Alicja Mielcarek – “Pępowina”

Miejsce urodzenia jest jak chip wszczepiony pod skórę. Jest z nami na zawsze, niezależnie od tego, gdzie przebywamy, i czy tego chcemy. Wyczula, nadaje kierunek, uodparnia, determinuje. I zawsze ciągnie „do domu”. Lubimy mitologizować miejsce pochodzenia, chcąc mu (a przy okazji sobie) dodać wyjątkowości i magii. We mnie Nowa Ruda zaszczepiła słabość do małych miast, gdzie wszystko jest bardziej wyeksponowane, kontrastowe, dotknięte groźbą marazmu i beznadziei. A przecież wszędzie jest potrzeba sensu. W „Pępowinie” z czułością oddaję się wiwisekcji małej społeczności. /Alicja Mielcarek


Mityczna „Nowa Ruda” jako świat silnych, pomysłowych kobiet. To one tworzą życie, a potem napędzają go – wciąż głodne tajemnic, uczuć i wyjaśnień. Kobieca energia Nowej Rudy i siła poszukującej prawdy bohaterki złożyły się w jedno: lokalną opowieść, od której niektórzy nie będą mogli się oderwać, szukając w tym swojskim „ludzkim krajobrazie” śladów tego, co ponadczasowe i uniwersalne. /Karol Maliszewski



Alicja Mielcarek

Urodziła się w 1978 roku w Nowej Rudzie. Od kilku lat mieszka w krainie wielkopolskich jezior. Dziennikarka, logopedka, aktorka. Absolwentka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego i Podyplomowych Studiów Logopedycznych. Laureatka konkursu na krótką formę literacką w ramach festiwalu Góry Literatury, nad którym pieczę sprawowali jurorzy: Olga Tokarczuk, Karol Maliszewski i Zbigniew Kruszyński. Ma na koncie publikację konkursowego opowiadania Koza.


Wstęp

Kiedy byłam dzieckiem, chciałam latać. Mówiłam, że zostanę stewardessą. Później gwiazdą estradową,
i tak poprzez nauczycielkę, lekarza, sklepową doszłam do sprzątaczki. Chciałam posprzątać. Byłam też ciotką, która spotykała się z inną i miło mijał im czas na omawianiu spraw: dom, chłop, dzieciaki. I tak to będąc małą dziewczynką pełniłam wielorakie role. A każdą z nich mocno przeżyłam. Na pewien sposób niewiele się zmieniło, tylko role i zaangażowanie.

To nieprawda, że dzieciństwo jest sielanką, takie beztroskie w zagrodzie z baranami albo w rzeczce, gdzie można było znaleźć pomadkę zgubioną przez kobietę, przeżywającą miłość swojego życia. Wyobrażałam sobie, że upuściła ją przy poprawianiu ust przed przyjściem ukochanego, z którym to pogrążała się w miłosnym uniesieniu w rowie nad rzeczką.

Szminka ta była najcenniejszą rzeczą w moim dzieciństwie, jako jej właścicielka czułam się bardzo ważna
i dorosła. I tak w pomalowanych na czerwono ustach, a także paznokciach, zbierałam stonkę ziemniaczaną zrzucaną przez Amerykanów. To ma być sielanka? A gdzie chłopiec z sąsiedztwa i jego cielęce spojrzenia?

Zapach i kolor szminki były bardzo intensywne. Wściekła czerwień pachnąca kwiatem dzikiej róży zmieszanej z chemiczną perfumą. Słodko-gorzki pudrowy smak z czasem nabierał wyrazistości.

Dzieciństwo zdawało się nigdy nie skończyć. Czekanie na dorosłość dodatkowo je wydłużało. Zabawa czyniła znośnym to czekanie na pełnię życia. Najgorszy jest etap „pomiędzy”, czas szkolny. Wszyscy każą dzieciom być dorosłymi. Każą nam robić wszystko tak, jak oni chcą, jakby nie wiedzieli, że to zabiera radość robienia czegokolwiek. Czas rozpędza się jak śnieżna kula. Niepostrzeżenie rękawy robią się za krótkie, kształty bujniejsze, nastroje rozchwiane hormonami. Własna skóra wydaje się obca. Śnieżna kula dzieciństwa zatrzymuje się. Rzadko kiedy cała. A my nagle ocknięci w dorosłości, wybiórczo rozpamiętujemy dzieciństwo, doszukując się w nim klucza. Czując w ustach cierpkość, wiemy, że straciliśmy słodycz. Od tej pory nieudolnie będziemy próbować odtwarzać swoje świeże myśli, spontaniczne uczucia, bezkres marzeń. Nauczymy się cieszyć z tego, że będziemy się sobie samym przyglądać jak komuś obcemu. Pamięć o dzieciństwie jest jak dobry sen, który towarzyszy nam przez cały dzień albo jak koszmar tak samo do nas przylegający.

Inkubacja umysłu, zastygła myśl, stępiony węch, niewyraźny smak, brak czucia. Stępione zmysły. Czekanie na cud narodzin.


Zobacz także:
Co jest cięte – recenzja Pępowiny