Jest koniec lipca. Gdzieś za miastem. Dziewczynka obserwuje przez otwarte okno drogę prowadzącą do domu. Za parę chwil słońce skryje się za lasem. W ten upalny dzień dało z siebie wiele, by nie zawieść lata. Wstało wcześnie i nie zeszło z nieba ani na chwilę. W powietrzu unosi się zapach rozgrzanego asfaltu. Za plecami dziewczynki zjawia się jej dziadek, który jest pisarzem. – Co tam widzisz? Mów! – Nic, dziadku. – Oli, na „nic” nie patrzy się tak długo. – Dziadku, ta droga przed naszym domem jest nowa, prawda? – Dlaczego pytasz? – Bo ma dziury. – Oli, jak pamiętasz, wybudowano ją w ubiegłym roku,Read More →

Płowdiw, szczególnie jego stara część, jest miejscem wprost stworzonym do flanerowania – niespiesznego spaceru, chadzania po mieście bez określonego celu i kontemplowania życia ulicy. Termin ten wymyślili Francuzi, potem rozpowszechnił się on – podobnie jak sam zwyczaj, którego dotyczy – we wszystkich językach europejskich. Ale skoro w Płowdiwie nie mieszka francuski flâneur, to może lepiej określić tę czynność za pomocą dwóch słów z niezbyt wyszukanej bułgarszczyzny, które są zrozumiałe nawet bez zerkania do słownika – szmatkam se albo motaja se. Zawsze oddawałam się temu zajęciu z ochotą, wciąż mogę całymi dniami „motać się” i „szmatkać” po mieście i nigdy mi się to nie znudzi.  MiejscowiRead More →

Przed nami asfaltówką dumnie jechała bryczka przystrojona tiulem i ciętymi, żółtymi kwiatami. Jechała nią pani w gimnastiorce i wykwintnie ubrany pan, który przez oczko nad zapięciem białej czapki z daszkiem przerzucił na śnieżnobiałe plecy koszulki z czerwonym kołnierzykiem, długi, czarny warkocz. Konie też były czarne, z czerwonymi kitami na głowach i białymi pasami materiału zawiązanymi na pyskach. Gimnastiorka za to była chabrowa i nie pasowała do niczego. Przejechaliśmy kawałek wzdłuż rzeki, a potem przez miasteczko, gdzie w centralnym punkcie ronda wznosił się pomnik robotyki. Stał tam mianowicie obiekt pośredni pomiędzy kanciastym dystrybutorem paliwa z lat osiemdziesiątych a NRD-owskim samobieżnym robocikiem, zabawką, która była marzeniem dzieciństwa,Read More →

W godzinach popołudniowych na oddział przywożą nowych pacjentów. W miarę zwalniających się miejsc w indywidualnym planie terapeutów należy wpisać swoje imię przy nazwisku kolejnej przywożonej do kliniki osoby. Nie ma szczegółowych informacji na temat skierowanych na leczenie do centrum rehabilitacji. Obok nazwiska i numeru przydzielonego pokoju znajduje się tylko jedna z trzech liter: O, N lub G. Oznaczają one kolejno pacjentów ortopedycznych, neurologicznych lub geriatrycznych. Czasami kombinacje dwóch grup: N/G, O/G. Tak więc przydział pacjentów jest małą loterią przypadków. Tym razem w udziale przypadła mi litera N i zapadające w pamięć nazwisko, które w tłumaczeniu na język polski brzmiało: pan Most. Wypełniłam kartkę z wypisaną formułą powitalną kliniki, na której napisałam datę i godzinę jutrzejszego bilansu neurologicznego. Oszczędzając na czasie, udałam się do dyżurki pielęgniarekRead More →

To było w początkach starej Polski, gdy granica z Niemcami przechodziła przez rzekę Piaśnicę, która prosto do morza wpada. Żył wtedy jeden potężny graf, Niemiec to był, który miał wielkie ziemie, pola i lasy. Mówili o nim, że duszę diabłu sprzedał, bo kiedy na zjazdy freimaurerów do Gdańska jeździł, czarny jego postać przybierał i parobków doglądał. Ci zaś niewiele sobie z tego robili. Raz nawet jeden Feliks, najodważniejszy z nich wszystkich, podszedł do tego, co jak graf wyglądał – a zawsze jakoś z daleka się trzymał i przyglądał się im tylko, szpicrutą po cholewach uderzając – i walnął go z całej siły ręką w twarz. Tamten wówczas nawet nie drgnął, więc przekonali się wszyscy, że to prawdziwie diabelskie sztuczki były.Read More →

Dziadek odszedł upalnego dnia wakacji 1986 roku. Pamiętam, wpadłem do domu dziadków rozpędzony, zostawiając rodziców przy samochodzie. Dwoma susami przeskoczyłem schody i już byłem wewnątrz. Ale było tak dziwnie cicho, że od razu straciłem cały impet. Na stoliku na werandzie leżała kartka z zeszytu w bladą niebieską kratkę, z charakterystycznym krzywym pismem babci. Od razu je poznałem. Stawiała litery, jakby sprawiało jej to jakąś niewymowną trudność. Przed wojną chodziła do gimnazjum, co nie było wtedy takie powszechne. Była oczytana i inteligentna. Uczęszczała do renomowanego, pierwszego w Łodzi żeńskiego gimnazjum im. E. Sczanieckiej przy ulicy Średniej 16 (obecnie Pomorskiej), pracowała w zorganizowanym w Łodzi przed wojnąRead More →

Tomaszowi Boleń był, kurwa, najlepszy. Najlepszy. Bez wahania. Zdecydowanie. To był najszybszy lewy prosty, jaki w życiu widziałem. Jezu, zdecydowanie najszybszy lewy prosty. Pamiętam, jak Piotrek Cegła pierwszy raz przyprowadził go do mnie. Piotrek Cegła wcale nie nazywał się Cegła, tylko wołali tak na niego, bo robił na budowie, miał osiemnaście lat i też się nieźle bił, trenował dwa lata, był w półśredniej i nieźle umiał pierdolnąć. Podszedł kiedyś i powiedział, że jest u nich w robocie jeden chłopak, co potrafi łom rękami wygiąć i on też by chciał, więc ja mu na to, to go przyprowadź, zobaczymy co za jeden. Więc na następny treningRead More →

Żartują sobie ze mnie – myślała – taka wieś nie może istnieć, nie w tych czasach, nie pod koniec dwudziestego wieku. Oczywiście wiedziała, że w niektórych zakątkach Bałkanów czas stanął w miejscu, ale żeby aż tak? Angeł i jego koledzy na pewno przesadzają, chcą się przed nią popisać i wymyślają jakieś dziwne historie! Angeła znała zaledwie od dwóch tygodni i trudno powiedzieć, że się zaprzyjaźnili. Rozmawiali ze sobą kilka razy i tyle, dlaczego więc zaproponował jej ten wyjazd? Owszem, rozpościerał przed nią ogon pawia, jak prawie każdy Bałkańczyk, ale popisywanie się zapyziałą, zacofaną wsią, to już chyba byłaby przesada. Chcą ze mnie zakpić i zabawićRead More →

Całe szczęście, sklep jeszcze otwarty. Pani Hania pracuje, świątek, piątek czy niedziela, kaska brzęczy. Jedenastego listopada też brzęczy, w końcu niepodległość uczcić trzeba, Piłsudski jak z Magdeburga wrócił, też pewnie czcił. Dwunasta w południe minęła, napić się można, więc idę do pani Hani, pani Haniu, żołądkową pani da. Niestety żołądkowej nie ma, wyszła. Pani Hania rozkłada ręce, takie święto, pan popatrzy, panie Mrozku, naród rocznicę czci. Żeby tylko nie zaczęli czcić jak w zeszłym roku, obrusza się z głębi sklepu pan Henio, znowu kostką brukową będą rzucać, psia mać. A co pan, zabronisz, wyrywa się pan Gutek, piastujący w objęciach dwie flaszki, niech demonstrują sobie.Read More →

Jechaliśmy rankiem do Wałbrzycha przez oblepiony śniegiem postindustrial. W fabrycznych budowlach przez wybite okna wystawiały głowy młode brzozy. Wszystko, co cenne, było doszczętnie opędzlowane przez pokolenia nieustraszonych ludzi z niewielkimi wózeczkami napędzanymi kołami od rowerów. Pomiędzy resztą wykwitły zachodnie stacje benzynowe, karłowate piekarnie i domy starców, małe warsztaty samochodowe reklamowane pociętymi kawałkami blachy, która ma przypominać auta w ruchu zawieszone w próżni. W plecaku obijały się o siebie buteleczki z czarnym płynem, wyłuszczałem bratu szczegóły wypadu: „mamy stówę od matki, więc na pierwszy nocleg jest. Meldujemy się, idziemy na deptak, szukamy drużyn starszych babek. Uśmiechamy się, przymilamy się, proponujemy produkt, opychamy produkt. „Za ile?”, bratRead More →