
„Stratę zamienię w opowieść” Pauliny Grygielskiej to tom, w którym autorka nie bawi się we wstępy ani grzecznościowe rozpoznanie terenu. Nie stawia metaforycznych parawanów, nie udaje wzniosłości, nie kusi wielopoziomową symboliką. Mówi do czytelnika tak, jak ludzie mówią do siebie w środku nocy, kiedy już nic nie zostaje im poza słowami: szybko, szczerze, szorstko i impulsywnie. To poezja pisana z wnętrza doświadczenia, a nie z tarasu, z którego stoicko i przez lornetkę obserwujemy sąsiedzkie awantury. I dlatego działa mocniej niż wiele bardziej wyrafinowanych tomików ostatnich lat.
We wstępie Pani Profesor Katarzyna Janus podkreśla biograficzny charakter tych wierszy. Owszem – czuć to. Widać, że każde zdanie wyrasta z konkretnego zdarzenia, z konkretnego bólu, z bardzo konkretnego sierpnia. Ale biografizm nie rządzi tu lekturą. Jest raczej cieniem, który pada na tekst, a nie kajdanem interpretacyjnym. Wiersze same narzucają empatię – nie dlatego, że „to wszystko wydarzyło się naprawdę”, tylko dlatego, że są napisane z potężnym ładunkiem emocjonalnym. Czytelnik nie współczuje dlatego, że musi, tylko dlatego, że inaczej po prostu się nie da.
To, co w tym tomiku uderza najmocniej, to brak dekoracyjnej niepewności. Wielu współczesnych poetów chowa się za językiem – zawija emocje w skomplikowane ornamenty, jakby bali się odsłonić twarz. Grygielska robi coś dokładnie odwrotnego: jej język jest przezroczysty jak szyba, a cała stawka rozgrywa się za tą szybą. Kiedy pisze o dotyku, o ciszy, o pęknięciu, nie używa metafor jak kostiumów, tylko jak narzędzi. Jak już wspominałem, ten styl przypomina nocne frazy zapisane w telefonie tuż przed świtem, w przypływie impulsu – krótkie, gęste, komunikatywne do granic. I właśnie dzięki tej prostocie dzieje się tu najwięcej. Ta poezja nie próbuje maskować bólu – pozwala mu wejść do pokoju, usiąść, wygadać się.
W tle tych wierszy pulsuje jeszcze jedno doświadczenie, którego autorka nie nazywa wprost, ale które prześwituje spomiędzy wersów: poczucie bycia „za bardzo”. Bycie „za intensywną”, „za emocjonalną”, „za wrażliwą”, „za głośną”, „chcącą za bardzo”. Grygielska pisze jak ktoś, kto całe życie słyszy, że powinien mieścić się w skali, choć ani nie chce, ani nie potrafi. W epoce relacji instant, pół-uczuć i aplikacji randkowych taka osoba zawsze będzie postrzegana jako „ta z nadmiarem”. Ale właśnie ten nadmiar napędza literaturę. I dlatego ten tomik tak mocno rezonuje – bo odsłania mechanizm pod tytułem “najpierw przeżyć, potem zrozumieć, a na końcu opowiedzieć”, który dotyczy nie jednej kobiety, tylko tysięcy ludzi uwięzionych na naszej planecie zawieszonej w kosmicznej próżni.
Nie można też nie zauważyć terapeutycznego charakteru tej książki – choć nie jest to terapia deklarowana, coachingowa. To terapia brutalnej szczerości. Wiersze są jak niecenzurowane zapisy procesów, które zwykle chowamy głęboko w szafie. Autorka pisze, bo musi, a czytelnik czuje ulgę, bo ktoś wreszcie nazwał to, czego sam nie potrafił sformułować czy wykrztusić. W świecie ghostingu, nagłych zniknięć, uczuć ucinanych jednym zdaniem i “relacyjnej niechlujności”, te wiersze stają się przymglonym lusterkiem, w którym każdy zobaczy trochę siebie. I, co ciekawe, wcale nie trzeba być kobietą, żeby tę książkę przeżyć. Mężczyzna także dużo tu zobaczy – szczególnie ten, który chce zrozumieć, jak wygląda ta „druga strona”, ta porzucona, ta przejechana milczeniem.
A potem, w końcowej części tomu, następuje zmiana rejestru. Wiersze o ojcu są najostrzejsze i najbardziej filmowe – jak sceny wyjęte z amerykańskich poematów drogi. Motor, drzewo, gazowy pistolet, paser, dziecko czekające na balkonie, aż przestanie piec. Krótkie, suche zdania, zero rozczuleń. I dopiero wtedy całość składa się w pełny obraz. Bo w relacji z mężczyzną wraca coś starszego: echo wcześniejszej utraty, pierwszej rysy, której nie da się łatwo zaszpachlować. Końcowe wiersze nie są dodatkiem – są fundamentem, do którego cała książka wraca, choć czasem nieświadomie. I właśnie te teksty otwierają nowy świat. Mam wrażenie, że kolejny tom autorki będzie już szedł dalej – w stronę własnego mitu, własnej historii, nie tylko miłosnych pęknięć.
„Stratę zamienię w opowieść” to książka, która trafia nie dlatego, że jest efektowna. Trafia, bo jest uczciwa do ostatniej linijki. Nie sili się na „głębię”, ale tę głębię osiąga, bo nie udaje. I przez tę swoją przezroczystość języka, przez intensywność emocji, przez odwagę pokazania „za dużo”, robi coś, czego poezja powinna się częściej podejmować: pozwala czytelnikowi poczuć, że ktoś wreszcie powiedział prawdę, którą on sam bał się wyartykułować.
Wszystko sprowadza się w gruncie rzeczy do jednego, bardzo prostego zdania z tomu:
Wypisać muszę ten ból, bo nie potrafię inaczej.
To nie jest poezja, która się łasi jak piesek, tylko wiersze, które proszą, żeby je uczciwie przeczytać. A potem zostają nam już na długo w bebechach.
Leo Koss
Kup 👉 Paulina Grygielska – Stratę zamienię w opowieść
Zobacz także: Magdalenki na opak, czyli o debiutanckim tomie wierszy Heleny Kupczyńskiej












