Wchodziłem do sklepu jako detektyw John McClane albo James Crockett – rozmowa z Mateuszem Chorążyczewskim

To już trochę wyświechtane pytanie, ale tak przyjemnie się je zadaje i otrzymuje na nie odpowiedź, że nie mogę się powstrzymać. Jak to jest zadebiutować?

Wspaniale! Od debiutanta się nie wymaga. Jako nowicjusz z wypiekami na twarzy po drogach literatury jeździsz autem ojca z zielonym listkiem na tylnej szybie. A z drugiej strony szacun, bo odważyłeś się wyściubić nosek z szuflady i zrobiłeś coś, na co inni się nie odważyli. Ludzie się dopytują, nie dowierzają: „To ty piszesz?”, „Zaskoczyłeś mnie!”.

Nawet krytycy (jeśli w ogóle się znajdą) nieco cię oszczędzą, bo przecież nikt nie wie, na ile naprawdę cię stać. No i wreszcie mogłem zaimponować teściowi, bo zarobiłem parę groszy na swoim wydumanym hobby.

Wyobraźmy sobie, że zadebiutowałeś znacznie wcześniej lub znacznie później. Jak wyglądałby taki debiut dwudziestolatka lub późna premiera pięćdziesięciolatka? Czym te książki różniłyby się od “Szaro, ale błękit”? A może tak bardzo nie zmieniamy się przez lata i nosimy w sobie esencję, która nie ulega wraz z wiekiem większym przeobrażeniom?

Gdybym zadebiutował w wieku dwudziestu lat, to pewnie w warstwie fabularnej byłoby dość ciemno i ponuro, a więc „Szaro, szaro”, antysystemowo i pewnie krytykowałbym wszystkich i wszystko. Mogłem jeszcze zaczekać z tym debiutem, bo już go wykorzystałem, a opisywanie świata mimo galopującego szaleństwa wydaje się być coraz ciekawsze. Coraz więcej rzeczy mi się podoba, a na te, które mi przeszkadzają, mniej zwracam uwagę.

Co do tej esencji – pełna zgoda, wyrobiłem sobie smak już dawno temu, wiem, co przykuwa moją uwagę najbardziej i chyba nie muszę tracić tyle czasu na poszukiwania.

Czy różne reakcje czytelników na Twoją książkę, czy dokonywane przez nich interpretacje były zbieżne z tym, co miałeś w głowie, pisząc “Szaro, ale błękit”? A może autorskie intencje biegły całkiem innymi drogami?

Na pewno nie zaskoczyłem osób, które mnie znają. Powtarzali, że nie wywinę się od tego, że jestem autorem tej książki, bo zawiera cały mój sposób bycia i wszędzie zostawiłem odciski palców.

Nie chciałem jednak, żeby te interpretacje były zbieżne z moją intencją. Jeśli są – to dobrze, a jak nie, to jeszcze lepiej, bo to może znaczyć, że ktoś popłynął dalej z moimi słowami i historiami. Gdybym oczekiwał od czytelnika, że musi to wszystko zrozumieć po mojemu, to sposób, w jaki prowadzę historie oraz ich wieloznaczność i swoboda postrzegania otaczającej rzeczywistości, paradoksy i niedomówienia byłyby po prostu oszustwem z mojej strony.

To może zupełnie banalne, ale tak postrzegam urok spędzania czasu z literaturą, filmem – jako możliwość odkrywania tych wielu znaczeń. Czasami powracam do starych książek albo filmów i widzę z radością, że tak pięknie się myliłem, a jednocześnie czuję, że zawsze mamy rację – swoją własną – w interpretowaniu utworów.

W wywiadzie dla Wrocławskiej Wyborczej powiedziałeś, że “Szaro, ale błękit” powstało w kilka miesięcy. Jak jednak wyglądał proces twórczy? Czy opowiadania były najpierw dopracowywane w głowie, aby potem wiernie przenieść je na papier? Czy siadałeś przy laptopie tylko z jednym obrazem, pomysłem, przebłyskiem, który rósł i przepoczwarzał się w trakcie pisania? Biorąc pod uwagę niespodziewane zwroty akcji w niektórych Twoich opowiadaniach, strzelam, że pewnie bliżej Ci do drugiego z tych rozwiązań.

Trafiony, zatopiony. Najpierw był obraz, a potem jego stopniowa ewolucja. Słowo „obraz” pasuje tu zresztą bardzo dobrze. Zaczynałem od wymyślania scenki filmowej, którą ubierałem szczegółami. Czasami wychodziła z tego rewolucja, bo w ostatniej chwili historia wymykała mi się spod kontroli i wszystko wywracałem do góry nogami. To jednak nie kryminał, który wymaga rozpisania na ścianie siatki zdarzeń i buchalterskiego porządkowania fabuły. Zresztą nie mam takich mocy i konsekwencji. Zazdroszczę tej cierpliwości pisarzom i przede wszystkim umiejętności konstruowania akcji na wielu płaszczyznach.

Nie było planu. Jeśli coś rzeczywiście mu podlegało, to właśnie taka realizowana przeze mnie koncepcja: opowiadać o ludziach i miejscach bez określonego porządku. Nie interesowała mnie praca nad książką, z którą możesz poruszać się śladami bohaterów. Nie interesowała mnie aktualna sytuacja polityczna, ekonomiczna, czy żadna inna. Chciałem za to pootwierać kilka historii, tak żeby czytelnik mógł podążać nimi dalej na swój rachunek.

Niektórzy uprzejmie zarzucili mi brak takiego konstrukcyjnego kręgosłupa. Nie będę się bronił. Mają rację. Ale w gruncie rzeczy taki właśnie był mój plan. Gdy wychodzimy na spacer po naszych osiedlach, dostrzegamy tylko w ułamkach sekund życie innych. Widzimy tylko jego skrawki, a nasza wyobraźnia tworzy fabuły. Dlatego wychodzę w trakcie opowiadania po angielsku. Zostawiam czytelnika w lesie.

Szaro, ale błękit” to książka bogata gatunkowo i stylistycznie. Znajdziemy w niej dynamiczne opowiadania spod znaku suspensu i wolty, nostalgiczne ballady, poetyckie impresje czy nawet swego rodzaju eseje antropologiczne o miejscach i ludziach. Czy to zamierzony chwyt, aby było ciekawie i bogato, czy po prostu lubisz jeść chleb z wielu pieców i naturalnie zapuszczasz się w różne pisarskie rewiry?

Jedno i drugie. Lubię ironię, paradoks i metaforę. Nie czytam książek, żeby zdobywać informacje i nie oferuję tego w mojej własnej. W literaturze i w filmie cenię sposób opowiadania i tworzenie nastroju. Język, w jakim autor do mnie mówi, jest dla mnie najważniejszy, sama historia staje się wobec tego mniej istotna. Mam wrażenie, że wtedy treść nabiera większego znaczenia.

Pewnie jak większość ludzi na co dzień zużywam tlen i sporo energii w poszukiwaniu przyczyn i skutków. Zamierzałem napisać książkę, która uwalnia od tej codziennej konieczności. Ten synkretyzm to moja ucieczka. Bo pisanie jest naprawdę przyjemne.

“Szaro, ale błękit” na Muchoborze

PRL’owska architektura społeczna kładła nacisk na to, aby każdy mieszkał w podobnej kostce i jadł taką samą zupę z identyczną kromką chleba. Rzeczywiście duchy tej systemowej uniformizacji widać jeszcze na osiedlach, gdy przyglądamy się wieczorem blokowym oknom. Ten motyw często przewija się w Twoich opowiadaniach. Co jednak ciekawe, nie traktujesz tej naszej życiowej powtarzalności jako czegoś banalnego, ale próbujesz ubrać ją w swojski i empatyczny strój. Kierujesz się maksymą, aby „zwyczajne” przemieniać w „wyjątkowe”?

Jesteśmy zbieraczami i mamy wpisane w naszą naturę, by kopiować zachowania i zwyczaje sąsiada z naszej osady. Mówię o tym bez wstydu i zażenowania. Mam wrażenie, że kult indywidualności to takie nasze codzienne zmaganie z potrzebą wyróżnienia się, które (choć skazane jest na klęskę) daje nam energię.

Jednak to nie tylko ludzie są wyjątkowi w Twoich opowiadaniach, ale także zwierzęta, a nawet przedmioty. Świat w Twoich opowiadaniach żyje i pulsuje, trochę jak w Schulzowskim mikrokosmosie. Muchoborskie piwnice przedstawiasz niczym sklepy cynamonowe. Czy Schulz zrobił na Tobie wrażenie we wczesnej młodości?

W szkole największe wrażenie zrobili na mnie romantycy, bo byli szaleni i wyłamali się, przynajmniej dopóki nie wpadli w jakieś markotne, polityczne smęty. Twórczość Schulza, Kafki, a później Gombrowicza i Mrożka bardzo mnie inspirowała. Pewnie niewiele z tego rozumiałem, ale zacząłem inaczej myśleć o literaturze.

Szaro, ale błękit” przywodzi na myśl także francuskie filmy o małej, dzielnicowej społeczności, w której skrzy się od ekstrawaganckich postaci i nadzwyczajnych zdarzeń. Budujesz światy, które łatwo sobie wyobrazić. Czy kinematografia jest dla Ciebie istotna, a filmy mają wpływ na Twoją wyobraźnię?

Oczywiście. Najpierw były spaghetti westerny z Clintem i niepowtarzalne filmy akcji, a później mieszaliśmy te obrazy z kumplami w najlepszych zabawach na podwórku. Jako dziecko po obejrzeniu filmu przez kilka dni namiętnie odgrywałem dalej role bohaterów. Wchodziłem do sklepu jako detektyw John McClane albo James Crockett. Jako nastolatek wstąpiłem do jednoosobowej filii Stowarzyszenia Umarłych Poetów, a na smutne wiersze próbowałem podrywać dziewczyny.

Uwielbiam filmy Wesa Andersona i Paolo Sorrentino. Każdy inspiruje mnie na swój sposób. Lubię Allena za niewyczerpaną ironię, a Tarantino za wszystko. Nie jestem jednak koneserem, więc nie pytaj o Buñuela, czy Bergmana. 😉

“Szaro, ale błękit” w Colorado

Wróćmy teraz do literatury – we wspomnianym już wywiadzie jako ważnych dla Ciebie autorów wymieniłeś Andrzeja Stasiuka, Joannę Bator oraz Andrzeja Bobkowskiego. Jakich zagranicznych autorów lubisz? Klimat Twoich opowiadań momentami przypomina opowieści Etgara Kereta…

Nie jestem zbyt oryginalny, czytałem to, co było pod ręką, co tam podrzucali koledzy. Jest kilka książek, które pamiętam ze szczegółami do dzisiaj – zrobiły na mnie największe wrażenie. Wśród nich mogę wymienić: Marqueza, Keseya, Hemingwaya, Bukowskiego. Niezapomniane chwile zapewnił mi „Lot nad kukułczym gniazdem”.

W ostatnim czasie czytałem czeską literaturę. Otrzymałem w prezencie „Śmierć pięknych saren” Oty Pavla i to zachęciło mnie do czytania (i odkrywania na nowo) Hrabala, Kundery.

A co takiego ma w sobie Wrocław, że tak dobrze się nadaje do bycia teatrem opowiadań bliskich realizmowi magicznemu?

Dla mnie – wrocławianina – najciekawsze w byciu mieszkańcem tego miasta jest obserwowanie jego przemian, które z upływem czasu zacierają to, co pamiętam z dzieciństwa. Z jednej strony to piękne, bo miasto rozwija się, ale z drugiej strony odczuwam melancholię, bo zaczyna mi brakować tych przestrzeni niczyich, drobnych sklepikarzy, lokalnych piekarni, małych kin, zarośniętych skwerów, w których rozgrywała się ta cała swojskość, którą tak dobrze wspominam.

Mówiłeś, że nie lubisz zbyt uporządkowanych fabuł, ale najbardziej podobały mi się opowiadania z “Szaro, ale błękit”, w których mieliśmy względnie zwartą narrację. Mam wrażenie, że dobrze czujesz się rozkręcaniu powieściowej akcji, za którą chce się podążać. Czy masz więc może już w planach tę dłuższą formę literacką?

Tak, po napisaniu opowiadań postanowiłem, że stworzę dłuższą fabułę. Problem w tym, że dostrzegam w sobie raczej talent do dekompozycji i silny nawyk skupiania się na detalach. Jest to jednak ciekawe wyzwanie, którego zamierzam się podjąć.

Na koniec chciałbym Cię spytać o jeszcze jedną rzecz. Jesteś nauczycielem – jeśli mógłbyś stworzyć kanon lektur na nowo, jakie pozycje byś w nim umieścił, aby zachęcić dzieci i młodzież do czytania?

Skupiłbym się na tym, żeby nie zniechęcać do czytania, bo obecny kanon lektur – skutecznie to robi. Książka powinna być dostosowana do możliwości młodego czytelnika. A te możliwości są oczywiście różne. Uczyłem wielkie wielbicielki „Quo vadis i osoby, które nie przebrnęły przez „Mikołajka”. Literatura w szkole powinna budzić wyobraźnię dziecka, nie sześćdziesięciolatka. Nie twierdzę, że ułożyłbym dobry kanon lektur, bo to zadanie bardzo trudne – nawet dla specjalistów.

A może w ogóle nie chodzi o kanon, tylko o system, który najpierw wymaga od nastolatka przeczytania „Syzyfowych prac”, a później go z tego rozlicza na egzaminie. Moim zdaniem dobrym pomysłem byłoby proponowanie uczniom mądrze wybranych fragmentów lektur. Omawianie ich i zachęcanie do przeczytania całości. Na szczęście z „Szaro, ale błękit” nikt nikogo nie będzie przepytywać.

Rozmawiał Kornel Maliszewski


Mateusz Chorążyczewski (ur. 1984)

Jako nauczyciel języka polskiego we wrocławskiej podstawówce na co dzień zachęcam do czytania dobrych książek i podejmowania pierwszych prób pisarskich. Interesuje mnie literatura piękna i wschodnia myśl filozoficzna. W książkach i filmach cenię najbardziej poruszane z dystansem i humorem ważne tematy dotyczące zwykłych ludzi. Ukończyłem polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Wychowałem się na Krzykach, mieszkam na Muchoborze.

Zobacz także: Mateusz Chorążyczewski – Szaro, ale błękit