Po prawej stronie poetyckiej skali ustawmy poezję stricte językową. Grudy, zawijające się nawzajem taśmy i zamglony obraz człowieka stojącego za wersami. Nie wiemy, czy lubi piżamy, jeździ na pikniki polskiego radia, jaki jest jego status towarzyski i egzystencjalny. Grasuje w pewnej rzeczywistości językowej, której prawdopodobnie użyje przy wyplataniu swojej twardej wikliny, stąd od biedy można pokusić się o wróżenie z wersów, będzie to jednak czytanie niczym z czarnego ekranu, po którym suną losowe kombinaty znaków. Po lewej stronie wykresu musi znaleźć się w takim razie miejsce dla poezji realizowanej poprzez język przezroczysty, który niczym psiak ma wiernie służyć oddawanemu środowisku i światu, ma służyć doRead More →

Wykonywanie montażu to podobno jeden z trudniejszych fachów w przemyśle filmowym, wiążący się z potrzebą wielomiesięcznego wgapiania się w kilka ekranów i poszukiwania takich wizualnych konstelacji, które poniosą historię danego filmu. Jednak nasz codzienny montaż, oparty na hipnagogicznych przedsennych seansach, lepieniu życiowych drobiazgów w większą całość czy szybkim przymykaniu oczu na ulicy to coś zdecydowanie przyjemniejszego i bardziej potoczystego niż bycie skazanym na kantorek montażysty. Właśnie do tak rozumianego cięcia klatek nawiązuje Anna Sadzik w swoim “Montażu”, w którym z wręcz dziecięcą dezynwolturą rozprawia się z językiem, wspomnieniami, popkulturowymi nawiązaniami czy najbliższym sobie światem. Nie sposób nie czytać tego zbioru wierszy z perspektywy wizualnej, obserwacyjnejRead More →

„Ja nie piszę wierszy// dziecino ja je rodzę”, tak, wersem z Jaworskiego, Maciej Sowicki wchodzi w swój tomik. Dodając do tej deklaracji cytat ze Świetlickiego, który pojawia się kilka stron dalej, blurba Krzysztofa Śliwki oraz jarzeniówkowy róż bijący z okładki, możemy szybko zgadnąć, z jaką atmosferą będziemy mieli do czynienia. Autor przeszczepia melancholijno-buntowniczną czułość lat dziewięćdziesiątych, zabarwioną dziecięcym zachwytem, na twardy grunt post-post-post-transformacyjnej Polski (i statecznej Holandii), wyprzytulanej i wylizanej przez wielką kapitalistyczną mamkę. Mamy prywatność, miłość, muzykę, wzruszenia i krew na wargach, ale wszystko rozgrywa się już w całkiem innym enturażu. Nie brud, bruk i płaszcz po dziadku, ale euro-neony, szklane korporacje i rzyganieRead More →

Gombrowicz w dzienniku pytał, dlaczego nie mamy pięciuset rąk. Zwolennicy teorii wieloświatów odpowiedzieliby, że pewnie mamy, ale akurat nie w tej rzeczywistości. Każda wyprawa na pola fantazji, w obszary potencjalności jest naturalną ucieczką spod brzytwy Ockhama; kiedy przestaje nas interesować ekonomia dowodzenia, dokładamy w wyobraźni tysiące zmiennych, nowych rozwiązań, nieistniejących bytów. Nie różnimy się pewnie w tym względzie od ludzi z dawnych czasów, którzy gdybali sobie o tym, tworząc swoje historie, że może istnieć coś więcej, coś, co jest niewidzialne na pierwszy rzut oka. System wyobraźni, gdy mózg gatunku już się ugruntował, prawdopodobnie niewiele się zmienił przez wieki, z tą małą różnicą, że fantazji, snów,Read More →

Tryptyk Piotra Marcina Kraski otwiera klasyczna poezja gorzko-słodkich wspomnień. Przeszłość widziana przez pryzmat kalendarza, zmieniających się pór roku i ważnych indywidualnych doświadczeń formujących, wpisanych w wydarzenia dużej historii, takich jak: upadek komunizmu, śmierć Papieża czy atak na World Trade Center. „To kiedyś” widziane jest tutaj jako kraina mitów i małych jednostkowych przestrzeni, nad którymi krążą wielkie statki historii, które powodują lekkie wstrząsy i uruchamiają egzystencjalne wiry. Wyczuwa się w tej części chęć powrotu do niezakłóconych dziecięcych pętli, pierwszych wycieczek zagranicznych, spokoju, z jakim rysowało się runy na ostatniej stronie zeszytu. W drugim rozdziale “ROK END LOLA” autor sięga po poezję konkretną, minimalizm, coś w rodzajuRead More →

Janusz Rudnicki w jednym z wywiadów mówił, że przeszłość jest dla niego tak mocno obecna i namacalna, że wydaje mu się, gdy jest w jakimś mieście, w którym kiedyś mieszkał, że przeszły świat wciąż tam istnieje, że wciąż może wejść do tamtej kamienicy, do tego mieszkania, i jego stara egzystencja będzie na niego czekać, szczelnie zamknięta niczym w kulce z formaliną. Paulina Adamczyk i jej „Przeszłość chwili obecnej” są całkowicie na innej planecie niż wulgarny autor „Śmierci czeskiego psa”, ale jedno ich łączy – przeszłość nigdy im nie odpuści. Dla kultur plemiennych wszystko sprawiało wrażenie widzialnej lub duchowej manifestacji tego, co było przed nimi. AutorkaRead More →

Po sukcesie „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy podniosły się gdzieniegdzie ciche głosy o tym, że podobnej książki nie wypada krytykować, bo byłoby to prawie równoważne z bezczeszczeniem pamięci o zmarłej matce autora. „M+M” Dominiki Lewickiej-Klucznik nie warto krytykować, ponieważ to mocny i intensywny zbiór wierszy, ale rzeczywiście książki z wrażliwym tematem, opartym na szczerym doświadczeniu pisarki lub pisarza, stanowią pewien problem opisowy, każde zdanie w podobnym tekście jak ten przypomina chodzenie po lodzie w zbyt ciężkich butach. Elbląska autorka pisze o sprawach jej najbliższych, o relacji matki i niepełnosprawnego dziecka, o przedzieraniu się przez gąszcz państwowych druczków, społecznej niechęci, o codziennej walce dedykowanej osobie,Read More →

Czasem się mówi, że poezja w wersji klasycznej próbuje oddać tę zaskakującą relację między tym, co rozgrywa się na zewnątrz człowieka, a tym, co dzieje się wewnątrz, w psychicznej i zmysłowej maszynerii podmiotu. Język służyłby w takim wypadku jako narzędzie, które albo ma prostować ścieżki przedstawiania relacji ja-świat, albo gmatwać możliwości poznania, doprowadzając do wrażeniowej pętli, hiperinflacji znaczeń, spiętrzeń czy też kompletnego chaosu. „Spadać można równie dobrze w poziomie” Martyny Piotrowskiej zaciąga kredyt w banku wersów z dawnych lat, wykorzystując język, który raczej podaje dłoń odbiorcy, aniżeli ma ochotę przygwoździć go i podręczyć. Także główny temat tego zbioru to napięcia między wewnętrznym a zewnętrznym, aRead More →

„Oddychaj, tylko żeby twój oddech było słychać” – nawijał pewien raper ze Słupska, który przeszedł już na zasłużoną emeryturę. Podobnie słyszalny oddech, utożsamiany tu z chęcią wypowiedzi, czasem krzykiem, odpowiednim rytmem czy intonacją, wybiera Agnieszka Zajdowicz, autorka zaskakująco bogatego tomu wierszy „Na jeden oddech”. Nie łatwo zmierzyć się z tym zbiorem, bo rozgrywa się on na co najmniej kilkunastu płaszczyznach tematycznych czy językowych, które sprytnie na siebie nachodzą, tworząc w głowie odbiorcy coś w rodzaju przenikającego się modelu 3D, przypominającego choinkę lub niespotykaną, ostrą figurę geometryczną. Są to wiersze niebezpieczne, ale właściwie dla kogo, skoro sama autorka zdaje się nie mieć zbyt dużych nadziei związanychRead More →

W „Ponieważ” świat jest gotowy, przypomina jedną z plansz w pac-manie. Nie ma tutaj jednak zdecydowanej marszruty, wyzwań czy uganiania się za punktacją. Gracz liryczny w tych wersach siada w kącie pod ścianą lub flaneruje leniwie po korytarzach. Duchy tu to nawet nie duchy, można podejść i je sprawdzić – będą zrobione z prześcieradeł, szczotek i wózków na gumowych kółkach. Wszystko w tomiku Majcherczyka jest materialne, nawet słowa jawią się niczym kolorowe klocki produkowane w gardle i strunach. Autor schodzi często do poziomu składni, wadzi się ze zbitką, tak jakby w tej sferze atomowej języka mógł odkryć jego nowe właściwości dzięki pytaniu: kto to rzeczywiścieRead More →