Czy człowiek jest tylko jednym z błędów w indeksie gatunków? Czy to trochę „Homo sapiens”, trochę awaria biologii, trochę rozgrzebany kompost pojęć? Tak wydaje się sądzić Cezary Lewanowicz w swojej „Kwantofrenii”, w której już same tytuły-współrzędne, numery zamiast klasycznych nagłówków, ustawiają czytelnika w świecie, w którym liryka nie zaczyna się od „człowieczego ja”, lecz od klasyfikacji, kodu, śladu w bazie danych. Człowiek zostaje tu opisany tym samym chłodnym systemem, co żuk gnojowy, kołatek, mewa, dzik, jemioła czy kraśnik. Powiedzmy to sobie szczerze: antropocentryzm dostaje tu pysznie kapciem w łeb!
Ten zabieg nie jest jednak wyłącznie formalną sztuczką. Czytanie „Kwantofrenii” szybko zmienia się w osobliwą grę z palcem w spisie treści i indeksie gatunków. Co to właściwie było? Jaki zwierzak, jaka roślina, jaki organizm krył się pod tym numerem? Ten gest sprawdzania rozszerza odbiór, bo okazuje się, że wiersz ma swój drugi układ nerwowy (aż chce się sprawdzić, czy zobaczymy żyłki, patrząc na kartki tomiku pod słońce…). Można go czytać jako samodzielny tekst, a potem wrócić do niego po rozpoznaniu gatunku i zobaczyć, że część sensów siedziała pod powierzchnią jak larwa pod starym pniakiem. Niezła jest z tego zabawa w bio-detektywa, choć to też trochę lekcja pokory. Czytelnik staje się amatorem entomologii, botaniki, teologii i winy. Mały komplet narzędzi na koniec świata…
Bo ten tomik ma w sobie coś z zielnika prowadzonego po wielkiej katastrofie. Wkleja się do niego nie tylko liście, ale też resztki winy, językowe narośla, martwe metafory, domowe przyprawy, które nagle okazują się jedynym „rajskim ogrodem”. Kiedy pada: „nie znam innego ogrodu / niż ten”, brzmi to jak wyrok wydany przez zawiedzionego kolekcjonera, który przestał udawać, że ma dostęp do „czystej natury”. Natura w „Kwantofrenii” nie jest pocztówką podszytą chlorofilem, jest ciałem obcym i własnym jednocześnie: korą, błotem, sierścią, mazią, pancerzem. Jest tym, co poprzedza człowieka i pewnie spokojnie go przeżyje, nawet jeśli człowiek będzie jeszcze przez chwilę nerwowo machał rękami w przekonaniu, że „zmienia świat” i czyni sobie ziemię poddaną.
Właśnie dlatego tak ważne jest tu ciało. Lewanowicz nie tylko opisuje naturę, lecz każe ją badać dłońmi, stopami, skórą, policzkiem przyłożonym do ziemi. Podmiot tych wierszy dotyka, przykleja, gniecie, pociera się o korę, przylega do drzewa, czuje pod stopami mech i podłoże. Poznanie zaczyna się tu od kontaktu ze skórą. To istotne, bo myślenie, cała ta gorączka rozumu często wygląda w tej książce podejrzanie: bywa protezą, narzędziem dominacji, maszynką do kategoryzowania. Ciało natomiast pamięta coś wcześniejszego, mniej triumfalnego, może nawet dziecięcego – moment, zanim przyjdzie język i wszystko rozrysuje markerem w tabelce.
Z tego napięcia wyrasta jeden z najmocniejszych fragmentów tego zbioru: scena przy drzewie. Podmiot przytula się do pnia i czuje „ciężar mojego / niepotrzebnego / gatunku umysłu”, jakby samo myślenie było rodzajem kalectwa, zbyt elegancką protezą założoną na ciało. Prostego powrotu do natury oczywiście tu nie ma, bo nie bardzo jest dokąd wracać. Jest tylko chwilowe rozszczelnienie pancerza – moment, w którym można „naprawdę oddychać”, zanim język znów przylezie w buciorach i wszystko opisze.
Dopiero z tak ustawionego miejsca lepiej widać, jak mocno pracuje w „Kwantofrenii” napięcie między czułością a okrucieństwem. Lewanowicz potrafi patrzeć na liść, który „ucieka od klonu”, z dziwną, prawie dziecięcą empatią, ale zaraz potem przebiec po nim „jak morderca”. Ten drobny obraz staje się jedną z matryc całego tomu: człowiek nie niszczy świata wyłącznie z nienawiści. Częściej niszczy go w biegu, z rozpędu, z niechlujstwa. Podobnie w wierszu o mewach oblepionych mazutem logika ratunku zostaje odwrócona z makabryczną precyzją: najpierw trzeba „uratować węglowodory”, zebrać to, co cenne, odfiltrować krzyk, skrzydła, dziób, piasek. Katastrofa ekologiczna zostaje przepisana językiem komunikatu prasowego, a więc językiem współczesnego rozgrzeszenia: „nic się nie stało / nie dzieje się nic”.
Lewanowicz ma znakomite ucho do takiej mowy skażonej: reklamą, rytuałem, biurokracją, pseudotroską. Wiersz o „apgrejdowaniu” podróży ptaków jest groteskowy, ale nie efekciarski; śmieszność kończy się tam, gdzie zaczyna się rozpoznanie, że nawet odlot ptactwa potrafimy już sobie wyobrazić w języku programu lojalnościowego… Z kolei teksty o śpiewaku z wypalonymi źrenicami czy piórze „do kaligrafii” pokazują kulturę jako maszynkę do estetyzowania przemocy. Człowiek chce piękna, głosu, ornamentu, trofeum, duchowości – i dziwnym trafem bardzo często ktoś mniejszy musi za to zapłacić swoim ciałkiem. Niby stara historia, ale tutaj opowiedziana bez kaznodziejskiej watoliny.
Jest więc w tym języku coś nieludzkiego, mechanicznego – choć nie aż tak bezwzględnie jak w „Piksel garden”, poprzednim zbiorze autora. Tam system operacyjny zdawał się mocniej przejmować władzę nad organizmem. Tutaj chłód numeru, algorytmu i klasyfikacji zostaje co jakiś czas naruszony przez ciepły empatyczny podmuch. Pojawiają się biograficzne pieczątki: zeszyt w kratkę, szatnia, domowa wilgoć, przyprawy z półki, skrzynka na węgiel. To drobiazgi, ale właśnie one tworzą krwiobieg tej książki. Mechaniczność obraca się przeciw sobie i wreszcie coś chrzęści, coś mięknie, coś się przypomina.
Podobne rozedrganie widać w samej formie zapisu. Wersy układają się schodkowo, rwą się, przesuwają, jakby nie mogły znaleźć stabilnego gruntu. Są jak rój much w bardzo gorący dzień nad bagnami, gdzie niby chaos, niby brzęczenie, a jednak wszystko krąży wokół jakiegoś rozkładu, jakiegoś źródła wilgoci, jakiejś ciemnej pożywki. Rytm bywa tu niemal liturgiczny, ale ta liturgia odprawiana jest w świątyniach na bagnach i uroczyskach, wśród mchów, pniaków, owadów, odpadów i resztek.
Bo jest w „Kwantofrenii” coś religijnego. Nie w sensie pocieszenia, zbawiennego światełka i miękkiej aureoli nad człowiekiem, któremu znowu się wydaje, że jest głównym bohaterem w tym przedstawieniu. To raczej eko-biblia z przyszłości, bo mamy tu ofiary, ołtarze, winę, oczyszczenie, rytuały, liczby, pragnienie kontaktu z czymś większym niż ludzkie „ja”. Ale to nie głos Boga z chmury, tylko szeleszczenie, gnicie, zarastanie, bzyczenie…
W tym miejscu książka mogłaby łatwo osunąć się w czyste oskarżenie człowieka. Lewanowicz jednak nie idzie najprostszym z duktów. W „Kwantofrenii” człowiek jest mordercą bydła i trzody, trucicielem ziemi i wody, lecz także kimś, kto przeczuwa własną śmieszność i może jeszcze potrafi zmienić sposób spojrzenia. „Palec nie ręka / liść nie drzewo / słowo bez zdania / punkt bez horyzontu” – ten fragment brzmi jak mała szkoła pokory. Nie myl, bracie, części z całością. Nie rób z własnego bólu definicji świata. Nie udawaj, że koniec świata oznacza wyłącznie koniec twojego gatunku. Mocne, bo podane bez teatralnego ryku. To przecież tylko półgłos, szeptanie z podściółki.
“Kwantofrenia” jest gęsta, miejscami szorstka, chropowata, chwilami celowo nieprzyjemna w dotyku. Nie dostajemy od autora eleganckiego bukietu, tylko zaproszenie do „kliniki ciętych kwiatów”, gdzie wszyscy udają, że nie czekają na rozkład. I właśnie w takich momentach Lewanowicz trafia najbliżej środka tarczy, gdy pokazuje, że nasza kultura jest mistrzynią w konserwowaniu martwych rzeczy, w przemienianiu krwi w formalinę. „Kwantofrenia” jest jak drzazga w podniebieniu, i to drzazga z drzewa, którego nazwy nie zdążyliśmy wyszukać, bo encyklopedia zetlała na półce w tamtej bibliotece. I pewnie o to tu chodzi, aby po lekturze choć na chwilę odciąć antropocentryczne macki i roztopić się we wszechistnieniu.
Iwo Puchalski
Kup 👉 Cezary Lewanowicz – Kwantofrenia
Przeczytaj wywiad z autorem: Poezja to nie jakieś airbnb — rozmowa z Cezarym Lewanowiczem













