Jeśli szukasz poezji romantycznej, w której kochankowie spijają sobie ambrozję z ust w świetle księżyca – trafiłeś pod niewłaściwy adres. Paulina Grygielska serwuje nam czystą poetycką bezpośredniość – jest szczerze, mocno i bez kompromisów. Emocje, którymi nafaszerowała wersy, mkną w naszym kierunku niczym szybko wystrzelone strzały i wreszcie przebijają nam serce. Tak pokłuci, z wnętrzem rozoranym jak krater na Marsie, docieramy w końcu do bezpiecznej przystani: wiersze łagodnieją, świt zapowiada cieplejszy dzień, a “strata rzeczywiście zamienia się w opowieść”.
Jesteś piękna jak niebo
Zdążyłam w życiu nagromadzić tyle rzeczy,
że mogłabym obdzielić nimi wielu ludzi.
Małą afrykańską wioskę obuć w trampki i sandałki na szpilkach,
których nigdy nawet nie wypakowałam z pudełka.
Są mi zupełnie niepotrzebne
i pewnie nie zauważyłabym ich braku przez najbliższe lata.
Minimalizm fajna sprawa – znam, szanuję –
ale zupełnie w niego nie potrafię.
Gubię się w chaosie rzeczy, kolorów
i ciągle czegoś szukam.
Różowych farb akrylowych mam aż dwanaście –
decyzja była trudna, bo te odcienie – każdy jeden –
są piękne jak niebo.
Jesteś piękna jak niebo.
Takie porównanie.
Cudownie poetycki środek stylistyczny,
którym poeta obdarował ją kilka lat temu
w pewnej pamiętnej korespondencji.
Byłam wtedy z synem na wakacjach w słowackich Tatrach.
Było nam wakacyjnie, beztrosko i lekko.
Ach, te loginy i hasła.
Potrafią wywrócić życie do góry nogami,
albo – podszewką na wierzch.
Nie spałam całą noc.
A potem wiele innych.
I tu i tam
Agata*, muszę ci coś powiedzieć.
Bardzo się zmieniłaś od naszego pierwszego spotkania. Cały czas mam w pamięci, jak siedziałaś skulona na podłodze. Jakbyś była nieważna. Bez skrzydeł. Laptopa miałaś na niskim stoliku. To twoje siedzenie na podłodze jest jak symbol. Teraz jesteś inna, piękna, szczęśliwa.
To są słowa mojej lektorki angielskiego. Padają tu więc: amazing, beautiful, inspiration. Powtarza mi to już któryś raz. Przypomina o drodze, którą przeszłam, i że jestem dla niej inspiracją.
Wybrałam ją prawie dwa lata temu spośród setek innych lektorów. Urzekło mnie jej zdjęcie – uśmiechnięta kobieta w czarnym hidżabie. Lekko ciemna karnacja, pełna, sympatyczna twarz. Byłam wtedy na kolejnym w życiu rozdrożu zawodowym, po tym jak w pewien upalny czwartek – w środku dnia – napisałam wypowiedzenie i postanowiłam po raz kolejny zacząć od zera. Po ponad ośmiu latach w pewnej instytucji, po pięciu na tzw. prestiżowym stanowisku. Wstałam i wyszłam. Bez planu.
Życie za chwilę dokopało mi na tyle, że postanowiłam nabrać biegłości w języku obcym.
A to się nie wydarzyło i pewnie nigdy nie wydarzy.
Spotykamy się trzy razy w tygodniu (wcześniej cztery). Śmiejemy się czasem przez całe lekcje, bo moje przejęzyczenia i stosunek do samej nauki nieustannie ją bawią.
Proszę, Iman*, zacznijmy znów od A0 – mnie się nigdzie nie spieszy. Nie po to tu jestem, żeby nauczyć się języka. Wolę być z tobą do śmierci. I don’t like B1. I know that – słyszę.
Gadamy o dietach, życiu. I płaczemy ze śmiechu – który i u niej, i u mnie niesie się na cały dom. Jej córka mówi, że uwielbia, kiedy Iman ma ze mną lekcje. Ja słyszę pytanie: Ty się uczysz, czy oglądasz kabarety?
Mówi mi potem, że przez pół dnia bolał ją brzuch ze śmiechu.
To ona pierwsza zauważyła, gdy w lutym rozpadłam się na kawałki.
Iman mieszka w Kapsztadzie. Jest kilka lat starsza ode mnie. Ma swoją historię – rozwód z pierwszym mężem, śmierć drugiego. Cztery córki, w tym dwie najmłodsze – bliźniaczki, jak mówi: double trouble – w wieku mojego syna. Też walczy z chorobami, ma problem z wagą, przeżyła zdrady i te wszystkie historie, co ja. Bliźniacze niemal czasy szkolne, wzloty, upadki, muzyczne miłości.
A niby na końcu świata. Niby pory roku na odwrót – bo gdy u nas lato, ona kostnieje z zimna w domu bez heating system.
Wiem, kiedy jest Ramadan. Wiem, kiedy leje się krew z bogu ducha winnego baranka, czy innej owcy, bo halal. Wiem, że jak zgon, to i od razu pogrzeb. Wiem, że w Kapsztadzie bardzo łatwo stracić życie, gdy się pójdzie w niewłaściwe miejsce. Wiem, jak wygląda miejsce spotkania dwóch oceanów – na południe od tego miasta.
Widziałam zdjęcia ze ślubu jej córki i nadal nie mogę pojąć, jak dziwnie się to wszystko potoczyło – od poznania do zamęścia. Jak nieoczywiste mogą być niuanse kulturowe.
Ale jak – przy tych wszystkich różnicach – kobieta afrykańska, muzułmanka, potrafi zrozumieć Europejkę. Bez oceny. I zmotywować: If it’s going to make you happy – just do it.
Choć za te czyny grozi mi piekło. I w mojej, i w jej religii.
A gdy wysyłam jej zdjęcia z koncertu czy podium – mówi: Agata, jestem z ciebie taka dumna.
* imiona wybrane na potrzeby bloga. Zawsze uważałam, że Agata to piękne imię.

Paulina Grygielska – urodzona w 1978 roku, częstochowianka. Absolwentka filologii polskiej w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie (obecnie Uniwersytet Jana Długosza). Zawodowo – bardzo zwyczajna. Prywatnie – lubi bawić się słowem i maluje kolorowe obrazy jako artystka nieutalentowana, bez pretensji artystycznych. Śpiewa w chórze i czasem także gdzie indziej. W 2016 roku ukazał się jej przewodnik Praga (Wydawnictwo Kartograficzne Eko-Graf, Wrocław).












