Jarzy Lengauer – Niepoprawnie subiektywny dziennik podróży

Jerzy Lengauer, rocznik 1970, urodzony, mieszka i pracuje w Kętrzynie (obecnie redaktor działu kulturalnego w „Tygodniku Kętrzyńskim). Żonaty, córka. Absolwent Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Kurs kreatywnego pisania studia podyplomowe Wiedza o kulturze w Instytucie Badań Literackich. Kilka artykułów w prasie lokalnej. Kilkadziesiąt recenzji literackich głównie na portalach BiblioNetka i Libertas. Wygrane konkursy na recenzje (Prószyński i S-ka, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Świat Książki, BiblioNetka). Jeden z autorów tekstów zamieszczonych w ”Liście do ojca” (Biblioteka Gazety Wyborczej, 2008). Główne zainteresowania: krytyka literacka i literatura Shoah.


Odsłona trzecia i czwarta
Kompletnie brak mi poczucia odległości. Jeszcze. Wyprawa do miasta, do Rodos, wydaje się długa i skomplikowana. Mapa w niczym nie pomaga. A map wszędzie pełno. Co jakaś reklamówka rent car, restauracji, hotelu, miejscowej atrakcji turystycznej, to i mapka wyspy. Niby wszystkie takie same, ale różnią się szczegółami. W zasadzie wszystkie czytelne, lecz każda podpowiada, co innego. Miejscowości z atrakcjami wzbogacone odpowiednią grafiką. (Cholera! Kto teraz pamięta ze szkoły, jakie to kolumny: doryckie, korynckie czy jakieś inne? Nie pytam S. ani A. Nie chcę wyjść na głupka. A pamiętam jak dzisiaj te pytania na ulicach Warszawy o daty kolejnych wojen unickich… E! Wiem, że S. chciał dobrze, a wyszło tak, że tylko zdołałem się zmusić jakimś cudem do przeczytania Iliady, na Odyseję już sił nie starczyło, ale za Swetoniuszem tęsknię, mimo że nie dotarłem do końca.)

Jest i mapa miasta. Ulic mnóstwo. Wydaje się to wszystko proste. Jednak wiem, że będą niespodzianki. Nie, nie, nie wiem. Raczej przeczuwam. Raczej imaginuję sobie. Wjedziemy do miasta, a moje wyobrażenia nagle zgasną jak zdmuchnięty płomyk świecy. Obleję się zimnym potem, wymuszę gdzieś pierwszeństwo, przejadę na czerwonym świetle, będę próbował zmienić pas, bo za późno zreflektuję się w kierunku jazdy. Będą trąbić, krzyczeć, a my w tym żółtym pudle zaczniemy się kłócić, O. – płakać. Wyśnione wakacje polskiej rodziny…

Napięcie czy upał? Z hotelu skręcamy w prawo zamiast lewo. A może tylko zniknął mi jeden zakręt z mapy? W każdym razie zamiast zbliżać się do brzegu morza, powinniśmy mieć je po lewej ręce, wznosimy się ku górze. Skały, ostre zakręty. No i jakoś bezludnie. Tak chyba nie powinno być w pobliżu metropolii? Ale jest pięknie. Cóż, dla mnie zawsze jest pięknie, gdy znika morze, a pojawiają się góry, skały. Dojeżdżamy do zatoczki z pięknym widokiem. Coś w rodzaju dzikiego parkingu na poboczu, pełniącego funkcję tarasu widokowego. Okazuje się, że dojeżdżamy do Petaloudes, czyli Doliny Motyli. Świetnie! Odwiedziny tego miejsca też mamy w planach. Wychodzimy na parę minut z samochodu. Podziwiamy widoki. Robię kilka zdjęć. Niestety zdjęcia z tego dnia i kilku następnych znikną w czasie kopiowania z aparatu na laptop. Szkoda, szkoda!! Cóż, może jest to też w jakimś sensie i dobra wiadomość. Powinienem kiedyś wrócić na Rodos. Ach! Wybrać się samolotem tylko na kilka dni. W te miejsca, których zdjęcia diabli wzięli. I nic więcej. Być pewnym, sprawnym, wiedzieć, czego się chce.

O. nie jedzie z nami. A. i W. zabrali ją na plażę. To taka dziwna sprawa. Oni byli na Rodos kilkakrotnie. Widzieli, jeżeli nie metaforyczne wszystko, to z pewnością wszystko, co najważniejsze i jeszcze trochę, co słychać w opowieściach o ulubionych restauracjach, dobrych sklepach, najsympatyczniejszych plażach, najlepszych drogach, najwygodniejszych dojazdach. Ba! nawet w opowieściach o spotykanej a zaprzyjaźnionej miejscowej ludności. Tak, tak, mam poczucie winy. O. uwielbia morze, uwielbia wodę, uwielbia pływać. Każda wyprawa gdziekolwiek indziej rodzi we mnie uczucie, że sprawiam jej przykrość. Że powinienem zarządzić plażę. Że powinienem, wbrew sobie przecież, hasać z nią po falach, nurkować, szaleć. Ale jak zwykle rozdarty. Przecież wakacji za granicą, w innym miejscu Europy, w innym klimacie, w innej kulturze, nie można spędzić w morskich wodach, choćby najpiękniejszych. No i to poczucie jakiegoś obowiązku w stosunku do S. i E. Tak to jest, gdy oczekiwania nie mogą zostać wypowiedziane, gdy są jedynie nieśmiało zaznaczone, gdy należy je odczytywać z czyichś zachowań, spojrzeń, półsłówek. Jakże bardzo to męczy! Patrzę więc chyłkiem na nich, tak żeby nie widzieli. Wiję się, czekam na decyzję, która mnie ucieszy, kulę się w sobie, umykam gdzieś nie tylko wzrokiem, ale i całym sobą, gdy pytanie trafia mnie jak wystrzał z pistoletu. Kula wbija się w pierś i omdlewam. Niech się to wreszcie skończy! Podnoszę głowę. Tak, zgadzam się, wyduszam z siebie, a dziwny grymas jest substytutem radości. Dlaczego oni się, do diabła, na to nabierają? Najgorsze jednak jest to, że za jakiś czas będę pełen swobody, kwintesencja Easy Rider, mając wielką przyjemność z kolejnej wyprawy. Ale tylko do pewnego momentu. Jakiś odruch, słowo, żachnięcie się nagle mogą napompować schowaną gdzieś na dnie duszy depresję, która ołowianym balonem spadnie na głowę, na kark, szarością okryje opaloną twarz, przyciśnie do ziemi jeszcze przed chwilą wyprostowane z radością ciało, chłonące upał i krajobrazy, każąc nogom powłóczyć w udawanym zmęczeniu.