Poznańska kamienica, a w niej ciemne mieszkanie, i rzeczywistość, która kurczy się do rozmiarów butelki. Piotr, niegdyś ceniony tłumacz i intelektualista, dziś toczy walkę o każdą minutę trzeźwości. W jego hermetycznym, wyniszczonym przez alkohol świecie, granica między dnem a trwaniem jest cienka jak warstwa farby na starej ścianie.
Wszystko zmienia się w chwili, gdy przez próg mieszkania przechodzi bezdomny kot. To nie jest jednak sentymentalna opowieść o uzdrowieniu. To surowy, poetycki zapis walki o resztki godności w obliczu systemowej obojętności i widma eksmisji. Czy jedna krucha relacja wystarczy, by stanąć na nogi i nie osunąć się w wieczny mrok? Dowiesz się, gdy przekroczysz “Próg”.
Rozdział 1
Sen był ucieczką, ale przebudzenie zawsze było powrotem do celi. Zawsze. Tym razem jednak uciekł dalej niż zwykle, w sen tak absurdalnie, boleśnie normalny, że jego wspomnienie po przebudzeniu było jak cios zadany tępym narzędziem prosto w splot słoneczny. Był w nim na plaży pod Dębkami, w jedno z tych leniwych, późnosierpniowych popołudni, kiedy słońce traciło już swoją drapieżną siłę i oblewało wszystko łagodnym, miodowym światłem. Szli brzegiem morza, a on trzymał jej dłoń, czując pod palcami znajomy, chłodny kształt srebrnego pierścionka z bursztynem, który nosiła. Ewa. Jej imię w jego umyśle było jak echo w opuszczonej studni.
Woda, cofając się, muskała im kostki chłodną pianą. Ewa, z nosem zmarszczonym od skupienia, wpatrywała się w mokry piasek, szukając bursztynów. Nie szukała ich na poważnie; to była tylko gra, pretekst, by spowolnić krok, by zatrzymać tę chwilę na dłużej. Pamiętał dokładnie fakturę jej lnianej sukienki, wysuszonej słońcem i morską bryzą, i to, jak jej jasne włosy, związane w niedbały kok, wymykały się pojedynczymi pasmami, łaskocząc go po ramieniu, gdy się do niego odwracała.
– Nic – powiedziała wtedy, udając rozczarowanie. – Tylko ty i ja, i cała masa mokrego piachu. Wystarczy?
– Musi – odpowiedział, a ona się roześmiała.
Ten śmiech. To on był gwoździem do trumny tego snu. Czysty, perlisty, jak dzwonki wieszane na wietrze, dźwięk tak realny, że jego mózg, w ostatnim akcie desperackiej samoobrony, próbował go wpleść w jawę. Dźwięk śmiechu Ewy zaczął się zlewać z metalicznym zgrzytem, który narastał z zewnątrz, aż w końcu brutalnie go rozerwał. To był tramwaj numer dwanaście, ten o siódmej piętnaście, który na zakręcie pod jego kamienicą zawsze wydawał z siebie przeciągły, bolesny jęk, jakby torturowany smok z metalu i prądu. Ten dźwięk był jego prawdziwym budzikiem. Brutalnym, nieproszonym zwiastunem kolejnego dnia. […]

Maciej Adam Dybizbański
poznaniak, konstruktor i badacz. Naukowe, analityczne spojrzenie na świat łączy z wielką pasją do literatury i historii. Książka “Próg” jest jego debiutem prozatorskim, w którym odważnie eksploruje granice ludzkiej wytrzymałości.












