Pieśń, która nie ocala – kilka słów o “Pieśniarzu” Aleksandry Konefał

Zbiór „Pieśniarz” Aleksandry Konefał otwiera się niepozornie: zaczyna się od dziecięcego lęku, od szkoły, od plotki, od szeptu krążącego po korytarzu. „Cyklop” wprowadza czytelnika w świat, który na pierwszy rzut oka wydaje się oswojony, niemal banalny – szkolne lekcje, rutyna dnia, dorośli pochłonięci sobą. A jednak to właśnie tutaj, w miejscu instytucjonalnie przeznaczonym do „opieki”, pojawia się pęknięcie. Groza sączy się powoli, nie wybucha nagle, lecz narasta wraz z przeczuciem, że coś zostało przemilczane, zamknięte, odsunięte na najwyższe piętro zbiorowej świadomości. Już w tym pierwszym tekście widać wyraźnie, że Konefał nie interesuje sam strach, lecz moment decyzji – ta chwila, w której wspólnota wybiera, aby wygodnie „nie widzieć”.

Po tym dusznym, cichym otwarciu narracja gwałtownie skręca. „Mary Sue” oddaje głos narratorowi, którego nie da się ani łatwo polubić, ani jednoznacznie potępić – bo to nie potwór z zewnątrz, lecz figura ulepiona z kulturowych klisz, fantazji i projekcji. Amerykańskie imię z tytułu działa tu jak maska i jak filtr: pozwala estetyzować obsesję, wygładzać przemoc, opakować ją w popkulturowy język. Konefał świadomie igra z konwencją, pokazując, jak pop, kino i erotyczne mity produkują gotowe role, za którymi można schować bardzo realne zło. To opowiadanie nie tyle demaskuje jednostkę, ile rozbiera na części mechanizm, który umożliwia istnienie takiej postaci i czyni ją społecznie „niewidzialną”.

„Teatr cieni” porzuca stabilny grunt i wchodzi w obszar półsnu. To najbardziej rozproszone formalnie opowiadanie tomu: poszarpane, zbudowane z obrazów, urywków, błysków przemocy i strachu. Wojna, ucieczka, dziecko, ogień – nic nie chce się tu zamknąć w logiczną sekwencję. Jakby autorka celowo odbierała czytelnikowi interpretacyjny komfort, sugerując, że pewne doświadczenia da się przekazać tylko przez szczeliny i pęknięcia. Ten tekst działa jak obraz widziany kątem oka: miga, znika, nie daje się uchwycić.

W centrum tomu znajduje się „Pieśniarz” – opowiadanie kluczowe, także konstrukcyjnie. Historia relacji, która zaczyna się od obietnicy wyjątkowości, a z czasem zamienia się w emocjonalną pułapkę. Muzyka, pieśń, aura wrażliwości i kruchości nie łagodzą tu przemocy, lecz ją maskują i wzmacniają. To nie jest opowieść o „toksycznym artyście” w sensie anegdotycznym, lecz precyzyjny zapis procesu, w którym fascynacja wypiera podmiotowość, a miłość zostaje pomylona z intensywnością doznań. Konefał nie podnosi głosu i nie moralizuje, lecz pozwala, by granice przesuwały się niemal niezauważalnie, aż w pewnym momencie okazuje się, że nie ma już dokąd wracać, bo “tamta ja” już po prostu nie istnieje.

„Dwa księżyce” przynoszą nagłe ochłodzenie. To opowiadanie twarde, pozbawione metafizycznych podpórek, opowiadające o świecie jako brutalnym układzie sił. Chłopięca perspektywa, pozbawiona sentymentalnych filtrów, prowadzi do czynu ostatecznego, opisanego bez psychologicznej kokieterii i bez taniego szokowania. Ten tekst uderza jak zimna woda w twarz: pokazuje, do czego prowadzi rzeczywistość, z której język empatii został doszczętnie wyrugowany.

Całość domyka „Nie ptak, lecz kruk” – krótka, liryczna wizja, która bardziej sugeruje, niż opowiada. Pełni rolę cody: sennej, symbolicznej, skupionej na pamięci i utracie. Po wcześniejszych narracjach zawłaszczenia i przemocy pozostaje obraz miłości jako doświadczenia granicznego, czegoś, co nie daje się ani zatrzymać, ani do końca zrozumieć, ale co mimo wszystko powraca.

Dopiero czytane razem te opowiadania odsłaniają pełną spójność projektu. „Pieśniarz” jest zbiorem o “przemocy narracyjnej”, o tym, kto opowiada, kto słucha i kto traci prawo do własnej historii. Dziecko zamknięte w szkolnym pokoju, kobieta uwięziona w cudzej fantazji, partnerka zagłuszona „pieśnią”, chłopiec wychowany w świecie pozbawionym sensu – wszyscy oni zostają wtłoczeni w role narzucone przez cudzą opowieść. Największe zło nie eksploduje tu efektownie, lecz rozlewa się powoli: w codziennych gestach, w języku, w spojrzeniu, w społecznej zgodzie na milczenie.

Mimo podejmowania przez autorkę tzw. “dużych tematów”, jest to proza gatunkowa – tom najbliższy horrorowi psychologicznemu i mrocznemu realizmowi, z wyraźnymi śladami gotyku, ale pozbawionemu klasycznych rekwizytów grozy. Jeśli szukać kontekstów, bliżej mu do Shirley Jackson niż do Stephena Kinga, do Hanekego niż do thrillera, do malarstwa Francisa Bacona, ale nie tylko. Jest w tej prozie również wyraźny romans z pulpowością: z ostrym konfliktem, wyrazistą sytuacją, napięciem, które chce nie tylko znaczyć, lecz także wciągać. Konefał nie sprawia wrażenia autorki, która chciałaby zostać zamknięta na wystawie z tabliczką „literatura ambitna”. Raczej korzysta z gatunkowych narzędzi, by je lekko rozszczelnić, niż by się od nich demonstracyjnie odwrócić.

A co z odwróceniem się od polskiego kontekstu, co jest charakterystyczne dla lwiej części krajowej prozy gatunkowej, szczególnie na poletku “young adult”? Autorki operujące w tej szerokiej niszy, mimo że urodziły się w Katowicach, Olsztynie czy Sochaczewie swoich bohaterów wrzucają np. do kalifornijskich szkół, odcinając się od “polskiej przaśności”. Czy więc “Pieśniarz” to zbiór „typowo polski”? I tak, i nie. Polskość jest tu obecna na poziomie instytucji, rodzinnych układów, gotowości do zamiatania spraw pod dywan. Jednocześnie autorka świadomie gra globalnymi konwencjami i wykorzystuje je po to, by je rozbroić – jak w „Mary Sue”, gdzie amerykańskie imię działa jak ironiczna nakładka na bardzo lokalną przemoc. To proza, która bez kompleksów mogłaby funkcjonować poza polskim kontekstem, choć momentami zostawia lekkie poczucie niedosytu – chciałoby się więcej bardziej konkretnego, lokalnego zakorzenienia.

Najmocniejszym tekstem tomu pozostaje „Pieśniarz” – nie dlatego, że jest najbardziej efektowny, lecz dlatego, że najpełniej odsłania projekt autorki: literaturę nieufną wobec mitów miłości, wyjątkowości i zbawienia. Po lekturze zostaje chłód, ale też wrażenie, że ten chłód nie jest pozą. To zbiór niewygodny, a jednocześnie narracyjnie sprawny – taki, którego nie trzeba wcale głęboko analizować, ale można po prostu popłynąć wraz z nim.

Leo Koss


Kup 👉 Aleksandra Konefał – Pieśniarz

Zobacz także: Houston, mamy Niemczę – recenzja “Powrotu” Michała Kukuły