Płowdiw, szczególnie jego stara część, jest miejscem wprost stworzonym do flanerowania – niespiesznego spaceru, chadzania po mieście bez określonego celu i kontemplowania życia ulicy. Termin ten wymyślili Francuzi, potem rozpowszechnił się on – podobnie jak sam zwyczaj, którego dotyczy – we wszystkich językach europejskich. Ale skoro w Płowdiwie nie mieszka francuski flâneur, to może lepiej określić tę czynność za pomocą dwóch słów z niezbyt wyszukanej bułgarszczyzny, które są zrozumiałe nawet bez zerkania do słownika – szmatkam se albo motaja se. Zawsze oddawałam się temu zajęciu z ochotą, wciąż mogę całymi dniami „motać się” i „szmatkać” po mieście i nigdy mi się to nie znudzi.
Miejscowi zawsze nad wszystkie miejsca spacerowe przedkładali ulicę Główną, bo tam prócz ludzi atrakcyjne były także sklepowe witryny. Też ją kiedyś lubiłam, ale odkąd globalizacja spowodowała, że znajduję tam dokładnie te same sklepy, jakie są w każdym dowolnym mieście Europy, włóczenie się po Głównej przestało mieć sens. Teraz jest to tylko odcinek do pokonania, ważna piesza arteria, gdzie istnieje duże prawdopodobieństwo spotkania kogoś ze znajomych. Kiedy już kogoś takiego spotkasz, to biada ci – ten ktoś znajdzie tysiąc powodów, by rzucić słowo czestito, czyli pogratulować czegoś, a wtedy nie masz wyjścia – zapraszasz go na kawę. Pogratulować można wszystkiego: nowej fryzury, nowej torebki, nawet uśmiechu na twarzy. Bo skoro się uśmiechasz, to znaczy, że masz się dobrze, a więc czestito! Siadacie w najbliższej kafejce, rozmawiacie, a czas płynie… Dobrze, że tutaj czas płynie inaczej, niespiesznie, na sposób wschodni, niemal orientalnie. Czas jest z gumy, a małe spóźnienie nie jest wcale spóźnieniem. Trzeba tylko nauczyć się inaczej stawiać kroki, zwolnić, rozglądać się uważniej, kontemplować otoczenie, zapomnieć o współczesnym tempie życia. Przed Dżumajatą najlepiej skręcić na Stare Miasto, darować sobie tę najbardziej handlową część ulicy w kierunku mostu.
Moja ulubiona trasa wiedzie w stronę Nebet Tepe. Z jakiejkolwiek strony próbuje się tam podejść, lepiej mieć na nogach sportowe obuwie, bo stare uliczki pamiętają czasy osmańskie i wciąż pokryte są wkopanymi w ziemię sporymi kamieniami, które wcale nie przypominają brukowej kostki. Są to prawdziwe kocie łby, nawet sporo większe niż kocie, bardziej baranie. Taka nawierzchnia nosi nazwę kałdyrym i już chyba samo brzmienie tego wyrazu nasuwa skojarzenie z czymś niezbyt łatwym do przebycia. Dla mojego ucha tak to właśnie brzmi – ostrzegawczo. Kałdyrym utrwalił się w mojej świadomości, kiedy zajęcia z gramatyki języka polskiego wyznaczono mi w budynku sąsiadującym z ruinami antycznego teatru i musiałam tę drogę pokonywać w dość szybkim tempie niezależnie od pogody. Latem jest to czysta przyjemność, zimą, która tu oznacza na ogół pluchę i śnieg z deszczem, jest to zadanie dla akrobaty – szczególnie jeśli chce się ładnie wyglądać i ma się na nogach buciki na obcasie. Te staromiejskie zajęcia zapamiętam na zawsze z jeszcze jednego powodu – sala, w której się odbywały była odziedziczona po Wydziale Biologii, cała pokryta białymi płytkami i niezależnie od pogody zimna jak kostnica. Studenci tak ją nazywali – morga, czyli kostnica, bo wcześniej była prosektorium, gdzie patroszono żaby i inne drobne zwierzęta. Na przerwę wychodziliśmy na skwerek przed grecko-rzymskim teatrem, piliśmy kawę w cieniu starych drzew, patrzyliśmy na Rodopy na horyzoncie i słuchaliśmy ludowej muzyki dobiegającej z sąsiedniego budynku. Tam ćwiczyli studenci Akademii Muzyki i Tańca (w skrócie AMTI), których edukacja w dużej mierze dotyczy folkloru i sztuki ludowej. Ten rodzaj sztuki Bułgarzy cenią niezwykle wysoko, są z niej dumni i nie zaprzeczając swoim wiejskim korzeniom, starają się ją zachować dla przyszłych pokoleń. Bycie studentem AMTI to spore wyróżnienie, bo oznacza należytą troskę o tradycję – każdy student stara się więc być najlepszym, zdobyć pozycję solisty, zostać następcą słynnej Wali Bałkańskiej. W końcu cały świat wie, że nagranie głosu tej rodopskiej śpiewaczki Amerykanie wysłali w kosmos na pokładzie sondy Voyager, by ewentualne obce cywilizacje także mogły się z nim zapoznać. Niech kosmici wiedzą, co człowiek potrafi, jakie niewiarygodne są ludzkie możliwości.

Wspinając się na wzgórza Starego Miasta zawsze zadaję sobie pytanie, skąd mieszkańcy tych domów brali wodę, bo studnię widziałam tylko na jednym podwórzu. Skoro Rzymianie doprowadzili tu akwedukt, to znaczy, że miejskie wzgórza nie obfitowały w wodę i trzeba ją było sprowadzać z gór. Woda nie płynęła jednak w kranach, skądś trzeba ją było czerpać. Być może istniał zawód woziwody, który wypełnione cennym płynem juki zarzucał na plecy osłów i rozwoził po całym mieście? Jednak wodę do użytku kuchennego przynoszono zapewne z dołu w jakichś glinianych damadżanach, czyli pękatych dzbanach. Tak było we wszystkich okolicznych wsiach, tutaj więc nie mogło być inaczej. Wyobrażam sobie kucharki schodzące po kamieniach na megdan, plac przed Dżumajatą, i czerpiące wodę z tego samego źródełka, z którego teraz tak chętnie piją turyści. Może lubiły tu przychodzić, spotykać się i dzielić ploteczkami? Nie potrafię sobie tylko wyobrazić ich wspinaczki pod górę – latem mogły chodzić po ulicznych kamieniach boso, ale co zakładały na nogi zimą? Wdrapywanie się na wzgórza po kałdyrymie w drewniakach, albo w skórzanym obuwiu, jakie noszono na wsiach musiało być nie lada wysiłkiem.
Przy ładnej pogodzie spacer po wzgórzach Starego Miasta to czysta rozkosz. Całymi dniami można przeglądać starocie zgromadzone w kilku sporych antykwariatach. Są tam zebrane okruchy życia miasta z dwu ostatnich stuleci, czasami udaje się upolować przedmioty niezwykłe. Mnie się udało kupić dawną biżuterię ślubną, to znaczy nanizane na łańcuch monety z sułtańską tugrą, czyli z misternym kaligraficznym podpisem osmańskiego władcy. Teraz mogę udawać pannę młodą noszącą część posagu na sobie i myśleć, kim mogła być ta, dla której ojciec kazał wykonać taką ozdobę. Chyba nie była zbyt bogata i nie nadźwigała się zbytnio swojego posagu, bo monety są cieniutkimi żelaznymi blaszkami, nie mają w sobie nawet śladu jakiegoś cennego kruszcu. Może zresztą była to zwykła wiejska dziewczyna, bo pod koniec XIX wieku płowdiwskie panny nie nosiły już pewnie tradycyjnych strojów, tylko zamawiały suknie ślubne gdzieś w Europie.
W domu doktora Sotira Antoniadiego, jednego z pierwszych dyplomowanych płowdiwskich lekarzy działa dziś muzealna apteka. Lekarstw się tam nie kupi, ale można poczuć atmosferę dziewiętnastowiecznej apteki, gdzie ucierano w moździerzach zioła i sporządzano z nich medykamenty. Sporo takich moździerzy, butli, słoi i fiolek stoi na półkach ciężkich rzeźbionych szaf sprowadzonych tu aż z Wiednia. Bo Wiedeń dyktował wtedy modę we wszystkich niemal dziedzinach. Do Wiednia jeżdżono po nauki albo po prostu dla przewietrzenia umysłu. Sprowadzano stamtąd meble, obrazy, stroje, fachowców z różnych dziedzin, a także naśladowano tamtejszy styl życia. Zaufanie do Wiednia było tak duże, że kiedy po uzyskaniu odpowiedniego fermanu sułtańskiego Bułgarzy postanowili wznieść w Stambule własną cerkiew, z obawy by nie spłonęła, jeśli zbudują ją z drewna (a tak już wcześniej się zdarzyło), właśnie w Wiedniu zamówili budynek cerkiewny… z żelaza. Starannie odlany, został kawałek po kawałku załadowany na statki i Dunajem przewieziony na brzeg Morza Czarnego, a stamtąd do Stambułu. Zmontowana już na miejscu z odlanych fragmentów bułgarska żelazna cerkiew pod wezwaniem św. Stefana stoi do dziś na brzegu Złotego Rogu u stóp dzielnicy Fanar, dwa kroki od siedziby Patriarchatu Ekumenicznego. Wszystko w niej jest żelazne: od podłóg po dach i wszystko jest w stylu bardziej przypominającym wiedeńskie kościoły niż bizantyńskie cerkwie. Niestety, po przeprowadzonym w ostatnich latach remoncie wiele tych elementów zostało ukrytych pod winylowymi okładzinami.
Płowdiw do dziś utrzymał elementy wiedeńskiej elegancji sprzed stulecia, sprytnie splecione z orientalną miejscami architekturą. Przy starej bramie miejskiej (noszącej nazwę Chisar Kapija) stał przez lata elegancko ubrany stary kataryniarz i wygrywał do znudzenia wciąż te same melodie – wiedeńskie walce. Katarynkę okrywał kapą z bordowego aksamitu i kiedy kręcił korbką frędzle przy tym pokrowcu podrygiwały jakby gięły się w tańcu. Było w tym coś magicznego, mogłam godzinami stać, patrzeć na to i słuchać kataryniarza, który grał chyba dla własnej przyjemności, bo niewielu rzucało mu jakiś pieniążek. A on poruszał korbką, jakby go to wcale nie obchodziło. Wydawało się, że mnie nie zauważa, aż któregoś dnia jedna ze znajomych powiedziała: „Mój wujek mówi, że się na niego strasznie gapisz”. Wtedy pojęłam, że Płowdiw tylko z pozoru jest wielkim miastem, tak naprawdę ludzie się tu znają i każdy człowiek napotkany na ulicy może być krewnym lub znajomym kogoś z moich znajomych.
Naprzeciwko kataryniarza stawał czasami brodacz sprzedający turystom pamiątki. Ten z kolei zachwalał swój towar głośno i nagabywał przechodniów. Jak każdy wytrawny sprzedawca pamiątek w lot rozpoznawał narodowość turystów i wiedział, jakie mogą być ich preferencje – czy zacząć wychwalać pod niebiosa kosmetyczne właściwości wody różanej, czy zaoferować jakąś zręcznie uszydełkowaną serwetkę, a może lepiej sięgnąć po drewniane gwizdki w kształcie ptaszków? Dla każdego coś miłego, byleby nie odejść z pustymi rękami.
Za kamienną bramą w małej dziupli rozgościł się garncarz. Tylko w pogodne dni stał przed warsztatem i sprzedawał swoje wyroby, przy niepogodzie wchodził do środka i kręcił kołem aż huczało. Na oczach gapiów potrafił w jednej krótkiej chwili uformować zgrabny dzban albo gąsior na wino. Było coś niezwykłego w jego ruchach, wszystkie wystawione na sprzedaż przedmioty od razu nabierały jakiejś niepojętej wartości, po prostu chciało się je mieć. Tym bardziej że kawałek dalej były już tylko wyprane z magii sklepiki.
Jeśli minąć nieczynny już dzisiaj warsztat garncarza i przejść w dół obok Muzeum Archeologicznego, to trafia się na mur oddzielający od ulicy cerkiew pod wezwaniem św. Niedzieli. Warto nacisnąć na klamkę furtki i wejść na dziedziniec. Sama cerkiew nie wyróżnia się może niczym szczególnym, nie jest też najbardziej zadbana ze wszystkich płowdiwskich cerkwi, brak w niej wspaniałych dzieł sztuki, ale ma cudowną atmosferę, jakby nic się nie zmieniło od czasów bułgarskiego odrodzenia. Czuje się ją już na dziedzińcu, wystarczy rzucić okiem na starannie poukładane szczapy drewna, na pnące się wzdłuż arkadowego przedsionka winogrona, na leniwe koty wygrzewające się na ławce… Teraz można wejść do środka, u starszej pani w cerkiewnym sklepiku kupić kilka świeczek i zapalić je z myślą o bliskich – na górnym poziomie świecznika za żywych, na dolnym w intencji zmarłych. Zapach topiącej się stearyny i dymu z kadzideł wyciszy i uspokoi nawet najbardziej skołatane nerwy.
W innych cerkwiach dużo trudniej poczuć coś podobnego. Katedralna jest dumna i wyniosła, piękna w swojej dostojności, ale nie odznacza się przytulnością. Święty Dymitr został aż zanadto odnowiony i wypucowany, lśnią nawet nowiutkie freski na ścianach, szczególnie te umiejscowione wysoko, pod sufitem. Złośliwcy twierdzą, że to dlatego, że wydrukowane laserowo i naklejone, a nie namalowane. Święta Marina jest jakby na uboczu, trochę za daleko od zwykłych tras spacerowych. U świętych Konstantyna i Heleny – w tej cerkiewce, którą chciałoby się kontemplować godzinami, najstarszej i najpiękniejszej – zawsze natrafia się na chrzest albo ślub, bo wszyscy ją lubią.
Kto nie ma ochoty na duchowe przeżycia, może zajść na kawę czy obiad do restauracji „Pyłdin”. Restauracji nadano słowiańskie miano (Pyłdin to najstarsza słowiańska wersja nazwy Płowdiw), stoły przykryto ludowymi tkanymi serwetami, jedną z sal urządzono w stylu fin de siѐclu, ale architektura starego budynku świadczy sama za siebie – tam przy odrobinie wyobraźni wchodzi się w świat osmańskich derwiszy. Kamienna budowla jest bardzo stara, trudno dociec jak bardzo, bo w archiwum gminy islamskiej nie zachowały się wiarygodne dokumenty. Znaczną jej część zbudowano dopiero na początku XIX wieku, by zrezygnować z dalszej budowy już pod koniec tego samego stulecia. Wiadomo tylko, że było to Mewlewi hane – klasztor derwiszy, siedziba mewlewitów, zakonu kontynuującego sufickie tradycje, zapoczątkowane gdzieś w Persji za czasów poety Dżalal-ad-Dina Rumiego w XII wieku. Specjalnością i odrębnością mewlewitów – którzy byli jednym z wielu muzułmańskich zakonów żebrzących – stał się taniec. Wierzyli oni bowiem, że naśladowanie w tańcu ruchów ciał niebieskich pobudza duszę człowieka do wzmożenia swej miłości do Boga i wprawia ją w stan żywszych poruszeń. Wirując wokół własnej osi, aż niemal do utraty świadomości, wpadali w stan ekstatycznego transu, a studiując Mesnevi, dzieło Rumiego zawierające aforyzmy, sentencje etyczno-moralne, powiedzenia Mahometa i cytaty z Koranu, zyskiwali rodzaj przepustki do nieba. Po mewlewitach nie zostało w Pyłdinie zbyt wiele, tutaj można zaznać przeżyć duchowych zupełnie innego rodzaju – przez rozsmakowanie się w znakomitej kuchni. Można też obejrzeć liczne pomieszczenia, które kiedyś były pokoikami derwiszy, a teraz służą do kameralnych rozmów przy stole. Ogromne pomieszczenie, w którym derwisze tańcząc doznawali ekstazy, zmieniło się nie do poznania, nazywane jest rytualnym, służy głównie do urządzania tam wesel i przypomina salę balową z czasów carskich. Najciekawsze kryje się jednak w piwnicy, gdyż klasztor (teke) mewlewitów został wsparty na ścianie akropolu, przebudowanego w VI wieku za rządów cesarza bizantyjskiego Justyniana. Podobno wtedy powstał tam również chrześcijański klasztor, zrównany z ziemią wkrótce po zajęciu miasta przez Turków. Cały budynek oddycha więc historią wielu wieków, kultur i nacji.
Ja sama kiedy poczuję głód, wychodzę ze Starego Miasta i kieruję swoje kroki do „Dajany”. Przytulona do skał restauracja nie jest może najbardziej wykwintna, jest może nawet nazbyt przaśna, trochę za duży w niej ruch i hałas, bo oprócz ludzkich głosów zawsze słychać z głośników muzykę, jedna jedyna toaleta też stanowi spory problem, ale wiem, że kulinarnie się tam nie zawiodę. Zawsze znajduję w karcie specjały sprzed lat, bo tam się czas zatrzymał. Jest więc wątróbka smażona z papryką i cebulą, są papryczki panierowane, są marynowane i takie, które przetarto wraz z bakłażanem i pomidorami na pastę zwaną kiopoło, są szaszłyki z kaczych serc, smażone ziemniaki z serem, czosnkowy chleb i domowe wino. Jest wszystko, czego dusza zapragnie. Tam umawiam się zwykle ze znajomymi, chociaż oni kręcą nosem, bo woleliby którąś z tych nowoczesnych, modnych knajpek, w których teraz wypada się pokazywać. „Dajana” to obciach, słyszę najczęściej i, rzecz jasna, nic sobie z tego nie robię. Moda jest kapryśna i dziś wypada bywać tu, a jutro tam. To miasto jest pełne różnorodności, każdy ma taki Płowdiw, jaki lubi.
A ja od kilku miesięcy mam do niego klucz. Dosłownie! Bo mówię tu o konkretnym metalowym kluczu, kupionym w jednym ze staromiejskich antykwariatów przez mojego męża, szperacza i zbieracza różnych dziwnych przedmiotów. Nie wystarczyło mu, że w jego posiadaniu znalazł się sporych rozmiarów mosiężny klucz, który najprawdopodobniej służył do zamykania sejfu w jednym z bogatych kupieckich domów – może nawet w tych najpiękniej odnowionych i najchętniej odwiedzanych przez turystów, czyli u samego Stefana Chindliana albo Nikoły Nedkowicza? Klucz od sejfu trafił do mężowskiej kolekcji, a mnie przypadł w udziale inny, zupełnie niezwykły! Po wielu odwiedzinach w jednym z antykwariatów i po wielu godzinach szperania w jego zasobach, okraszonych rozmowami z właścicielem, weszłam w posiadanie… złodziejskiego wytrycha! Ten klucz specjalnego przeznaczenia wykonany jest z dwóch zespawanych ze sobą części – pięknego uchwytu, pochodzącego zapewne od klucza do jakichś starych, solidnych drzwi, oraz uniwersalnej końcówki w postaci stalowego haczyka. Wyobrażam sobie, że jakiś sprytny rzezimieszek otwierał nim drzwi domów z epoki Odrodzenia Narodowego i secesyjnych kamienic, wchodząc wszędzie tam, gdzie ja teraz mogę wejść jedynie mocą swojej wyobraźni. Ale dobrze, że mam ten wytrych, bo kiedy trzymam go w dłoni, otwierają się przede mną drzwi do historii Płowdiwu i do emocji, jakie przeżywali jego mieszkańcy.
Mariola Mikołajczak
👉 Kup: Płowdiw. Klucze do miasta












