Wzbogacanie pierwiastków – recenzja “Mrocznego postscriptum”

Jeśli porównalibyśmy prozę do pomieszczenia, moglibyśmy wyróżnić wiele różnych przestrzeni: zimne kostki, zabałaganione strychy, miejsca swojskie, nieprzystępne lub takie, które są poddane całkiem innym zasadom logiki, czasu czy grawitacji. Kłopot pojawia się wtedy, gdy funkcjonalność pomieszczeń miesza się z ich estetyką oraz skłonnością do zabawy czy szaleństwa architekta. Wchodząc do kuchni, zwykle nie oczekujemy w niej sedesu, małego basenu czy trampoliny. Idąc do domu strachów, dziwności, gabinetu luster, chcemy widzieć rzeczywistość zakrzywioną, poddaną niecodziennym pryncypiom. Oczywiście może istnieć dobra literatura, która będzie niczym zimny betonowy pokój albo mieszkanko starszej pani, owładniętej mocnym syndromem horror vacui. Gdy odczuwamy jednak brak albo nadmiar, naturalnie coś się w nas burzy, chcielibyśmy prostszych, bardziej klarownych dróżek percepcji.

W „Kalecznikach” Karolina Wiaczewska momentami szczędziła czytelnikom przestrzeni, jej bohaterowie, jak to określiłem, przemieszczali się w niebieskich tunelach. „Mroczne postscriptum”, kolejna książka autorki, w żadnym razie nie cierpi już na tą drobną przypadłość. Mieszkania, korytarze, budynki, ulice, wnętrza pociągów po prostu się widzi, czytelnik odtwarza sobie świat przedstawiony na podstawie sprytnie podanych przez autorkę opisów i detali.

Całe „Mroczne postscriptum”; można odczytać przez pryzmat autorskiego rozwoju. Wiaczewska nie trzyma się tym razem jednego świata i jednej historii, ale zabiera nas w różne czasy, miejsca, państwa, kultury, zderza nas z wieloma problemami, konfliktami czy rozwiązaniami fabularnymi. Oczywiście, pewien scenariuszowy wariant się ponawia, występuje niczym refren, ma on jednak za zadanie postawienie nieoczywistej tezy, ustanowienia idei, która unosi się, wynika prawie ze wszystkich opowiadań. Chodzi o niemożliwość ucieczki przed losem – gdy kości dawno zostały rzucone, przeznaczenie prędzej czy później się o nas upomni. Bohaterowie głównie przez chęć zysku, swoje zło pierwotne, pychę, niedostosowanie do warunków egzystencji sprowadzają na siebie tragiczne konsekwencje. Bardzo długo nie mają jednak ochoty brać odpowiedzialności za swoje czyny, nie zgadzają się z historią zapisaną w gwiazdach. Uciekają, walczą, myśląc, że uciekną przed pułapką, gilotyną, siekierą, która wisi nad ich głową. Według autorskiej wizji flirt ze złem i z chęcią życia na skróty nie może się dobrze skończyć. Rzeczywistość ma skłonność do harmonii, a ten, kto ją zaburza, zostanie wciągnięty przez piekielne łapy prosto do brudnej wody.

Wiaczewska podróżuje mentalnie, w różnych miejscach na mapie rozbijając swój namiot, aby przy ognisku rozpocząć snucie opowieści. W każdej z lokacji korzysta z lokalnych dóbr kulturowo-literackiej przeszłości. W holenderskiej historii czerpie z biografii niderlandzkich mistrzów malarstwa, w skandynawskiej z annałów współczesnego, znanego na całym świecie, kryminału. Amerykańska fabuła brzmi jak żywcem wyjęta z telewizyjnej serii grozy Alfreda Hitchcocka, a rosyjska niczym zapomniany rozdział z „Mistrza i Małgorzaty”. Właśnie rosyjski „Psi los”, ostatnie z opowiadań wydaje się najciekawsze z całego tomu. Jest literacko mocne i żywe, zbudowane z cennego kruszcu, namacalne, soczyste, mieni się.

Autorka w ciągu niespełna roku wykonała solidny skok jakościowy, rzuciła się w nieznane mętne wody i wyszła z przygody bez szwanku i we względnie suchym ubraniu. Jakie następne niespodzianki wyskoczą spod pióra Wiaczewskiej? Pozostaje nam tylko cierpliwie poczekać, wierząc, że rozwój to drugie imię autorki.

Andrzej Ruber