„Niemcy tu nie wrócą” – rozmowa z Brunonem Ratajem

Kornel Maliszewski: Po wojnie przeprowadził się Pan z rodziną z Francji na Górny Śląsk, skąd po jakimś czasie ruszyliście do Słupca. Jakie były Pana pierwsze wrażenia z tego nowego świata na Ziemiach Zachodnich?

Bruno Rataj: Gdy przyjechaliśmy z Francji do Polski, miałem 6,5 roku. A kiedy przenosiliśmy się z Zabrza do Słupca, miałem 7 lat i 3 miesiące. Tak, jak większość dzieciaków w tym wieku, wszystko mnie interesowało, bo prawie wszystko było dla mnie nowe. Niektóre sytuacje mnie zaskakiwały – na przykład: w Zabrzu, idąc z mamą przez miasto, zobaczyłem przed wejściem do kościoła szpaler klęczących żebraków, głównie starszych ludzi. Zapytałem się mamy, dlaczego oni tam klęczą?  Odpowiedziała, że to są ludzie biedni, którzy proszą wychodzących z kościoła o jałmużnę (o jakieś pieniążki na chleb). Było to dla mnie szokujące, bo we Francji z niczym takim się nie spotkałem.

Zabrze robiło na mnie nieprzyjemne wrażenie. Wszędzie było dużo miału i kurzu, i przez cały czas czuło się ten charakterystyczny zapach węglowego pyłu. Domy, jeżeli nie były to nowo wybudowane bloki, w większości wyglądały na obdrapane i brudno-szare. Bardzo niewiele zieleni.

Słupiec natomiast był dużo milszy. Osiedle i zarazem wieś, otoczone zalesionymi górami, robiły bardzo dobre wrażenie. Pamiętam, jak pierwszy raz poszliśmy do lasu na jagody. Czuło się to świeże leśne powietrze i tę mieszankę zapachów żywicy i runa leśnego. Miałem wtedy ochotę tarzać się po „dywanach” niskich krzaczków z granatowymi, lśniącymi borówkami, i wykrzykiwać na cały głos: „hop, hop”, aby las odpowiedział mi tym samym. Dziwne natomiast wydawało mi się wówczas to, że w Elementarzu miałem czytankę o wsi, której towarzyszył rysunek rolnika orzącego pole koniem. A w realu widziałem na polach krowy ciągnące pługi. Dowiedziałem się od rodziców, że nie było koni, bo w czasie wojny zostały zarekwirowane dla wojska. A pozostałe zaś, nieliczne konie wykorzystali do transportu Niemcy, którzy uciekali przed frontem na zachód.  

A kiedy pojawił się pomysł na to, aby spisać tamte wspomnienia w formie książki? W jakich latach powstawali “Osiedleńcy”?

Kiedy przeszedłem na emeryturę, zamierzałem napisać kronikę rodzinną. Zacząłem sobie przygotowywać materiały. Było jednak zbyt dużo różnych faktów i wydarzeń, do których nie dało się przypisać dokładnych terminów i dat. Mając do dyspozycji nawet sporą liczbę fotografii z albumu rodzinnego, nie znalazłem żadnych informacji o wielu postaciach, które są na nich ani dat, kiedy fotografie te były robione.

Dlatego zmieniłem swój zamiar. Postanowiłem, że zamiast kroniki rodzinnej postaram się napisać powieść pamiętnikarską. Powieść na podstawie rodzinnej biografii. Do jej powstania zdopingował mnie także pewien młody człowiek, który powiedział: – »Wasze pokolenie to miało ciekawe życie. Była wojna, a po wojnie ludzie w Europie się przemieszczali i coś się działo. A moje pokolenie prowadzi takie nudne, nieciekawe życie.«

Dlatego chciałem jemu, i myślącym podobnie jak on, przedstawić losy swoich rodziców – przede wszystkim – oraz losy innych osób z ich pokolenia. Losy, które na pewno były niebanalne, choć podszyte strachem o swoje życie i o życie najbliższych. Nawet taka prozaiczna sprawa, jak przejazdy pociągiem po zburzonych, a potem tylko prowizorycznie naprawianych mostach. Pociąg wolno jechał po niepewnych podkładach, wysoko nad rzekami. Musiało to wzbudzać silne napięcie i lęk. Nie mówiąc już o strachu, jaki w czasie wojny odczuwano podczas bombardowań.

Pomysł napisania powieści „Osiedleńcy” powstał jesienią 2021 roku.   


Bruno Rataj

Czy poza zmianami imion bohaterów dokonał Pan w swojej książce jakichś fikcjonalnych zabiegów, czy jest to względnie wierne oddanie powojennej historii rodziny, która postanowiła poszukać szczęścia na Ziemiach Odzyskanych?

Imiona większości osób rzeczywistych, występujących w powieści, są prawdziwe. Wyjątki stanowią te osoby, których imion nie zapamiętałem i zmuszony byłem nadać im nowe. 

W moim przypadku imię, jakie mam w powieści, również jest nieprawdziwe. Ale jest ono mocno ze mną związane. Przez cały okres szkoły podstawowej i szkoły średniej mówiono na mnie Bronek. Dopiero po otrzymaniu młodzieżowego dowodu osobistego, gdzie zostało wpisane moje właściwe imię z przetłumaczonego francuskiego aktu urodzenia, przestałem (przynajmniej oficjalnie) być Bronisławem. Dla rodziny i starych znajomych jeszcze długo byłem Bronkiem…

Nazwiska w powieści występują tylko trzy. Dotyczą one osób rzeczywistych: Brodawscy. Kirbiszowie, Kozak, ale są to nieprawdziwe personalia. Zostały celowo zmienione. Prawdziwe są zaś imiona innych osób rzeczywistych, które pełniły wówczas określone funkcje: kierownik szkoły (Stefan), ksiądz proboszcz (Ernest) oraz zawiadowca kopalni (Józef). Informacje na ich temat i ich nazwiska można znaleźć w różnych dokumentach. Tak jak nazwisko Janka, kolegi szkolnego Bronka, wymienione wśród absolwentów na stronie internetowej szkoły muzycznej w Kłodzku.

Opis tamtego dawnego świata jest pełen detali. Czy korzystał Pan podczas pisania tylko ze swoich wspomnień, czy także relacji innych osób lub książek?

Do napisania „Osiedleńców” korzystałem z różnych źródeł. Jedno z tych ważniejszych wymieniłem na początku książki, pod spisem treści. Poza tym korzystałem z „Poradnika Górnika”, z internetowej Wikipedii (polskiej i francuskiej) oraz internetowych stron, dotyczących Nowej Rudy i okolic. Ponadto zaglądałem do informatorów o szlakach turystycznych po Górach Sowich.

Oczywiście, podstawowym źródłem informacji była też moja pamięć. Ale nie tylko ta siedmioletniego dziecka. Lecz przede wszystkim pamięć, która była przez wiele lat wypełniana opowiadaniami rodziców i innych starszych osób.

Jak wspomina Pan tę wieloetniczną mieszankę, która przez rozdania historyczne pojawiła się na Ziemiach Zachodnich? Musiał być to całkiem inny świat niż dzisiejsza jednorodna i zunifikowana Polska?

Ludzie ze wschodu to byli głównie rolnicy. Oni przybyli na te ziemie najwcześniej, jeszcze w 1945 roku. Zajęli pozostawione przez Niemców gospodarstwa rolne o dużo wyższym standardzie niż te, które pozostawili na wschodzie.

Ludzie z zachodu (Polacy z Francji, Belgii, Niemiec, Rumunii), a także z Górnego Śląska to przeważnie byli górnicy. Żadna elita, tylko prości górnicy. Często z dużym już doświadczeniem w pracy w różnych kopalniach. Oni zajmowali domki i mieszkania po niemieckich górnikach.

Te dwie grupy społeczne, niezależnie z jakich stron przybyły, żyły ze sobą w dobrej symbiozie. Górnicy potrzebowali wielu produktów rolnych, jak: mleko, masło, jaja, sery, owoce itp. A rolnicy potrzebowali: pieniędzy, węgla, a czasami także pomocy przy zbiorach. Ponadto górnicze rodziny miały zwyczaj hodowania dla przyjemności lub dla swoich potrzeb: gołębie, kury, kaczki, gęsi, króliki, a nawet kozy. Dla tych zwierząt potrzebowali ziarna, jakąś paszę, słomę na ściółki itp. Mogli to wszystko kupić od sąsiadujących z nimi rolników.

Ten różnorodny świat nikomu nie przeszkadzał. Nikt nie przejmował się tym, że jedni w mowie „śpiewnie” zaciągają, a innym brakuje często polskich słów i dorzucają w rozmowach słowa francuskie, niemieckie czy rumuńskie. Jakoś wszyscy potrafili się porozumieć.

Czasami jednak niektórym to nie było w smak. Przypominam sobie, jak ojciec opowiedział nam kiedyś zabawną historię, która zdarzyła się na górniczym zebraniu: Jeden ze Ślązaków z Górnego Śląska, któremu nie podobało się, że ci z Francji w rozmowach przeplatają wypowiedzi obcymi wyrazami, tak się do nich zwrócił: – „Chopy, wy sōm żeście terŏz w Polsce. Wy musicie szprechać terŏz rychtyk po polsku.” Biedak, nawet nie wiedział, że słowa „szprechać” (mówić) i „rychtyk” (dokładnie / poprawnie) nie są polskie ani nawet śląskie, tylko niemieckie.

A odczuwał Pan, że pewne grupy osiedleńców były uprzywilejowane i mogły zajmować lepsze stanowiska w tym rodzącym się na nowo porządku? Np. reemigranci z Francji, do których także Pan należał, znali język francuski, a często także niemiecki, dzięki czemu byli w stanie dogadać się ze starymi mieszkańcami tych ziem, co było ważne np. w kontekście przejmowania wiedzy technicznej o lokalnej kopalni. Nie bez znaczenia było także to, że wielu Polaków z Francji miało doświadczenie w pracy pod ziemią.

Nie odczuwałem tego, by pewne grupy osiedleńców były uprzywilejowane i, aby zajmowały lepsze stanowiska z tytułu przyjazdu z Francji lub z Belgii. Tak, jak już przed chwilą mówiłem – repatrianci to nie była żadna elita czy kadra techniczna. To byli prości górnicy, których nie rozpieszczano na obczyźnie. Harowali tam często w bardzo złych warunkach. I mimo wielu lat ciężkiej pracy, rzadko któremu udawało się wyuczyć dziecko do poziomu szkoły średniej. Raczej nie spotykało się tam inżyniera czy pracownika wyższego dozoru górniczego, który byłby Polakiem.

Natomiast całkowicie inna była sytuacja w powojennej Polsce. Każdy, bardziej ambitny młody człowiek, niezależnie skąd przybył, mógł szybko zdobyć wykształcenie i bez trudu awansować. Często na bardzo ważne stanowiska. Po wojnie, Polsce bardzo brakowało wykształconej kadry. I to prawie we wszystkich dziedzinach życia i gospodarki. Jednak sam fakt, że ktoś znał obcy język, jeśli nie doskonalił go, by zostać tłumaczem, nauczycielem tego języka lub, by podjąć odpowiednie studia, nie dawał żadnych przywilejów. Mógł się przydać do korespondencji w tym języku z krewnymi za granicą lub do czytania książek i komiksów.

Język niemiecki zaś praktycznie znało po wojnie wiele osób. Nie było wcale tak trudno porozumiewać się z niemieckimi pracownikami (górnikami, mechanikami, stolarzami, itp.) i z niemiecką ludnością, bez dokładnej jego znajomości. Wiem to z autopsji, bo jako ośmiolatek bawiłem się na podwórku z niemieckimi rówieśnikami. Szybko przyswajałem sobie niemieckie słowa, a oni polskie.

Wspomina Pan w swojej powieści o szkolnych docinkach, jakie musiały znosić dzieci z francuskiej emigracji. Myśli Pan, że było to spowodowane strachem przed innością, a może dzieci czuły, że ta grupa osiedleńców ma jednak inny status, jest w jakiś sposób wyjątkowa?

Nic z tych rzeczy, o których Pan mówi. To były tylko zwyczajne dziecięce, złośliwe docinki. Trafił się koleś, który wszystkim dogryzał, bo chciał się wyróżniać. A że trafił na „Franciocha”, co miał drętwe „er”, to chciał sobie złośliwie „poużywać”. Niestety nie udało mu się, bo został wyśmiany. Wśród szkolnych dzieci najmniej uwidaczniały się różnice, skąd kto przybył. 

Nie było żadnego wyższego statusu grupy osiedleńców z Francji. Ja tego nie widziałem. Miałem kolegów, którzy przyjechali z rodzicami z różnych stron. Nikt nie popisywał się przed nimi swoim rzekomo wyższym statusem, tj.: lepszym ubraniem, droższym zegarkiem czy pojazdem.

Nie wiem, skąd się wzięło to mniemanie o wyższym statusie Polaków przybyłych z Francji? Wydaje mi się, że bierze się to z pokutującego w Polsce mitu o tym, że wszystko, co pochodzi z zachodu, jest: – lepsze, mądrzejsze i ładniejsze.

Jestem za młody, aby pamiętać, która z grup osiedleńców cieszyła się wyższym statusem. Spytałem o to ze względu na to, że kilkukrotnie spotkałem się z taką opinią wygłaszaną przez starszych mieszkańców Dolnego Śląska. A jakie francuskie tradycje przywieźliście ze sobą z kraju Napoleona?

Trudno stwierdzić, czy przywiozło się jakieś francuskie obyczaje. Były to raczej nawyki. Takie jak na przykład: codzienne picie prawdziwej kawy, picie win wytrawnych (jeśli kogoś było na nie stać i miał możliwości zaopatrzenia się), oglądanie i czytanie komiksów. Ewentualnie noszenie beretów w sposób baskijski. A u kobiet mogło to dotyczyć noszenia modnych we Francji fryzur.

Polacy we Francji, w większości przypadków, mieszkali w polonijnych skupiskach. Stanowili tam dosyć zwartą grupę etniczną. I często było odwrotnie. To Polacy przenosili swoje niektóre obyczaje do społeczeństwa francuskiego. Takie, jak na przykład: malowanie jajek wielkanocnych, polewanie się wodą w śmigusa-dyngusa czy popularyzowanie zespołów folklorystycznych z polską muzyką, ludowymi tańcami i strojami.

Pole wydobywcze Słupiec. Szyb Jan. Pocztówka z lat 20

Porozmawiajmy teraz o atmosferze, jaka panowała w tamtych latach w Słupcu. Ludzie czuli się bezpiecznie, czy sądzono, że “Niemcy tu kiedyś wrócą”? Może obawiano się także niemieckiego ruchu oporu czy akcji dywersyjnych, do których dochodziło podobno nawet w 1948 roku…

Ludzie, którzy decydowali się na przyjazd i osiedlanie się na poniemieckich ziemiach byli przekonani, że do żadnego powrotu Niemców nie dojdzie. Na to pytanie książkowy Józef odpowiada swojemu teściowi, podczas pobytu na wsi. Mieszkając w Słupcu, nie słyszałem o jakimkolwiek niemieckim ruchu oporu i o akcjach dywersyjnych. Niedobitki wermachtu i innych oddziałów niemieckich pospiesznie przeniosły się w głąb Niemiec lub zostały unieszkodliwione przez Wojsko Polskie i Armię Czerwoną.

Zresztą, kto miałby tam organizować jakiś „ruch oporu”, i po co? Niemcy wiedzieli, że muszą te ziemie opuścić, bo zadecydowały o tym mocarstwa, które wygrały wojnę. Wiedzieli również, że władze polskie nie folgowałyby im w przypadku jakichś sabotażowych ekscesów. Mogliby się spodziewać bardzo surowej reakcji. A Niemcy, jako społeczeństwo, miało wpojoną karność i posłuszeństwo wobec władz. Opowiadania o niemieckim ruchu oporu na tych terenach, 2-3 lata po wojnie, należy włożyć między bajki.

A jak traktowani byli w tamtym czasie Niemcy, którzy nie wyjechali lub nie zostali jeszcze przesiedleni z Dolnego Śląska?

Uważam, że Niemcy mieszkający tam traktowani byli przyzwoicie. Mieli swoją szkołę, oraz swój ewangelicki kościół. Za pracę w kopalni byli normalnie opłacani i mogli się zaopatrywać w sklepach, tak jak wszyscy mieszkańcy. Polskie władze nie były zainteresowane szybkim wysiedlaniem Niemców. Robiono to sukcesywnie, w miarę jak zasiedlali te ziemie Polacy.

Inna sprawa, że Niemcy, bardziej niż Polacy, byli narażeni na napady i rabunki ze strony różnych oprychów, grasujących i szabrujących na tych ziemiach. Dlatego byli zadowoleni, gdy w pobliże ich domów lub do kamienicy, w której mieszkali, wprowadzała się jakaś polska rodzina.

Uważa Pan, że czasy powojenne na Ziemiach Zachodnich to temat, który nie został jeszcze odpowiednio uwieczniony w literaturze i kinematografii?

W PRL-u powstało wiele literatury i filmów o tematyce zasiedlania Ziem Odzyskanych. Literatury nie znam za bardzo. Ale oglądałem wiele filmów o tej tematyce. Np.: „Rzeczpospolita babska” w reżyserii Hieronima Przybyły, „Skąpani w ogniu” Jerzego Passendorfera, „Raj na ziemi” Zbigniewa Kuźmińskiego „Rok spokojnego słońca” Krzysztofa Zanussiego, i inne, podobne. A także pierwsza część kultowej, komediowej trylogii „Sami swoi” Sylwestra Chęcińskiego.

Myślę, że jeszcze dużo wody upłynie, zanim zaczną się ukazywać obiektywne opracowania literackie i filmy o tym wczesnym, powojennym okresie na Ziemiach Odzyskanych – niepodlane „anty-PRL-owskim sosem”,

A jak ocenia Pan film “Prawo i pięść”, czyli prawdopodobnie najbardziej znaną próbę zmierzenia się z tematyką polskiego “Dzikiego Zachodu”. Jako komunistyczną agitkę czy interesujący zapis tamtych czasów?

Dziękuję Panu za przypomnienie mi tego „polskiego westernu”. Film „Prawo i pięść” uważam za interesujący. Ma wspaniałą obsadę najlepszych polskich aktorów oraz sprawną reżyserię Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego. Pokazana sytuacja w miasteczku na tych ziemiach, w pierwszych dniach po ucieczce Niemców, jest prawdopodobna i realistyczna.

Film ten obecnie oceniany jest, oczywiście jako „komunistyczna agitka”, bo ma tę „negatywną” przypadłość, że pokazuje Milicję Obywatelską pilnującą porządku publicznego, a nie biegającą z pałami i bijącą demonstrantów.      

Słupiec i Nowa Ruda połączyły się dopiero w latach 70. Pan pamięta Słupiec jako osobny byt. W żadnym razie nie czuł się Pan Noworudzianinem?

Nazwa Słupiec zaczęła obowiązywać od 16-12-1946 r. (M. P. 1946 nr 142 poz. 262). Wcześniej Słupiec nazywano potocznie Szlagowem. Pamiętam też Słupiec, jako miasto w latach 1967-72, bo chociaż mieszkałem już w Słupsku, to odwiedzałem rodziców, gdy jeszcze mieszkali w Słupcu. Nie czułem się Noworudzianinem, Nową Rudę znałem jako miasteczko w pobliżu Słupca, do którego chodziło się robić zakupy, a niektórzy młodzi ludzie maszerowali lub jeździli na rowerach do ogólniaka.

A w późniejszych latach odwiedzał Pan często te strony? Jak się zmieniały z biegiem lat?

Od 1965 roku, kiedy skończyłem studia i zamieszkałem na stałe w Słupsku, prawie co roku odwiedzałem rodziców w Słupcu. Sam, a później z rodziną. Moje dzieci bardzo lubiły odwiedzać dziadków i jeździć do nich koleją, w wagonie z kuszetkami. W tym okresie Słupiec jeszcze nie rozbudowywał się tak intensywnie, jak później. Pod koniec lat siedemdziesiątych rodzice przenieśli się do Gdańska. Od tamtej pory już nie odwiedzałem Słupca. Ale interesowałem się jego losami.

Właśnie wtedy nastąpił ten bum rozwojowy. Był on związany nie tylko z rozwojem kopalni, ale sądzę, że również z przyłączeniem go do Nowej Rudy. W dobie internetu nawiązałem kontakty z niektórymi osobami z Nowej Rudy i odnowiłem (telefonicznie) kontakty z dwoma szkolnymi kolegami. Pomogła mi w tym, zlikwidowana (niestety), „Nasza Klasa”. Poznawałem i podziwiałem także rozbudowaną dzielnicę Nowa Ruda-Słupiec „chłopkiem” z Google Maps.

Komunia w Słupcu, 1947 rok

A na koniec chciałbym spytać, czy odezwali się do Pana czytelnicy, którzy rozpoznali siebie lub swoich przodków na kartach “Osiedleńców”?

Myślę, że czytelników, którzy mogliby rozpoznać siebie na kartach książki, nie ma wcale. Po prostu odeszli w zaświaty. Ja w tym roku rozpocząłem osiemdziesiąty czwarty rok życia. A Bronek z powieści jest jedną z najmłodszych postaci. Nawet wśród licznych dzieci i młodzieży, widocznych na zbiorczej fotografii komunijnej, najmłodsza postać jest co najmniej o dwa lata starsza od Bronka.

Uważam, że książka jest jeszcze za mało znana, aby potomkowie postaci w niej występujących próbowali się ze mną kontaktować. Ale dzięki niej, odnowiłem niektóre dawne i aktualniejsze znajomości.

Mam nadzieję, że wyczerpująco odpowiedziałem na pytania.       

Chciałbym jeszcze dodać, że bardzo często pytano mnie o motywy przyjazdu rodziny z Francji do Polski. W książce są one wymienione, ale mimo to, chciałbym je uwypuklić:

Marianna (Mancia) mocno tęskniła za rodziną. Pragnęła zobaczyć się z rodzicami, póki jeszcze oboje żyją. Chciała także spotkać się ze swoim licznym rodzeństwem. W tamtym czasie, kontakt z bliskimi możliwy był jedynie poprzez pisanie listów, które szły miesiącami.

Józef nie odczuwał nostalgii za Polską, bo jej nie znał. Ale rozumiał i szanował tęsknotę żony. Sam natomiast liczył na to, że jego synowie, w nowej Polsce, nie będą musieli harować tak ciężko pod ziemią jak on, lecz będą mogli zdobyć wykształcenie oraz łatwiejsze i bezpieczniejsze zawody.

W ich motywach nie było nic sztucznego ani propagandowego. Były to normalne ludzkie odczucia i pragnienia.

Rozmawiał Kornel Maliszewski



Zobacz także:

1947 rok. Ziemie Odzyskane. Nowa książka w Mamiko

Kolega podarował mi starą, poniemiecką maszynę do pisania – rozmowa z Alicją Mielcarek

Niemcza jest warta tych emocji – wywiad z Michałem Kukułą