Mateusz Szmytke – Cienie łabędzi martwej przeszłości

Ta książka jest zbiorem krótkich zapisków: wspomnień z dzieciństwa, snów, zasłyszanych historii oraz szaleństw wyobraźni. Autor opisuje drobne zdarzenia z życia – spacery, rozmowy, nocne odgłosy czy pozornie przypadkowe sytuacje – które z czasem zaczynają nabierać niepokojącej dwuznaczności. Rdzeniem tych tekstów jest próba uchwycenia momentów wymykających się prostemu wyjaśnieniu: dziecięcych lęków, dziwnych zbiegów okoliczności i zdarzeń balansujących na granicy codzienności. Pojawiają się tu nocne głosy, miejsca, do których nie chce się wracać po zmroku, cmentarze oraz obrazy ze snów, które uporczywie wracają w pamięci. Te krótkie historie przypominają zapiski z prywatnego dziennika dziwnych doświadczeń – trochę wspomnień, trochę miejskich legend, trochę osobistego horroru. Zwyczajny świat w tych opowieściach nie rozpada się nagle. On raczej lekko pęka, a przez szczeliny zaczyna prześwitywać coś, czego nie da się już łatwo zignorować.


Kobieta za drzwiami (i inne doświadczenia)

Jak już wcześniej wspominałem, dzieci inaczej odbierają bodźce zewnętrzne. Do końca trzeciej klasy szkoły podstawowej mieszkałem na czwartym piętrze w bloku. Z każdym kolejnym minionym rokiem, wspomnienia tamtego okresu mojego życia, przykrywały się coraz gęstszą mgłą i były dla mnie coraz mniej istotne. Czasami mam wrażenie, że wiele zdarzeń miało miejsce nie tak dawno, a minęło już, powiedzmy… dwadzieścia parę lat. Nie wiem, w jakim celu zatrzymujemy w pamięci niektóre obrazy, gdyż wiele z nich, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wcale nie powinno zostawać z nami na dłużej. Co mi po zapamiętaniu jednej z wielu zabaw w chowanego? I czy naprawdę wciąż muszę sobie przypominać, że moja piłka na początku nowego millenium wpadła pod samochód?

Inaczej sprawy się mają, kiedy doświadczyliśmy czegoś traumatycznego, albo po prostu jakaś sytuacja obudziła w nas dotąd nieodkryty lęk. W wieku sześciu lat zostałem potrącony przez ciężarówkę, a dwa lata później dostałem kulkę w oko (zabrzmiało groźnie, lecz była to tylko kulka wystrzelona z zabawkowego pistoletu. Ciężarówka na szczęście nie wyrządziła mi większej krzywdy, ale kulka skierowała mnie na tydzień do szpitala. Pamiętam, jak białko mojego oka zostało zalane krwią i powieka w sposób naturalny sama się zamknęła. Potem nastąpiło: stosowanie maści; dokonywanie obserwacji; wykonywanie badań pod mikroskopem; niekończące się zakrapianie; zakrywanie oka bandażem… Pobyt w szpitalu na długo, a może nawet i na zawsze zostaje w naszej pamięci. Wszyscy na oddziale okulistyki byli bardzo mili, ale imiona i twarze moich towarzyszy z sali zdążyły już odejść w zapomnienie. Jedna pani podzieliła się ze mną pieczywem, co w tamtym czasie naprawdę było dla mnie wyjątkowo serdecznym gestem. Prowadziliśmy fascynujące i całkiem dojrzałe rozmowy. Późnowieczorny widok ze szpitalnego okna zapierał dech w piersiach.  Codziennie czekałem na ostatni telefon od rodziców. Rodzina mnie odwiedzała i każdy coś przynosił. Przyznam, iż miało to swój urok, ponieważ moja szuflada była po brzegi wypchana różnymi smakołykami.

Pewnie się zastanawiacie, dlaczego jeszcze nie zacząłem opowiadać o tytułowej kobiecie za drzwiami… Otóż, właśnie teraz przyszła odpowiednia chwila, aby o niej wspomnieć. Tak właściwie, to nic wielkiego się nie wydarzyło, ale z jakichś powodów nie mogę wyzbyć się tych głosów z mojej głowy:

– „Pomocy! Niech mi ktoś pomoże!”

Z tego, co pamiętam, to chyba nikt jej nie pomógł. Być może byłem sam w domu, że tak bardzo to wydarzenie się we mnie zakorzeniło. Bałem się spojrzeć przez wizjer w drzwiach (wolę nazywać tenże wynalazek judaszem). Nie spojrzałem przez niego, ponieważ wyobraziłem sobie, że ona zechce zrobić to samo i nasze oczy się spotkają. To zdumiewające, że wręcz widzęisłyszę tamtą sytuację, zupełnie jakby nie minęło od niej ponad ćwierć wieku. Kobieta, nie będąc żadną z moich sąsiadek, weszła aż na czwarte piętro i wzywała pomocy. Miała specyficzny, lekki głos, który rozbudził w moim umyśle możliwość, iż ona wcale nie musi być człowiekiem. Strach pomyśleć, kogo ujrzałbym po drugiej stronie drzwi.


Mateusz Szmytke urodził się
w Wejherowie i nadal w nim mieszka. Jest absolwentem wejherowskiego II LO im. Teodora Bolduana i gdyńskiej szkoły policealnej Cosinus o kierunku technik BHP. Wyraża głębokie zafascynowanie naturą, i z tego właśnie
względu uwielbia spędzać czas nad jeziorami znajdującymi się z dala od zgiełku i niezdrowego zapachu miast. Jest fanem klimatycznych i mrocznych odmian muzyki, które wbrew pozorom skrajnie się od siebie różnią. Pasjonuje się grą na gitarze, a także kolekcjonuje płyty CD i winylowe. Życie bez muzyki i literatury byłoby dla niego zdecydowanie mniej przyjemne. Jest autorem powieści fantastycznych: „Lobelia” i „Lobelia – Pomroka”. Teraz kontynuuje swą twórczą przygodę w „Cieniach łabędzi martwej przeszłości”, które są osobiste i melancholijne, jak i nad wyraz intrygujące
w swej nieszablonowej grozie.