scenariusz przynajmniej 4-sezonowego amerykańskiego serialu, w którym przeplatają się losy wielu postaci i poznajemy bohaterów poprzez aktualne przygody, ale także szereg retrospekcji. Inspirujesz się serialowymi sposobami na opowiadanie historii?

Zdecydowanie tak. Dla mnie zawsze kluczowa była narracja, jaką chce się wybrać, bo żyjemy w czasach, w których, moim zdaniem, wszystko już zostało opowiedziane. Każda fabuła ma gdzieś daleko swoją siostrę bliźniaczkę. Każdy profil psychologiczny bohatera został już gdzieś użyty. Dlatego ważne jest to, w jaki sposób opowiadamy historię.

Pamiętam, że zanim zacząłem pisać „Oceany”, wchłaniałem jak odkurzacz serial „Zagubieni”. W nim większość odcinków polegała na tym, że retrospekcje przelewały się przez sceny bieżących zdarzeń, często wywołując efekt szoku poprzez zderzenie ze sobą dwóch kompletnie różnych stanów, w jakich znajdowała się postać. To rodziło jedno podstawowe pytanie: „co się z nim/nią stało”. Wtedy dotarło do mnie, że widz lub czytelnik „zagubiony”, to zazwyczaj także widz zaciekawiony i zaangażowany. Chcesz wiedzieć, co będzie dalej, a skoro nie przychodzi ci do głowy żadne rozwiązanie, to pozostaje ci tylko włączyć kolejny odcinek.

Twoja książka, właśnie niczym wysokobudżetowy serial, rozgrywała się w Stanach Zjednoczonych, Somalii, na Bliskim Wschodzie. Jak się przygotowywałeś do tego, aby oddać atmosferę tamtych miejsc?

To był bardzo delikatny zabieg, bo z jednej strony trzeba było te miejsca jakoś pokazać, ale z drugiej uważać na to, żeby nie zacząć się za bardzo wymądrzać, bo wtedy pierwszy lepszy ekspert, na przykład znawca przebiegu wojny domowej w Somalii, zjadłby mnie na śniadanie. Starałem się pokazać te regiony bardziej jako tło dla rozwoju bohaterów, niż pisać esej na ich temat. Poza tym musiałem zapoznać się z różnymi książkami, dokumentami i tak dalej. Pamiętam, jak pisałem rozdział, w którym handlarze bronią transportują swój towar z jednego kontynentu na drugi. To niełatwa sprawa! Rozmawiałem wtedy z jednym pilotem o tym, jak mogłoby to wyglądać, żeby zachowana została logika i racjonalność zdarzeń. Wielokrotnie zapewnialiśmy się wzajemnie, że nasza rozmowa odbywa się tylko w celach artystycznych. 🙂

Jak mówisz, łatwo wpaść w pułapkę, porywając się na opis dalekich zakątków. Zapytam więc przekornie – dlaczego nie piszesz o najbliższym sobie świecie? Dlaczego „Setki oceanów” nie rozgrywały się na przykład we Wrocławiu wśród swojskich klimatów? Tytuł kojarzy się z fragmentem („Tutaj ludzie złych profesji//Mają swoje oceany//Śmierć im podpowiada przyszłość//I co noc, co noc z nich drwi”) z piosenki zespołu Klaus Mitffoch, opowiadającej o wrocławskim Trójkącie Bermudzkim.

Myślę, że w przypadku pierwszej książki rozbudowana fabuła trochę narzuciła potrzebę rozbicia jej na różne kraje. Poza tym chyba spędzam za dużo czasu w Polsce, żeby jeszcze o niej pisać. 🙂 Gdy już wyruszam w podróż, to chciałbym, żeby była to podróż odległa. Co nie oznacza, że nasz kraj nigdy nie pojawi się w żadnym z wytworów mojej wyobraźni. Mam w planach napisanie kilku opowiadań w klimacie „powieści drogi”, więc kto wie? Może zahaczymy o Wrocław.

Na pierwszy rzut oka „Setki oceanów” sprawiają wrażenie książki, którą ma się po prostu dobrze i szybko czytać. Interesująca i mocna fabuła ma zassać czytelnika i już go nie wypuścić. W pewnym momencie odbiorca uświadamia sobie jednak, że gra toczy się tu także na metaforycznym poziomie. Sądzisz, że opowieść musi nieść za sobą jakieś znaczenia czy czasem wystarczy po prostu dobra zabawa?

Osobiście nie przepadam za sposobem pisania, w którym zakłada się ukazanie światu jakiegoś konkretnego przekazu albo prawdy absolutnej. Znaczenie jest ważne, bo wielu z nas szuka go w swoim życiu, ale jak w życiu – tak i w powieści – każdy powinien odnaleźć je samodzielnie. Nie chcę nikomu wskazywać drogi. Czy chodzi o dobrą zabawę? Myślę, że chodzi o emocje. To główne narzędzie pisarskie. Jeśli nie czujesz nic, brnąc przez jakąś historię, to szybko o niej zapomnisz, a zatem ani nie odnalazłeś w niej istotnego znaczenia, ani się dobrze nie bawiłeś. Emocje są kluczem.

W swoim debiucie łączyłeś krwawe sceny z bronią w ręku z lirycznymi fragmentami wierszy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz swojej mamy, Maryli Stelmach. Te zderzenia przeciwieństw były świadomie zastosowanym motywem, który miał wzmocnić historię?

Świadomie raczej nie. Są pisarze, postrzegający proces twórczy bardzo inżynieryjnie. Stosują zabiegi, modele, różne mechanizmy powieściowe i tak dalej. Ja nie potrafię wymienić ani nazwać strategii pisarskich, Nie jestem znawcą języka. „Oceany” powstawały na zasadzie budowania emocjonalnego zaangażowania czytelnika, a mnie – głównie intuicyjnie – zawsze intrygowały pozornie sprzeczne motywy, takie jak, powiedzmy, staruszka, nucącą pod nosem wiersz podczas krwawej strzelaniny. Nie każdemu się to spodoba, ale każdy to zapamięta.

Zapamiętywalne książki to te, które (poza tym, że wywołują emocje) można interpretować na wiele sposobów. Moim zdaniem właśnie takie były „Setki oceanów”. Zaskoczyły Cię jakieś formy odbioru tej książki, które się pojawiły wśród czytelników?

Szczególnie ważny był dla mnie odbiór i interpretacja postaci Mariny i Bena, bo oni są pomostem, mającym łączyć „Oceany” z kolejnymi książkami. Niektórzy sądzili, że to Bóg i Diabeł, toczący ze sobą wojnę. Inni utożsamiali Marinę ze śmiercią. Pamiętam jak jedna z osób, którą uważam za swojego mentora, zadzwoniła do mnie i powiedziała:

– Paweł, nie rozumiem motywu dzieci, posiadających nadprzyrodzone moce. Masz pole bitwy i żołnierzy, i nagle dziesięcioletnia dziewczynka się tam pojawia i zaczyna z nimi biegać. To się gryzie!

A ja na to:

– Ale to się ma gryźć!

Budowanie emocjonalnego zaangażowania u czytelnika, zderzanie przeciwieństw, kierowanie się podświadomością i intuicją. Zdradziłeś już kilka sposobów na to, jak sprawić, aby opowieść była bardziej interesująca. Masz na to jeszcze jakieś swoje triki?

Moim zdaniem autor powinien pisać o tym, co go interesuje. Tylko wtedy będzie wiarygodny. Oczywiście to nie jest wszystko takie proste, bo branża zawsze będzie opierała się na jakichś trendach czytelniczych i wielu twórców stara się wyjść im na spotkanie. Książka jest produktem i trzeba się z tym pogodzić, niemniej uważam, że warto pozostać w zgodzie ze sobą i robić to, co się lubi, raczej kierując się wewnętrznym głosem niż wykresami sprzedaży.

Pisanie jest jak organizowanie wesela. Jakbyś się nie namęczył i tak zawsze znajdzie się gość, szepczący drugiemu na ucho, że wódka mogłaby być bardziej zmrożona. Dlatego artysta, który liczy, że jego dzieło spodoba się każdemu, będzie nieustannie sfrustrowanym człowiekiem.

A jaka jest Twoja ulubiona scena z filmu, książki czy serialu?

Nie mam ulubionej sceny, ale ulubione filmy to „Pulp Fiction” i „Podziemny Krąg”. Pamiętam też, że swego czasu wielkie wrażenie zrobił na mnie film „Dwunastu gniewnych ludzi”. Faceci siedzą sobie przez dwie godziny w małej salce, rozmawiają i nic więcej się nie dzieje. Autor z własnej woli obdarł się z większości narzędzi pisarskich, a mimo to udźwignął temat. To wymaga prawdziwego talentu.

Piszesz teraz nową powieść, czyli „Brudne słońce”. Co to za historia i w jaki sposób będzie wiązać się z Twoimi debiutanckimi „Setkami oceanów”?

Początkowe założenie było takie, że z linii fabularnej „Oceanów” wyewoluuje druga powieść „Nienamacalni”, ukazująca historię Mariny i Thomasa. „Brudne Słońce” miało być kompletnie odrębnym opowiadaniem sci-fi. Z czasem historia zaczęła żyć jednak własnym życiem i wytłumaczyła mi, że będzie to wyglądać nieco inaczej.

Ostatecznie „Setki Oceanów”, „Brudne Słońce” i „Nienamacalni” będą tworzyć trylogię „Serce wszystkich gwiazd”. Nie chcę jeszcze za wiele zdradzać odnośnie drugiej powieści, ale opisując ją w telegraficznym skrócie – jej fabuła zasadza się na tym, że nasze słońce pokrywa się wielkimi czarnymi plamami. Nikt poza naukowcami nic sobie z tego nie robi, ale nagle te same plamy pojawiają się na dłoniach milionów ludzi na całym świecie i wtedy zaczyna się panika. Na cztery dni cała ludzkość zapada w sen, aby obudzić się w zrujnowanym świecie. Ewidentnie miał miejsce koniec świata, jakiś kataklizm, ale nikt go nie pamięta i nikt nie wie, co się stało. Wszyscy „splamieni” wyparowali.

„Serce wszystkich gwiazd” będzie trylogią wielogatunkową. „Oceany” to kryminał, „Słońce” to postapo, „Nienamacalni” będą głównie space operą. Taki brak spójności gatunkowej to bardzo ryzykowny krok, ale bez ryzyka nie ma zabawy.

Pracujesz jako analityk bankowy. Rozumiem, że jest to robota na pełen etat. Kiedy więc powstają te ponad czterystustronicowe powieści? Wieczorami, w weekendy?

Czas to nie problem, bo kilka godzin w tygodniu znajdzie każdy, jeśli tego chce. Większym wyzwaniem jest uzbieranie sił i zachowanie świeżego umysłu. Pogodzenie życia zawodowego i prywatnego z pisaniem nie jest łatwe, ale powoli, stopniowo kolejna książka się rozrasta.

Setki oceanów” to mocno wizualna powieść, dlatego na koniec spytam, jak wyobrażasz sobie jej ekranizację? Kto mógłby zostać reżyserem, a jacy aktorzy powinni zagrać główne role?

Myślę, że film nie wchodzi w grę, bo ta powieść jest zwyczajnie zbyt obszerna. Serialowa ekranizacja miałaby więcej sensu. Pierwowzorem Barney’a był Tony Soprano, niestety ten wspaniały aktor, który wcielał się w tę rolę, już nie żyje. Laylę pierwszy raz zobaczyłem w twarzy Jade Raymond, choć to nie aktorka. 🙂 Brian kojarzy mi się z Charliem Hunnamem. Steve to Matthew McConaughey? Nie mam pojęcia, kto powinien to wyreżyserować. Najchętniej stworzyłbym hybrydę braci Coen, Tima Burtona i Quentina Tarantino, ale chyba sporo wymagam, jak na debiut literacki. 🙂

Rozmawiał Kornel Maliszewski


Paweł Stelmach – urodził się 14 Listopada 1991 roku we Wrocławiu, gdzie mieszka do dziś. W 2015 roku ukończył naukę na Uniwersytecie Ekonomicznym. Obecnie pracuje jako analityk bankowy. Książka “Setki Oceanów” jest jego debiutem literackim. Autor rozpoczął pracę nad kolejnymi powieściami („Brudne słońce”, „Nienamacalni”), mającymi kontynuować wybrane wątki pierwszej. Paweł uwielbia długie nocne spacery, podróże i oczywiście pisanie. Wierzy, że każdy jest w stanie spełniać swoje marzenia, o ile wykona pierwszy krok. Ta wiara zaprowadziła go do nas.


Zobacz:

Paweł Stelmach – Setki oceanów

Mamy swoje oceany – recenzja “Setek oceanów”