
Na pierwszy rzut oka to prosta historia: stary, zmęczony życiem mężczyzna toczy długą, jednostronną rozmowę z Bogiem. Robi to w sytuacji skrajnej – nie w jakiejś metafizycznej zawiesinie, tylko w bliskiej i dusznej przestrzeni, która przypomina te zapomniane zakamarki, gdzie w filmach gangsterzy wywożą ludzi „na krótką rozmowę”. Cała powieść rozgrywa się właściwie tu i teraz, w jednym miejscu, w jednym ciągu myśli, które wylewają się jak spowiedź kogoś, kto przestał już udawać i grać w społeczne gry. I właśnie w tej scenerii rozgrywa się jedna kluczowa scena – niezwykle wizualna, pełna jakiegoś dziwnego, hipnotycznego piękna. Ta scena jest osią książki, jej ukrytym rdzeniem.
Trudno jednak pisać o tej powieści, bo wystarczy jedno nieuważne zdanie, by odsłonić jej fabularny (nomen omen, spoglądając na okładkę książki) kręgosłup – a to właśnie on, ten jeden cios w połowie narracji, sprawia, że odbiorca nagle siada wyprostowany i widzi całość w innym świetle. To proza, która z pozoru delikatnie się snuje, lecz nagle odpala się jak trotyl. I całe to „żalenie się przed Bogiem” przestaje być teoretycznym gadaniem.
Podczas lektury nawiedzała mnie myśl: a do jakiego gatunku należy to pisanie? To obyczajowa spowiedź? Religijny pamflet? Horror metafizyczny? Kryminał podszyty filozofią? “Dobranoc wszystkim nieżywym” to książka, której najbliżej do “spowiedzi”, ale takiej podszytej zgnilizną i ironią, w której bohater nie żałuje, nie pokutuje, tylko oskarża. Boga, siebie i świat – kolejność dowolna. Ale jednocześnie co chwilę zahacza o horror (ciało, rozkład, obsesja), po czym wraca w rejon egzystencjalnego monologu jak z Camusa, by za moment skręcić w stronę surowej prozy obyczajowej o starzeniu się i utracie nadziei. Gdyby ktoś próbował tę książkę wstawić na półkę w bibliotece, najpewniej skończyłby z nią na kolanach, mrucząc „Tego się nie da przyporządkować do jednej szufladki”.
Zaskakujące jest to, że tak poważne tematy, jak wiara, sens cierpienia, boska obojętność, mechanika ludzkiego rozpadu – podjął autor bardzo młody. I co więcej: jednoznacznie nie przegrywa w tej literackiej walce z Bogiem. Potrafi powiedzieć coś, co u starszych autorów często brzmi mentorsko albo papierowo. Tu jest inaczej: jest gniewnie, ale nie histerycznie; ta książka trafia w dziwny rejon, w którym bluźnierstwo miesza się z czułością. A najlepsze fragmenty? To te, w których narrator porównuje niebo, diabła i samego Boga do… sił rynkowych. Abstrakcyjnych, bezdusznych, przechylających szalę w dowolną stronę, byle tylko algorytm dalej działał. Autor ma świetne ucho do takich zderzeń – metafizyka spotyka kapitalizm i nagle zaczyna się robić groźnie, a nie rubasznie.
Warto też wspomnieć o literackich inspiracjach Łukaszczyka. Kafka jest tu widoczny nie tyle w konstrukcji, ile w poczuciu osaczenia i wrażeniu, że rozmowa z Bogiem przypomina próbę kontaktu z biurokratycznym, zimnym organem, którego sekretarka nigdy nie odbiera telefonu. Zachowując wszelkie proporcje, dorzuciłbym jeszcze Becketta, którego wyczuwa się tu we fragmentach o kompulsywnych próbach ruszenia z miejsca i utrzymania resztek sensu. A gdzieniegdzie, zwłaszcza w partiach o starości, pobrzmiewa również Miłoszowe rozczarowanie światem.
Jednym z najmocniejszych elementów tej książki jest relacja bohatera z przyjacielem Karolem opisywana poprzez piętrowe retrospekcje – niby przyjacielska, niby bliska, a jednak podszyta rywalizacją jak z darwinowskiego eksperymentu. Jest tu i fascynacja, i zawiść, i rodzaj emocjonalnego szantażu, który trafia w bardzo Houllebecqowskie tony: dwa organizmy, które miały sobie pomagać, zaczynają pożerać się nawzajem w imię niedopasowanych natur. Autor zaskakująco dobrze to czuje – zresztą całą dynamikę męskiego starzenia, degradacji, powolnego tracenia sensu też oddaje lepiej, niż można by oczekiwać po kimś, kto dopiero zaczyna swoją literacką przygodę. Tu widać autorski dryg: empatię podszytą nihilizmem, a nie tanią depresyjną pozą.
Słabiej wypadają za to portrety kobiet, które są tu raczej symbolami niż ludźmi – funkcjami, wspomnieniami, figurami przesuwającymi się w tle. Nie jest to błąd fabularny, raczej młodość autora przebija w tych fragmentach przez narrację. W kolejnych książkach – jeśli Łukaszczyk pójdzie dalej w stronę psychologii relacji – może powstać z tego coś dużo pełniejszego.
Potencjał jest spory. Jeśli kiedyś autor zacznie dozować “prozatorską gęstość” z jeszcze większą wprawą, tym samym unikając rozwodnienia niektórych wątków, mogą spod jego ręki wyskoczyć naprawdę interesujące dzieła – w tej niszy pomiędzy metafizycznym horrorem, moralitetem i prozą o znużeniu życiem. Pamiętajmy jednak, że już “Dobranoc wszystkim nieżywym” to mocny strzał, który zadowoli czytelników “literatury niejednoznacznej”.
Leo Koss
Kup 👉 Mateusz Łukaszczyk – Dobranoc wszystkim nieżywym
Zobacz także: Opukiwanie szczegółu – “Znajomy z winnicy” Wojciecha Karpińskiego












