„Spieprzył Ziemię, ruszył w Kosmos” – rozmowa z Andrzejem Żurkiem

Kornel Maliszewski: Przed wejściem w świat “Profesora i Besserwissera” chciałbym zadać Panu kilka pytań o Pana życiowe doświadczenia. Jak wspomina Pan swoje ostatnie lata w Polsce? Jakie były główne powody wyjazdu? Kiedy zaświtała w Pana głowie myśl, że to już czas na pożegnanie się z krajem?

Andrzej Żurek: Najpierw wspominałem ostatnie lata, ale od dawna wspominam wszystkie lata. Wczesne lata pełne przygód i marzeń o przygodach, czyli typowe. Szkoła, potem studia, rozróby, przyjaciele, dziewczyny, jazz, czytanie tych samych książek i oglądanie tych samych filmów i rozmowy o nich, często, od pewnego wieku, alkoholowe.

Na niektóre filmy chodziło się kilka razy. Myśleliśmy, że władze nie udostępniają nam, mieszkańcom PRL, setek wybitnych książek i filmów, ale potem okazało się, że… Ale o tym później. Dlaczego wyjechałem? Z różnych powodów. Ale wyjechałem „z własnej winy”. Zapomniałem o pracy – była jeszcze praca.

A jak wyglądały pierwsze lata w Kanadzie? Z Pana notki biograficznej wynika, że nie obyło się bez pracy fizycznej. Ciekawe również jest to, ile z tych początkowych doświadczeń trafiło na karty “Profesora i Besserwissera”?

Pracowałem na budowie, byłem akwizytorem firmy oprawiającej sidingiem domy i firmy sprzedającej odkurzacze, myłem okna, przez dwie zimy byłem taksówkarzem, rozwoziłem pizzę. Skorzystałem trochę, pisząc powieść, z wyniesionych z tych prac doświadczeń. Nie mogłem nie napisać o porannym „ładowaniu baterii” oraz przekłuwaniu baloników w firmie sidingowej, to było filmowe.

Słysząc hasła „Sky is the limit” i „Think positive” czułem się jak Mick Travis (grał go Malcolm McDowell), bohater jednego z moich ulubionych filmów: O Lucky Man!, czyli Szczęśliwego człowieka „tego lewaka” Lindsaya Andersona.

Prawdopodobnie kiedy okrzepł już Pan na nowej ziemi, zaczął łaknąć kontaktu z “kulturą”, miejscowym środowiskiem literackim. Jakie nurty, prądy przeważały w tamtym okresie w anglosaskiej rzeczywistości kulturowej?

Z kulturą miałem kontakt od samego początku, ale nie ze środowiskiem literackim. Chodziłem w Montrealu i Calgary do repertory cinemas – kin z podawanym na miesiąc lub dwa repertuarem, w którym przeplatano filmy z światowej klasyki z nowymi filmami z różnych części świata. Każdy seans to był inny film, nowe powtarzano dwa, trzy razy.

Niestety, te kina już dawno upadły, rynek okazał się dla nich bezlitosny. Kupowałem lub pożyczałem książki, czytałem weekendowe dodatki kulturalne do ogólnokrajowej kanadyjskiej gazety „The Globe and Mail”, słuchałem świetnego, wtedy świetnego, programu radiowego kanadyjskiej CBC, w bibliotece czytywałem „New York Timesa”, „New Yorkera”, „Atlantic Monthly” i „National Geographic”, zaglądałem do kanadyjskich periodyków literackich, byłem na kilku spotkaniach z kanadyjskimi pisarzami.

Kiedy już miałem trochę pieniędzy, zacząłem prenumerować „Literaturę na Świecie” i „Literaturę”, czasami zamawiałem „Twórczość”, wpadały mi w ręce paryska „Kultura” i „Odra”, potem „Zeszyty Literackie”; kanadyjskie periodyki literackie są dziwne, nie można ich porównać z polskimi: pięć opowiadań lub fragmentów powieści, piętnaście wierszy, to wszystko. Żadnego wiążącego słowa, eseju, krytyki, nic z dziedzin związanych z literaturą – teatru, kina, sztuki. Więcej można znaleźć we wspomnianych dodatkach do „The Globe and Mail” i „New York Timesa”.

Zaczęło mi brakować Polski, a w Calgary Montrealu, najbardziej europejskiego miasta w Północnej Ameryce. W teatrze bywałem rzadko; w Montrealu byłem na bardzo dobrej inscenizacji Emigrantów Mrożka, potem tylko kilka razy, bo kanadyjski teatr wyraźnie ustępuje polskiemu.

Środowisko literackie… Nie wiem, czy takie istnieje. Owszem, są festiwale literackie, odczyty, spotkania, ale pomiędzy nimi jest raczej pusto, jałowo, a one same odbywają się w letniej temperaturze. Nie ma klubów, piwnic, kawiarń Czytelnika, Spatifów, domów pracy twórczej, KMPiKów – kiedyś świetnych miejsc w Polsce – nie ma klubów studenckich, w każdym razie nie ma takich klubów studenckich, jakie były w Polsce – były fenomenalne, w nich zaczynało wielu znanych później twórców, artystów.

W Stanach Zjednoczonych było podobnie jak w Kanadzie. Owszem, Nowy Jork chyba miewał środowisko literackie, ale prawdziwe środowisko literackie istniało przez dłuższy czas chyba tylko w czasach beatników, w latach 1950. i może jeszcze w 1960., w Nowym Jorku i San Francisco. Wcześniej, w 1920., uformowało się w Harlemie, w okresie tzw. Harlemskiego Renesansu, środowisko czarnych pisarzy – to wtedy po raz pierwszy znane amerykańskie wydawnictwa publikowały masowo poezję i prozę czarnych twórców.

Jest mnogość imprez, koncertów, oczywiście są muzea, wystawy, opera, był i chyba dalej jest świetny teatr w Nowym Jorku, ale gazety i telewizja atakują odbiorców głównie wiadomościami z „wielkiego świata” gwiazd, gwiazdek i celebrytów. Nie wszystkich stać na koncerty, przedstawienia, teatr – bilety są zwykle bardzo drogie, wszystko jest drogie, kilkudniowa wyprawa, do muzeum, teatru, na wystawę itp., do Nowego Jorku czy innego wielkiego miasta może zrujnować.

Ale uciekła mi istotna uwaga… Prędko uświadomiłem sobie, podobnie kilkoro moich znajomych rodaków, że w PRL wydawano prawie wszystko, co wartościowe, i importowano prawie wszystkie wartościowe, zasługujące na uwagę filmy. Owszem, były bolesne luki – najlepsze… jeżeli to dobre słowo… przykłady w dziedzinie literatury to Miłosz i Gombrowicz, ich wieloletnia nieobecność – ale, powtarzam, było prawie wszystko, a to, czego nie wydawano i nie pokazywano, to, zorientowałem się tutaj, była w większości sieczka, a nie wielkie dzieła, jak kiedyś sądziliśmy, czyli że nie zaśmiecano nam głów. I tak kształtował się kiedyś dobry gust, smak artystyczny polskich czytelników i kinomanów. Lepszy, uważam, od gustu, poczucia smaku przeciętnego Amerykanina i Kanadyjczyka.

Oto przykład: moja znajoma, polska imigrantka, naraziła się w pracy, w dużej firmie, swoim kolegom i koleżankom, większość z nich po wyższych studiach, bo nie zgadzała się z nimi w ocenie filmu Titanic – oni uważali go za wybitne osiągnięcie artystyczne, ona odważnie głosiła, że to po prostu wielkie widowisko, film komercyjny, żadne arcydzieło. A nie kończyła w Polsce studiów artystycznych, literackich; skończyła „tylko” krakowskie liceum, w Kanadzie została programistką komputerową.

Wracam do sprawy środowiska literackiego, intelektualnego – uniwersytety organizują ciekawe spotkania i dyskusje, ale uniwersytety są daleko od centrów miast, wiedza o tym, co organizują nie dociera do wielu osób spoza, no i wielu ludzi, nawet tych po studiach, uniwersyteckie spotkania trochę odstraszają, jest na nich zbyt akademicko, naukowo. Co do życia studenckiego – ma miejsce tylko na kampusach uniwersyteckich; nie poznałem kanadyjskiego ani amerykańskiego miasta, które można by nazwać uniwersyteckim. Może Boston ma taki charakter?

Jakie nurty, prądy przeważały w tamtym okresie w anglosaskiej rzeczywistości kulturowej? Padały ostatnie tabu, trwała już ponowoczesność… Chyba nic więcej „od ręki” nie mogę powiedzieć, bo mógłbym palnąć głupstwo; nie pamiętam, co już było, a czego jeszcze nie było.

Ale powiem o tym, o czym pomyślałem pod koniec 1980. albo na początku 1990.: że skończyła się wielka proza amerykańska… dla mnie ostatnim wielkim prozaikiem amerykańskim był Saul Bellow… że skończyła się epoka wielkiego czy ważnego filmu amerykańskiego… że nie wróci wielki dramat sceniczny, na miarę utworów Tennessee Williamsa, Arthura Millera i Edwarda Albee’ego… że nie będzie już tak wielkich muzyków jak Miles Davis i John Coltrane, piosenkarzy na miarę Jimi’ego Hendrixa i Janis Joplin, Paula Simona i Boba Dylana, i ich poprzedników. Ale… wracam do literatury… była już… oczywiście zaczęła się znacznie wcześniej… wielka literatura latynoamerykańska, która przywróciła radość czytania. I byli nowi pisarze europejscy, i pisarze z Azji i Afryki.

Wróćmy do Pana książki. “Profesor i Besserwisser” to późny debiut. Spytam odrobinę bezceremonialnie – dlaczego nie zadebiutował Pan wcześniej? Wynikało to z chęci detalicznego dopracowania swojej powieści, dążenia do ideału? A może było to świadome “nie-tworzenie”, “nie-wydawanie”, bliskie strategii “I would prefer not to”, znanej z opowiadania Hermana Melville’a?

Żartuję, że gdybym dokończył powieść, którą pisałem w późnych 1970., oraz kolejną, pisaną w 1990., Profesor i Besserwisser byłby moją trzecią powieścią. Nie, nie odsuwałem debiutu; po prostu nie kończyłem zaczynanych powieści. A kiedy zacząłem tę i zorientowałem się, że mnie wciąga i że się ciekawie rozwija, nie ponaglałem się. Pisanie jej było frajdą i chyba bałem się, co będzie, kiedy ją skończę.

A jak powstawała ta powieść? Kiedy pojawiły się pierwsze zalążki, strzępki tej historii? Paul Auster zdradził w którymś z wywiadów, że każda jego opowieść wyłania się z jednego obrazu, nagłego przebłysku. Czy z “Profesorem i Besserwisserem” było podobnie?

Powstała, rozwinęła się z jednego popołudnia we wspomnianej w niej knajpce-kafejce Purple Perk, z napisanych tam dwóch stron. Profesor anglistyki, a ściślej – były profesor, idzie do podejrzanej tawerny podejrzanego hotelu Cecil, bo nie chce siedzieć sam w domu. Prawdopodobnie liczy na to, że spotka tam kogoś ciekawego.

Potem rzecz zaczęła się rozwijać. Były profesor upił się tam do nieprzytomności, spędził noc w Cecilu i następnego dnia dowiedział się od pozyskanych tam znajomych, że ostatniej nocy wygłosił kilka płomiennych przemówień i rzucił hasło założenia uniwersytetu w Cecilu.

Bardzo mi się ten pomysł spodobał, więc zacząłem śledzić losy tego, nietypowego, uniwersytetu i pomagać w jego rozwoju. Czyli że wcześniej, przez kilkadziesiąt stron, w pierwszych tygodniach pisania, nie wiedziałem, że w Cecilu powstanie uniwersytet.

Dlaczego profesor, a niedługo później Profesor, liczył na to, że spotka kogoś ciekawego w tawernie hotelu Cecil? Zabrał go tam wcześniej jego przyjaciel Besserwisser – jest o tym mowa w części III, retrospekcji – i powiedział mu wtedy, że wśród nędznie wyglądających bywalców tawerny są jedne z najlepszych umysłów miasta.

Powieściowy przyjaciel powieściowego Profesora powiedział to samo co powiedział mi ponad trzydzieści lat temu mój kolega uniwersytecki Lindsay T.; razem chodziliśmy na zajęcia z przedmiotu „Przegląd literatury angielskiej”.

Tak jak ja, Lindsay był znacznie starszy od reszty studentów. Był bardzo oczytany i pisał znakomite eseje, znacznie przewyższające poziom esejów pisanych przez „zwykłych” studentów. Ale poza uniwersytetem źle mu się wiodło i spotykały go nieprzyjemne przygody, między innymi w starych tawernach miasta – które miały dobre i złe strony. Były otwarte do późnej nocy, piwo było w nich najtańsze, nie trzeba było zamawiać jedzenia, ale można tam było bez wyraźnego powodu oberwać… Częściej na zewnątrz niż w środku, bo w środku panował względny porządek, chroniono gości.

Kiedy się skumplowaliśmy, zabrał mnie… Lindsay… do kilku tawern i w jednej z nich – podobnej do tawerny Cecila, którą też odwiedziliśmy – powiedział mi to, co wiele lat później Besserwisser powiedział Profesorowi w tawernie Cecila.

Po zakończeniu roku akademickiego mój kontakt z Lindsayem się urwał, aż pewnego dnia, po kilku latach, zobaczyłem go pchającego wózek zakupowy wypełniony pustymi puszkami. Wyglądał okropnie. Lindsay T. jest pierwowzorem powieściowych zdolnych i oczytanych Cecilian i Tawernian, których los skazał na smutne, beznadziejne życie, lub którzy sami skazali się na takie życie – do czasu założenia Uniwersytetu Cecila.

Pisał Pan tę powieść w chronologicznym porządku? Mam wrażenie, że poszczególne fragmenty, rozdziały mogły powstawać w różnych okresach, różnych latach.

Powstawały w różnych latach, ale dlatego, że pisałem tę powieść przez wiele lat: od września 2009 r. do 2016 r. po angielsku, a potem po polsku – korzystając z oryginału angielskojęzycznego, ale też wiele zmieniając.

Mexico City

Po polsku, bo uświadomiłem sobie, że po angielsku powieści sam nie dopracuję, doszlifuję; że musiałbym korzystać z czyjejś pomocy językowej w takim stopniu, że nie mógłbym uczciwie proponować jej jako własnej, językowo.

Prawie całą pierwszą, angielskojęzyczną wersję napisałem w miesiącach zimowych w kilku miastach Meksyku: w mieście Meksyk, w Oaxace de Juarez, Cuernavace i Puebli. Miałem tam święty spokój… i uroki Meksyku. Wynajmowałem tani pokoik lub takiż maleńki bungalow i pisałem od czwartej, piątej rano do jedenastej, z pomocą paczki papierosów Marlboro i dwulitrowej butli Coca-Coli Zero, bardzo tam tanich. Polskojęzyczną wersję napisałem w Kanadzie, ale zasadniczo powieść była już napisana.

Jeśli podmienilibyśmy Coca-Colę Zero na coś mocniejszego, mógłby się w tej wizji pojawić sam Malcolm Lowry… Czytając jednak “Profesora i Besserwissera” jest się prawie pewnym tego, że autor tej książki to zaciekły postmodernista. Skąd ta skłonność do zabawy powieściową formą, żonglowania nawiązaniami i cytatami?

Przeczytałem na początku 1980. esej Johna Bartha „Literatura wyczerpania”, wydał mi się bardzo ciekawy, ale nie zostałem zaciekłym, programowym postmodernistą. Tak się ta powieść napisała. Ale przez cały czas miałem poczucie, że piszę swoją powieść i że jest to powieść o ważnych sprawach.

W jednej ze swoich minirecenzji Profesora i Besserwissera napisał Pan, Panie Kornelu, że jest „to rzecz z pogranicza postmodernistycznych batalii i nowej szczerości”. To zaszeregowanie mojej powieści do gatunku „nowa szczerość” bardzo mi odpowiada. Moje niedokończone powieści były trochę cyniczne i nihilistyczne, w tej zaangażowałem się w budowanie świetnego uniwersytetu przez ludzi, którzy, wydawało się, już przegrali życie. Są naiwni, trochę śmieszni, bywają komiczni, zachowują się często jak dzieci, ale że mają szczytne cele i uporczywie zmierzają do ich osiągnięcia, są przedstawieni w zdecydowanie ciepły sposób. Narrator ich lubi i ceni, jest z nimi. Ja też.

Żonglowanie cytatami? Większość cytatów to krótkie fragmenty pisanej przez Profesora w myślach powieści. Są one w pierwszej części, po przybyciu Profesora do Cecila, czyli że już wtedy przymierzał się do napisania powieści… Z jej ostatniego akapitu wynika, że to on ją, czyli Profesora i Besserwissera, napisał… ale można się domyślić, że napisał ją z Besserwisserem.

Profesor i Besserwisser jest między innymi powieścią o pisaniu powieści. Nawiązania, postaci z powieści i filmów pojawiające się w Cecilu lub w jego mieście… Pojawiają się chyba dlatego, że Cecilianie, bohaterowie powieści, żyją w świecie fantazji, w świecie literatury i filmu. No i czemuś te postaci służą. I mam nadzieję, że cała ta opowieść czemuś służy.

„Jeśli podmienilibyśmy Coca-Colę Zero na coś mocniejszego, mógłby się w tej wizji pojawić sam Malcolm Lowry…” Chciałem tego uniknąć i dlatego piłem tylko Coca-Colę. Ale pewnego dnia zauważyłem, że pojawił się w Cecilu. Może miało to związek z moją wizytą w mezcalerii poprzedniego wieczoru.

Postmodernista wierzy w nieograniczone pokłady interpretacji. Był Pan gotowy do oddania tej książki światu? Czy istnieją granice potencjalnego odbioru? Czy czytelnik może zrobić z “Profesorem i Besserwisserem” wszystko?

Czytelnik może zrobić z Profesorem i Besserwisserem bardzo dużo, ale nie wszystko. Wyobrażam sobie interpretacje, odczytania, z którymi bym się nie zgodził, może nawet protestowałbym przeciwko nim. Ma ta… prowokacyjna… powieść kilka wyraźnych przesłań i myślę, że są one łatwe do odczytania.

W Pana powieści łatwo też znaleźć groteskowe fragmenty w Mrożkowskim wydaniu. To o tyle zaskakujące, że twórczość tego autora wydaje się ostatnio odstawiona na boczne tory. Czy jeszcze przed wyjazdem z kraju literatura Mrożka była dla Pana w jakiś sposób ważna?

W Mrożkowskim wydaniu? Może, nie wiedziałem o tym. Tak, kiedyś Mrożek był dla mnie bardzo ważny, dla wielu Polaków był bardzo ważny. I widocznie coś z niego u mnie zostało. I z wielu innych, dawno poznanych autorów, i z polskiego, niegdysiejszego, kabaretu literackiego, artystycznego. Wielkiego i niepowtarzalnego (nie mam na myśli Jana Pietrzaka).

Cuernavaca

W “Profesorze i Besserwisserze” znajdujemy sporo literackiej gry, w żadnym razie nie oznacza to jednak tego, że jest to “zimna i wykalkulowana powieść”. Wyłaniają się z Pana książki takie motywy, jak chęć i potrzeba bratania się z ludźmi, którzy czują i myślą podobnie, poszukując skrawków “starego, dobrego świata”. Czy ta powieść jest formą odezwy, aby żyć prawdą, żyć na przekór, być po prostu przyzwoitym zgodnie z Vonnegutowskim postulatem?

Odpowiem tak: choć może nie jest to od razu dostrzegalne, jest to powieść zaangażowana. Co do bratania się – od momentu zbratania się… dla dobrej idei… życie Cecilian stało się lepsze i ciekawsze. Poczuli, że warto żyć.

Poza afirmacją outsiderskiego stylu życia, w Pana książce przebija również niechęć do współczesności, technologii, rozpędzonego kapitalizmu, unifikacji społecznej, utowarowienia wszelkich myśli, koncepcji czy zachowań. Budowanie wyobrażonego Uniwersytetu Cecila było więc dla Pana marzycielską ucieczką przed napastliwą nowoczesnością?

Tak. Dlatego dałem jako motto powieści tę wypowiedź Jerzego Dudy-Gracza:

Na moich obrazach nie ma drutów telefonicznych, anten satelitarnych, samochodów, samolotów tego wszystkiego, co zaprowadzi człowieka z powrotem na drzewo, jeżeli nadal będzie się tak intensywnie rozwijał pod tym względem”.

Albo, za sto, sto pięćdziesiąt lat tak będzie można powiedzieć o człowieku: – Spieprzył Ziemię, ruszył w Kosmos. Cecilianie chcą, żeby świat przyhamował. I słusznie. Z jednej strony coraz częściej czytamy i słyszymy, że nie można bezkarnie zwiększać PKB… chodzi przede wszystkim o najbogatsze kraje… ciągle mieć coraz więcej, że nasza planeta nie wytrzyma rosnącej eksploatacji, z drugiej bez przerwy dowiadujemy się o nowych technologiach, dzięki którym będzie jeszcze prędzej i jeszcze więcej.

Nie jestem Amiszem, samochodami przejechałem co najmniej pół miliona kilometrów, bardzo cenię żarówkę, radio, telefon, laptop świetnie mi służy jako maszyna do pisania i do korespondencji oraz jako narzędzie do pozyskiwania informacji i czytania prasy, zachwycają mnie postępy nauk medycznych i wielu innych, ale coraz więcej jest zbędnego oraz ogłupiającego. A prawdziwe problemy świata pozostają niezałatwione.

Świetnie i bardzo plastycznie przedstawił Pan relację pomiędzy Profesorem a Besserwisserem. Jest to mocno filmowa para, łatwo można wyobrazić sobie kolejne przygody tego duetu. Ile jest w tych postaciach realnych osób, emigrantów, których poznał Pan na swojej drodze?

Nie wiem, jakie będą dalsze losy Profesora i Besserwissera i się nie dowiem, chyba że ktoś zrobi o nich film. Ile jest w tych postaciach realnych osób, emigrantów, których poznałem na swojej drodze? Ja nie jestem Profesorem – nie byłem w szkolnych latach ani taki pilny i grzeczny jak on i nie byłem aż tak niezaradny, ale mam coś z niego; ale mam też coś z Besserwissera, choć to tak różne charaktery. Chyba można powiedzieć, że są moimi alter ego, bo nie mieli wyraźnych pierwowzorów.

Pierwowzory mieli Święty Piotr/Saint Peter lub Saint – tak go, pierwowzór, nazywano, i rzeczywiście sprzedawał gazetę o bezdomnych, niektóre teksty w niej i krzyżówki były jego autorstwa, przez jakiś czas mieszkał w Cecilu, nosił czarną przepaskę na lewym oku, był zrównoważony, rzeczowy, inteligentny; Francuzik, Frenchy – bardzo sympatyczny, rozbrajający, i dlatego wielu zaczepianych przez niego ludzi „składało się z nim na butelkę”; Projektant Mody – dumny, wyniosły, o groźnym spojrzeniu, zawsze bardzo oryginalnie ubrany w kolorowe kombinacje ze starych ciuchów. Eeeeee miał jeden główny pierwowzór i kilka mniejszych eeeee. Ja bywam eeeee…

W „Profesorze…” ciekawe jest też miasto, w którym rozgrywa się akcja. Wydaje się ono impresją na temat amerykańsko-kanadyjskich przestrzeni urbanistycznych. Jakie prawdziwe rejony, dzielnice, budynki zostały wrzucone do wykreowanego przez Pana świata przedstawionego?

Hotel Cecil, Penny Lane Mall i Purple Perk z Calgary, reszta z różnych miast kanadyjskich i amerykańskich. Wszystkie większe mają lub miały swój Penny Lane Mall i hotel Cecil – nawet kilka takich hoteli, wszystkie mają i back alleys, i piękne, zadbane dzielnice, wielkie centra handlowe, outlets Kentucky Fried Chicken, Burger Kinga, 7-Eleven, Walmarta, firmy Starbucks i wielu innych firm; we wszystkich wielkich miastach są zastępy zbieraczy butelek i puszek, bezdomnych, narkomanów i innego rodzaju nieszczęśników, najwięcej jest ich w miastach Zachodniego Wybrzeża. Ale przeważa porządek i dostatek.

Wszystkie wielkie miasta poprzecinane są wielopasmowymi drogami szybkiego ruchu, wyglądającymi jak autostrady. No i pędzą nimi tysiące samochodów, spora ich część chyba bez wyraźnego celu.

Tu i ówdzie wybrzmiewają w Pana pisaniu także meksykańskie refreny. Jakie ma Pan związki z tamtym rejonem świata?

Jestem zafascynowany Ameryką Łacińską. Byłem w wielu krajach tamtej części świata, dosyć dobrze poznałem Rio de Janeiro, Salvador, pierwszą stolicę Brazylii, Montevideo, Limę, La Paz, Potosi, Santiago de Chile, spędziłem, łącznie, cztery miesiące w Buenos Aires, wiele miesięcy w mieście Meksyk, w Puebli, Oaxace de Juarez i Cuernavace. Spośród wielkich miast świata – byłem w wielu, między innymi w tych najsłynniejszych, czyli Londynie, Paryżu i Nowym Jorku – najbliższe mi są Buenos Aires i stolica Meksyku.

Puebla

Jeden z Cecilian… lub przyjaciół Uniwersytetu Cecila, nie pamiętam… w Profesorze i Besserwisserze przewiduje, że te miasta staną się stolicami kulturalnymi świata. Nie wiem, czy tak będzie, ale na pewno są jednymi z pięciu lub sześciu takich stolic i ich ranga może wzrosnąć. Buenos Aires ma, ze wszystkich miast świata, najwięcej księgarń i antykwariatów na sto tysięcy mieszkańców, i są to świetne księgarnie i antykwariaty, niektóre księgarnie i kawiarnio-księgarnie są otwarte do pierwszej w nocy a antykwariaty do trzeciej nad ranem; kilkaset księgarń, wśród nich wiele świetnych księgarń… na przykład kawiarnio-księgarń sieci El Pendulo i księgarń Porrua oraz księgarń indywidualnych… i wiele gigantycznych antykwariatów ma miasto Meksyk; można powiedzieć żartem, że Buenos Aires i miasto Meksyk zatrzymały się w rozwoju – podczas gdy w USA i w Kanadzie, i w wielu innych krajach, księgarnie są wypierane przez drogerie, instytucje finansowe, różne burger kingi, sklepy z laptopami i smartfonami, drink bary, salony gier, w Argentynie i w Meksyku księgarń raczej przybywa niż ubywa; Buenos Aires należy do miast o największej liczbie teatrów i ma bardzo dobre teatry, oba miasta mają słynne sale koncertowe i operowe; oba mają świetne muzea, stolica Meksyku ma, obok Londynu, najwięcej muzeów, kilkanaście spośród nich to muzea klasy światowej i takie są organizowane w nich wystawy; bardzo wysoko oceniane są galerie sztuki miasta Meksyk i doroczne międzynarodowe targi sztuki; zdaniem wielu znawców, między innymi amerykańskich, to miasto staje się światowym centrum sztuki współczesnej; w obu tych miastach sztuka… popularna i wysoka… wychodzi na place i ulice, w większym stopniu niż w innych znanych z tego miastach; w tych miastach kultura pulsuje, jest wszechobecna. Oba miasta mają wielkie doroczne międzynarodowe targi książki; oba mają wiele kin prezentujących klasykę filmową i filmy z różnych części świata; oba mają po kilkadziesiąt znakomitych centrów kulturalnych, wiele z nich ma siedzibę w pięknych historycznych budynkach. Oba miasta pieczołowicie pielęgnują swoją tradycję literacką i artystyczną; oba zachwycają architekturą; w Meksyku zabytki kultur prehiszpańskich sąsiadują z wspaniałymi kościołami z epoki kolonialnej oraz takimi pałacami, mieszczą one teraz instytucje naukowe i kulturalne; oba miasta mają bardzo ciekawą nowoczesną architekturę, w Meksyku widziałem wiele olśniewających kombinacji architektury starej i nowoczesnej. W obu miastach mieszkali przez jakiś czas lub osiedlali się na stałe słynni europejscy myśliciele, pisarze i artyści.

I teraz ponownie przybywają… przede wszystkim do miasta Meksyk… twórcy, głównie młodzi twórcy. Jednym z powodów jest to, że te miasta są, w porównaniu z Europą, Stanami i Kanadą, bardzo tanie. A najważniejszym – atmosfera twórcza. Jestem świadom problemów Ameryki Łacińskiej, sam się z nimi stykałem, ale doświadczyłem też jej wyjątkowych uroków.

Oaxaca

Co jest dla Pana najważniejsze w “Profesorze i Besserwisserze”. Jaki jest Pana ulubiony bohater, fragment, motyw?

Co jest najważniejsze? Przyjaźń, trochę dziwna, Profesora i Besserwissera – bez niej nie byłoby powieści i bardzo ważnego, moim zdaniem, uniwersytetu: Uniwersytetu Cecila. Ulubionymi bohaterami są Profesor i Besserwisser… mimo ich wielu denerwujących cech… oraz wszyscy Cecilianie, szczególnie ci, których poznałem bliżej, w powieści, a więc Święty Piotr, Kretynek, Fin de Siècle… wszyscy członkowie Rady Starszych i Rady Uniwersyteckiej Uniwersytetu Cecila. Polubiłem też Właściciela, Bibliotekarza, Ojca, Projektanta Mody, Pumpa.

Ulubiony fragment? To się zmienia. Motyw? Przemiana Cecilian, ich zapał oraz wytrwałość. Tak mi zaimponowała, że, mimo że nie słynę z wytrwałości, śledziłem ich losy tak długo, jak to było możliwe.

Spytałbym jeszcze, jak wyglądają Pana aktualne kontakty z krajem?

Co pięć, dziesięć lat latam do kraju, utrzymuję korespondencję z kilkoma osobami, czytam „Wyborczą”, tygodnik „Przegląd” i „Politykę”, zaglądam do „Odry”, „Twórczości” i „Frazy”; zazdroszczę rodakom mieszkającym w kraju życia kulturalnego – bardzo bogatego i ciekawego, mimo wzmożenia narodowo-katolickiego i premiowania hurrapatriotyzmu. Zazdroszczę repertuaru kin; tu, gdzie mieszkam, prawie wyłącznie Hollywood. Lubię wielkie miasta, ale w Polsce zamieszkałbym teraz w jednym z małych miast, bo bardzo wypiękniały i nie mają już kompleksu prowincji. Oczywiście martwi mnie obecna sytuacja.

A na sam koniec, proszę o listę filmów i książek, które ukształtowały Pana wrażliwość. Czytelnicy dzięki temu mogą poznać nieznane im tytuły. Sam chętnie uszczknę kilka kąsków z przygotowanej przez Pana listy.

Film: Wajda, Kurosawa, Antonioni, Fellini, Bergman, Lindsay Anderson, Zanussi, Buñuel… Z filmów Polańskiego: W matni i Lokator. Czyli nic nowego, nieznanego.

Lista autorów lub książek byłaby za długa (to nie znaczy, że przeczytałem tysiące książek). Ale podaję kilka tytułów, do których wróciłem po latach i które ponownie zrobiły na mnie wielkie wrażenie: Śmierć Iwana Iljicza, Jądro ciemności, cztery najbardziej znane sztuki Czechowa, Stiller, Wielki Gatsby, Kronika zapowiedzianej śmierci, Szaleństwo i metoda, kilka opowiadań Faulknera, Proces, Kosmos, Obcy…

Z książek, które przeczytałem dopiero teraz… które kiedyś przegapiłem… przede wszystkim Kobieta z wydm Kōbō Abe… Abego. Czyli też nic nowego, nieznanego. Każdego roku czytam cztery z Dwunastu opowiadań tułaczych Marqueza: Szczęśliwej podróży, panie prezydencie, Święta, Chciałam tylko skorzystać z telefonu i María dos Prazeres.

Rozmawiał Kornel Maliszewski


Andrzej Żurek

Wyrastał w Polsce. Od trzydziestu kilku lat mieszka w Kanadzie, obecnie w Victorii, stolicy prowincji Brytyjska Kolumbia. Skończył prawo i zaliczył dwa lata anglistyki. W swoim nowym kraju najpierw pracował fizycznie, a od końca lat 1980. utrzymuje się głównie z tłumaczeń (tłumaczy dla różnych urzędów, w sądach, dla prawników i osób prywatnych). Był wiele razy w Stanach Zjednoczonych, dosyć dobrze poznał ten kraj. Od początku 21. wieku prawie każdego roku wyjeżdżał na trzy lub cztery miesiące do różnych krajów Ameryki Łacińskiej (z tego wzięły się nawiązania w powieści do tej części świata). Jego artykuły zamieściły „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta Wyborcza”, miesięcznik „Śląsk”, „Jazz Forum”, „Przegląd Polski” (nieistniejący już dodatek literacki nowojorskiego „Nowego Dziennika”), „High Park”, wychodzący w Toronto w latach 1990. miesięcznik literacki. Tęskni za czasami, w których otwarcie, w każdym miejscu, paliło się papierosy. Kilka lat temu przestał palić; głównie z powodu rujnujących obecnie zdrowie cen papierosów.


Zobacz także: Czułe szepty dla starego świata – recenzja “Profesora i Besserwissera”