Nawet po śmierci jesteśmy ciałem – rozmowa z Beatą Gruszecką-Małek

Kornel Maliszewski: Zacznijmy od prapoczątków, jakie są Twoje pierwsze poetyckie wspomnienia?

Beata Gruszecka-Małek: Hm… pierwsze poetyckie wspomnienia… więc teraz zamykam oczy i cofam się w czasie…

Widzę, jak mama czyta mi poezję dla dzieci: „Kaczeńce” Lucyny Szubel i jeszcze jakąś książkę, w której ktoś maluje okna, na nich kwiaty albo liście – a jak dmuchnie, „iskrzą się srebrzyście”. Nie pamiętam, co to za książka, nie wiem, kto ją napisał. Byłam wtedy bardzo mała, kojarzę tylko, że nic nie rozumiem, a mama tłumaczy, że to ten „mróz” i mówi: „spójrz na okno, mróz wymalował nam kwiaty”. Akurat jest zima, a na szybie mamy piękny zimowy ornament, malowniczy szron, i ja zaczynam coś tam pomału kumać… Dzięki za to pytanie. Miło było tam na chwilę wrócić.

Cała przyjemność po mojej stronie. 😊 Często przesyłasz swoje zestawy wierszy na konkursy literackie. Co daje Ci uczestnictwo w takich wydarzeniach? Chodzi o te przyjemne rytuały, jak wybór godła konkursowego, wkładanie wierszy do koperty, a później oczekiwanie na wyniki? A może bardziej czekasz na galę, aby spotkać innych poetów i poetki? Czy jest też w tym coś ze sportu i po prostu lubisz rywalizację.

Nie jestem pewna, czy często przesyłam wiersze na konkursy, zazwyczaj biorę udział w około pięciu konkursach rocznie, ale faktycznie, przez kilka ostatnich lat już trochę się historii nazbierało – i tych bez odzewu, i tych z bardzo miłym odzewem. Muszę przyznać, że element rywalizacji jest w pewnym sensie emocjonujący. Cieszę się, jak się okazuje, że w wynikach moje nazwisko się przewija, bo to mnie dodatkowo motywuje. To miłe, jak przesłany anonimowo wiersz zostaje doceniony. I oczywiście, że uwielbiam wybierać godło i czasem sobie z tym godłem zaszaleć 😊, ale najważniejsza jest możliwość uczestnictwa w gali i szansa na poznanie innych osób, które piszą. W taki sposób udało mi się zawrzeć kilka ciekawych znajomości, a także, po prostu spotkać wyjątkowych pisarzy, z którymi spotkanie przechowuję w pamięci.

Piszesz i dla dzieci, i dla dorosłych. Jak rozdzielasz w głowie te dwa typy twórczości? Siadając do wiersza, wiesz już, że przed Tobą “dorosłe pisanie” albo pisanie dla młodszych? A może wychodzi to dużo bardziej spontanicznie?

Szczerze, to czasem wiem, a czasem zupełnie nie. Bywa, że nachodzi mnie konkretnie ukierunkowana wena, na przykład przychodzi jakaś historia do głowy, z gruntu tych dla dzieci, a ja szybko wtedy siadam i zaplatam historyjkę w rymy jeden po drugim, a jeśli akurat nie mogę, bo na przykład jadę autem, to nagrywam notatkę. Czasem sobie postanawiam, że teraz napiszę coś poważnego… Zasiadam przed komputerem, a tam się okazuje, że nie, że jednak wędruję w ten prosty, szczery, bezpieczny dziecięcy świat.

Mam wrażenie, że to moje spolaryzowane nastawienie do własnej twórczości doskonale do mnie pasuje i świetnie mnie uzewnętrznia i zespala. Te dwa odległe bieguny mają we mnie wspólny mianownik. Jeden i drugi ma dla mnie wymiar autoterapeutyczny. Poezja, nazwijmy to „dorosła” pomaga mi radzić sobie z tym, co jest i postrzegam jako trudne. Albo z tym, co może się zdarzyć i czego się boję. A poezja dziecięca pozwala mi na miłą wędrówkę (może nawet ucieczkę) do takiego świata, jaki chcę widzieć na co dzień i jaki według mnie powinien i w zasadzie może być… 

Pod koniec sierpnia pojawiły się Twoje “Autopsje”. Czy był to wybór wierszy w rodzaju “the best of” czy wynik ściśle realizowanej koncepcji? Zbiór jest na tyle zwarty, że obstawiałbym drugą z tych opcji.

Autopsje” to w pewnym sensie koncepcja, która tworzyła się krok po kroku przez ostatnich 10 lat. Podmiot liryczny przechodzi różne próby i dojrzewa, a ja razem z tym swoim podmiotem. Przypadek sprawił, że są to też chyba moje najlepsze wiersze, sądząc po otrzymanych na nie reakcjach tych, którzy w nie wejrzeli i którzy z pewnością mają w tej dziedzinie sporo do powiedzenia. Ocenili je ludzie, którym pod tym względem niezwykle ufam. Na przykład Pani Mirka Szychowiak, którą bardzo cenię i której chyba nie trzeba nikomu dodatkowo przedstawiać.

Jak rozumieć tytułowe “Autopsje”? Bardziej jako autoobserwacje czy metaforyczne sekcje zwłok?

Z pewnością wielopoziomowo. Cokolwiek powiesz o tym tytule, będziesz mieć rację. 😊

Zresztą, cokolwiek powiesz o jakimkolwiek z moich wierszy, to też będzie prawda. 😊

Nie chcąc niczego narzucać, dodam tylko, że „autopsje” to doświadczenia, obserwacje, sekcje ciał martwych i żyjących, metafizycznych cząstek jednego ciała, to też coś, co łączy się z patologią, a ta może być niejednolita. Tytuł jest trochę graficzny: „aut”, brzmiące jako „out” poza kołem. Podobnie wymawiane „sje” to po islandzku widzieć. A jak powiesz, że ten tytuł nic nie znaczy, to też będzie ok. 😊

Nie uwalniasz się do końca w swoim zbiorze od skojarzeń ze świata dla najmłodszych. Kaj, Gerda, Andersen, Królowa Śniegu. Zderzasz te wyobrażenia z “prawdziwym” i trudnym życiem, mówiąc chyba, że jesteśmy jako ludzie dość zimni i raczej niedojrzali.

Bywa, że jesteśmy i zimni, i niedojrzali. Albo bywa, że jacyś ludzie są zimni i niedojrzali. Bywa, że coś takimi ich czyni. A oni tworzą wtedy wokół siebie wieczną zimę. Popełniamy błędy, dokonujemy złych wyborów. Pakujemy się w toksyczne związki. Każdy pisze swoją bajkę, ale czasem trzeba przejść niejeden horror. Kiedyś pewien dureń powiedział mi „chcesz, aby jakaś twoja bajka była prawdziwa”. No tak, no chcę. Czasem w bajkach jest więcej dojrzałości niż w „prawdziwym” życiu.

Jeśli przyłożylibyśmy “emocjometr” do Twoich wierszy, wskazówka wibrowałaby przy najwyższych wartościach, aż wreszcie zabrakłoby skali i pękłaby szybka. Tak Ci się pisze czy jednak jest to w pewnym stopniu “gra pod czytelnika” według zasady, że “gorące” bardziej dotknie, zostanie na dłużej?

Z pewnością tak mi się pisze, bo tylko tak mogę oddać to, co we mnie się kotłuje na gorąco albo na zimno. W pisaniu jestem na ścieżce rozwoju, który być może nigdy się nie skończy, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że zupełnie nie wiem, jak pisać i jak skorzystać z nabywanego warsztatu. Często wiem, która z podrzucanych przez natchnienie fraz zawiera dokładnie to, co chcę przekazać, a jednocześnie może być to dla potencjalnego czytelnika lub słuchacza jakimś mocniejszym bodźcem, który mu dostarczy ciekawego wrażenia. I jeśli się w tym nie mylę, to świetnie. 😊

Jak emocje – to też ciało, a ciało pojawia się w każdym z podtytułów “Autopsji” i wydaje się głównym bohaterem tej poetyckiej opowieści. Ciało kaleczy się, wyzwala, zmienia, przemija, dotyka świata, jest oceniane. Opowiedz więcej o tym “ciałopisaniu”.

Ty już to właśnie powiedziałeś. 😊 Nieskończona lista możliwości wykorzystania ciał. Nawet to brzmi jakoś, co najmniej, dwuznacznie. Od narodzin do śmierci jesteśmy ciałem. A po śmierci, dalej ciałem. A po byciu ciałem, znowu innym ciałem i nie mówię o reinkarnacji. O ile się nie mylę, nawet kula ziemska, po której stąpamy, jest ciałem i prawie wszystko jest jakimś ciałem. Jak tu się w pisaniu uwolnić od ciała? I nie tylko od tego pokrowca na wszelką wrażliwość, bez którego nie wiadomo, czy w ogóle coś istnieje. Ciała są spoko. 😊

Drugim ważnym motywem w Twoim zbiorze jest mijający czas. Czytając “Autopsje”, słyszy się wręcz dźwięk jakiejś wielkiej wskazówki, groźnie wybijającej sekundy, godziny i lata, i sprawdza się, czy na dłoniach czasem nie pojawiły się już zmarszczki. Jak to jest z tym czasem?

Z czasem to się nic nie wie. Wiadomo tylko, że człowiek umiera i czas się kończy, ale czy to prawda? No nic, nic nie wiadomo. Czy on jest, czy go nie ma. Za trudne to dla mnie. Połamałam sobie głowę na teoriach związanych z czasem i natworzyłam sporo własnych. Możliwe, że czynności nadają mu sens, więc róbmy to, co dla nas miłe i dobre. 😊

Zacytuję samą siebie „być albo zbywać, oto jest odpowiedź” i „gdziekolwiek jesteś, bądź co bądź”. 😊 A cała w tym prostota, że chyba próbuję zaakceptować i oswoić przemijanie, żeby się lepiej trwało i mniej bało. Próbuję nabrać więcej samoświadomości i akceptacji wobec świata i siebie jako jego cząstki, bardzo potrzebnej, jak prawie każda, acz niewiecznej (chyba).

Oczywiście tych “Autopsji” nie możemy traktować jako formy czystej spowiedzi, z powodu językowych trzasków i przesunięć. W swoich wierszach lubisz rozbijać frazeologizmy i utarte epitety. Postrzegasz poezję jako przestrzeń, w której język musi być bezwzględnie “świeży”?

Wiesz, według mnie w tej poetyckiej przestrzeni język powinien przede wszystkim nieść autentyczność. Jeśli zachowanie autentyczności wymaga takich rozbojów, to wszystkie chwyty są dozwolone. Znam sporo wierszy, które są złożone raptem z kilkunastu prostych słów, a dają taki efekt, że skręca zwoje.

Autentyczność przeważnie się czuje, ale można też dać się nabrać. Na jednej z gal pokonkursowych, w której uczestniczyłam, jeden z laureatów wysokiego miejsca wytłumaczył się ze swojego wiersza, przepełnionego dojrzałą erotyką, że to absolutnie nie on (wiadomo, podmiot liryczny), ale też nikt inny. Ten poeta zwyczajnie nocą włącza inspirującą muzykę i tworzy, co mu tam się na myśli nawinie. Totalną fikcję.

Cóż, jeśli słyszę, że podmiot liryczny to postać całkiem fikcyjna, nie ma nigdzie jej żywego zalążka, to się czuję „oszukana”.

Był to wiersz na pewno językowo świeży, bardzo dobry! Ale cóż…

Piszesz w jednej ze swoich notek biograficznych, że inspiruje Cię “przypadkowo spotykana sztuka – w stosunku do której jesteś bardzo czujna”. Jakie były Twoje ostatnie przebłyski i zachwyty w tym świecie artystycznego przypadku?

To opowiem o ostatnim tygodniu. Z beczki literatura: przypadek sprawił, i pewnie jak to najczęściej bywa, nie jeden, a zapewne splot przypadków, że w moje ręce trafił tomik Ryszarda Słonecznego „Odczyn” i wywarł na mnie spore wrażenie (i pewnie to wrażenie powstało dzięki tej autentyczności, którą wyczuwam – czy słusznie, czy nie, pewności nigdy nie ma).

Z innej beczki: załatwiałam sprawy we Wrocławiu i przechodząc ulicą, natrafiłam na galerię sztuki. Tkwiłam przed szybą i skanowałam wnętrze wzrokiem. Kolejnego dnia sięgnęłam po pędzle i farby, aby wymalować to, do czego mnie to przypadkowe spotkanie zainspirowało.

Co mnie jeszcze inspiruje? Czasem biżuteria, czasem obraz, architektura, a i bywa człowiek, pies czy wydra. Z chęcią poświęcam uwagę ludziom coś tworzącym i ich wytworom. Co nie znaczy, że wszystko mi się podoba.

Chyba ta autentyczność, przesiana przez moje subiektywne sitko, to jest to coś, co mnie zwabia, a potem procentuje.

W tej samej notce mówisz też o inspiracjach muzyką, ludźmi, przyrodą.

Tak, to sprawy, które zauważam z intensywnością doznań. Ludzie są czasem jak skończone dzieła, obserwowanie ich i słuchanie niesamowicie wzbogaca. Muzyka broni się sama, a przyroda to cudo nad cudami. Tak bardzo ją doceniać nauczyłam się ostatnimi laty. Od przyglądania się mrówkom uwijającym się w trawie po himalajskie szczyty widziane cudzymi oczami na YT. To mi dało dużo psychicznego relaksu i poczucia sensu, kiedy byłam w kryzysie. To było moim lekarstwem, a teraz jest jedną z wielkich inspiracji.

I jeszcze spytam o wieś, bo “kochasz wszystko, co sielskie”. Jak postrzegasz współczesną wieś? To już chyba nie świat z obrazów Chełmońskiego?

Tak, to już z pewnością nie ten świat, ale przetrwały fragmenty „dawnego” świata, które można jeszcze na polskiej wsi spotkać. Lubię podróżować autem w nowe, nieznane strony i wyłapywać wzrokiem te „smaczki” z podwórek, ten klimat, te elementy świadczące o ciągłości tradycji.

Wszystko się zmienia, wieś też się zmienia, ale cieszy mnie niezwykle to, kiedy wiejska społeczność umie współdziałać, współtworzyć coś razem, pielęgnować tradycje. Są jeszcze spójne małe społeczności ze swoim wyraźnym folklorem. Jednakże czasu nie sposób zatrzymać i pogłębiającego się indywidualizmu. Jednak na szczęście wszystkiego nie da się odmienić. Kłosy pszenicy wyglądają ciągle tak samo.

I czas na ostatnie pytanie – jaką poezję czytasz? Które autorki, którzy autorzy mówią “Twoim” głosem?

Nie wiem, czy byłaby to obszerna lista, gdybym zaczęła ją tworzyć. Chyba nie. Od wielu lat mam wrażenie, że poezja dziecięca Juliana Tuwima i Jana Brzechwy to coś, co mnie mocno ukształtowało i coś, za czym ja świadomie, i pewnie z dużą dozą podświadomości też, podążam.

Jeśli zaś idzie o poezję niedziecięcą, ważni dla mnie twórcy to Stanisław Grochowiak, Mieczysława Buczkówna, Mirka Szychowiak. Mniej jest twórców, a znacznie więcej pojedynczych, najczęściej przypadkiem spotkanych wierszy, które bardzo wpisały się w moją wrażliwość. Szymon Florczyk, który raczej jest jeszcze przed swoim pełnym książkowym debiutem, jest autorem wspaniałego wiersza zatytułowanego “płaszcz”. To jeden z takich wierszy, który się rozgościł w mojej wewnętrznej biblioteczce i ma stałe miejsce na półce. W ogóle Szymon, choć się praktycznie nie znamy, wydaje mi się twórczo bliski. Poza tym mocno wryło mi się kilka wierszy Macieja Taranka i Kacpra Płusy.

To tak w skrócie i na szybko mówiąc.

Rozmawiał Kornel Maliszewski


Beata Gruszecka-Małek (ur. 1986) – miłośniczka sztuki i przyrody. Pochodzi ze wsi, kocha wszystko, co sielskie. Jest autorką literatury dziecięcej, w tym książek z serii „Wierszyki Edukacyjne”. Z wykształcenia pedagog i pracownik socjalny. “Autopsje” to jej pierwsza książka poetycka stanowiąca zbiór utworów poważnych, niosących ładunek trudnych emocji. Poezja Autorki była wielokrotnie nagradzana m.in. w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O Granitową Strzałę”, Konkursie Poetyckim „Forma Słowa” Studium Literacko-Artystycznego Wydziału Polonistyki UJ w Krakowie i w I Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim o „Lwi Pazur”.


Zobacz także:

Beata Gruszecka-Małek – Autopsje

Duchy, mam nadzieję, nie mają do mnie pretensji – rozmowa z Justyną Nawrocką

Kolega podarował mi starą, poniemiecką maszynę do pisania – rozmowa z Alicją Mielcarek