Apolonia Maliszewska

ul. Piastów 5/1
57-400 Nowa Ruda
tel. (074) 872 53-64
biuro@mamiko.pl

WYDANE KSIĄŻKI


2017

- Bartłomiej Siwiec - Matka i róża
- Zofia Mikuła - Nie goń mnie Alafufu
- Maksymilian Tchoń - Femme. Parafraza z pamięci
- Wojciech Graca - Ziarenka piasku
- Grażyna Bajer - Nie potrafię Cię pokochać
- Paweł Nowakowski - Między innymi
- Monika Sadowska - Naczynka i demencje
- Kamil Galus - Trzęsawiska
- Danuta Hein - Histeryjki obrazkowe
- Piotr Barański - Komunikacje
- Andrzej Trembaczowski - Złoty węgorz
- Patrycja Paterak - była.
- Grzegorz Marszałek - Apostołowie złej nowiny
- Karolina Wiaczewska - Kalecznicy

2016

- Klaudiusz Engelmajer - Dla twoich oczu
- Stan Florek - Miasto bez przystanków
- Marta Kucharska - Saudade
- Michał Trusewicz - Zakwity
- Bartłomiej Siwiec - Instrukcja zabicia ptaka
- Patrycja Paterak - Widzimisię
- Sylwester Gołąb - Garda
- Mariola Mikołajczak - Bałkański szkicownik
- Kochalina Miłosna - Kochanka w toalecie
- Krzysztof Rytka - Heretycy
- Rafał Rosół - Potrawa osłów greckich
- Zyta Bętkowska - Dwa chutory
- Jarosław Kapłon - Oswajanie chmur
- Agata Wielgołaska - Zaplanowane nieporozumienie
- Magdalena Lange - Lata po mnie rzeczywistość
- Krzysztof Szewczyk - Homo ferus
- Ksenia Szczepanik-Ładygin - Dom godzin
- Jakub Domoradzki - Wiersze, których nie lubi mój tata
- Piotr Tomczak - Starość szaf
- Piotr Barański - Tak jak tutaj
- Krystyna Alicja Jezierska - Gdy przyśni się dom
- Piotr Barański - Znowu
- Izabela Iwańczuk - Tyka ero
- Katarzyna Monel - Lalka taka jak ty
- Maksymilian Tchoń - Walkiria. Noc ciszy
- Piotr Woźniak - coś pomiędzy
- Grażyna Bajer - Przez zamknięte drzwi
- Ryszard Częstochowski - Martwa natura z łapką na osy
- Piotr Barański - Lekkie piosenki
- Damian Dawid Nowak - Wczesne dojrzewanie
- Piotr Marcin Kraska - Widoki z łóżka
- Piotr Barański - Poziom morza

2015

- Maksymilian Tchoń - "Http"
- Krzysztof Rytka - "Brulion"
- Piotr Piątek - Cały ten tłum
- Leszek Sobeczko - "Nieautoryzowane"
- Krzysztof Rytka - "Pionek"
- Grażyna Bajer - Zrozumieć życie
- Hanna Maria Jaworska - Portfolio
- Yolanda Podejma-Eloyanne - Zapisane najgłębiej
- Bartosz Sawicki - Stan alfa
- Tamara Hebes - Błąd paralaksy
- Teresa Małgorzata Wilk - "Limeryki słowne igraszki imienne fraszki"
- Damian Sawa - Moja wina
- Andrzej Trembaczowski - Opowieści o pstrągach
- Piotr Barański - Nocne południe
- Magdalena Joanna Wojciechowska - nieskończoność M.yśli
- Anna Świtaj - Ogród ciszy
- Patrycja Prochot-Sojka - BAJ-O-DUŻENIE
- Mariusz Ropczyński - Bez rezerwacji
- Krzysztof Bieleń - Błystki wahadłowe

2014


- Agnieszka Ziętara - "Stacja o niczym"
- Jacek Mączka - "Dróżnik"
- Barbara Elmanowska – Próby generalne
- "Elis" - Witold Kiejrys
- Kornel Maliszewski - Sardynka
- Elżbieta Bajer - Mój dom
- Kasia Monel - Cyrograf
- Grzegorz Bursztyński - Gołębie rozmowy
- Piotr Zawadzki - Defenestracja
- Andrzej Trembaczowski - "Zatrzymana chwila"
- Paweł Fic - Siedem wzgórz Katowic
- Jerzy Lengauer - "Niepoprawnie subiektywny dziennik podróży"
- Olgerd Dziechciarz - "Przewrócona ósemka"


2013

- Bożena Kaczorowska - "Punkt obserwacyjny"
- Tomasz Urbowicz - "Wielolustro"
- Grzegorz Świątoniowski - Sód i Potas, Wierzę w Niespodziankę
- Grzegorz Świątoniowski - Propozycje. Misiek powiedział, czyli mądrość Zachodu.
- Elżbieta Lipińska - "Na końcu języka"
- Grażyna Bajer - Sercem pisane w bólu wydane
- Piotr Tomczak - Miłość, miłość, zapałki, książki i ikra
- Motyle nocy - Monika Gorzelak
- Piotr Stankiewicz - "Elementarz"
- Halszka Podgórska-Dutka - "Córcia"
- Przemysław Karpiński - Po nazwisku
- Młody Toruń poetycki. Antologia.
- Tadeusz Olszewski - "Owoc tarniny"
- MATEUSZ WABIK "Czarne msze za rzeczywistość"
- Mateusz Wabik - "Porażki poety z rynkiem pracy i kobietami"
- "Vermont" - Tadeusz Chabrowski
- Dariusz Dąbrowski - Metamorfozy
- Grażyna BAJER - ...Nie rzucim ziemi...
- Olgerd Dziechciarz - "Małopolski"
- Piotr Piaszczyński - Przerwa w podróży
- Grzegorz Świątoniowski - "Prometeusz"

2012

- Katarzyna Brzóska - Ukryte
- Witek Sułek - "Plantacja"
- Krystyna Łukasik - "Znowu prawda"
- Marek Pacukiewicz - "Budowa autostrady"
- "Tupot, świst, chrzęst" - Jacek Mączka
- Dariusz Adamowski - "Gub, trać, porzucaj"
- Jerzy Plutowicz - "Miasto małe jak łza"
- Tomasz Pietrzak - "Rekordy"
- Joanna Kern * Ewa Parma - "Hajer Blues i inne historie"
- Tadeusz Chabrowski - "Zielnik Sokratesa"
- Krzysztof Janusz Lesiński - "Wszechobecny nieobecny we mnie"
- Maciej Bieszczad - „Okolice Gerazy”
- Olgerd Dziechciarz - „Wielkopolski”
- Franciszek Kamecki - "Usiądź obok"
- Katarzyna Łatka - "W zakamarkach twoich dłoni"
- Anna Cieślukowska - "Rodzeństwo"
- Joanna Lasocka - "Wiersze przedwczesne"
- Jarosław Różański - "Most w Cividale"
- Artur Mika - "Belles lettres"
- Izabela Iwańczuk - "Perły wieczne"
- Agata Sobczyk - "Opowiadania o pogodzie"
- Ninette Nerval - Kalifornijski Supermarket

2011

- Joanna Matlachowska-Pala - "Telegram Eklezjasty"
- Janusz L. Sobolewski - I zamknę cicho drzwi...
- Franciszek Kamecki - "Kuglarz i świadek"
- Olgerd Dziechciarz - „Mniej niż zło”
- Mariola Mikołajczak - "Powiedz mi swoje imię&-quot;
- Rafał Tumski - "Zdoła"
- Jacek Mączka - Zwarzone mrozem czyżnie
- Waldemar Kontewicz - "Braniewnik"
- Krzysztof J. Lesiński - "Grzechy najwspanialsze"
- Halszka Podgórska - Dutka - "Miłość ze słońca"
- "Rozmowy z Miró" - Marta Fox
- Tomasz Dalasiński - "Porządek i koniec"
- Jarosław Woźniczka - „Nieodwracalne”
- Piotr Semrau - "Nieznana biografia Jezusa"
- Anna Dwojnych - "gadu gadu"
- Grzegorz Woźny - "Nit"
- Paweł Tański - "Mikrotony"
- Kornel Maliszewski - Wintro

2010

- Ryszard Częstochowski - "Przebudzeniem jest śmierć"
- Grzegorz Woźny - "Landszaft"
- Sławomir Matusz - "Pieśni odejścia i powrotu"
- Jacek Mączka - Bliższe okolice
- Mateusz Witkowski - Brzydkie wiersze
- Zofia Bałdyga - Współgłoski
- Patryk Zimny - Uchoko
- Grzegorz Kwiatkowski- "OSŁABIĆ"
- Bartosz Suwiński - "Sehir"
- Marzena Orczyk-Wiczkowska - "Grypsy z panoptikonu"
- Jan Baron - "Korekta"
- Maciej Bieszczad - "Elipsa"
- Antoni Olgierd Misiak - Teoria przemian
- Anna Szołtysek-Grzesikiewicz - "Żywoty krzeseł"
- Ewa Parma - "W strefie ognia"
- Daria Dziedzic - "Wyspa"

2009

- Dawid Markiewicz - "Flashback"
- Tomasz Hrynacz - „Praski raj”
- Sabina Skowron - Piękno i myśl w najnowszej sztuce słowa, linii i barwy.(Recenzje, analizy, interpretacje)
- Robert Migdał - „Fader”
- Krystyna Łukasik - "Trzecia prawda"
- Jacek Ostrowski - "Szlaki życia"
- Zdzislaw Lipiński - "Na cyferblacie piasku"
- Mateusz Wabik - "Spisek"
- Zuzanna Turkiewicz - "Gdyby nie on"
- Grzegorz Kwiatkowski - "Eine Kleine Todesmusik"
- Dariusz Wiśny - "Buntownik wolności"
- Renata Blicharz - "Czarna aureola"
- Olgerd Dziechciarz - "poMazaniec"
- Dawid Majer - "Księga grawitacji"

2008

- Dagmara Babiarz - "Podróż za kilka zielonych"
- RYSZARD CZĘSTOCHOWSKI - "GORĄCE MASY POWIETRZA"
- Marcin Gałkowski - "Chloroform, czyli brzydkie wiersze"
- Aneta Nalborczyk-Wierzbicka - "Inny brzeg"
- Jacek Ostrowski - Paradoks
- Szymon Bira - "światło umieranie"
- Gabriel Leonard Kamiński - "Pejzaże"
- Marek Boczek - "Wierzę w przypadek"

2007

- Dagmara Babiarz - "Otwórz oczy"
- Jacek Ostrowski - "Polskie Pieskie Życie"
- Michał Sobol - "Działania i chwile"
- Jarosław Jakubowski - "Ojcostych"
- Marian Dziwniel - "Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę"
- Elżbieta Lipińska – „Pożegnanie z czerwienią”.
- Zuzanna Turkiewicz - „Świat jaki pamiętam"
- Michał Tabaczyński - Szkolny atlas apokalipsy. Wiersze z lat 1997-2006

2006

- Elżbieta Maria Śmigielski - "Wzlot do początku"
- Pasażerowie na gapę. Blinde Passagiere.Anthologie.Antologia
- Samantha Kitsch - "25 wierszy"
- Michał Zantman - "Krajobraz z atramentowym wieczorem"
- Kinga Witowska - "Lustro"
- Tomasz Pułka - "Rewers"
- Andrzej Trembaczowski - "Iks"
- Wojciech Brzoska - "sacro casco"
- Jacek Ostrowski - "IPN"
- Grzegorz Mucha - "Kobiety i czas" (opowiadania)
- Maciek Froński - "Rozpoznanie bojem"
- Feliks Netz - "Poza kadrem"
- Arkadiusz Kremza - Pukanie ziemi

2005

- Antoni Olgierd Misiak - "Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960-2004"
- Teresa Wierzewska-Wilk - "Tydzień ważniejszy niż życie"
- Andrij Bondar - "Jogging" w tł. Bohdana Zadury i Adama Wiedemanna
- Mariusz Appel - "Kotochwile"
- Elias Marrouch - "Podróż za ocean"
- Radosław Wiśniewski, Dariusz Pado - "Raj.Jar"
- Jarosław Klejnberg - " Cud nad Wisłą"
- Maciej Nowakowski - "Na zawsze jutro"
- Przemysław Zawal - Komunikacja miejska

2004

- Joanna Mossakowska - "Wytańczone wiatrem"
- Mariusz Appel - "Kocie łby"
- Wojciech Giedrys - "Ścielenie i grzebanie"
- Andrzej Ziółkowski - "Smakiem ciała upojeni"
- Magdalena Goik - "Powieść miasto i anioły"
- Tomasz Hrynacz - Enzym

2003

- Ryszard Chłopek - "Legendy schodzą z pomników"
- Anna Magdalena Pokryszka - "Każdego dnia"
- W Y M Ó W I E N I A. Antologia Studium Literacko-Artystycznego. - Wojciech Brzoska - "Wiersze podejrzane"
- Andrzej Trembaczowski - "Sen"
- Iwona Mesjasz -"Gaguły". Oprac. graficz. Jolanta Rybczyńska
- Mariusz A. Poźniak - "Sakrament księżycowej nocy, ballady i romanse"
- Piotr Florczyk - "Cztery pory roku"
- Hubert Dobrzaniecki - "Stacja Bielawa Zachodnia"
- Maciej Nowakowski - "BAIE DANKIE, AFRYKO"
- Tomasz Zacharewicz - "Anioły nie umierają na raka"
- Andrzej Mesjasz - "Odkłamać miłość"

2002

- Janusz L. Sobolewski - „Misja <Papieskiej Róży>”
- Arkadiusz Sann - "EXODUS"
- "Marianna - księżniczka marmurów". Oprac.Iwona Matuszkiewicz. Red.Antoni Matuszkiewicz
- Zdzisław Władysław Żurek „Gra Pan Ego”

2001

- Antoni Matuszkiewicz - „Błękitne Przeciwstawienie”
- Piotr Saługa - „Maraton”









Monika Sadowska - Naczynka i demencje






Tomik Naczynka i demencje to szczególny zbiór wierszy częściowo napisanych przez człowieka, a częściowo mechanicznie wyklikanych poprzez akceptowanie podpowiedzi słów proponowanych przez słownik w komunikatorze internetowym Messenger. Czytelnik najpierw przeprowadzany jest przez świat bardzo emocjonalnych, afektywnych historii z życia poetki, a zaraz potem zapraszany do przejścia w uniwersum liryki wygenerowanej przez telefon komórkowy czy tablet. Podczas tej wędrówki powstaje pytanie o kwestie autorstwa. Czy twórcą wierszy, jakie poetka wyklikuje na urządzeniach bliskich jej osób, jest ona sama czy automat, jakim jest mechanizm sztucznej inteligencji słownika? A może autorem tych wierszy jest właściciel urządzenia, który dostarcza słownikowi najczęściej używanych przez siebie zwrotów jako sformułowań najtrafniejszych, najbardziej wartościowych?

Co zasłaniają, a co mogą odsłonić automatycznie wygenerowane słowa? Czy ukazują nasze emocje, w sposób bezkompromisowy uwidaczniając to, co sami przed sobą chcielibyśmy schować? Czy poezja dzisiaj jest także pewnego rodzaju mechanizmem? Jakie jest dzisiaj zadanie poety?


Monika Sadowska – poetka, kulturoznawczyni, entuzjastka spacerowania. W latach licealnych związana z Klubem Pana Cogito przy Związku Literatów Polskich oraz Warszawskim SPATiF-em (Młode Lwy Tygmontu). Laureatka konkursów filmowych i poetyckich (Dolina Kreatywna TVP, RMF Classic, Konkurs Poetycki im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej). W roku 2009, ukazał się jej debiutancki tomik wierszy Zmarszczki. Obecnie doktorantka Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS oraz wokalistka zespołu Legumina.



pozdrowienia z Pułtuska

lubię nasze zdjęcia
z wyjazdu do Pułtuska
lubię patrzeć jak otoczony trawą leżysz
bez tchu
i nie umiesz mrugać
lubię jak zastygasz
w tych swoich minach i pozach i
lubię Cię wtedy dotykać
skoro wiem że nie możesz mi tego dotyku
ani oddać ani zabrać
jestem tylko ja i matowa odbitka
na kilku wymiętych kartkach



nadwzroczność

nie ma już nic co mogłoby stanąć pomiędzy nami
nie ma
rogowych kontekstów opraw relacji
w końcu możemy zobaczyć siebie nawzajem
bez żadnych zbędnych odbić i zniekształceń
bez odcisków palców trudno ścieralnych
z powierzchni szklanych i utwardzonych
i bez recepty na
tak źle dobrane
astygmatyczne
minus sześć dioptrii


Monika Sadowska. Naczynka i demencje. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Matka i róża




Bartłomiej Siwiec (ur. w 1975 r. w Bydgoszczy) – prozaik, poeta, dramatopisarz. Ukończył politologię ze specjalizacją dziennikarską na WSP w Bydgoszczy i studia podyplomowe z zakresu archiwistyki na UMK w Toruniu.

Autor trzech powieści Zbrodnia, miłość, przeznaczenie, Autodestrukcja, Przypadek Pana Paradoksa, zbioru opowiadań Wszyscy byli umoczeni, zbioru wierszy Instrukcja zabicia ptaka i kilku dramatów 64 pozycje z życia szachisty, Wyszła z domu, Skóry, Anyżek.

Jego dramaty były nagradzane i wyróżniane przez Dom Literatury w Łodzi, Teatr Powszechny w Łodzi i jury XII Ogólnopolskiego Konkursu im. Stanisława Grochowiaka w Lesznie; znalazły się też trzykrotnie w półfinale Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, a miniatura Wpuszczony w maliny została wyróżniona w konkursie pamięci Jana Himilsbacha w Mińsku Mazowieckim. Jego książki były też dwukrotnie nominowane w konkursie na najlepszą Bydgoską Książkę Roku Strzała Łuczniczki.

Od 2013 r. felietonista Bydgoskiego Informatora Kulturalnego. Bartłomiej Siwiec jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.



Matka


Tyle lat minęło
a ja ciągle ją widzę
w autobusie na cmentarzu
powoli ustawia znicze
wcześniej w markecie
widziałem jej włosy
w tłumie nawet
poczułem ich ożywczy zapach

na stacji benzynowej
kobieta już skądś znam
ten uśmiech
chód i zawahanie
jechać dalej czy nie
oto jest pytanie

patrzy się w bok
teraz dopiero widzę
koło bankomatu
czai się
niczym śmierć
czarny kot



Nowe buty


Dziesięć lat byłam zarejestrowana
na portalach randkowych
samotne serce nie znalazło ukojenia
chyba już na zawsze
pozostanę sama

mówiłam sobie „co mnie nie zabije
to mnie wzmocni”
podrywali mnie różni
próżni i żałośni
kawalerowie od siedmiu boleści

pewnej nocy
usłyszałam głos
„i tak nic z tego nie będzie
wirtualni oszuści nie dadzą
ci szczęścia

weź odłożone pieniądze
i podaruj sobie
chwilę radości”
poszłam do sklepu
kupiłam nowe buty

od tamtej pory
minęło dziesięć lat
jestem szczęśliwa
ze sprzedawcą obuwia

wczoraj usłyszałam głos
„idź do przychodni
mammograficznej
wykonaj badania”
poszłam więc kupić
nowe buty


Bartłomiej Siwiec. Matka i róża. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017








Krzysztof Janusz Lesiński mieszka we wsi Sulmin w Gminie Żukowo, koło Gdańska. W młodości sportowiec, członek Kadry Narodowej Judo, medalista mistrzostw indywidualnych i drużynowych. Emerytowany docent Politechniki Gdańskiej, autor, lub współautor, wielu publikacji, patentów, promotor prac doktorskich. Wyróżniony wieloma Nagrodami Ministra, odznaczony „Medalem Olszewskiego”, odznaką „Za zasługi dla Gdańska”, „Złotym Krzyżem Zasługi”.
Debiut poetycki na łamach „Akantu” w roku 2001. Publikował w czasopismach literackich, w Polskim Radiu, w Internecie i w prasie codziennej. Opublikowane zbiory poetyckie: „zabierzcie ode mnie złe myśli” (2001), „dałeś mi dar” (2002), „kamień pokaleczony czasem” (2006), „lęki niepokoje” (2008), „pokaleczony czasem” (2009), „taniec z pamięcią” (2010), „grzechy najwspanialsze „ (2011). Wyróżniony w konkursie „O Wieniec Akantu” 2001. Za całokształt twórczości otrzymał Nagrodę Artystyczną SUCOVIA 2010 i Wyróżnienie Polskiego Uniwersytetu Ludowego w Filadelfii (2011). Aktualnie współwłaściciel firmy, którą założył w 1990 roku oraz prezes koła łowieckiego. Poluje, wędkuje, gotuje, pije whisky i nalewki, które sam robi. Lubi placki ziemniaczane, golonkę, zasmażaną kapustę i zupę brukwiowa na gęsinie. www.mojapoezja.pl, k.lesinski@draco.com.pl


Kilka wierszy z zapowiadanego tomu:



***

Januszowi Symonidesowi
przyjacielowi od zawsze

spotkałem przyjaciela
którego nie widziałem dawno
siedzieliśmy przy tłustym
halibucie
i chłodnym piwie
zachwycając się klifem
orłowskim

rozmawialiśmy o polityce
o kobietach
o dzieciach że zaczną kochać
gdy
nas już nie będzie
i że będą miały sobie kiedyś
to za złe

zupełnie jak my

i że płacić trzeba za wszystko
nawet za to że
nie umarło się wcześniej

na molo
uksiężyconym lampami
przyrzekaliśmy sobie lat
trzydzieści
jeszcze

pomyślałem że
pewnego słonecznego dnia
odejdę pierwszy
a bóg podąży za mną

11'2010




***

jak powiedziałaś

myśli jest mniej ludzi
jest więcej

serca za mało bólu
za dużo

boga za mało wojen
za dużo

dzieci szczęśliwych
mało

ziemia się kurczy świat
rozszerza

ludzi jest tyle ile piękna
i złego

siedem miliardów

siedem miliardów piękna
i złego
Mamo

01'2012




***

urodziłem się by
umrzeć
potykając się
(o własne myśli)

urodziłem się by
szukać
(nie znalazłem)

urodziłem się by
kochać
(już za późno)

urodziłem się by
ślad
po sobie zostawić
(na próżno)

potykałem się
o własne
myśli szukałem
na próżno
teraz
już za późno

01'2012




***

boże to
ty

tyle lat
szukałem cię
w kościołach
wśród wierzących
i księży

a ty bezkresny
wszechobecny nieobecny

we mnie

08'2011




***

wiejski kościół
otulony wiekowymi lipami
w krużganku
wyszczerbiona chrzcielnica
i chrystus lipowy
ze stopami wypolerowanymi
ustami

w kościele zapach
dzisiejszej modlitwy
i wczorajszego kadzidła

na ołtarzu słońce
kolorami witraży ożywia
bielmo oka trójcy
przenajświętszej

na plebani ksiądz stary
z chorym sercem
czegoś uparcie szuka
w najstarszej w księdze

02'2007







Tomasz Urbowicz - "Wielolustro"





Tomasz Urbowicz (1968), poeta, malujący martwe natury literami. Mieszka w Poznaniu.








Wiersze z tomu ”Wielolustro”



Sztuka


Jak to dobrze
że emocje są nieuleczalne

gdyby je uodpornić
na wybuchy twórczej epidemii
nie byłoby sztuki

ach sztuka!
porozmawiajmy o sztuce

niezła z ciebie sztuka



Sen łodygi
(fragment)

Marzę stać się kwiatem
byle na łące
żadnej sztucznej ingerencji jak w szklarniach
jeśli ktoś myśli, że nie ma obozów śmierci
jest w błędzie

dziko wyrastam
muskam wilgotnym językiem...
sen gęstniał
przekształcając z wolna
w materię

jestem twardą łodygą
na której niekiedy przysiada
zagubiony
różowy motyl



Dziewczynka z zapałkami
(fragment)

W oczach kamienic
przegląda się cień zegara

gdyby ustawić czas podług jego pewności
nasza miłość nie uległaby spóźnieniu

nie byłoby łokci podpierających sen
i kosmyków spontanicznie
zdradzających palcom treść modlitwy

„wiara nadzieja miłość – te trzy”
lecz z nich największy jest mróz
cierpliwie zapisujący na szybach
biografię temperatury



Lekcja
(fragment)

Syndrom przetrwania
powszechnie znany jako kłębek nerwów
zbudowany z przypominających babie lato włókien
jest nierozerwalnie związany
z pragnieniem bycia kimś

ważna istota
uwielbia podniecenie
z wdziękiem sadzi las demagogii
pluszcze w zachwycie plusku
na tym polega jej wartość

następnie
spuszczamy wodę
oszczędzając innym
przykrego zapachu władzy



Potem

„Na początku
Bóg stworzył niebo i ziemię”

potem człowiek
stworzył człowieka

bez ziemi
bez nieba


Tomasz Urbowicz. "Wielolustro". Nowa Ruda : MaMiKo, 2013





Olgerd Dziechciarz -"poMazaniec"



Olgerd Dziechciarz, poeta, prozaik, felietonista. Opublikował kilkanaście książek, ostatnio: "Miasto Odorków" (opowiadania, wydawnictwo AMEA ) i "Galeria Humbug" (wiersze, wydawnictwo NEON).


Galeria Literacka przy BWA Olkusz, spotkanie z Olgerdem Dziechciarzem, autorem "poMazańca" - 21. V.

21 maja 2010 r.
Galeria Sztuki Współczesnej BWA Olkusz, ul. Szpitalna 32, godz. 18.00

Galeria Literacka przy Galerii Sztuki Współczesnej Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu zaprasza na spotkanie z pisarzem Olgerdem Dziechciarzem, które będzie poświęcone jego najnowszej książce "poMazaniec" (Mamiko 2009).



Fragmenty książki "poMazaniec", wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2009

   Studnia
     Wnętrzności ziemi, jeśli są jakieś wnętrzności, są zanurzone w wodzie. Woda jest gładka, spokojna. Dziewczyny nie powinny przeglądać się w studniach, ale my jesteśmy chłopcami, więc nam wolno. Korzystamy z tego pozwolenia. Dwa czarne popiersia wykrojone w srebrnej tafli. Krzyczymy. Zdeformowane słowa wracają ze spuszczoną głową. Duży kamień niszczy wszystko. Ale wszystko wraca. Studnie są nieśmiertelne. Cisza, jaka w nich panuje, obezwładnia. Chciałoby się wskoczyć do środka, zobaczyć co jest głębiej. Bo głębiej musi być COŚ!

     Bobo
     Nie wiem, jak wygląda, ale wiem, gdzie mieszka - w piwnicach, na strychach, pod korzeniami drzew. Jeśli zamknę oczy i skupię się, to przez moment widzę czeluść, a w niej coś dużego, tłustego. To coś się przesuwa, skrada, mlaska, pochrząkuje, ma czerwone źrenice niczym wściekły pies. Jest groźne, choć nie wiem, na czym jego groza polega. Bobo nie ma stałych zajęć, nie wychodzi z miejsc, w których żyje. Do czego służy? Z tego, co sobie przypominam, służy głównie do straszenia takich dzieci jak ja. Dobrze wypełnia swoją rolę, bo się go boję. Kiedy idę po ziemniaki do piwnicy i schodzę po kamiennych stopniach, nigdy nie wiem, czy wrócę. A jeśli coś mi się stanie, na przykład zniknę, zostanie tylko wiadro do połowy wypełnione kiełkującymi już kartoflami? Najgorszy jest moment, w którym muszę się odwrócić, a potem pierwszy, drugi stopień; i ostatni, kiedy już jestem prawie u celu... Zatrzaskuję drzwi do piwnicy, wkładam patyk, żeby je zamknąć (nie ma skobla). Ciekawe, czym się Bobo żywi, skoro mnie nie zjadło; nie ubywa też ziemniaków z pryzmy ani stojących na półce słoików z przetworami.  
       
  Bóg
     Wisi nad drzwiami. Jest umocowany na krzyżu. W Jego twarzy jest tyle bólu, że nie mogę na Niego patrzeć. Ale czasami patrzę. Jest mi Go wtedy bardzo żal. Zastanawiałem się nawet, czy Go nie oderwać od tego krzyża, ale chyba tak nie wolno robić. To musi być strasznie niewygodnie tak wisieć przybitym za dłonie i stopy. Kiedyś stanąłem niechcący na desce z gwoździem. Zardzewiały gwóźdź przebił podeszwę trampka, potem stopę - i wyszedł wierzchem buta. Bardzo mnie bolało. Zostawiałem za sobą krwawe ślady.
     Podobno On umarł za mnie. To ładnie z Jego strony, ale wcale Go o to nie prosiłem. I chyba bym nie poprosił, bo teraz czuję się winny. A może właśnie o to w tym chodzi?  

Fragmenty książki "poMazaniec", wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2009




Jacek Ostrowski - "Polskie Pieskie Życie"




Fragment opowiadania "Wariat"

WARIAT


Szpital Psychiatryczny, gdzieś w Polsce, 17 października 2005 roku, godzina 12, mała cela na drugim piętrze w południowym skrzydle, a w niej filigranowy, może czterdziestoletni mężczyzna , a właściwie jego wrak. Mały, chudy korpus, duża podłużna twarz z zapadniętymi policzkami, brązowe oczka osadzone w głębokich oczodołach , czarna, mocno przerzedzona czupryna i śmieszne odstające uszy - to wygląd człowieka z dziesięcioletnim stażem pacjenta domu wariatów. Siedzi skulony przy stoliku i ponownie pisze prośbę o zwolnienie.


Szanowny Panie Ordynatorze! ( tu mu zadrżał długopis w dłoni)

Zwracam się do Pana po raz sto dwudziesty z prośbą o zwolnienie. Jak już wielokrotnie oświadczałem - jestem zupełnie normalny, a te latające spodki, które często lądowały przed moim domem to szczera prawda - na co mam dowody. W mojej skrytce w banku jest film, na którym udokumentowałem te zdarzenia i wystarczy tylko po to pojechać. Proszę
niech ktoś mnie tam zawiezie, przecież to tylko godzina jazdy, proszę!!!!!!!
Pisałem już o tym, że ci ze spodków, kiedy lądowali ostatni raz coś mi wstrzyknęli i dlatego dopiero po miesiącu odzyskałem pamięć, ale teraz wszystko pamiętam. Nie mam już Rodziny i nikogo kto mógłby mnie wyręczyć i dlatego zwracam się do Pana Panie Ordynatorze.
Wiem że pewnie nie ma Pan dużo czasu ale ja już proszę dziesiąty rok i to tylko o sprawdzenie skrytki bankowej. Błagam!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Adam Gapiński

Odłożył długopis , złożył papier na dwie części i schował do kieszeni.
Rozległ się stukot chodaków na korytarzu.
Zazgrzytał klucz w zamku, drzwi uchyliły się, a w progu stanął potężny „mięśniak” z tacą w ręku.
- No kosmito! – zaśmiał się szyderczo – jedzenie i zielone pastylki od zielonych ludków!
- Nie chcę ! – Gapiński próbował protestować, ale co znaczył jego opór przy sile tego drugiego. Chwycony w stalowy uścisk nie miał wyboru, ale tym razem udało mu się ukryć medykamenty pod językiem.
- A teraz jedz ! – rozkazał osiłek
- Mam list do doktora! – zaskomlał pacjent wyciągając kartkę.
- Znowu? - pielęgniarz pokręcił głową, wcisnął zwitek papieru do kieszeni i wyszedł.
- Dlaczego ja tu siedzę??? – zaryczał nasz bohater wypluwając lekarstwo – dlaczego????
Chodził wzdłuż swojej celi podchodząc do ściany, by z całej siły tłuc w nią głową i dopiero, kiedy poczuł w ustach lepki smak krwi z rozbitego czoła, opanował się.
- Nie, nie, muszę kontrolować się, bo znowu zamkną mnie w tych materacach i zabiorą długopis, a wtedy nici z pisania – usiadł i wolno zaczął wycierać twarz.

W tym czasie, w służbowej willi położonej w samym centrum szpitala , w stylowym salonie z pięknymi ciężkimi meblami, wspaniałymi obrazami na ścianach, z rozkosznym ciepłem bijącym od kominka, z kieliszkami koniaku w dłoniach , w głębokich skórzanych fotelach siedzieli: ordynator Stefan Tumiński oraz jego zastępca Rafał Opalski .



Jacek Ostrowski - "Polskie Pieskie Życie" Mamiko, 2007


Powrót




Mariusz A. Poźniak

"Sakrament księżycowej nocy, ballady i romanse"

                                                        


- absolwent filologii polskiej
na Uniwersytecie Wrocławskim.
Autor zbiorów poezji:
„Senne Podróże” (1997),
„Po drugiej stronie lustra” (1999)
oraz zbioru opowiadań
pt. „Kołysanka Wilka” (2000).
Publikował m.in. w „Czwartym Wymiarze”
(opowiadanie „Czekałem na Ciebie...”).










Damian Dawid Nowak - Wczesne dojrzewanie




Damian Dawid Nowak – urodzony w 1989r. w Tarnowskich Górach, zamieszkały w Warszawie, studiował Philosophy of Cognition, Moral and Value na Uniwersytecie Warszawskim. Pracujący w mediach fan dobrej literatury i jedzenia. Publikowany autor artykułów o tematyce kulturalnej, w 2014 roku zadebiutował tomikiem „Nieistotne”, w 2015 roku wydał ciepło przyjęte "Pożegnania”. Założyciel portalu Good Place Warsaw oraz agencji +Social. Laureat KAFLA 2014 oraz innych wyróżnień.


Dziury

zastanawiałem się czy dziury
w prześcieradle są po
papierosach, czy zrobiły je mole;
tu się nie pali,
tu się nie moli,
nieregularne w kształcie,
czarne dziury tego układu
księżycowego, wokół blade ciała
wprawiają w ruch pływy,
skraplają uczucia
na dziurawe prześcieradło

(na dziurawym prześcieradle,
które mogłoby być pokarmem
dla moli,
ale najprawdopodobniej zostało
zwyczajnie nadpalone)



Przeprowadzka

od tego kurzu
swędzi mnie papier,
od rzeczy wyjętych poza
nawias istnienia
spokojnie nie mogę siedzieć.
takie nijakie,
brzydkie kartonowe trumny,
zaufania brak
do warstwowego układu,
izolacji brak
do tarcia między słowami,
brak też cenzury.
nikogo to nie obchodzi,
że spakowałeś
kurwa! całe swoje życie
(więcej niż rzeczy)
niepilnowany samochód
-Tutenchamona
grobowiec, którego nie chce
nikt spustoszyć


Damian Dawid Nowak. "Wczesne dojrzewanie". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Michał Tabaczyński - szkolny atlas apokalipsy wiersze z lat 1997-2006






Michał Tabaczyński(1976)- tłumacz literatury amerykańskiej i czeskiej, autor esejów i szkiców krytycznych.
Opublikował arkusz Wiersz(Toruń 2004) i antologię współczesnej poezji amerykańskiej Parada równości(Kraków 2005). Współautor słownika młodej kultury Tekstualia bis(Kraków 2006).


W lipcu 2007 r. w wydawnictwie Mamiko wydał "szkolny atlas apokalipsy"

Trzy wiersze z wydanego tomiku:

Na drogę

        „Takie ognisko tutaj uczyniło
        Ranek, tam wieczór, i już jedna strona
        Tonęła w bieli, w tamtej ciemno było...;„
                  Dante


Najdroższa, pomóż; wśród błahych inwokacji –
ja – wciąż na parkingu, czekam w samochodzie,
ty – w szale zakupów (rząd kas, na podłodze
walają się drobne, ktoś przed tobą płaci

złotym mastercardem – nieziemskie transakcje;
zachodzące słońce znów tka przez żaluzje
żałosne widziadła...). Wcale nie żałuję,
że wreszcie wracamy. Prędzej, nasze akcje,

niezbywalny ciężar, brawurowo tracą
na wartości, teraz, tu, w przedsionku nieba.
Lotne dywidendy, których nie potrzeba
przedstawiać – śmieszą nas swoją mrówczą pracą.

A pracują na nas, zresztą – ostatkiem sił.
Wypada wciąż wierzyć w wartościowy papier,
ten ostateczny trust. Stylowy ochłapie,
ekstatyczny wersie, resztko starta na pył,

błaha inwokacjo, najmniejsza podaży –
jeszcze nam zależy. Ciężki krok metrycznych
stóp, tych jedynych stóp zysku – wbrew wytycznym
opowie o wszystkim, cokolwiek się zdarzy.

Wbrew wytycznym (prosto! jasno! beznamiętnie!)
odtańczy znów swoje na tych wysokościach,
gdzie niestały promyk, przesadnie nieznośna
formalna brawura – tłumaczą się mętniej

i mętniej. Jedźmy już, szczęśliwie za rogiem
otwiera się niebo: obfita recesja,
natchniona prowizja, paniczna, przedwczesna
wyprzedaż. Powiedz, co kupiłaś na drogę.


2004




Uwikłana w nicość niewygodo...


Uwikłana w nicość niewygodo – podróży?
gonitwy? ucieczki? Kurczący się dystansie,
co to za ucieczka, która się tak dłuży?
Ty, letni przeboju, niepowstrzymany transie,
wyśpiewujesz piękno, które – kogoś tu wzruszy?


1999




Wcale mi nie zależało na tym...


Wcale mi nie zależało na tym, na czym powinno
było zależeć najbardziej, chociaż jawnym petitem
pisały o tym gazety, o tym nadawał płynną
polszczyzną radiowy spiker i z banalnym zachwytem

mówili o tym na wizji, ja jeszcze nie wiedziałem,
że mowa to jest atrament w kolorze ciemny szafir,
który wysycha na popiół, że komicznym widziadłem
bywa jątrząca się fikcja – zadrukowany papier,

że świat przykłada do nas obce zupełnie miary,
droczy się, nieustępliwy, ale wytrawny handlarz,
bez końca winduje ceny, w przecenie ma koszmary,
że i te idą jak woda – ta, w której ty się taplasz.


2005



Michał Tabaczyński - szkolny atlas apokalipsy wiersze z lat 1997-2006 Mamiko, 2007






Piotr Zawadzki - Defenestracja





Piotr Zawadzki – ur. w 1983; poeta, przed debiutem książkowym. Studiował filozofię na Uniwersytecie Opolskim. Publikował w „Prowincji”, „Migotaniach, przejaśnieniach”, "Ricie Baun", "ArtPapierze", „Neurokulturze”. Otrzymał m.in. nagrodę Marszałka Województwa Opolskiego w XVIII OKL „Krajobrazy Słowa”. Drukowany w wielu almanachach pokonkursowych. Mieszka w Opolu.


Awaria światła

Zacerować rozdarcie po sobie, wydrzeć coś z mięsa
materii wiszącego wokół, zszyć i pożerać, jak nie myśleć inaczej?
W tych kilku iskrach, które się w nas tłuką,
można rodzić słońca, zagotować wodę. Może
ktoś trze o nas niedopałki nocy
które osiadają pyłem ognia,

płynem żaru? Zarządzić przeprowadzkę poza sezonem
grzewczym, zostać na bruku poetą bruku,
z bruku rzeźbić słowotok,
do bruku dotrzeć drąc mięsisty beton,
nie dziwiąc się awariom światła.


Czuć, dziczeć

Uciszam skórę snem. W stanie
panuje znieczulica. Obserwator zdaje raport
z orszaku absurdu, szlaku, nurtu, połamanej
jawy. Nikt nie woła, wola wydaje się przysiadać
i nie chcieć nic, poza samą sobą. Głowę dam,
że jest ciemnym kanibalem
lub bezbłędnie poprowadzonym kołem
na notatkach opuchniętego Schopenhauera.
Coś się stacza, schodzę z góry w pierwszym
szczerym skropleniu rosy na maskach
samochodów. Zstąpić w mąkę poranka,
krzątaninę dostawców i ich koni mechanicznych.
Poznać, że boją się dnia. Czuć
i dziczeć z nimi.






Olgerd Dziechciarz - „Mniej niż zło”





Olgerd Dziechciarz (ur. 1968 w Olkuszu) – poeta, prozaik, felietonista. Współtwórca Galerii Literackiej przy BWA w Olkuszu i Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia.
Autor pięciu książek poetyckich: Ubyt (1996), Podmioty codziennego użytku (1999), Autoświat (2007), Wiersze (p)różne (2008), Galeria Humbug (2009), trzech zbiorów opowiadań Masakra (2007), Miasto Odorków (2009), poMazaniec (Mamiko 2009), tomu humoresek Graf von Mann (2007) i kilku wyborów felietonów np. Partykularne interesy czy Olkusz dla opornych.
W wydanym tomie "Mniej niż zło" znalazły się teksty publikowane dotąd pod pseudonimem Tytus Żalgirdas (m.in. w: Ricie Baum, Toposie, Opcjach, Cegle, Migotaniach, Przejaśnieniach).




Trzy wiersze z tomu




Starość

stara kobieta w czapce zsuniętej na uszy
(czy dlatego jest głucha?)
niby trudno ją wyminąć na wąskim chodniku

a przecież dawno ją wyminąłem

2007





Dustin Hoffman w dziale spożywczym dużego sklepu

tkwi ze spuszczonymi rękami
z wyrazem bezgranicznej
bezradności na udręczonej twarzy

tak jakby przebrał się za samego siebie i rola
przerosła jego aktorskie możliwości

dlatego sporo racji jest w podpisie pod zdjęciem
że Dustin Hoffman ma duży problem z wyborem
odpowiedniego jogurtu dla siebie

podwinięte rękawy chabrowego t-shirtu
sugerują że gwiazda ekranu ma dużo zapału
ale tępe spojrzenie wyprowadza widza z błędu

może nie umie wybrać
bo nikt nie podał mu jego kwestii

anonimowy idiota obdarzył ten dział plotek z łamów
„Życia na gorąco” (numer z 25 sierpnia 2005 roku)
sugestywną nazwą: „Gwiazdy z bliska”

a przecież z bliska nic nie jest do siebie podobne
krawędzie stają się łagodnymi zboczami
góry skromnymi wypiętrzeniami
a niezmierzone głębie kałużami w których toną
całe konstelacje wypalonych gwiazd

fotograf który uchwycił Dustina Hoffmana
przed witryną z jogurtami
zapewne nie jest miłośnikiem kina

przyczaił się jak wesz w gaciach
i czekał i czekał i czekał

aż zdybał małego wielkiego człowieka
na gorącym braku uczynku

Olkusz, 2005




Żal

włosy będą rosły
paznokcie będą rosły
będziemy rośli w nieskończoność

i nikt nie będzie nas podziwiać

2007



DZIECHCIARZ Olgerd. "Mniej niż zło". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011.
(Poezja poska)
ISBN 978-83-60224-66-3




Halszka Podgórska - Dutka - "Miłość ze słońca"




Halszka/Halina /Podgórska-Dutka urodziła się tuż po wojnie w Tarnowie. Posiada wykształcenie artystyczne i uniwersyteckie. W młodości poruszała się w kręgu wybitnych
artystów wielu dyscyplin sztuki i ich dzieł. Od lat siedemdziesiątych wdraża się we własną twórczość, aby w osiemdziesiątych już aktywnie pisać i przygotowywać do publikacji, jak też i równolegle malować, wystawiać i uprawiać małą ceramikę. Wydała sześć tomików wierszy:
„ Muszla z Agrygentu”, „ Trubadurzy kosmosu”, Małe przymierze z absolutem”, „Gwiezdne pomosty”, „Żabia rewolucja”, „Zew niewiarygodnego”, zbiór myśli „Preludia buddyjskie” dwa zeszyty opowiadań „Metafizyczny czworonóg” i „Tropiciel niezmierzoności”, dzienniki „Chwytanie czasu” i publikacje z zakresu muzyki. Stawia sobie wyzwania dotrzymania pulsu rzeczywistości zarówno w świadectwie zobaczonego, jak i językowej zdolności wydobycia
elementów paralelnych kreacji, a w swym pisarstwie poszukuje materii subtelnej pośredniczącej, zdolnej wytrzymać rzeczywistość, zrozumieć zbudowaniem, poprzez czerpanie z całozasobu cywilizacyjnej drogi, nieograniczonego ludzkiego braterstwa.
Mieszkając i pracując w Krakowie czynnie bierze udział w życiu artystycznym miasta.


„ Miłość ze słońca”
W pewnym mieście zasiała się rodem ze słońca osobliwa miłość. Zrazu niezauważona przez na ogół zajętych sobą mieszkańców, powoli wiła swe gniazdo z gałązek słonecznego drzewa, wznosiła kolejne wystawne komnaty i salony sztuki , werandki do wygłaszania poezji i wysokie altanki do obserwowania gwiazd w nocy. Wprost nie można było się nadziwić, ile było w niej kształtów nieprzebranych i znaków ponadzmysłowej godności.
Aż pewnego razu, wyczołgała się skądś poczwara, a i nawet wzbiła w powietrze, jak ta z „Ody do wolności” , połykając całe zaczarowane miasto miłości, obłąkując mieszkańców i odwracając ich uwagę od siebie, swych szczytnych spraw i zadań. Gdy zniknęły wzgórza miłości, zniknął też i zwykły,
ludzki czas, zwykle bystro podążający.
Ludzie, kręcąc się w kółko, radowali się fałszywym zewem postępu i pomyślnego dalszego ciągu.. A z brzucha smoka dobywały się głosy: „ Smoku, smoku, niepotrzebnieś nas połknął. Teraz sam się już też nie odnajdziesz. Nasza miłość nie jest dzisiejsza jedynie i jej tajemne, niezwykłe zadania mogą sięgać całej cywilizacji”. „ Co wy tam mruczycie?” -zawył smok. „ Jest tylko to co teraz, czyli ma was nie być!”. „Smoku, smoku-to całkiem odwrotnie. Twoje istnienie zależy od naszej miłości, jej życia, pracy, mądrości i jej bezmiernej ilości lat liczącego rodowodu. Już to że nas połknąłeś, świadczy, że znaleźliśmy się już w bardzo odległej epoce, patrząc w tył, a wcześniej musiała już tam zdążać cała teraźniejszość. Bo tylko my się na tym znamy”- przekonywali. „Lepiej byś nas już wypluł i został sfinksem. Jakże byłbyś wielki, gdybyś nastawił się na nowy sposób przedzierania się w czasie-z nieograniczonego programu”. „Dlaczego ja?” -żachnął się. „Czyż nie mam tylko straszyć i zabijać? Jako ten którym jestem, sam sobie nie poradzę”. „Coś wymyślimy, coś się zmieni”- ucieszyli się.
Zaczarowana kula światła wydobyła ich na zewnątrz w sposób dla smoka niezauważalny. Ale i nie cierpiał już przez swą poczwarność. Wesoło
uderzał swoją kitką czując obecność czujnego wszystkim archanioła. W dodatku miał jeszcze czarującą lwią grzywę.
Niech przeprawia się życiem kto może, a zagadka nowej wieści
rozstrzygania o świecie zawsze się znajdzie.


Halszka PODGÓRSKA - Dutka - "Miłość ze słońca". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011






Maciej Froński - Rozpoznanie bojem



Maciek Froński - poeta i tłumacz, głównie poezji angielskiej, rosyjskiej i włoskiej, a także
pieśni folklorowych. Publikował m.in. na łamach Lampy i Iskry Bożej, Toposu, Pracowni i nowojorskiego: Nowego Dziennika. W swoim dorobku ma również artykuły z zakresu prawa międzynarodowego, archeologii śródziemnomorskiej i turystyki. Z zawodu prawnik, pięć razy wylany z pracy.




Przeźrocza

Znów cieszyłem wczoraj oczy
Tą cudowną barwą morza –
Wyruszyłem w świat przeźroczy,
Po kolumny, po bezdroża.

Znowu byłem tam, na szlaku,
Anakreont znów mi śpiewał
I poczułem nawet zapach
Pomarańczowego drzewa.

Słońce miało taką siłę,
Że wlewało życie w skały,
I płakałem, gdy patrzyłem,
Lecz patrzyłem, choć płakałem.

Gliwice, 7 listopada 2000 roku.


Świtezianka

Znany nam chłopiec piękny i młody
Hańbą okrywa swe lico:
Gapi się w sine Świteziu wody,
Zamiast się zająć dziewicą.

Ona mu z kosza daje maliny,
On jej jagody zaś z dzbanka,
Lecz nie dostrzega pragnień dziewczyny,
Która już dosyć ma wianka.

Idą przez lasek, ona do ucha
Mu szepcze: "Poczuj się młody!"
On jej sugestii wcale nie słucha:
Podziwia piękno przyrody.

Dziewczę, bynajmniej nie zniechęcone,
Ramiączkom spadać pozwala,
Lecz on w przeciwną spogląda stronę:
"Spójrz, jak dziś srebrzy się fala!"

"Jaka tam fala, tu patrz, idioto,
Gdzie pierś faluje zmysłowo!"
Tak rzecze ona; on nie dba o to:
Gapi się w księżyc nad głową.

"Och," - wzdycha dziewczę - "próżne zaloty
Przy tym najgłupszym ze stworzeń!
Już chyba prędzej utraty cnoty
Doczekam żyjąc w klasztorze!"

Morał tej pieśni wart jest nagrody,
Jaką oklasków huk niesie:
Podziwiaj sobie piękno przyrody,
Ale gdy jesteś sam w lesie!

Kraków, 1 czerwca 1994 roku





Maciej Froński - Rozpoznanie bojem Mamiko, 2006








Damian Sawa - Moja wina






Damian Sawa - rocznik 89, Wędrowiec. Pochodzi z Bieszczad. Debiut: "Ślepiec" w 2013 r. Obecny przystanek na jego drodze to Niemcy,gdzie pracuje a w wolnych chwilach gra w piłkę nożną..



1) granica

kręgi, Polska

przyjdź królestwo twoje, jak najszybciej
póki my żyjemy

oto polak, poeta, pedał, patriota
ma układ z bogiem, z chuj wie kim jeszcze
bohater, rodzony w bólach, w wolnym kraju
mówi o świecie, życiu, ludziach
jakby znał wszystkie prawdy, słowa
abc, abc, abc

bądź wola twoja, po trzeciej chemii
po śmierci, życiu
krzyż na drogę, kłody pod nogi
tu i tam, zawsze i wszędzie
na wieki wieków



1) nadzieja umiera ostatnia

synku gdybyś przywiózł mi z tych dalekich Niemiec
buteleczkę tlenu mogłabym jeszcze oddychać
- mamo wszystko będzie dobrze
odkładam słuchawkę i uderzam pięścią w stół
później w mieście obgaduję Boga
nazywam go tchórzem i piszę o tym wiersz
z furią układam wersy przekraczam granicę
aż do momentu kiedy na nagrobku
widzę twarz matki
wtedy cichnie we mnie głos
nie potrafię określić czym dokładnie jest ból
gaśnie światło i człowiekowi chce się po prostu płakać

Damian Sawa. "Moja wina". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015






Kochalina Miłosna - Kochanka w toalecie








Kochalina Miłosna, poetka, feministka, studentka socjologii. Miłośnik muzyki rockowej, zwierząt, wyrobów tytoniowych, czerwonego wina, retro. Hobbistycznie interesuje się foto-modelingiem, polityką, seksuologią. To jej książkowy debiut, wcześniej publikowała swoje wiersze w czasopismach takich jak „Kozirynek”, „Cogito” itd. oraz na portalach internetowych. Inspiruje się muzyką, Bukowskim, Sylvią Plath, Poświatowską oraz „wszystkim co związane jest z miłością”. W swoich wierszach porusza tematy takie jak: wojna płci, trudne i toksyczne relacje damsko-męskie, przemoc seksualna, seksizm, poligamia.


Prolog


widzisz mi się zakneblowany, związany, uwięziony. Widzą mi się po nocach twoje wielkie, piwne oczy przepełnione strachem, zwątpieniem, lękiem. Widzi mi się twoje ciało posiniaczone, poobijane można powiedzieć że widzisz mi się chyba bierny, poorany, widzisz mi się jak mięso. Na sklepowej półce. Widzisz kiedyś dłubali we mnie gorzej niż w kurze na obiad, sama dłubałam w sobie do tego stopnia namiętnie, że nie ma we mnie ani krzty buntu wobec tego co czasem wychodzi spod płaszcza. Na ulicy, przy ludziach wesoło pogwizdujących sobie, na spacerze z ukochanym. Widzisz czasem lepiej prześwietlić siebie, nawet będąc przekonanym o swojej niewinności o swoich dążeniach o swoim celu w życiu, osobowości. Nigdy nie wiesz jakie stężenie alkoholu w organizmie uwolni z ciebie zwierzę, tak samo jak nigdy nie wiesz kiedy taką samą reakcję wywoła niepozorne zdarzenie, zwykła wymiana słów, gestów, nawet głupi wpis na facebooku. Nigdy nie wiesz kiedy rzucisz wściekle telefon, kiedy wstaniesz i nigdy już nie usiądziesz spokojnie. Pokręcisz się powiercisz przekręcisz i nigdy już odbicie w lustrze nie będzie miało twoich rysów. Zapewniam cię daj się oskubać do reszty, daj spożyć mięso, zdiagnozować twą chorobę, daj mi ją znaleźć w twoim małym cieplutkim i bezpiecznym światku. Kiedyś rolę się odwrócą i już nigdy nie spojrzysz na mnie jak padlina a ja być może nigdy nie spojrzę na ciebie jak drapieżca. Może będziemy leżeć wspólnie na sklepowej półce, może będziemy w przyszłości jak wilki jak inne dzikie zwierzęta rywalizować. A może nigdy już się nie spotkamy nigdy nie zobaczysz mojej drwiącej buźki, podskakującej głupkowato główki, czarnej jak smoła głowy. Nie usłyszysz nie dowiesz się nie wyrwiesz z letargu i uwierz mi na zawsze będziesz wyłącznie kupowany sprzedawany zwracany reklamowany wydalany zakopywany. Spójrz mi w oczy i choć raz w życiu wczuj się w role. Toaleta zamknięta na wszystkie cztery spusty życiowe. Tu i teraz po prostu bądź. Proszę wyjdź dziś z siebie i stań obok. To jesteś TY.


Kochalina Miłosna. Kochanka w toalecie. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016







Sabina Skowron - Piękno i myśl w najnowszej sztuce słowa, linii i barwy. (Recenzje, analizy, interpretacje).


Serdecznie dziękujemy za pomoc w wydaniu książki:

Pani Monice Wielichowskiej - Posłowi na Sejm RP
Panu Tomaszowi Kilińskiemu - burmistrzowi miasta Nowej Rudy
Panu Sławomirowi Karwowskiemu - wójtowi gminy Nowa Ruda.


Książka składa się z czterech rozdziałów:

W pierwszym :

"O klasykach polskiej literatury współczesnej"

znajdziemy omówienia książek Jana Pawła II, Zygmunta Kubiaka, Wisławy Szymborskiej, Czesława Milosza, Tadeusza Różewicza, Ryszarda Kapuścińskiego.

Drugi :

"Artyści słowa, barwy i linii związani z Ziemią Noworudzką, wałbrzyską i kłodzką"

zawiera recenzje książek Olgi Tokarczuk, Karola Maliszewskiego, Piotra Chrzczonowicza, Ryszarda Rybki, Antoniego Matuszkiewicza, Władysława żurka, Iwony Mesjasz, Mariana Dziwniela, Zuzanny Turkiewicz, Marcina Gałkowskiego, Antoniego Olgierda Misiaka.
Autorka omawia w nim też, twórczość plastyczną Teresy Chmury-Pełech, Ilony Antoniów,
oraz twórczość uczestników malarskiego pleneru "Jesienna Ruda 2008".

Trzeci :

"Nowe pozycje w literaturze polskiej"

to interpretacje utworów J.L.Sobolewskiego, Arkadiusza Sanna, Macieja Nowakowskiego, Michała Zantmana, Elżbiety Lipińskiej, Dagmary Babiarz, Jacka Ostrowskiego, Anety Nalborczyk-Wierzbickiej, Wita Szostaka, Jerzego Korczaka.

W czwartym :

"Najnowsze bestselery literatury światowej"

autorka omawia książki noblistów Orhana Pamuka, Jan Marie Gustave'a Le Clezio i inne bestselery literatury światowej takie jak:"Czysta ziemia", "Sekret Freuda", "Matisse ma słońce w brzuchu", "Ostatnia miłość prezydenta"

Sabina Skowron "Piękno i myśl w najnowszej sztuce słowa, linii i barwy. (Recenzje, analizy, interpretacje)". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2009. - 154 s. ISBN 978-83-60224-38-0







Tomasz Pietrzak - "Rekordy"








O REKORDACH:

Mogą funkcjonować w pojedynkę lub w zwartych grupach; być zatarte, mało precyzyjne, z naleciałościami lub wyraźne i doświetlone, zasłyszane z pierwszej ręki. REKORDY to poetyckie wypisy z upływającego czasu, ale nade wszystko z ludzkiej pamięci, pełnej zarówno wydarzeń i rejestrów, które dopiero, co miały miejsce, jak i tych, które są już tylko pogłosem.


T o m a s z P i e t r z a k (ur. 1982), autor tomu wierszy "Stany Skupienia" (KIT Stowarzyszenie Żywych Poetów, seria Pisma Literackiego RED, 2008). Publikował m.in. w Toposie, Gazecie Wyborczej, ARTeriach, Odrze, Kresach, Wyspie, Rita Baum, Red i Blizie. Jego wiersze znalazły się m.in. w słoweńskiej antologii "Moral Bi Spet Priti" przygotowanej przez Brane Mozetica. Wiersze tłumaczone były na angielski, słoweński i czeski. Mieszka w Katowicach.


Pulsar



Tęsknię za tobą Żydzie,
za twoim owłosionym ciałem,
za nocami, które były długie i czarne
jak sztolnie Katowic.

Bez ciebie staję się hetero.

Wpuszczam koszulę, krótko strzygę włosy.
Tęsknię za tobą Żydzie. Za falującym
radiem i jezderkusie, które nagle wypadało,

gdy coś rozbiło się w pył. Podają, że w pył idą
też galaktyki, dziś ze trzy, suche i niebieskie.
I nagle przypominasz mi się, kiedy mówiłeś

o czkającym pulsarze, co wisi nad nami,
ale go nie ma i co rusz wysyła sygnał - martwy,
zimny, a jednak sięgający w gorące miejsce.




Dziesięć do ósmej Tesla



Tyle z niej zostało po wielkim czymś.
Samorodek światła, wirująca latarnia,
do której ciągnie pył całego kosmosu.

Zupełnie jak nasze ruchliwe cmentarze,
rozświetlone nocą, pulsujące od ciał
i wabiące tych, których skóra spowija.

Jest coś okrutnego w świetle, że ćmy
oddają mu ciałka bez reszty. Mówią,
że ratuje żeglarzy na dzikim morzu,

a tu na dole i w górze tylko pochłania.
Weźmy taką planetę, co wpadł w sidła
pulsara, albo taką Hanię, co wpadła

wymyć grób. Trudno takich oderwać
od siebie, zmienić im orbitę, schować
w cieniu, który wystudzi i zmrozi.




„Zdjęcie dnia”
na wystawie w Jewish Book Center


Patrzę na trzydziesty ósmy - mgliście, ledwo widać
krawędzie rozbujanych kiecek, ale kiedy mrużę oczy -
wyostrza się, dokłada parę obrazów. Ciała są rozluźnione,
rwą się w lufcie do tańca, a Bóg w niebie cieszy się,
że mu się takie cuda udały. Jest spokojnie, za pięć.

Park nuci kołysanki na wietrze. Molly, aktoreczka
idzie do sklepu po cynamon, a lato chyli się ku ziemi
jak dojrzała grusza. Możesz jeść ten soczysty miąższ,
nie martwiąc się zmianą tonu w radiu i zapowiedziami
spiekoty. Tylko to tło: park, tańce na pierwszym planie,
a za nimi gwarny port. Napływają tłuste transatlantyki,
a na ich pokładach: - i tu obco brzmiące imiona.




Museo Ridakalo




Tutaj jest inaczej. Wenus nie jest
z piany, a z pustynnego Coyoacán;
nie świeci cycem, nosi gryfne kiecki
w żeniszki. Małpy tu nie są małpami,
sądząc po tym, gdzie się rozsiadają
i jak oczytane jest ich śniade stado.
Uznają je tu za równe lub chociaż
za zapomniane kuzynki po kądzieli.
Święta też są inne. Radość śmierci,
smutek narodzin. Zaś na ścianach
coś więcej niż płótna syfilityków,
jakieś Ridakalo – bobasy w słojach,
bure widoki z piersią. Będzie burza
- słyszymy. Tam w suchej ramie też
nie widać jakiś przejaśnień. Siedzimy
więc we trzy - sącząca, wysączająca
się i chłonąca powoli jakiś lament.


Tomasz Pietrzak - "Rekordy". Nowa Ruda : MaMiKo, 2012






Anna Szołtysek-Grzesikiewicz - "Żywoty krzeseł"





Anna Szołtysek-Grzesikiewicz – ur. 29.11.1982 w Pyskowicach. Studiowała filozofię i teologię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Obecnie doktorantka w Zakładzie Teologii Dogmatycznej WTL UŚ.
Publikowała w Nowej Okolicy Poetów, Fragile, sZAFie.
Została Laureatką XVIII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Dać Świadectwo” 2010.
Członkini Stowarzyszenia Muzycznego Śląski Jazz Club w Gliwicach.

Kilka wierszy z wydanego tomu:


lustereczko


utrzymuje się pejzaż zapięty na tajemniczym punkcie odniesienia
oś świata ośrodek ciężkości musi wygiąć się w łuk (koci ogon grzbiet)
ale świat nie ma miękkości wklęsłości i obrazy nie mruczą
w szczególności to co widzę to co rejestruję
przejawia się jako reprezentacja obscenicznej nagości
ktoś się najwyraźniej zapomniał
ktoś nie wyjął rolki filmu i nie skrócił czasu naświetlania

w powodzi mdłych twarzy (na dnie jeziora albowiem mnożą się rolki negatywów gdyby okazało się to snem byłabym spokojniejsza) rozpoznaję widmo układanki
wygięte szyje łabędzi powielane w opryskliwą nieskończoność
pani będzie wkładała to w ramy?

ach tak
ach tak








* * *


muszla-człowiek zwinięta szczelnie
ułożona w piwniczce pod oknem

(we śnie płyną rzędy beczek z uciętymi włosami)

w rogu pomieszczenia (gdzie leży muszelka)
snuje się powłoka światła

snop żaru żłobi kosteczki kręgosłupa
jeszcze wybiela ciało


nagle od ekranu cofa się dłoń

obrazy każdej strony zapadają się w siebie
znika muszelka
uciekają buty


(II.2010)








całun albo luka



jej się udało
okazała się tym martwym chłopcem
znalezionym na brzegu jeziora

mówi:
nuży mnie czas
chciałabym być drzewem albo ptakiem
raczej ptakiem
zamiast włosów mieć więzadła i mięśnie szkieletowe

powieszę nad wanną stary zegar z kukułką
kiedy ptak krzyknie tamtędy uciekną mi włosy
i wyobraźnia kanciasta kulejąc wyturla się
za próg

sąsiadka na gramofonie puszcza
arie operowe
i wiesza pranie na sznurach utrzymujących
mój świat
jej świat -
- bezimiennego chłopca stąpającego krawędziami
oswojonej lubej niemocy

(V.2010)

Anna Szołtysek-Grzesikiewicz - "Żywoty krzeseł". Wydawnictwo MaMiKo, 2010





Witek Sułek - "Plantacja"






Nazywam się Witold Sułek [ur. 1970 w Ozimku, poeta, księgarz, eseista.
Szkice krytyczne i artystyczne drukowałem min. na łamach "Stron", "Gazety Wyborczej", "red"]


Pięć wierszy z wydanego tomu:


Korytarz

życie to taki korytarz, córko

czasem wydaje się nieskończenie długi
a czasem tak krótki, jakby wcale nie był korytarzem

bywa tak wąski, że trudno zrobić w nim nawet jeden krok
a czasem tak szeroki, że nie sposób dosięgnąć, ani nawet zobaczyć ścian

bywa wysoki, bez sklepienia, albo niski, prawie tak płaski jak kartka papieru
jakby wcale...

a gdy spotykają się dwa korytarze mogą połączyć się
a gdy spotka się ich więcej, może powstać labirynt

gubią się w nim pątnicy i karawany
nawołują matki

i czasem zatrzymuje się w nim czas



Biedronki

dusze mają doskonale kulisty kształt
kiedy spadają z nieba
co wygląda jak deszcz

wchodząc z impetem w atmosferę
deformują się ale nie cierpią
- przynajmniej te,
które wpadają do ust tym dzieciom
oniemiałym w zachwycie co stoją
nieświadome cudu wzajemnej komunii
zamiast się kryć

ale większość spada na ziemię

idąca do nieba mgła
wraz z biedronkami,
które lecą po kawałek chleba właśnie dla nich



***

nie ma sensu wpatrywać się dzisiaj w niebo
wiatr rozpędził baranki
tylko oślepnąć można

i nie pomoże czarne szkiełko
to nie zaćmienie, ale bardziej koniec świata
przynajmniej tego jego kawałka pod nogami

owieczki




***

splecione korzenie drzew
jak pieszczota ckliwie czuła
lub śmiertelny uścisk odbierający oddech

gdyby w tej ciszy padł chociaż jeden dźwięk
pozwoliłby nam to być może rozpoznać
ale my też milczymy

i coraz wyraźniej wyrzynają się kolejne słoje





Tabor

pety w popielniczce ułożyły się w kształt konia
bohatera potrawy cynowej czarnej patelni
- obracam ją, potrząsam

w opadającej chmurze popiołu nie widać jak tabor odjeżdża

w usta wkładam spalony ziemniak, któremu udało się ukryć


Witek SUŁEK. Plantacja. Nowa Ruda : MaMiKo, 2012




Przemysław Karpiński - Po nazwisku






Przemysław Karpiński,
zrodzony, nie stworzony, syn ojca i ziemi wielkopolskiej. Trzeci pijak w linii prostej
po mieczu. W depresji poporodowej, od kiedy urodziła go matka. Filo-
german w genetycznym syndromie sztokholmskim.


Wiersze z wydanego tomu:


po nazwisku: suzin


czekaliśmy na te późne sobotnie seanse
ze światowymi filmami

w ich trakcie najczęściej zasypiałem
zły na wszystko i wszystkich

ojciec brał mnie wtedy na ręce
zanosił do pokoju i kładł do łóżka

„co za głupi film” majaczyłem przez sen

ojciec śmiał się nazajutrz
pytał, czy następnym razem też chcę oglądać,
bo niedługo nie będzie miał sił mnie przenosić

dziś sam oglądam filmy i na nich zasypiam
taki trening cały czas to ćwiczymy
przed wiecznym majakiem

kiedy zasnę, czy przeniesiesz mnie tato?




po nazwisku: cohen


nie jadałem wtedy na mieście
matka mówiła jedzenie synku masz w domu

dziewczyny, które mi się podobały
przesiadywały po szkole w herbaciarni
od zamawianych ciastek rosły im tyłki

obserwowałem je z daleka - głodny
ale przecież jedzenie miałem w domu
i nie jadałem na mieście, ponadto

z tych trzech rzeczy, na które leciały -
pieniądze, zaganiacz i (w ostateczności) osobowość -
miałem tylko tę, pożal się boże, ostatnią

na studiach osiągnąłem stypendium naukowe
za najniższą gwarantowaną finansowo średnią
pierwsze i ostatnie takie osiągnięcie w życiu

od czasu do czasu dostawałem wierszówkę
za teksty w reżimowej prasie o muzyce
w końcu zyskałem dodatkowy atrybut - siano

dziewczyny, które mi się wcześniej podobały
przesiadywały już nie wiadomo gdzie
więc za pieniądze zacząłem kupować alkohol

trafiając co i rusz na swoją drugą połówkę
zdarzyło się i spotkać dziewczyny z przeszłości
mówiły: mogłeś nas mieć i wtedy, niekiedy dodając

aha, tam na dole u ciebie wszystko w porządku
(gorzej z głową)



po nazwisku: cortazar


nieoczekiwanie - rano
ona przyszła do niego
wczoraj
rozstali się na zawsze
jeszcze tylko miała przeczytać
jego wiersze
dziś odnosi je i mówi

zapytaj mnie co się stało
tak dobrze że je wchłonęłam
że przeszłam przez nie
że chodziłam po ścianach
i pod ścianami
czy zrobiłeś to specjalnie?
czy to był jeszcze jeden sposób?

a teraz – waha się – chciałabym się rozebrać
i położyć w twoim łóżku
więc zrób to – mówi on
i wychodzi na chwilę (ochłonąć)

a kiedy wraca
ona leży naga
trochę zawstydzona
wtulona w jego poduszkę

on kładzie się obok
i tak przez chwilę leżą niewinni jak dzieci
ale tylko przez chwilę
bo choć pewnie chcieliby tak trwać bez ruchu
do końca nie wiadomo czego
pogrążeni w idealnej abstrakcji
w całkowitej pewności
to jednak muszą coś (to?) ze sobą zrobić
choć nie powinni robić już nic więcej
przekraczają kolejne narzucone sobie uprzednio
granice
i jeśli wszystko dotąd było rodzajem gry
to teraz właśnie kończą ją na zawsze
bezpowrotnie paląc za sobą wszystkie
pieprzone książki o miłości

Przemysław Karpiński. Po nazwisku. Nowa Ruda : MaMiKo, 2013




Mateusz Wabik - "Spisek"



Mateusz Wabik – Ur. 1975, mieszka w Krakowie. Absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opublikował dwa tomiki wierszy: „Próba głosu” (1999), „Przestrzeń lokalna” (2003). Publikował m.in. w „Kresach”, „Lampie”, „Pracowni”, „FA-arcie”, „ARTylerii”, „Ricie Baum”, „Studium”, „Wir” (Niemcy), „Torso” (Niemcy), „Akcencie”. Laureat konkursów im. Stanisława Grochowiaka, pisma „Pro Arte” na poezję roczników 70-tych. Stypendysta Urzędu Miasta Krakowa w dziedzinie literatury (2003). W pierwszej połowie lat 90-tych wokalista i współautor tekstów grup death metalowych Samhain i Death Sea.

W czerwcu 2009 r. wydał w Wydawnictwie Mamiko z Nowej Rudy - w Sudetach Środkowych, trzecią książkę "Spisek".



Szewska

Miłosz doczekał dziewięćdziesiątki. Tu w Krakowie
mógłby stanąć i zamienić się w pomnik, ale na razie
na Szewskiej zaimprowizowano targi jego książki.
Jest scena. Dwa puste mikrofony. Jordan na półce
z papieżem. Są baloniki. Jest TYGODNIK
POWSZECHNY. Tylko brakuje noblisty. Stoję pod
Kulturalnym i czekam na A. i S. i dobrze, że
coś przykuwa uwagę bo przyszedłem za wcześnie.

(nad ulicą obłoki jak na zamówienie)



Berliński kac

W Berlinie Kornhauser dogryza bruLionowi. Wyraz
jego twarzy przypomina minę kota. Zjadł ser, myszy,
a teraz odpowiada na pytania niemieckiej publiczności.
Podobno lata 90-te w Polsce były już w 50-tych. Nawet
Niemcy nie chcą w to wierzyć. Po lewej stronie wygodne
milczenie pozwala nam myśleć nad treścią polemik. Lecz
po wyjściu ktoś z nieba pościągał pioruny. Maciek
zanosi do samochodu niemieckie książki. Są rozdawane autografy.
Twarze ulegają przyjaznym skinięciom ręką jakby niemieckie
poetki w końcu powiedziały jesteśmy wasze. Atmosfera
zjednoczenia? Eee tam. Kto idzie na piwo.



***

Kolejny mijany archipelag bez wizji.
Ze snem o międzylądowaniu na Antarktydzie.
Jej jedyna mieszkanka już zbudowała igloo i oswoiła

pingwiny. Lód płonie pod jej stopami
gdy przechodzi z lekkością piosenki przez pióropusze
płonącej wody tak jakby szła po północy z osuszonego

radia mała emisja. Taka retransmisja spod szronu,
gdzieś na śmigle czyjeś niedopowiedzenie i czarci
uśmiech przyjaciół. Z wizją czy bez z rozklekotanej

jesieni w osuszane przez oddech lato.



Niewierny

Pod koniec września nie dostałem się na studia
doktoranckie. Przez całą noc przesuwał się
film na zwolnionych obrotach. Kiepska kopia
pamięci pokazywała dzień egzaminu – klatkę
po klatce, zbliżenia na doktorów i profesorów
patrzących na mnie jak na pacjenta ze złośliwym
nowotworem poezji. Dzień po ogłoszeniu wyników
poszedłem na ulicę Gołębią i pytałem „dlaczego?”.
Sekretarz komisji mówił o wielu nie przyjętych, częstując
mnie mową – trawą o łataniu dziury w budżecie. Nocą
przechodząc obok uniwersytetu przekonałem się
gdy podszedłem bliżej i dotknąłem budynku:

uniwersytet był cały z kamienia.




Nikt nie wyjdzie stąd żywy (na podstawie wiersza Czesława Miłosza)
                                               pamięci Jima Morrisona

W dniu premiery autobusy rozwożą
ludzi do pracy, muchy nie mogą
znaleźć wyjścia z zamkniętych pomieszczeń,
wesołe delfiny i młode wróble na okładkach
czasopism dla dzieci przypominają o sobie
narysowanym uśmiechem.

W czasie premiery kobiety ziewają, młodzi
mężczyźni sprawdzają zawartość portfeli,
a potem mijają na ulicy pijaka, który
stracił zęby w bójce o 10 groszy, dla nich
nie kończy się ta noc.

A ci co czekali braw i aplauzów
są zawiedzeni.
A którzy chcieli dobrych recenzji
i szybkich samochodów nie mogą uwierzyć
w swoją przegraną przeszłość.

Dopóki kominy będą wysyłać dym w rozdziawiony pysk nieba
Dopóki telewizja będzie emitować seriale o zadowolonych z siebie żukach gnojakach
Dopóki dzieci będą wychodzić na ludzi

Przedstawienie musi trwać

Przedstawienie musi trwać

Przedstawienie musi trwać

                                              08.12.1999


WABIK Mateusz. Spisek. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009











Ksenia Szczepanik-Ładygin - Dom godzin






Ksenia Szczepanik-Ładygin, lekarz medycyny (Śląska AM 1974), mieszka i pracuje w Zakopanem. Autorka przewodników krajoznawczych Zakopane (1991, 1994), Tatry Zachodnie (1995, razem z mężem Zbigniewem), Zakopane, spacery i wycieczki (2004). Pisze wiersze od lat studenckich. Debiutowała zbiorem Poste restante (2007).W roku 2012 ukazał się tomik Widok z okna. Wiersze były też publikowane w Almanachu Spectrum Unii Polskich Pisarzy Lekarzy (2014), w zbiorze utworów laureatów konkursu Dajcie mi czas (2015), Gazecie lekarskiej (2015). Laureatka Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. prof. A.Szczeklika "Przychodzi wena do lekarza" (II miejsce w kat. poezja). Absolwentka Studium Literacko-Artystycznego UJ w Krakowie (2015).


Zawód medyczny

dotykam waszego ciała
jestem bezkarna
w przekraczaniu granic
waszego biopola
nie możecie mi zabronić
czasem udaje mi się
uratować was
przed samymi sobą
rzadko i najwyżej przez mgnienie
dosięgam gwiazdy

gdybym była poetą
częściej patrzyłabym w niebo
gwiazdy
lśniłyby co noc
a na co dzień
lekarstwa ze słów
nieudolne mikstury
na bezradność




O pewnym spacerze

To był niedługi spacer
te kilka lat później
znów we czworo jak kiedyś
padał drobny deszcz
powietrze przesycone
mgłą mokrego lasu

szliśmy niespiesznie
J. zostawał z tyłu
i robił zdjęcia w deszczu
Z. wyrwał do przodu
żeby, jak zawsze sprawdzić,
co tam za zakrętem

zagrzmiało całkiem blisko
M. powiedziała powoli
wiesz,
niestety mam raka,
a obok nas przemknęli
młodzi na rowerach

kolor młodej buczyny
zakwitł w ścianie lasu
chyba
musimy już wracać
burza coraz bliżej




Szpital II

ona odchodzi
siostro
rzekłeś beznamiętnie

ona nie może odejść
szepnęła zakonnica
ktoś jej nie wybaczył

biedactwo
ma takie mocne serce
powiedziały salowe
zmieniające pościel

gdy pomagałam przekładać
twoje nogi jak dwie kłody drewna

więc to już myślałam
oni wszyscy wiedzą
a ja nie wiem i nie wiem
i nic mi nie mówi
moje serce



Ksenia Szczepanik-Ładygin. "Dom godzin". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Rafał Rosół - Potrawa osłów greckich







Rafał Rosół (ur. 1977) jest pracownikiem naukowo-dydaktycznym na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (magisterium z filologii klasycznej, doktorat i habilitacja w zakresie językoznawstwa). Dotychczas opublikował dwie książki o charakterze naukowym, tj. Wschodnie korzenie kultu Apollona (Kraków 2010) i Frühe semitische Lehnwörter im Griechischen (Frankfurt am Main
2013). Oprócz tego jest autorem ponad czterdziestu artykułów naukowych i popularnonaukowych wydrukowanych w kraju i za granicą oraz przekładów wybranych utworów poezji greckiej i łacińskiej na język polski. Często również sięga po pióro tworząc prozę lub poezję o zabarwieniu satyrycznym. Jego teksty były nagradzane w różnych konkursach, m.in. jest laureatem Złotej Szpili w ramach XVII Ogólnopolskiego Turnieju Satyrycznego „O Złotą Szpilę” im. Ignacego Krasickiego.





Erotyki



O roli Hamleta marzy niemal każdy aktor, ponieważ daje ona niezwykłe możliwości do
zademonstrowania w pełni kunsztu scenicznego. Długie monologi, pełne emocji, uczuć i
wątpliwości są rzeczywiście nie lada wyzwaniem. Niestety Hamlet jest tylko jeden i nie wszystkim
udaje się spełnić to marzenie, tym bardziej że lata przemijają nieubłaganie, a widzowie raczej
oczekują księcia tryskającego młodością. Dla tych, którzy przegapią swój czas, pozostaje jako
pewnego rodzaju namiastka rola Poloniusza, który na krótko niejako wciela się w Hamleta. W drugim
akcie dramatu odczytuje on bowiem napisany Hamletową ręką list miłosny do Ofelii. W sumie
niewiele, ale zawsze coś. Najważniejsze, że w liście tym zamieszczony został także utwór
liryczny, co znacznie uwzniośla ową kwestię. W przekładzie Stanisława Barańczaka brzmi on następująco:


Nie wierz w bieg słońca przez firmament;
nie wierz w żar gwiazd, co w niebie stoją;
nie wierz w prawdziwość prawdy samej;
lecz wierz bez reszty w miłość moją.



Zapyta ktoś: tylko cztery wersy? Ów hiperelokwentny arcyorator obdarza swoją ukochaną
jedynie marną fraszką? Czy to godne kochanka? Czy to godne Shakespeare'a? Czy to w ogóle godne historii literatury? Hamlet tłumaczy się w liście, że nie zna się na pisaniu wierszy, ale to
zaiste dość kiepska wymówka jak na kogoś zakochanego. Nie ulega przy tym wątpliwości, że
Ofelia zasłużyła na kilka zwrotek więcej. Zresztą powyższy utwór nosi w sobie spory potencjał.
Hamlet bez większego wysiłku mógłby dodać choćby takie strofy:

Nie wierz w niczyje nigdy słowa,
co się w poezji piórka stroją,
kłamliwa bowiem wierszy mowa...
lecz wierz bez reszty w miłość moją.



Rafał Rosół. Potrawa osłów greckich. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Krzysztof Rytka - "Pionek"





Rytka, Krzysztof, ur. w roku 1952 w Śremie, mieszkał od 1954 do 1979 we Wrocławiu. W roku 1977 ukończył studia archeologii na Uniwersytecie Wrocławskim i uzyskał w roku 1989 doktorat w Niemczech w Würzburgu, gdzie obecnie mieszka. W latach 70-tych był członkiem teatru studenckiego „Kalambur” i wioślarzem wrocławskiego AZS-u. Oprócz publikacji fachowych i reportaży z podróży (m.in. Australia 1989) pisze wiersze i opowiadania.


Jadą na kolejną wyprawę. Na jakimś wyboju w zabytkowej poniemieckiej autostradzie zaklekotały wiezione w nysce łopaty i kilofy. Bum – bum – bum, stukały rytmicznie koła o asfaltowe spoiny między betonowymi płytami.
- Niektórzy, kurwa, to są cwaniaki! – odezwał się zwalisty kierowca, gdy mijali wypełnioną po brzegi wapnem ciężarówkę. – Jak gangsterzy, kurwa! Kumpel opowiadał mi taki numer: Leciał kiedyś przed nim taki jeden ciężarówą stówą chyba, kurwa, po normalnej drodze, z budowy jakiś. Cały tył zafajdany wapnem, kurwa, że numeru nie odczytasz. A mój kumpel za nim przypadkiem się znalazł, kurwa. Na poboczu stała drogówka. A ten, kurwa, nawet nie zwolnił, tylko gazu. Więc ci się migiem spakowali, kurwa, i za nim. Kumpel też, trochę z ciekawości. A ten cwaniaczył jak na filmach, kurwa, gliny na lewo, on też. Oni na prawo, on też. Kurwa, blokował ich tak, aż wreszcie zjechał na prawo, kurwa, i dał im miejsce. Jak ci go, kurwa, mijali, jak nie odbije na lewo! Tak im bokiem przypierdolił, że wyfrunęli w pole jak z procy! Nawet się, kurwa, nie obejrzał! Jadą tak kawałek i musiał kumpla przyuważyć, bo zwolnił. Kumpel też i jadą tak coraz wolniej, aż stanęli. Drzwi się otworzyły i wylazł byk, smok, kurwa! Podchodzi do kumpla – kierowca naśladował tamtego, kiwając się na boki – i oparł się o maskę. Kumpel tak się wystraszył, że sam z siebie, kurwa, szyby uchylił. A tamten powiada: „Ale im przyjebałem, co?” Kumpel nic, tylko się uśmiecha. Bał się, kurwa, co nie? A ten bańdzior dalej: „Ten twój samochodziak, to raczej mały, co? Widziałeś co?” Kumpla aż zmroziło, zaczął się, kurwa, zaklinać, że nie wie, o co chodzi, bo dopiero co z boku wyjechał, ale tamten popatrzył na rejestrację i powiada: „Cwaniak jesteś, kurwa, no to zjeżdżaj!” Kumpel na gaz, i chodu. Takie numery odchodzą, kurwa! – skończył kierowca i obserwował z zadowoleniem wesołą reakcję słuchaczy.
- Tak, tak, kurwa... – dodał jeszcze.

Po pół godzinie jazdy ujrzeli na skraju autostrady oficera armii czerwonej, który usiłował zatrzymać kogoś na rękę.
- A ten czego tu, kurwa? – zdziwił się kierowca.
- Stań pan, zobaczymy, czego chce, może będzie wesoło – powiedział Mateusz.
Młody, może dwudziestokilkuletni lejtnant podszedł do okna i zapytał niepewnie:
- Podwieziosz, drug?
- Kuda?
- Niedalieko... w Liegnicu...
- Ano, dawaj! – powiedział Mateusz.
Oficer odwrócił się w stronę pobliskich krzaków i kiwnął ręką. Dopiero teraz zauważyli trzech żołnierzy, podnoszących się z trawy. Byli w kompletnym rynsztunku, tyle że bez broni. Spojrzeli na nich z zaciekawieniem.
- No wot, u nas czietyrie cziełowieka – wyjaśnił oficer, oczekując reakcji.
Kiwnęli na nich, że mają wsiadać. Rosjanie usadowili się z tyłu. Żołnierze zdjęli furażerki, pokazując wygolone do skóry głowy. Ujechali jakiś kawałek drogi, aż Mateusz nie wytrzymał i spytał:
- A wy czto, turisty?
- Niet, niet! – zaśmiał się oficer. – W garnizonu oni jedut, w cziortu – dodał.
- Kuda? – spytał zdziwiony Mateusz.
- No, w tiurmu...
Obejrzeli się na żołnierzy, którzy pospuszczali głowy. Kierowca wyciągnął do nich paczkę papierosów:
- Kurzysz?
Wyciągnęli skwapliwie ręce.
- A czto oni takowo... – Mateusz szukał w pamięci odpowiedniego słowa – prowinili?
- Napilis, maładcy, radioprijomniki prodali i w dieriewni wodku pokupili, a eto zaprietno.
- Poniatno – odezwał się Mateusz. – Damoj sliszkom dalieko, to i grustno, tak oni, dałżno być napilisis!
- Nam dołżno sajti – przerwał mu oficer.
- Stań pan! – Mateusz szturchnął kierowcę. – Nasi przyjaciele chcą wysiąść.
Zatrzymali się na skraju autostrady przed zjazdem na Legnicę. Oficer wysiadł pierwszy i przepuściwszy eskortowanych wojaków zatrzymał się przy oknie. Obejrzał się na tamtych. Odeszli na bok i poprawiali na sobie mundury.
- Spasiba, drug – powiedział lejtnant i dodał cicho: - Ja panimaju, wsio panimaju, no wot, u mienia toże prikazy...
Patrzyli jakkiś czas na odchodzących Rosjan.
- Panowie, – odezwał się dotąd milczący Grzegorz – jak oni idą do garnizonowego kicia, to ja ksiądz jestem. Z całym wyposażeniem? Na pewno karną kompanię dostali!
- A co nas to, kurwa, obchodzi? – wzruszył ramionami kierowca i ruszył ostro.


Krzysztof Rytka."Pionek". Nowa Ruda: MaMiko, 2015








                    

Maciej Nowakowski, rocznik 1965. Jest lekarzem medycyny praktykującym w stanie Nowy Jork. Fantastyczno-przygotowa powieść "Na zawsze jutro" jest jego drugą książką.




8/

Alicja też była obecna na tym pamiętnym balu. Wtedy była jednak dla mnie tylko jedną z nic nie znaczących plam. Jej ojciec był Żydem, który w średnim wieku został Frankistą. Polski król uznał go za Polaka i nadał mu tytuł szlachecki. Złośliwi mówili, że sobie ten tytuł kupił, ale przecież tytuły zawsze były i są w taki czy inny sposób kupowane. Zresztą, jak to umiejętnie stwierdził Balzac, podstawą każdej fortuny i początkiem każdego wpływowego rodu jest zapomniana zbrodnia. Zapomniana ponieważ została umiejętnie przeprowadzona, pochodzenie tytułów nie ma więc żadnego znaczenia.
Jakub Frank był postacią wyjątkową – przeszedł z judaizmu na islam, z islamu na katolicyzm, a z katolicyzmu na prawosławie. Jego zachowanie można było wytłumaczyć tylko mistycznym boskim objawieniem albo oportunistycznym nihilizmem. Wspierający go finansowo, w większości bardzo ubodzy frankiści wierzyli w potęgę jego mesjańskiego objawienia, inni podziwiali bezczelną sprawność jego nihilizmu. Tak wielka bezczelność była rzadko spotykana w tysiącleciach poprzedniej historii i on nadał jej nowy wymiar.
Jakub Frank – jeden z wielkich artystów w historycznej komedii – jestem przekonany, że na w i e l e sposobów zabezpieczył sobie wpływy na tamtym świecie.
Nie wiem, czy ojciec Alicji wierzył w idee Jakuba Franka, czy też został polskim szlachcicem z wyrachowania, zbyt optymistycznie przewidując późniejszy rozwój wypadków. Ostatecznie nie miało to dla niego żadnej różnicy. Został zamordowany podczas ukraińskiego powstania, wchodzącemu w drogę Konfederacji Barskiej. Ukraińcy, jak każdy młody naród, pragnęli przekonać świat o swojej państwotwórczej namiętności poprzez szokujące okrucieństwo swoich czynów.
Świat widział podobną pasję wiele razy; tak czynili Chorwaci, oznajmiając światu, że nie chcą być częścią serbskiej Jugosławii. Tak czynili ponownie podczas kolejnych narodowych zrywów Ukraińcy, do niedawna zresztą z góry skazani na niepowodzenie przez geopolityczne konstelacje.
Ojciec Alicji zginąłby tak czy owak jako Żyd albo jako Polak, kwalifikował się pod nóż według zasady: Lach, żyd czy sobaka – wse wira odnaka.
Z jego morderców darli później na śniegu pasy członkowie Targowicy. Był to pierwowzór szczerej polsko-rosyjskiej współpracy niczym w Operacji Wisła półtora wieku później.

Alicja była Frankistką z krwi i kości, nieodzowna duchowa córka nowego mesjasza, ba, w środowiskach chasydzkich krążyły nawet plotki, że sam Jakub podczas wizyty na Podolu odbył długi, niekoniecznie czysto duchowy seans z jej matką. Wśród wielu oczywiście wzbudzała niechęć a nawet nienawiść swoją niewierzącą w ziemskie rytuały inteligencją. Nie pomagały w jej odbiorze przez pobożnych Żydów będące wkrótce publiczną tajemnicą jej niespożyte seksualne apetyty. Nie była ona konwencjonalną pięknością; miała bardzo wyraziste semickie, trochę azjatyckie rysy, które mógł docenić tylko prawdziwy koneser kobiecej urody. Koneser inteligentny, który potrafił ujrzeć w jej oczach bogatą, pełną łez, krwi i śluzu historię jej współziomków. Miała długie czarne włosy i jak miałem się później przekonać, równie kruczoczarny i gęsty zarost w okolicach płci. Gdyby zmieszać jej zdjęcie z obrazami w teście Roschacha, na pewno wywołałaby szok czerni. Ona nie miała z tego powodu żadnych kompleksów, była po frankowsku bezczelna, zadowolona z siebie i przekonana o swoim powabie. Nosiła swoje łonowe gniazdo z dumą, z jaką przewodniczący Mao nosił brodawkę na swojej dolnej wardze. Do dzisiaj chińskie banknoty przedstawiają przewodniczącego bez retuszu tej brodawki.
Alicja była jurna, pozbawiona skrupułów i wyrzutów sumienia. Zdradzała później wszystkich swoich mężów i niczym kukułka podkładająca swoje jaja do gniazd innych ptaków ona podstawiała wszystkim ptakom swoje gniazdo.
Cóż to, skoro pomimo tego całego „tłoku”, nic tam się nie wykluło. Alicja okazała się podwójnie wybrana; nie tylko należała do wybranego narodu, ale także do wybranego grona nieśmiertelnych.

Grażyna lubiła nasze wspólne przejażdżki konno, nasze wspólne kolacje i momenty, w których czule całowałem ją po oczach, uprzednio wziąwszy w obie ręce jej szlachetną, piękną twarz.
Alicja pożądała mnie i kochała.





Maciej Nowakowski - Na zawsze jutro Mamiko, 2005





Michał Zantman - Krajobraz z atramentowym wieczorem


Michał Zantman ur. w 1965 r. w Krakowie. Jest absolwentem Wydziału Prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim.


Fragment "Krajobrazu z atramentowym wieczorem"

Śniło mu się, że
      s i ę o b u d z i ł .
      W kawiarni.
      Yyy... To znaczy... Ten tego... - nie znosił takich sytuacji.
      Szczególnie nie znosił, kiedy ktoś przyglądał mu się ukradkiem. A tak właśnie zachowywała się, choć nie było to grzeczne, krzątająca się pomiędzy stolikami, kelnerka.
      Dlaczego ona tak mi się przygląda? - Ojciec wyjął z kieszeni srebrną monetę i położył ją na obrusie.
      Czy nie powinien był położyć na obrusie jeszcze jednej monety?
      Zdjął z wieszaka płaszcz. Owinął się szalikiem
      Ciekawe...
      Ciekawe, że we śnie zaprzątał sobie głowę tak nieistotnymi szczegółami.
      Może właśnie dlatego, siedzący przy sąsiednim stoliku, ludzie (dwóch mężczyzn i kobieta) zachichotali, kiedy mijał ich, zmierzając niechybnie do wyjścia.
      Kelnerka uchyliła przed nim szklane drzwi i, z właściwą sobie, wymuszoną uprzejmością, wypchnęła go w ciemność.
      Ciemność zabulgotała. Zmarszczyła się. Wchłonęła go, wciągnęła do środka.
      Odpychając się od niej rękami, Ojciec zaczął iść. W miarę możliwości, przed siebie. Ostrożnie, by nie wpaść na żadną z ustawionych wokół rynku kamieniczek.
      Tuż przed nim przemknął jakiś cień. I pasek. Jasny pasek piżamy, wystającej prawdopodobnie spod kurtki.
      Szybko przemknął i, równie szybko, rozpłynął się.
      Ojciec znieruchomiał.
      Cofnął się.
      Najlepszy dowód, że to tylko sen. - pomyślał. Któż snułby się po nocy w piżamie wystającej mu spod kurtki?..
      Tak, tak... Nie ma się nad czym zastanawiać. Takie rzeczy - przekonywał sam siebie - zdarzają się tylko w snach.
      Ba... Byłoby wręcz dziwne, gdyby nic podobnego się nie wydarzyło.
      Utwierdziwszy się w tym przekonaniu, znów zaczął iść.
      Znów przed siebie.
      I znów ostrożnie.
      Aż wreszcie doszedł do miejsca, w którym nie sposób było nie postawić sobie pytania; dokąd?., dokąd ja właściwie idę?
      Zatrzymał się.
      Może do domu?..
      Może.
      Tylko, do którego domu?
      Zapalił zapałkę.
      W świetle zapałki pojawił się dom.
      Czy o ten dom mu chodziło?
      Kto wie?
      Zapaliwszy drugą zapałkę, pierwsza bowiem zgasła, Ojciec podkradł się do bramy. Nacisnął klamkę. Szarpnął z całej siły.
      Dom zatrząsł się, zachwiał.






A kogóż tam niesie?!
      - wyrzucony gwałtownym szarpnięciem z łóżka, Dozorca uderzył głową o coś twardego.
      Już idę!
      Idę, idę! - wsunął pantofle i udał się w kierunku, z którego dochodziło natarczywe pukanie.
      Jednak, zamiast na bramę, natknął się tam na pustą, zimną ścianę.
      Ściana. - zauważył. Zważywszy na późną porę, bardzo przytomnie.
      Pukanie, stopniowo przechodzące w łomotanie, rozległo się na drugim końcu domu.
      Ileż ten dom ma końców?
      Dozorca niechętnie zawrócił.
      Zaraz! Nie pali się przecież!
      Na drugim końcu domu wpadł na ścianę.
      Zrobiło mu się gorąco.
      Natarczywe, pełne zniecierpliwienia łomotanie pojawiło się z tyłu... W oddali.
      Dobra, dobra... W porządku.
      Po co się denerwować! - krzyknął, przekopując się przez zapchany ciemnością korytarz.
      Korytarz ciągnął się. Zakręcał, rozgałęział i znów się łączył, ale nigdzie, w żadnym miejscu nie kończył się bramą. Czy, chociażby tylko, czymś do bramy podobnym.
      Niedobrze...
      Bardzo niedobrze. - Dozorca przyłożył ucho do ściany.
      Łomotanie ustało.
      Tak nagle?
      Coraz gorzej.
      Ktoś tam, na zewnątrz, potrzebuje pomocy, a ja nie potrafię, w żaden sposób, mu pomóc. Co ze mnie za dozorca? - ponownie zawrócił.
      Pobiegł tam, skąd nie dochodził już żaden, nawet najcichszy, odgłos.
      Gdzie my mamy latarkę? Albo lampę naftową? - obudził żonę.
      Daj spokój... Głowa mnie boli...
      Nie mam ochoty... - postękując, żona przewróciła się na drugi bok.
      Sprawdź pod łóżkiem. - dodała, oprzytomniawszy nieco.
      Ewentualnie, w szufladzie.
      Dozorca sprawdził. Pod łóżkiem.
      O! Chyba mam! - sięgnąwszy głębiej, natknął się na, pokryty grubą warstwą kurzu, telefon.
      A, nie... To tylko telefon... - ostrożnie podniósł słuchawkę.
      Halo!..
      W słuchawce rozległ się trzask. A zaraz potem zapadła głucha cisza. Dozorca wsłuchiwał się w nią przez dłuższą chwilę z zapartym tchem.
      Halo... Jest tam kto?! - nacisnął widełki. Przekręcił tarczą.
      Trzask pojawił się ponownie.
      Tak, słucham... Tu Doktor taki a taki...
      O, przepraszam.
      Najmocniej pana przepraszam... Ja tylko chciałem sprawdzić czy mój telefon działa.
      Ależ śmiało. Proszę się nie wstydzić. Co panu dolega?- głos, który,
      jak się wydaje, należał do jakiegoś doktora, zrobił na Dozorcy na tyle dobre wrażenie, że postanowił, na razie, nie odkładać słuchawki. Nie mógł jednak wydobyć z siebie słowa.
      Nie ma powodów do obaw. Proszę mówić... Śmiało... - Doktor był, doprawdy, bardzo wyrozumiały.
      Biorąc pod uwagę późną porę - jego sposób wyrażania się budził zaufanie - rozumiem, że pański problem to bezsenność.
      Mam rację?
      Właśnie... Otóż to, doktorze. Bardzo trafnie pan to ujął. Nie mogę spać - trzymając telefon między kolanami, Dozorca usadowił się na brzegu łóżka.
      To znaczy, śpię sobie smacznie, aż tu nagle!..
      'Nagle', powiada pan? - tkwiący przy aparacie w odległym zakątku nocy, Doktor notował sobie każde słowo.
      Tak jest doktorze; nagle! Nagle jak ktoś nie zacznie dobijać się do bramy.
      Wyrwany ze snu wstaję i idę otworzyć, ale nigdzie nie mogę się natknąć na bramę.
      Chodzę tam i z powrotem po ciemnym korytarzu, a bramy jak nie było, tak nie ma.
      Zniechęcony wracam do pokoju. Zaczynam szukać pod łóżkiem lampy naftowej, ale zamiast na lampę natrafiam na telefon.
      Coś takiego. Zamiast na lampę, natrafia pan na telefon?.. - trudno powiedzieć czemu akurat ten szczegół wydał się Doktorowi tak interesujący.
      No, no... Rzeczywiście, to dość nieprzyjemne objawy.
      Aczkolwiek, o tej porze roku, całkowicie uzasadnione. - szelest kartek świadczył o tym, że Doktor przekartkowuje kalendarzyk. Prawdopodobnie, by ustalić o jaką porę roku tu może chodzić.
      Kaszle pan? - zapytał. Po dłuższym namyśle.
      Nie.
      Ma pan dreszcze?
      Nie.
      Gorączkę?
      Katar?..
      Też nie?.. Oj, to niedobrze... - znów chyba coś sobie zanotował.
      Ale od czegóż, drogi panie, medycyna. Już my się z tym uporamy.
      Spokojna głowa. - niewiadomo dlaczego używał liczby mnogiej.
      Profilaktyka, mój drogi panie. Tylko profilaktyka!
      Zapobiegać, a dopiero potem leczyć!
      Leczyć! Leczyć! I jeszcze raz leczyć! Oto nasza dewiza. - znów ta liczba mnoga.
      Ale co leczyć?.. Skutki? Kiedy jest już za późno?
      Oczywiście, że nie. Nie skutki. Przyczyny. Przyczyny, mój drogi panie.
      Zdławić chorobę w zarodku. Dopaść ją, gdy jeszcze wcale nie jest chorobą. Gdy jeszcze wcale jej nie ma. Oto nasze - co się dzieje? - podstawowe zadanie.
      Tu chyba trochę się zapędził. Na szczęście, w porę się zreflektował.
      Czy często się to panu przytrafia?
      ...
      Proszę?
      Ach, tak...
      Tak... - Dozorca ledwie nadążał za potokiem docierających do niego słów.
      Tak. - opanował się.
      Dzisiejszej nocy już przynajmniej raz.
      Raz, pan powiada?..
      Czyli należy przyjąć, że dosyć często. - Doktor nie przypuszczał, że sytuacja rozwinie się w tym kierunku.
      Przyznam - nie zamierzał niczego ukrywać - że to nieco komplikuje postawienie diagnozy.
      Jak bardzo?
      Tego, na razie, nie wiem. Ale (w tym 'ale' tkwiła odpowiedź) już ja się dowiem.
      Póki co, proszę zachować spokój. Przede wszystkim spokój.
      Nie chodzić bez ważnego powodu. Nie przechadzać się. Nie spacerować. Po prostu, leżeć. Dużo leżeć.
      Wygrzewać się.
      I wypoczywać.
Wypoczywać i jeszcze raz wypoczywać. - ukłoniwszy się z szacunkiem, Doktor odłożył słuchawkę.
      Urwanie głowy z tymi pacjentami.
      Zamyślił się. I w tym stanie usiadł.
      Na krześle.
      Przy stole.
      Krzesło. - pomyślał sobie, mimochodem.
      A zaraz obok krzesła stół. - myśl jego poczęła zataczać coraz szersze kręgi. Wydłużyła się i, niespodziewanie, dotknęła swym końcem mężczyznę, siedzącego po drugiej stronie stołu.
      Sprowokowany do zabrania głosu, zdumionym, oczekującym wyjaśnień spojrzeniem, mężczyzna poprawił się na krześle.
      Całkowicie - oświadczył - podzielam pański punkt widzenia.
      Jakkolwiek, powiadam, jednakowoż.., nie tylko stół. I nie tylko krzesło.
     Również, proszę nie mieć mi tego za złe, flakon, serwetka, obrus. Zwłaszcza obrus. Proszę mi zaufać. A mówię to panu jako wieloletni sędzia, choć obecnie w stanie spoczynku. (Więc mężczyzna był Sędzią... Kto by przypuszczał?)
      Jaki tam flakon... W najlepszym razie flakonik... – Doktor niezupełnie się zgadzał z takim postawieniem sprawy. A prawdopodobnie już wtedy stało się dlań jasne, że na kolanach Sędziego siedzi kobieta.
      Skoro flakonik, to czemu nie stolik i nie krzesełko... – trzymając się kurczowo kobiety, Sędzia bez pośpiechu rozwijał swą błyskotliwą, pozbawioną słabych punktów argumentację.
      Krzesełko, stolik, flakonik? – Doktor w porę wyczuł, że cała ta rozmowa zmierza donikąd.
      O, proszę spojrzeć, jaki przyjemny dywan. – bardzo inteligentnie zmienił temat.
      Dywanik. Moim zdaniem, dywanik.
      Dywan.
      Nie dajmy się ponieść emocjom, drogi panie; dywanik.
      A ja twierdzę, że dywan!
      Nic podobnego! Nic podobnego!.. - mężczyźni coraz wyżej podnosili swe, skądinąd typowo męskie, niskie głosy.
      Co gorsza, coraz bardziej przypominali mężczyzn siedzących, nie tak dawno temu, czyli innymi słowy, niedaleko stąd, w zagubionej pośród nocy kawiarni.
      Ale komu przypominali? Chyba nie sobie?
      Oczywiście, że nie. Nawet oni nie byli aż tak nierozsądni, by przypominać sobie to, czego już nie było.
      Albo raczej było, tylko gdzie indziej. W innej chwili. W innym miejscu. Daleko poza tym, co skłonni bylibyśmy nazwać teraźniejszością.
      Jeśli więc przypominali owych mężczyzn, to głównie z wyglądu.
      Nie bez znaczenia był też fakt, że towarzyszyła im kobieta, którą, choć może nie należy tego rozgłaszać, jeden z nich trzymał na kolanach.
      Cóż za niefortunne i godne ubolewania podobieństwo.
      Ale czy można się dziwić? Zimowe, bezkresne noce, takie jak ta, miały to do siebie, że nikt w nich nie mógł czuć się bezpieczny. I obojętne czy przebywał tu na stałe, czy tylko przejazdem, myślał głównie o tym, rzecz jasna nie dając niczego po sobie poznać, by jak najszybciej się stąd wydostać. Co, wbrew pozorom, wcale nie było trudne. Wystarczyło wstać od stołu, a zdaje się, że Sędzia pierwszy to zrozumiał. Otworzyć drzwi. Przejść aż do kamiennych, wąskich schodów. Schodami zejść na dolny korytarz, na końcu którego, w szczelinie, powstałej w niedomkniętej bramie, majaczył szary, powleczony śniegiem świt.
      Majaczył?
      Raczej wstawał.
      To bardziej odpowiednie określenie.



      Świt (który, podobno, w pewnych kręgach uchodzi za przeciwieństwo zmierzchu) wstawał. Podnosił.., wznosił się, coraz wyżej i wyżej, ciągnąc za sobą, przywiązane doń cienkimi niteczkami, domy, drzewa, ulice...
      Aż wreszcie zastygł. Rozpostarł się w dal, w głąb prześwitującego spod spodu, znajdującego się tuż za nim dnia. Dnia, który sprawiał wrażenie pustego, pozbawionego szczegółów i dopiero czekał aż, sunące powoli w jego kierunku, ulice wypełnią go bliżej nieokreśloną treścią.
      Pozszywane ulicami, ustawione na lodowych płytach domy, przemieszczały się, obfotografowując, rozciągniętą wokół nich przestrzeń, wycelowanymi w nią oknami. A każde z okien zabierało z sobą inny jej aspekt, w każdym mieściło się inne ujęcie.
      Na przykład; pusta, przypominająca kawałek rozbitego lustra, połać rynku, obrzeżona wygiętymi od mrozu, poodklejanymi od brudnego nieba fasadami domów...
      Stercząca ponad krawędzią jakiegoś dachu biała, kłębiasta chmura.
      Sople lodu, zwisające z rynien.
      Wyłom, wijącej się między domami, urywającej się nagle, uliczki.
      Czeluść podwórka, zakończona przechylonym czarnym płotem...
      Skrawek nieba wygnieciony, opierającym się o niego, cieniem starej, skrzypiącej kamienicy.
      Albo kawałek horyzontu, rozpięty, niczym sznurek, między dwoma ścianami...
      Lub zimna, ocierająca się o komin, słoneczna kula.
      Wrony na śniegu, w pustej parkowej alejce.
      I wiele bardzo podobnych.
      Ale tylko za jednym z okien rosło niewysokie, samotne drzewko.
      I właśnie temu drzewku przyglądałem się z głębi swojego pokoju, siedząc na łóżku, gdy ktoś zapukał do drzwi.
      ...
      Kto? Nie wiem, gdyż z powodów osobistych postanowiłem nie kontynuować tego wątku.
      Na wszelki jednak wypadek, zerwałem się z łóżka. Zasłoniłem okno.

      Cisza.





Michał Zantman - Krajobraz z atramentowym wieczorem Mamiko, 2006








Teresa Małgorzata Wilk - Limeryki słowne igraszki imienne fraszki





Urodzona w Krakowie, od przeszło 30 lat mieszka w Wiedniu. Z zawodu poligraf. Pracowała m.in jako grał i dyrektor kreatywny, a także jako tłumacz. Obecnie na emeryturze, prowadzi sekcję literacką na pierwszym na zachodzie Polskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Wiedniu. Napisała sztukę sceniczną "Ostra jazda", graną przez "studentów" PUTWwW. Opublikowała książki: "Słowne igraszki, imienne fraszki" (2002), "Tydzień ważniejszy od życia" (2005), "Zośka" (2009), "Podwójny uśmiech Mona Lisy" (2010), "Krótki powrót do raju" (2011), "Piąte koło" (2014).


Agnieszka

Gdy patrzę w oczy mojej Agnieszki,
to mam ochotę na różne grzeszki.
A gdy patrzę na jej usta,
to roznosi mnie rozpusta.

Zapytałem raz Agusi,
czy się tak opierać musi.
A Agnieszka rzekła na to;
mógłbyś być już moim tatą.



Małgorzata

Mówili, że Małgorzata,
to kobieta jest bogata.
Więc nieco pożyczyć chciałem,
lecz nic nie otrzymałem.

Mówiłem raz Małgosi,
że nie będę się prosił,
a na to rzekła Gosieńka,
twa prośba taka maleńka!

Teresa Małgorzata Wilk. "Limeryki słowne igraszki imienne fraszki". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015





Jacek Mączka - "Dróżnik"





Jacek Mączka (1965), poeta, literaturoznawca. Autor tomików poezji (najnowsze – Tupot, świst, chrzęst, Wydawnictwo "Mamiko", Nowa Ruda 2011, Zwarzone mrozem czyżnie, Wydawnictwo "Mamiko", Nowa Ruda 2011, Bliższe okolice, Wydawnictwo "Mamiko", Nowa Ruda 2010, Pomyśleć prześwit, Wydawnictwo "Miniatura", Kraków 2009 oraz oraz Kroisz coraz cieńsze, Wydawnictwo "Miniatura", Kraków 2009). Jego wiersze tłumaczono na język angielski. Napisał monografię – Powidła dla Tejrezjasza. O poezji Janusza Szubera, Księgarnia Akademicka, Kraków 2008. Publikował, między innymi, w Akcencie, Gazecie Wyborczej, Tygodniku Powszechnym, Rzeczypospolitej, Studium i Więzi. Laureat Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina i Tyskiej Zimy Poetyckiej. Książkę Mączki Dalsze ciągi zakwalifikowano do drugiego etapu Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej SILESIUS. Mieszka w Sanoku.



Wiersze (Mączki) to wyrzeźbione w krysztale pryzmaty świadomości i postrzegania, naturalnie otwarte na różnorodność istnienia. (&#8230;) Są mi bliskie, gdyż, podobnie jak moje wiersze, czerpią z estetyki wschodniej, jednocześnie jej nie imitując.
Jane Hirshfield


Grunwaldzką, stromo w dół do przystanku kolejowego Sanok Miasto. Potem w wzdłuż torów – Śniegową, by wreszcie z psem wypuścić się w okoliczne pola, rozciągające się w kierunku Płowiec. Budynek stacji, teraz już – zrujnowany. Nad drzwiami – blaszana, pożółkła tablica: „DRÓŻNIK” PRZEBYWANIE OBCYM NA STRAŻNICY WZBRONIONE. Do obowiązków dróżnika, jak wynika z lektury internetowej encyklopedii, należy nadzór przejazdów i przejść, zamykanie i otwieranie rogatek oraz pilnowanie porządku. Tak więc, pomimo iż ujęty w cudzysłów – daję baczenie, by droga była, jako tako, przejezdna.
Od autora




Miraże



Uporczywy dźwięk sygnalizacji
na niestrzeżonym przejeździe.
Co się odwlecze, to nie uciecze.

I żaden hejnał z najwyższej wieży,
ani ułańska szarża – fałdka skóry
w pobliżu oka. Skarga twojego ciała.

Zwinięty w rulonik liść. Patrzysz
w prześwit, który się przydarza –
archipelagi nietknięte ludzką stopą.






Tropy


Ruda połyskliwość
wychynęła zza bieli
(mamy przecież grudzień)

tylko na chwilę. Zapomnij,
chłopcze, ten zachwyt. Jest
śmiertelny. Pod lasem

słychać nagonkę.






Jedwabne koronki



Kim jest ten, który stoi i patrzy
w skupieniu, nie rozpoznając
twarzy. W sierpniu susza –
poskręcane brązowe liście magnolii.

Wszystko i wszyscy idą tam.
Pamięć, coraz bardziej zmęczony
latarnik. Rozbłyski światła –
terakotowa armia cesarza Quin

w Jastrzębiej Górze, jedzenie
żółtego melona, słodki sok
ściekający po brodzie i palcach.
Jedwabne koronki – nazwa farby,

którą malujemy pokój. Kim jest ten,
który stoi i patrzy w największej ciszy,
jak słońce w kolorze starego
złota zamyka rozdział.



Jacek Mączka. "Dróżnik". Nowa Ruda : MaMiKo, 2014





"Rozmowy z Miró" - Marta Fox




Marta Fox
Jest poetką, powieściopisarką, felietonistką.
Wydała 30 książek ( powieści, opowiadania, wiersze, eseje). Otrzymała dwukrotnie Grand Prix w Ogólnopolskim Konkursie Literatury Miłosnej – w 1989 ( proza) i w 1994 ( poezja).
Jej książki zostały uhonorowane przez Polską Sekcję IBBY ( International Board on Books for Young People) w konkursie „Książka Roku” 1995 i 2000.
Wiersze tłumaczone były na język angielski, niemiecki, hiszpański.
W 2004 roku otrzymała Złoty Telefon – honorowe odznaczenie „Niebieskiej Linii” – Ogólnopolskiego Pogotowia do Walki z Przemocą w Rodzinie, za książkę Coraz mniej milczenia. O dramatach dzieciństwa bez tabu.
W 2006 roku otrzymała odznaczenie Zasłużony dla Kultury Polskiej
Wydała tomiki poetyckie: Chcę być chłopcem jak mój ojciec, Dotknij mnie, Kochać.
Najbardziej znane tytuły powieści : Magda.doc, Paulina.doc, Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza, Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych, Kobieta zaklęta w kamień.

Strona internetowa autorki: www.martafox.pl
Blog autorki:

http://marta-fox.blog.onet.pl/


O poezji Marty Fox pisali:

Marta Fox pisze o tym, co w życiu dziwne, nieokreślone, niemożliwe. Wyrafinowanie zmysłów łączy się z wyrafinowaniem liryzmu. Poetyckie oblicze Marty Fox patrzy na czytelnika uśmiechniętą melancholią Tajemnicy.
Janusz Styczeń

Marta Fox sięga odważnie poza świat realny, przekracza granice nieba.
Zdzisław Łączkowski

Życie zmysłami, palące namiętności, wywołane nimi rozdarcia, tęsknoty – u Marty Fox bywa to również oznaką osamotnienia, o którym komunikuje nam wyciszonym głosem.
Jan Pierzchała

Wrażenie robią „freudowskie spętlenia” wyobraźni, jej tajemniczy i oniryczny klimat. Jej narracje są dynamiczne, w porę i dobitnie skończone, intrygujące jakąś ukrytą męsko-damską grą, uświadamiające, że kobiecość jest arcyskomplikowanym i jakby niepojętym dla mężczyzn interiorem sprzeczności.
Udało się Marcie Fox sięgnąć, gdzie jeszcze u nas nikt nie sięgał, w naprawdę splątane intencje niepewnego (co do płci i roli) człowieka, w niezgłębione i niepewne, stanowiące o człowieczeństwie, decyzje metafizyczne. A przy tym – jakże się to lekko, z ciężką duszą, czyta&#8230;
Karol Maliszewski

Marta Fox uwielbia wcielać się w różne podmioty doznające miłości, lęku, oczekiwania, nadziei, samotności. We wspaniałym cyklu wierszy bohaterka jest jakby modelką Joana Miró, wcieloną w jego obrazy, w sytuacje kreujące nastroje z tamtych płócien. Dlaczego Miró? Tego dokładnie nie wiem, to wie sama Fox, ale przypuszczam, że surrealizm hiszpańskiego malarza szczególnie odpowiada wyobraźni poetki, jest złożony z tylu konkretów i tak nierzeczywisty zarazem.
Leszek Żuliński

Ta kobieta ma tkliwe wnętrze, ale stara się, jak tylko może, to ukryć. Ta poezja w swojej najgłębszej warstwie jest konfesyjna. Ukrywając się w androgynicznych pozach, zmieniając maski, bezgłośnie mówi o swoich najintymniejszych doznaniach.
Dariusz Tomasz Lebioda

Marta Fox chciałaby zgłębić tajemnicę ludzkiej natury, pociąga ją to, co mroczne, poza zasięgiem woli, zdeterminowane ślepym instynktem. Marta Fox kontynuuje linię Safony, Poświatowskiej, Świrszczyńskiej.
Anna Węgrzyniakowa

W wierszach Marty Fox wrażenia z lektur mieszają się z nadrealistycznymi wizjami, wspomnienia jawy ze wspomnieniami snów, gdzie można się wcielać w postaci literackie, łączyć z nimi, mówić ich głosami. Żyć przez to bogaciej.
Jacek Łukasiewicz

Marta Fox doskonale zdaje sobie sprawę z możliwości zabawy konwencjami i stylami literackimi, świadomie wykorzystuje cytat, pastisz literacki, wokół lirycznej, osobistej wypowiedzi buduje często prześmiewczą przestrzeń doświadczeń innych ludzi. Erotyzm tych wierszy, bardzo subtelny, bardziej przypomina grę literacką niż zapis miłosnych doświadczeń.
Iwona Smolka





Tom wierszy Marty Fox -"Rozmowy z Miró" ukazał się w sierpniu 2011 r.



Spotkanie z Miró

Mogłam nie odpowiedzieć na list nie odebrać
telefonu nie przyjechać do małego miasteczka
Mogłam w róży od ciebie zobaczyć tylko kolce
i nie ucieszyć się z pytania którym
wdzierałeś się w moje myśli

Mogłam nie spojrzeć ci w oczy i nie zobaczyć tej
samej tęsknoty która kazała mi czekać na
moście w Avignon i na południku zero
i w tylu innych miejscach nie wiedząc
nic ponad to że czekam

Mogłam nie zadrżeć przy podaniu ręki
nie wymarzyć sobie by moja i twoja
cierpliwość splotły się w dach nad głową
Mogliśmy nie spotkać się w słowie
nie znaleźć górskiego kryształu
i nie być dla siebie tak jak teraz
w obrazach pomarańczach motylach
i świecie który byłby przeciwko nam
gdybyśmy nie wierzyli że to my
możemy być przeciwko niemu





Sen

Na krawędzi snów w fantazjach które
nie po to są by się spełniać
usłyszała jego głos
– Nie omijaj luster – mówił – spoglądaj
w nie często bo piękna jesteś bo taką
cię namalowałem minionej nocy
– Jesteś moim najwspanialszym i ostatnim
mężczyzną – odpowiedziała –
a więc jedynym







Dotknij mnie


– Dotknij mnie tak dawno nie miałem kobiety – powiedziałeś
– Nie jestem kobietą – wyznałam – jestem Zbrodnią Doskonałą
– zabiłam smoka niestety tylko jednego
i kilku mężczyzn którzy czuli do mnie wstręt
jak do miętowego likieru
Oszczędziłam na razie tylko jednego choć
budził mnie bzami o godzinie której
nie ma na moim zegarze
– Dotknij mnie – poprosiłeś
– Dobrze zrobię to – zgodziłam się rozsądnie
– ale wpierw ty rozepnij moją długą różową suknię
i nie bój się ryby która wyskoczy ze mnie
otwierając swój pyszczek do pocałunku
ani koguta z czerwonym grzebieniem
który odezwie się za wcześnie ani
fontanny w którą zamieni się moja prawa
pierś ani stalowego ostrza wystającego z lewej
Zatrzymaj wzrok na moim łonie i zobacz
dwa motyle które połączyły się nad kwiatem
Czy tak mam cię dotknąć ?






Może kiedyś

Może kiedyś zrozumiem
dlaczego nagle zrezygnowaliśmy
z dystansu wyznaczonego
rondem mojego kapelusza
i zbliżyliśmy się na niebezpieczną
odległość trzech milimetrów
bo tyle właśnie wyczułam
pocierając policzkiem o twoją głowę






Ten gorset

Zedrzyj ze mnie wreszcie ten gorset Miró
w który wepchnąłeś mnie tak dawno że brokat
zdążył stracić swój blask a czerwień wypłowieć
Uwolnij mnie z ciasnych ram naprężonego
w nich płótna i nie lękaj się nie lękaj mojej
samotności która bynajmniej nie czyha na
Twoją zgubę i Twoją samotność Zrozum
co we mnie zadźwięczało po latach
Kocham tym prawdziwiej im mniej Cię
potrzebuję i nie ma w tym wyznaniu
kokieterii ani żadnej niewieściej sztuczki
Jeżeli teraz przerywam milczenie
i wypełniam ciszę która nas dzieli
a może i łączy w uporze i oczekiwaniu
robię to dla przygody własnej
bo wyznać muszę że
bardzo chciałabym raz jeszcze
zanim ciemność zajrzy mi w oczy
rozbłysnąć pod pędzlem
Twoim
lub kogoś innego




Marta Fox "Rozmowy z Miró". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2011







Elżbieta Maria Śmigielski - " Wzlot do początku "







Prawda

Prawda prastara, Prawda prawieczna;
mądra, logiczna; Prawda bezsprzeczna.
Z Boskiego tronu Prawda ta płynie,
W Jej Swiętym blasku fałszu blichtr ginie.
Od prawieczności po wieczność działa;
niepodważalna, twarda jak skała.

Wszystko zawiera, dumna, wspaniała
a w swej prostocie, jest doskonała!
Więc się w swej formie nigdy nie zmienia.
Nie potrzebuje też dopełnienia.

Prawda nam w Żywym Słowie jest dana.
To miłosierdzie, to łaska Pana.
Żywym nas Słowem Prawdy przepoi,
wyłącznie ten kto sam w Świetle stoi.
Posłowie Światła mają Je w pieczy,
czyli Syn Boży i Syn Człowieczy.

Kto zgodnie z Prawdą pokornie żyje
nigdy złą karmą się nie okryje.
A karma dusi, ducha zniewala,
wznieść się do raju bram nie pozwala.

Jedyna droga Prawdy poznania
poprzez wnikliwe wiedzie badania.

Kto ślepą wiarą przewiąże oczy
ten z prostej drogi nichybnie zboczy.
Wkroczy w labirynt z pół-prawd zrobiony,
tępym dogmatem w nicość wiedziony.
A wolnej woli skarb mu nadany
w cudzych poglądów skuje kajdany.

Prawda prastara, Prawda prawieczna;
mądra, logiczna; Prawda bezsprzeczna.
Na niej oparte Stworzenie Prawa,
wszelkiego bytu trwała podstawa.

            Kłodzko, Polska, czerwiec 2005


Dla Ciebie Mamo

Mateczko moja, matuchno miła,
Tyś mnie przed laty w bólach powiła.

Choć ból przeszywał Twe młode ciało,
serce matczyne dziecię witało.

Łzy w Twoich oczach i w mych się szkliły,
gdy mnie ramiona Twe otuliły.

Mateczko moja , matuchno miła,
Tyś nad kołyską mą się trwożyła.

Tak rok po roku, w każdą godzinę
trwoga przeszywa serce matczyne.

Czy zdrowo rośnie, czy się nie zrani?
Czy się nie zgubi w złych dróg otchłani?

Trwoga matczyna, trwoga o dziecię,
największym skarbem jest na tym świecie.

Lecz uśmiech dziecka tyci, malutki,
jest w stanie rozwiać największe smutki.

Mateczko moja, matuchno miła,
Tyś mi przez lata piosnki nuciła.

Nowe psikusy wciąż wymyślałaś.
Srebrzystym śmiechem i szczęściem brzmiałaś.

Choć Twoja radość i piosnki nutki,
kryły głębokie troski i smutki.

Tyś mnie poiła radością czystą,
dziś więc nie umiem być pesymistą.

Śmiech, żart, śpiewanie, radości siła;
te skarby w sercu moim wyryłaś.

Mateczko moja, matuchno miła,
Tyś mi ostoją w dzieciństwie była.

Tyś mnie uczyła jak żyć i kochać,
nad losem ptaszka małego szlochać.

Dzięki Twej trosce i Twej miłości,
nie umiem w sercu mym trzymać złości.

Wrażliwość, dobroć, miłości siła,
te skarby w sercu miom wyryłaś.

Mateczko Moja , matuchno miła,
zawsze się w Tobie nadzieja tliła.

Podążaj ścieżką własnej nauki,
nadziei, śmiechu, radości sztuki.

               Vancouver, Kanada, maj 2003





Współczesny Jaś Pytalski czyli pytania bez odpowiedzi

Dlaczego w Polsce tak trudno o pracę?
A za minimalną, przeżyć nie sposób jest płacę?

Czemu system szkolnictwa dzieci nam zniewala
I kolejne absurdalne reguły uchwala?

Dlaczego służba zdrowia sobie tylko służy?
A system emerytur katastrofą wróży?

Dlaczego zwierzęta nam w pieczę oddane,
są przez człowieka tak źle traktowane?

Czemu sprawiedliwość wartość ma tak złudną?
A nowa konstytucja drogę tak marudną?

Czemu polityków twarze są obłudne?
A korupcja i afery w rządzie tak paskudne?

Czemu Sejm nic nie może uchwalić bez waśni
i narodowych nie da zmniejszyć się przepaści?

Dlaczego hasła honor i ojczyzna
są dziś dla ludzi jak krwawiąca blizna?

Braterstwo mdłym frazesem
       w ustach nowych panów,
bo nikt z nich już nie słyszy
       powstańczych kajdanów.

Marszałek Piłsudski w grobie się obraca, patrząc
w jak wielkim bałaganie Polska się zatraca!

                Poznań, Polska, 1997




Mini Teatrzyk


ZOOlogicznoOrtograficzny


Dziecięcie: 'Co to jest gżegżółka?'

Autor:       Pyta się chłopaczek

Dziecięcie: (recytuje na jednym oddechu>):

                'Czy to ptak, czy pszczółka;
                żabrka, czy robaczek;
                czy to chrząszcz, czy pliszka;
                padalec, czy żmija;
                a może modliszka, albo rodzaj wija?'
                (kończy tracąc oddech)

Bakałarz: (deklamuje powoli przymknąwszy oczy):

               'Wonny nektar pszczółka z pól
               pszenicznych spija
               Przez trawkę i ziółka
               cicho pełźnie żmija.
               Kumkająca żabka
               wśród łąk mokrych skacze.
               W samym środku jabłka
               chroni się robaczek.
               Chrząszcz brzęczy w gęstwinie
               a w pszenicy pszczółka........

Autor: (przerywa mu zniecierpliwiony);

               'Odpowiedz dziecinie
               co to jest gżegżółka!'

Bakałarz: (powraca do rzeczywistości):

               'Ni to rodzaj sowy,
               Ani to nie pszczółka.
               To innymi słowy
               oznacza: kukułka.'

                    Kłodzko, Polska, marzec 2004


Elżbieta Maria Śmigielski - Wzlot do początku Mamiko, 2006






Andrij Bondar - "Jogging"




ANDRIJ BONDAR- ur. 14 sierpnia 1974 w Kamieńcu Podolskim. Poeta, tłumacz, publicysta. Wydał dwie książki: "Wiosenna herezja" (1998) oraz "Prawda i miód" (2001). Przetłumaczył na ukraiński "Ferdydurke" Gombrowicza. Jego wiersze ukazały się po polsku w nr. 4/99 Literatury na Świecie w przekładach Adama Wiedemanna i Marii Pastyrczyk. Ostatnio przebywał w Warszawie i Krakowie na zaproszenie Ministra Kultury. Żonaty, mieszka w Kijowie.

BOHDAN ZADURA ur. 1945 - poeta, prozaik, krytyk literacki, tłumacz; członek redakcji kwartalnika "Akcent" i miesięcznika "Twórczość". Autor 16 tomów wierszy, 5 książek prozatorskich, kilku krytyczno-literackich. Ostatnio (2002) opublikował tomy wierszy "Ptasia grypa" i "Stąd" oraz tom szkiców i felietonów "Między wierszami". Najnowsza książka to tom wierszy "Kopiec kreta" (2004). Od urodzenia mieszka w Puławach.


ADAM WIEDEMANN (1967) – poeta, prozaik, felietonista Res Publiki nowej. Wydał trzy tomy wierszy: „Samczyk” (1996), „Rozrusznik” (1998) i „Konwalia” (2001) oraz dwa zbiory opowiadań: „Wszędobylstwo porządku” (1997) i „Sęk Pies Brew” (1998), oba nominowane do nagrody NIKE. Laureat nagrody Fundacji Kościelskich (1999). Mieszka w Krakowie.

Wiersze w tłumaczeniu Bohdana Zadury :








Ciekawy film

dla S.Ż. z miłością

mój tato obejrzał swój pierwszy film pornograficzny
kiedy poszedł mu 61 rok życia
to właściwie nie był film pornograficzny w zwyczajnym rozumieniu tego słowa
gdzie widać wszystkie narządy płciowe
gdzie z mężczyzn tryska prawdziwe nasienie
gdzie kobiety namiętnie łykają to nasienie
to było soft porno Tinto Brasa
chyba "La Monella"
taki sobie obraz – nawet freda nie pomarszczysz

ale rzecz zupełnie nie w filmie
a w niemal dziecięcym zadowoleniu mojego starego
który dopiero w 61 roku życia
zobaczył coś o czym tylko słyszał
o czym być może marzył ale nigdy nie poznał

chociaż z drugiej strony co może zdziwić człowieka w wieku 61 lat?

„wychodzę coś załatwić chcesz obejrzeć ciekawy film?” – zapytałem
a już mogłem się nie obawiać
już mogłem spokojnie rozmawiać z nim na te tematy
między nami nie było tabu
i powiedziałem to nie jak własnemu ojcu
a jak dobremu kumplowi od którego mogłem oczekiwać podobnej otwartości
„dawaj” – zgodził się na eksperyment

bardzo dobrze że tato dożywszy swoich lat
nie czuje różnicy między „soft” i „hardcore”
a więc i nie wie jak wyglądają te pedofilskie obrazki w internecie
z maleńkimi dziewczynkami-pierwszoklasistkami
nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić że istnieją strony web
gdzie muskularni mężczyźni walą jeden drugiego od tyłu
gdzie matka robi minetę własnemu synowi
gdzie dziadek defloruje rodzoną wnuczkę
gdzie "golden rain" i "anal" i "scum" i "gangbang" i "mature" i "pregnant" i "lolitas" i "asian lolitas" i "blow-job" i "brother and sister" i "amateurs"
i cała kupa innych dziwactw
gdzie o wiele mniej normalnego zdrowego seksu
kiedy „on” na „niej” i wszystko jasne i niczego nie widać
ale wszystkiego można się domyślić

czasami zdaje mi się że całe to totalne porno
musi wejść w jakiś wewnętrzny kryzys
no dobrze
jeszcze dziesięć lat i oni zdołają wymyślić coś nowego
nowe zboczenia nowe pozycje nowe kazirodcze perypetie
oni zdołają dołączyć nowe środki wspomagające
na przykład „sandy i jenny robią laskę rurze wydechowej nowego citroëna”
albo „czwórka pięcioklasistek pod gołym niebem posuwa dyrektora szkoły wskaźnikiem do map”
albo „dwaj dominikanie kończą od jednego spojrzenia na plamistego dalmatyńczyka”

nie nie mówię o upadku moralności
kim jestem żeby mówić o upadku moralności
nie jestem wieloletnim więźniem politycznym i nie mieszkam we Lwowie
samemu ledwie wystarczyło mi sił żeby pokazać swojemu ojcu
dość przyzwoity film o zwyczajnej włoskiej dziewczynie z wielkimi ustami
w poszukiwaniu odpowiedniego narzeczonego

mam nadzieję że nie dożyję czasów kiedy zaczną
wszystko to filmować od środka

w takim przypadku wątpię czy porozumiałbym się ze swoim ojcem




Jogging

długo nie mogłem dojść do siebie
po mailu z berlina od mego przyjaciela olafa

w tym mailu prócz obowiązkowych atrybutów które
z zasady sprowadzają się do rytualnych pytań
o kwestie zdrowia i plany twórcze
(jakby w tej twórczości można było coś zaplanować)
w tym mailu jakby między wierszami czysto po niemiecku bez przesady ale
z odczuciem głębokiego tragizmu dokładnie w paru zdaniach
było powiedziane mniej więcej tak:

„od wczoraj zacząłem unikać spotkań z moim sąsiadem
mieszkamy koło siebie już dwadzieścia lat jest moim rówieśnikiem
i co rano razem biegamy w tym parku niedaleko
on zawsze mi
wydawał się trochę dziwny kiedy nastąpił wybuch w czarnobylskiej elektrowni atomowej
zaczął obklejać sobie ściany starymi gazetami żeby nie daj
Boże do jego mieszkania nie przeniknęło promieniowanie a wczoraj na schodowej
klatce spotkałem jego żonę która powiedziała że on ma raka krwi
w ostatnim stadium nieuleczalnego i że to koniec
a ja teraz boję się mu popatrzeć w oczy a wiesz taki
sympatyczny człowiek tak przyjemnie się z nim biegało rano...”

natychmiast chciałem jakoś uspokoić olafa
pocieszyć mówiąc „nie przejmuj się taki los zresztą
znajdziesz sobie innego sąsiada dla porannych przebieżek a jeśli
nie znajdziesz sąsiada to weź sobie irlandzkiego setera
wiesz jak one lubią biegać? to nawet o wiele lepiej niż
z człowiekiem no i te psy nie chorują na raka” ale
nawet nie wiem czemu ale nie zacząłem nawet tego robić
nagle to wszystko wydało mi się jakąś czystą literaturą
pomyślałem że to mógłby być niezły fabularny pomysł
dla powieści kundery
który lubi mistrzowsko opisywać ludzkie tragedie a tu wszystkie ingrediencje
gotowe – berlin niedługo przed zjednoczeniem dziwny sąsiad dwadzieścia lat
wspólnego biegania gazety na ścianach jak kronika przełomowych historycznych wydarzeń
które zmieniły oblicze europy choroba rak i widzą państwo
on nie wie jak teraz popatrzeć w oczy
napisałem coś całkiem neutralnego
coś w typie „trzymaj się zresztą ty już jemu w niczym nie pomożesz a ty
jeszcze masz żyć i żyć nie myśl o tym co złe nie myśl
o raku”

a potem przyszło mi na myśl coś zupełnie heretyckiego
pomyślałem:
oto już dziesięć lat żyję w odległości niespełna stu
kilometrów od czarnobyla żyję i chodzę tymi granitowo-marmurowymi
ulicami dostaję chamskie porcje wszelkiego radioaktywnego
promieniowania mam krótkowzroczność niedawno wykryli u mnie zapalenie wątroby
co prawda na informacyjnym poziomie jednak zapalenie przygłuszony
katar żołądka od czasu do czasu daje mi się we znaki od piętnastu lat nie
schodzą brodawki choć mi nie przeszkadzają ale nie schodzą
jak wszystkie czarnobylskie dzieci mam problemy z tarczycą
czasami kłuje mnie serce i wszystko to jeszcze przed trzydziestką
ale ja dokładnie wiem że nie zachoruję na raka

po prostu jestem pewny że nie zachoruję na raka

będę żył długo o jejku jak długo
nie będę kupował gazet nie będę biegał rano nie będę czytał kundery
nie będę chodził po mieście z dozymetrem nie pójdę na badania
nie podpiszę deklaracji nie wystąpię z partii
nie wstąpię do partii nie zrobię analiz nie zabiję nie ukradnę

nie porzucę ojczyzny wejdę głęboko bardzo głęboko w maleńką swoją
ojczyznę

i zasnę



Wiersze w przekładzie Adama Wiedemanna :


* * *

strach uleci -– tylko wody
prąd ochładza
lękiem w pieśniach – oczach bladych
prze-prowadza

ciało dźwięczy – noc obwieszcza
cień przepaści
biały papier zwisłych skrzydeł
z lustra tafli

paproć spali serce w kwiat
dzwon proroczy
zgorzkłych kwiatów miękki piach
łzami w oczy



* * *

tak obejmują nas
tak kochają
tak darzą
tak obcierają nas
tak cisną
tak parzą
słowa

i las zielony
niczym tekst
i mkną do mórz
syntaksy rzek
i zamroczeniem
kłuje liść paproci
i owies brzeg
strumienia mowy złoci




* * *

daremny płacz daremny wszystko na nic
moje oczy zielony smutek otumani
syreny czarny ryk ponad świątyni brwiami
poleci w dal gdzie zawisł niemy nawis

o czymś epickim wiatr wył niczym wieszcz
łza drżała w srebrnym ostrzu marzeń
o słodkim maju śniąc lśniły lichtarze
ostatnie modły intonował deszcz




Canis et lupus

René Descartes nieomal pysk w pakuły wstawił,
Ciemność rozpruwszy niecierpliwie.
I Cerber szczerzy kły na skrzek chełpliwych pawic,
Cyjanek nieba żółte ługuje igliwie.

Na płachcie nocy pucha smętnie i posępnie
Rozszataniony puszczyk, antymysi chwin
Niedoszczekaną psio-wilczą piosenkę –
Szczekaliśmy na księżyc sobacząc mu since.

Jak my we dwóch wsłuchani w szurum-burum ciał,
I mąka łabędziła skronie,
I w mglistym wietrze stół się osowiały chwiał,
A psia krew ciekła, bordo sączyło się po niej.









Grażyna Bajer - Zrozumieć życie





Grażyna Bajer, z domu Kobiela - od 9 lat mieszka w Norwegii. Pisze od 13-tego roku życia. Tęsknota za Ojczyzną stała się inspiracją do napisania i wydania wierszy w tomikach: "Sercem pisane” oraz "Nie rzucim ziemi". Uwieńczeniem marzenia o tęsknocie do Ojczyzny był poprzedni tomik "Mój dom”.


U wrót.../ safickie

Tęsknotą gnana u wrót twych stanęłam.
Dusza załkała, oko zapłakało,
a w głowie powstał myśli jakiś nieład -
aż zabolało.

Ogrodzie cudny, lipo przyjaciółko -
domu mojego jesteście stróżami.
Tęsknotę poślę skrzydlatym jaskółkom,
wraz z marzeniami.

Gdy już nadejdzie ten czas wyznaczony -
bowiem marzenia często się spełniają -
radość zagości, jak wrócę w te strony,
ciągle kochając.


Odejdę

Bo na mnie już pora -
z niebem tylko zrobię rozliczenie.
Nie chcę żadnych porad;
sama załatwię sobie zbawienie.

Pójdę w tamtą stronę -
tam, gdzie pustka a cisza aż krzyczy.
Nim ducha wyzionę,
do dna wypiję mój kielich goryczy.

Bo takie jest życie -
po jasnym dniu nadchodzi noc ciemna
i o bladym świcie
budzi się znów nadzieja daremna.

Więc pójdę już sobie,
gdzie bólu nie ma, ani żałości.
Lepiej będzie w grobie;
dziś ku spokojnej biegnę wieczności.


Grażyna Bajer."Zrozumieć życie". Nowa Ruda: MaMiko, 2015








"Vermont" - Tadeusz Chabrowski




Tadeusz Chabrowski, poeta i prozaik, urodzony w Złotym Potoku koło Czestochowy, mieszka na stale w Nowym Jorku. Jest laureatem wielu nagród, m.in. dwukrotnie Fundacji Kościelskich (Lato w Pensylwanii, 1965) i w 1971 (antologia Słowa na pustyni), amerykańskiej nagrody World of Poerty Press (1990), Nagrody Prezydenta Miasta Czestochowy, 1993. Posiada również wyróżnienie prestiżowego Seneca Club za działalność społeczną w Brooklynie (1993), nagrode Prezydenta Brooklynu w dziedzinie literatury i poezji (1999). Za tom „Poezje wybrane” (LSW, 2010) otrzymał nagrodą literacką Włady Majewskiej, przyznawana przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie. W tymże roku otrzymał od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Ostatnio opublikowal w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej tom wierszy Magister Witalis (2011), w Norbertinum powieść Białe nieszpory (2012) .
Wydawnictwo Mamiko wznowiło jego tom wierszy Zielnik Sokratesa.


Góra Mansfield

Wędrowaliśmy po zboczach góry Mansfield...
Czy jest coś, co mogłoby nas rozłączyć
czy miłość jest cnotą duszy,
drgającym promieniem światła zesłanym z zaświatów
narkotykiem zmysłów?
bo jeżeli kochasz
żadne piekła
nie mogą wydrzeć ci tego, co posiadasz

po wyjściu twoich stóp z domu szukam butów,
żeby cię dogonić,
ty wstrzymujesz mnie dłonią,
by zdyszane płuca mogły zaczerpnąć powietrza
idziemy we wspólnym rytmie
wyprzedzasz mnie o pierś,
którą od wielu lat
próbuję sobie przywłaszczyć w półśnie

wciąż lgniemy do siebie
przezwyciężając nieśmiałość, gnuśne konwenanse,
wydarzenia dnia, które jak nastroszone ptactwo
szeleszczą skrzydłami w powietrzu

Na gałęzi sroka kapryśnie plotkuje:
czyjkolwiek jest ten świat mają siebie dla siebie,
przeżyli wspólnie czterdzieści pięć lat,
ucieszą jeszcze oczy widokami kanciastych zboczy
najwyższej góry Vermontu,
białymi obłokami wygrzewającymi się w słońcu.


Przedwiośnie

W chmurze, której przestraszyły się wróble i szpaki,
od kilku godzin rozbrzmiewał twój głos:
wsłuchiwałem się w trzask bańki mydlanej pękającej na wietrze,
wpatrywałem w ściegi zdań zszywane błyskawicami,
badałem ostrożnie pokaleczony do krwi język.

Święty Szymon Słupnik wyjaśniał w kazaniu,
wygłaszanym w dżdżystym powietrzu,
że w ten sposób na przedwiośniu użyźniasz pola, lasy i powietrze,
że ryby, jaszczurki, żółwie i rozgwiazdy
dokładnie odczytują z falowania Twoich włosów nastroje nieba,
moment Twojego wejścia w morze.

Co się stanie, jeśli nie użyźnisz mojej wiary,
uczuć, które upijają się ciemnym winem wątpliwości,
gdy stoję przed dawno nieodnawianym domem z cegły?
Doświadczę głodu, którego nigdy nie nasycą przedmioty,
w zakamarkach sumienia nie znajdę Twoich kolorów:
błękitu i zieleni.
Nie doniosę do Ciebie siebie
w żadnym napisanym wierszu.


Pory roku

Klękam na zaoranym kwadracie pola,
i unoszę głowę,
by dojrzeć
pomiędzy jednym a drugim obłokiem
Nieskończonego
– na pewno tam jest i proszę mi nie przerywać

Jest jak nawałnica w wąwozie,
wymiata stęchliznę jesieni,
porom roku zmienia zmurszałą korę;
w sierpniu widać Jego kolorowy pióropusz na słońcu,
w marcu rąbek płaszcza w pobliżu Wenus,
w grudniu siada na ogromnym piedestale Księżyca,
wśród mrowia jeszcze bardziej niedołężnych gwiazd
i czułą iskrą źrenicy bada, czy w tej pozycji może spokojnie
przeleżeć do następnego listopada.

Tadeusz CHABROWSKI. Vermont. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2013





  

Zdzisław Władysław Żurek 


Zdzisław Władysław Żurek urodził się 24 października 1947 r. w Boguszowie - Gorcach, miasteczku ("jak z płótna Breugla") w Sudetach Środkowych. Pisał wiersze, prozę i teksty piosenek. Ukazały się cztery tomiki poetyckie : "Obrazy"(1980), "Wszystkie godziny miłości"(1993), "Słoneczne wzgórza"(1995) i "Płonące obłoki"(1999). Swoje teksty publikował w "Informatorze Kulturalnym Województwa Wałbrzyskiego", "Kulturze Dolnośląskiej", "Trybunie Wałbrzyskiej", a także w antologiach wydawanych z okazji "Noworudzkich Spotkań z Poezją ." Fragment powieści "Schizofrenicy" zamieścił "Almanach Wałbrzyski" w roku 1997.

Zdzisław Władysław Żurek zmarł w maju 2002 roku.



Pan Ego zawiera traktat
z Dobrym Duchem źródła


Twarz swoją myję
często w tym praźródle
jako że czyste jest
niczym kryształ

Postanawiam więc
chronić modlitwą
oraz dobrym słowem
wodę wód wszelkich
źródło gór wysokich
chwalić gdzie można
smak przedni tej wody;
zaprawdę
smaczna jest ponad wszystko

o Dobry Duchu
źródła gór podniebnych
tobie przyrzekam
czystość swych uczynków
Być jako woda
źródlanie przeczystym
wędrowcom służyć
radą i pomocą

niech źródło bije
przez lat jeszcze wiele
Ty Dobry Duchu
opiekuj się szczodrze

Pan Ego przepił szklanką
źródlanej wody
Dobry Duch sprawie

             Pobłogosławił

Trwają tak teraz
Pan Ego
Duch Dobry
i czyste źródło
pośród świerków harnych



Wiosenna wyprawa

Pan Ego
z przyjacielem
drożą swe nogi
drogą
leśną
podleśną
przyleśną
Idą
rozmawiają śmieją się
rzucają rebusy słów
w przestrzeń lasu
wysokopienną

Jak tu niezwyczajnie
myśli Pan Ego
na swych plecach niosąc
chwałę gór
Cała cisza świata
w śpiewie świerków
zamieszkała
Łąka
las
i góry
przyjmują wędrowców
z uwagą


Przypatrują się
krokom stawianym

           dość pewnie

gestom rąk
mimice twarzy
Pan Ego z przyjacielem
przystają niekiedy
na chwilę
łowią w niesyte oczy
marsz dolin
w stronę nieba

Kraina Słońca
daleko w przestrzeni
międzyświata
trwa jak zjawa;
sen krótkotrwały
           południa

Wtedy oni
jak ostatni pasażerowie
do Utopii
wchodzą pośpiesznie
na pokład
niebo przestrzeni







Krzysztof Szewczyk - Homo ferus








Krzysztof Szewczyk – ur. w 1974 r. w Przeworsku. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 1997-2004 współtwórca i redaktor ukazującego się w Krakowie artzinu „Per-Jodyk”. Pisze, rysuje, maluje, fotografuje. Mieszka w Bielsku-Białej. Tom "Homo ferus" zawiera utwory powstałe w latach 1999-2004.





* * *

Jest
punkt skupiający na sobie
całą przestrzeń

artysta uliczny zatrzymał
przechodniów, obłaskawił chodnik,
zatrzymał drzewa, architektoniczne zdobienia,
niebo podświetlane taflą rynku,
zafrapował na moment ruchy
gwiazd / księżyca

i robaczkowy ruch mego mózgu.




* * *

Wieczór niesie ulgę kolorom,
drzewa stygną
zaczynają szeleścić ptakami;

chodnikiem porusza się (autentyczny) człowiek,
porusza głową, lustruje przestrzeń
wokół siebie;

jestem spokojny jak
drzewo w ogródku i ciężki
jak jego nasienie.




ŻYJĄTKA

Składająca usta w delikatną trąbkę
wylizujący mnie owad
nachalny i kolorowy – jesteś

przechodzisz mnie wewnątrz – jak ciarki
żywego światła;

wewnątrz jest światło – i owad
obija się skrzydełkami
w twym cieple – ja jestem

także tym nie dającym wydobyć
się z ciebie do
końca pałaszującym cię
dreszczem.

Krzysztof Szewczyk. Homo ferus. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Andrzej Mesjasz - Odkłamać miłość.


Urodził się w 1961 r. w Świdnicy. Absolwent Zespołu Szkół Spożywczych we Wrocławiu. Był współzałożycielem klubu literackiego „Logos”, działał społecznie w poradni ds. uzależnień w Wałbrzychu. Włączał się w akcje na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Aktywnie uczestniczył w pracach świdnickiego stowarzyszenia „Iton” i organizowanego przezeń projektu „W blasku istnienia”. Brał udział w VI i VII „Międzynarodowym Najeździe Poetów na Zamek Piastów Śląskich” w Brzegu. Uprawia krytykę teatralną i filmową. Pisze poezję, prozę i aforyzmy. Publikował na łamach „Wiadomości Świdnickich” i w antologiach „Cień serca” (MBP, Świdnica 1995). „Niech się dzieje wola słowa” (Nowa Ruda 1995), „W pogoni za ptakiem” (Świdnica 1996). „Jak przed podróżą” (Nowa Ruda 1996). „Almanach Wałbrzyski. Literatura. Fotografia”(WBP, Wałbrzych 1997), „Almanach Świdnickiej Kultury 1945 – 2000. Pegaz nad Świdnicą” (Urząd Miejski w Świdnicy, Świdnica 2001).




piszę
chcę wejść w niedoczytane




masz dobre oczy
zobacz jak w tańcu
rozcinasz przestrzeń wydobywając się
spontanicznie z zatrzaśniętej osobowości
otwórz się
proszę










MATEUSZ WABIK "Czarne msze za rzeczywistość"




MATEUSZ WABIK (1975) – magister filologii polskiej UJ. Laureat konkursów: im. Grochowiaka, „Pro Arte”, Turnieju Jednego Wiersza „Pod Jaszczurami”, Gniewińskie Pióro. Tłumaczony na j. niemiecki. Mieszka w Krakowie. Wydał 4 tomy wierszy:

PRÓBA GŁOSU (ZLP 1999)
PRZESTRZEŃ LOKALNA (STAL 2003)
SPISEK (MAMIKO 2009)
MARZENIA SŁÓW (MINIATURA 2012)


Wiersze z wydanego tomu


***

Nie jestem synem niebios
ani nieśmiertelnym duchem
ani mędrcem, chociaż staram się
dzielnie przez nocy cienie
straszne płomienie letniego słońca
iść w nieznane.


Pomiędzy

Jestem tutaj pomiędzy osiedlami,
łąkami, starym pasem startowym
gdzie wiatr, czasem trze o szyby,
latem zieleń oblewa szare blokowisko.

Tu była kiedyś wioska podkrakowska,
potem wybudowano lotnisko, potem
zmieniono jeden hangar w muzeum,
resztę porosła trawa.

Teraz rozlane na dawnych polach, osiedla,
strome fale betonowych ścian,
szum samochodów, ludzkich rozmów.

Czy pobliskie łąki
pamiętające jeszcze gorące lata
i srogie zimy, zamieszkują duchy?



Trudne sprawy

Dziadek Pryciak. Miejsce urodzenia -
Kiślakówka, daleka Ukraina,
nigdy w granicach Polski.

Przeżył Oświęcim.

Niczym Charon przeprawiał Żydów
na wysypisko śmierci.

Ale gdyby
Ale gdyby Niemcy
Ale gdyby Niemcy nie pomagali
Ale gdyby Niemcy nie pomagali mojej babce
w czasie ciąży, nie byłoby mojej matki, mnie,
mojej siostry.



Nie zakopuj mnie w piwnicy

Czasami leniwy pomruk wiosny
zapowiada wrzątek lata. Czasami
chciałbym wyjść z domu i znaleźć
pracę. Liczę dni w tygodniu

ciągnące się jak wagony towarowe –
ciężkie jakby przewożono nimi
części samolotów na wypadek wojny.
A wokół bitwa gromów z piorunochronami

stojącymi na baczność przy
każdym bloku. Straszny pogrom. Rdza
wylewa się z rynien wraz z deszczówką.
Deszcz dudni o parapet w „drobnych

wartościach rytmicznych”.
Zniechęcenia powoduje katar. Przypominam
sobie, że dwa dni temu wyciągnąłem
czyjś cień ze skrzynki na listy.
Będziemy próbować się zaprzyjaźnić.



Wróżby

Cyganka wróży z ręki zaczepionemu
na Plantach przechodniowi. Wróży
mu przyszłość, mówi o pieniądzach, miłości,

sprawach w pracy. Jest wieczór, ciemno,
światło latarni ledwo oświetla ławki, a co
dopiero linie papilarne dłoni. Ale przechodzień

wie, że chodzi jej przede wszystkim o garść
monet lub jeden zmięty banknot, który
pozwoli przetrwać jej rodzinie, dzień, dwa

trzy.



Wspomnienie

                             Cioci Basi Ślizowej

Piękne czasy ciociu to były jak na Bonifraterskiej
gdzie skrzypiała drewniana podłoga
- jakby ktoś stąpał w lesie po śpiewających
swoją opadniętą zgryzotę szyszkach –
- babcia Władzia obchodziła imieniny, ty lub wujek Leszek.
Wtedy w tym wielkim pokoju schodzili się

wszyscy, ci jeszcze żyjący jak i ci co już odeszli.
Być może dosiadali się do stołu także
prababka Stasia z Butyńskich jak i jej mąż Mateusz Wabik.

Kto wie? A ty w mikroskopijnej kuchni
pomiędzy przedpokojem a pokojem przejściowym
przygotowałaś smaczne potrawy,
ciasta, sałatki i przychodziłaś do wszystkich jak

się już obrobiłaś. Tyle sił włożonych w te kilka godzin,
tyle lat się pamięta tamte czasy –

meble, stół, wesoły gwar gości. Atmosferę wakacyjnego
biwaku gdzie skrzydlate żarty wybiegają z zagród zębów
na wolne powietrze.


MATEUSZ WABIK "Czarne msze za rzeczywistość". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2013











Motyle nocy - Monika Gorzelak





Monika Gorzelak
Pomorzanka z urodzenia, Ślązaczka z wyboru. Anglistka z wykształcenia, pismak z pasji. Od kilku lat współpracuje z wortalem Dziennik Teatralny, gdzie publikuje recenzje ze spektakli i książek o teatrze. Autorka przekładu sztuki The Problem A. R. Gourney'a dla Teatru UHURU. Doktorantka Uniwersytetu Śląskiego. Autorka esejów „Królestwo Nowojorskie czyli Różnica w Powtórzeniu” oraz „Zakrzepłe skroplenie”, opublikowanych nakładem wydawnictw uniwersyteckich. Bada twórczość Sarah Kane. Zafascynowana ciemną stroną mocy i chorobą królewską. Rycerka Jedi znad Rawy.


Motyle nocy

zimą lecą do lat

cichym ścigają nas lotem
larwy składają w przełykach
nieproszone do stołu
drą się na całe gardło

żyją z głodu




Pasja

tylko jabłoń zakwitnie
zapomina się
świat w słoju
nie taki
z drzewa dana oj dana
wybawi
w zapamiętaniu
rozbije
choroba w koronie
spragniona



Wiosna

jedna jaskółka
sowa i słowa Minerwy
nie czynią

illuminati i wiki cytaty
w dziobach ulicznic Podziemia
działają

śpiewa nad nami
skowronek Kory
drzewa strzeliły

dziś wspominamy
wyspiarkę zbroczoną
z okazji jej święta


Gorzelak Monika. Motyle nocy. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2013






"Tupot, świst, chrzęst" - Jacek Mączka





Jacek Mączka (1965), poeta, dr literaturoznawstwa. Autor tomików poezji (najnowsze – "Zwarzone mrozem czyżnie", Mamiko, Nowa Ruda 2011, "Bliższe okolice", Mamiko, Nowa Ruda 2010, "Pomyśleć prześwit", Miniatura, Kraków 2009 oraz "Kroisz coraz cieńsze", Miniatura, Kraków 2009). Napisał obszerną monografię – "Powidła dla Tejrezjasza. O poezji Janusza Szubera", Księgarnia Akademicka, Kraków 2008. Publikował, między innymi, w Gazecie Wyborczej, Tygodniku Powszechnym, Rzeczypospolitej, Studium, Więzi. Laureat Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina i Tyskiej Zimy Poetyckiej. Jego wiersze przełożono na język angielski. Mieszka w Sanoku.




Tupot, świst, chrzęst – trzy onomatopeje przywodzące na myśl, być może, Naborowskiego błysk, głos, punkt, z całą, natury „wanitatywnej”, tej frazy proweniencją, czy też Szumy, zlepy, ciągi mistrza Mirona – metafizyka codzienności. Na okładce – fotografia kundelka, którą zrobiłem w Nowicy, gdzie dom rodzinny Antonycza. Zatem, mój drogi czytelniku, także rzecz o „mojości” i „przydrożności”, czy też – przygodności istnienia.
/Od autora/





Niosą mnie



Krople deszczu
z rynny do beczki
pod oknem.

W noworocznym
tarocie wyszedł
diabeł. Adam

przyszedł, kiedy naprawiałem
bramę i mówił,
że w telewizji mówili,

że w grudniu był wysyp
prawdziwków, a ja, że to koniec
świata. Wyszła też wieża,

co oznacza, że coś się rozpadnie.
Na razie wichura urwała
skrzydło bramy, przewróciła

sławojkę ( tę od generała Sławoj-Składkowskiego,
choć w kolorze nie tym).
Zalałem sąsiada i na skrzyżowaniu

wpadłem w poślizg.
Niosą mnie, jak sądzę, niosą
żywioły powietrza i wody.







Surfing



Znać wszystkie fale. Szorstkie jęzory
ocierają się o plaże, których nigdy
nie zobaczę. 98-letni stoik

Zenon powiesił się zirytowany
zwichniętym palcem. Mój
owczarek niemiecki lubi

„Puffi” – mięsne kawałki
z wołowiną w sosie. A Wiedemann
ma kota. Nie, mój drogi czytelniku,

nie pójdę we flow. Za oknem mgła.
Grudzień tego roku jest suchy.
Przykładam ucho do grudy –

słyszę ciemny zaśpiew strumieni
ściśniętych stropem ziemi –
pochwalają bezużyteczność uśmiechu.








Drobne naprawy


Młotek, śrubokręt i kilka gwoździ.
Drobne naprawy. Może naprawdę
są niezbędne. Tak jakby było coś

do poprawienia (passe-partout
krzywo wiszące na ścianie), podtrzymania
(zmurszały płot), podwiązania (zasłona,

nie o tym, bufiastym, kształcie).
Matka daje ci leczo do słoika
z nieszczelną zakrętką – wszystko

jest upaprane. I możesz słuchać
Joe Strummera & Mescaleros,
Mulatka uczy cię formy „czesania

grzywy konia”, bo tai chi dobrze
wpływa na przepływ rzek
świata tego. I zdrowie jest lepsze

niż choroba, więc uchroń nas
od Tarantino i Facebooka.
Sięgasz po kolejnego lucky strike&#8217;a

z papierośnicy martwego ojca. I dlatego
drobne naprawy są niezbędne.



Jacek MĄCZKA. "Tupot, świst, chrzęst". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2012








Patryk Zimny - Uchoko



Patryk Zimny – ur. w 1988r. w Lęborku. Student historii na Uniwersytecie Gdańskim. Laureat kilkunastu konkursów m.in. TJW „Złoty Środek Poezji” w Kutnie 2009, „ Białej Lokomotywy” w Aleksandrowie Kujawskim.
Inicjator i prowadzący cyklu spotkań poetyckich w Lęborku „Wiatr w słowa”. Publikował m.in. w „Autografie”, „Dzienniku Bałtyckim: Dodatek Literacki Gdynia”, „Przeglądzie Oświatowym”. Stypendysta (poezja) Samorządu Województwa Pomorskiego 2010.


debiut


Ukrywam się nimi. Mają rację, jestem
jeszcze chłopcem od czytania starszych.

Ukrywam się wierszem przed debiutem.
Wystraszyć? Zaskoczyć? Pokazać język?

Oni mimo wszystko czytają. Tak mi się zdaje.
Też ukrywają mnie przede mną. Przed wejściem.

Przed zgubą. Tak właśnie myślę.



gabriel


stałem przy jego łóżku z poczuciem nonszalancji
leży tak już parę dni pyta kiedy pójdzie do domu
mówię spokojnie póki co musisz zostać w szpitalu
nie pamięta dlaczego tu trafił jest jeszcze słaby
prosi mnie bym go podrapał w lewą łydkę
muszę więc iść tak z nonszalancją
nie umiem powiedzieć:
straciłeś nogi




chleb powszedni. ballada


wczoraj znów szli do tej samej piekarni
na drugi koniec miasta po stary chleb
przeceniony o połowę

od deszczu mieli przemoczone kurtki
wielki wór z pozaszywanymi dziurami
trampki kupione za dychę chyba pół roku temu

siebie mieli i pięć złotych
gromadzili w tej monecie powietrze braci
spokojny sen bez burczenia w brzuchu

do sklepu wchodził tylko najstarszy
za każdym razem widząc w kasjerce drugiego głodnego
co myśli żeby nie wziął łapczywie za dużo

po zdobyciu paru bochenków
bracia wracają do domu
z sejfem na karku

dzisiaj też pójdą
po doceniony
o połowę

chleb




Puch

Oli
nie zapomnę puchu na ustach
nie oderwę pamięci twojego wzroku
który się tarzał po morskim piasku
wiedziałaś że masz kilka najdłuższych
siedem minut abym potrafił czekać
nie zapomnę papierosów gęstych w powietrzu
ani parasolki koloryzującej głowy
zostanie słonecznik na złotym łańcuszku
deszcz chwytany w objęcia włosów
paru uciekinierów z cd
oksywski ogród w ruchu drzew
kiedy zapomnę jak się nazywam
spalę wszystkie wiersze tobą otwarte
i wtedy znów będzie

puch na ustach
szminka życia





zastępstwo



nic ma nic trudniejszego
niż rola ojca od urodzenia
właśnie tak

utrzymywanie familii swoim byciem
podpisywanie się imieniem i nazwiskiem
na świstku od renty

pokazywanie braciom pierwszych oznak męskości
siostrze reprymenda za pyskówkę matce
której brakuje nerwów

nie ma nic trudniejszego
od zastępowania

sam o tym wiem najlepiej
uczeń ojców znajomych
obserwator serialu tata a marcin powiedział

nie jest mi jednak przykro
ja umiem i wiem
co to znaczy szukać wzorców

nie ma nic trudniejszego
nic





ZIMNY Patryk. "Uchoko". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska)
ISBN 978-83-60224-51-9




Michał Trusewicz - "Zakwity"





Michał Trusewicz - ur. w 1995 roku. Studiuje na Uniwersytecie Warszawskim.




Weronika, Siedlce

dom pachniał lawendą, mgłą i snem
zawsze jakimś cudem cię budziłam
może zapinaniem kurtki
poniedziałkowym ziewaniem

czy wzięłaś śniadanie
refrenem wyznaczałaś rytm poranków

po 12 latach wreszcie odpowiedziałam
mamo, zjem w pracy
wtedy poczułam, że Świat zbliżył się do nas
i zaczęło pachnieć cementem, spawaniem, olejem

czułyśmy Jego obecność
to on zmienił nasze buty w werandzie
przybrudził twoje noski, wydłużył mój obcas
jednak zawsze rano powtarzałaś to pytanie
czy wzięłaś śniadanie

tylko w ten sposób mogłaś nas ocalić
zanim rozpadniemy się na osobnych ludzi

gdy zadzwonił twój lekarz dwa lata później
całe metro pachniało lawendą

12 lat temu Świat zapłodnił mnie cementem
graviditas extrauterina
poroniona przyszłość



Amadeusz, Zielona Góra

widzę że stoisz (odsuwam ci krzesło)
pocierasz chusteczką usta, zmazując delikatną szminkę
przyciszasz muzykę – nieśmiertelne Wonderful life
zmieszanym wzrokiem porządkujesz wzorki na tapecie
gazety na stole pulsują reklamami książek autora piszącego o tym samym

o niczym nie wiesz (skąd ten wniosek?)
może nie dosłyszałem
Świat stoi za firankami przekrzykuje słowa wyjęte z ust

wyrzucam zdanie o pociągu
chociaż dobrze wiem, że jestem spóźniony

odkładasz szklankę na miejsce
poruszasz się cicho jak późny listopad
kropki twego potu na czole, jaśminowe krople perfum na szyi
przed drzwiami czekasz
z czapką, bo wietrznie

mnie chwytasz za rękę
nie wypuszczasz
dzisiaj na pewno nie pójdę


Michał Trusewicz. Zakwity. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016






Joanna Mossakowska - "Wytańczone wiatrem"
(z domu Mikulska) urodziła się we Wrocławiu (5.09.1956), gdzie ukończyła V Liceum Ogólnokształcące , a następnie Akademię Rolniczą.
W 1982 roku przeprowadziła się w Góry Złote ( środkowa część Sudetów Wschodnich).
Obecnie mieszka w Lądku Zdroju i w Orłowcu.
W 1991r. wydała tomik wierszy „Chwile” ( Stowarzyszenie Literackie im.K.K.Baczyńskiego.)
Publikowała m.in. w „Almanachu Wałbrzyskim – Literatura - Fotografia”, „Stronicy Śnieżnickiej”, „Frazie”.
Uwielbia tańczyć ........z wiatrem.

***


Miłość mojej czułej skóry
twoich chciwych dłoni
zaczyna się
w pierwszych kręgach snu
uwolnieni od dnia
strącamy gwiazdy
i już
obok twój sen
a miłość twoich czułych dłoni
mojej chciwej skóry
trwa


                  Lądek Zdrój`grudzień


***

Za zasłonami
małe miasteczko
popycha czas
zegar w nocy milczący
już dawno nie słyszałam ptaków
od wczoraj zima
z sennymi oczami
bawi się w choinki

                 Lądek Zdrój,Klonowa`grudzień

***

Nawoływani
przychodzą pod dom
przeźroczyści
od księżycowych wędrówek
rozsyłają uśmiechy
i budzą kwiaty zeszłego lata


                 Ogród GórskiegoWiatru,zima


***

Ciemność poprzetykana mrozem
czasami wiatr
zalśni jak ostrze
czyhające
na zagubionego w lesie

                 Dolny Orłowiec`styczeń



***

Przez powieki znużenia
widzę więcej
zmęczenie śpiewa
blade z niewyspania

Lubię te kołysanki
ze złudzeń odarte

wpatruję się w siebie
pęknięć pełną
zasmucona
że piękna tak mało


***

W zimowy wieczór
przy ogniu grzeję nogi
droczę się ze zmęczeniem



                 Górny Orłowiec-,dom`styczeń


***


W czterech ścianach
oddech czajnika
czekanie
syte ciepłem
zbłąkane pytania usnęły
gdy przyjdzie wiatr
zaczną
swój taniec


                 Górny Orłowiec-,dom`zima


***


Nie umiem opowiedzieć
i sny się przelękły
słucham budzika o świcie
i zmęczenia jak kamień
między tym ma się zmieścić
ta ważna odpowiedź
piąta kromka chleba
miłość między nami

                 Lądek Zdrój-miasto`luty











Mariola Mikołajczak - "Powiedz mi swoje imię"



Mariola Walczak-Mikołajczakowa

Językoznawca, rusycystka i bułgarystka, absolwentka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 1988 r. pracuje w Katedrze Filologii Słowiańskiej UAM, obecnie na stanowisku profesora.
W czasie studiów zainteresowała się bliżej językiem staro-cerkiewno-słowiańskim oraz językiem i kulturą Bułgarii i temu właśnie poświęciła dotychczasową pracę naukową i dydaktyczną. W latach 1998-1999 pracowała jako lektor języka polskiego w Uniwersytecie im. Paisija Chilendarskiego w Płowdiwie.
W roku 1996 obroniła pracę doktorską z zakresu słowiańskiego językoznawstwa porównawczego, a w roku 2005 uzyskała stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych. Opublikowała dotąd kilkadziesiąt artykułów naukowych oraz 11 książek: m.in. Język piśmiennictwa bułgarskiego. Zarys dziejów (Poznań 1998), Bałkańskie rytmy życia, czyli o tradycji przechowanej w języku (Gniezno 2001), Tajemnice słowiańskich bogów (Wrocław 2001), Piśmiennictwo katolickie w Bułgarii. Język utworów II połowy XVIII wieku (Poznań 2004), Chrześcijańska Bułgaria (Poznań 2007), Bułgarski Ezop (Poznań 2009) a także – napisane wspólnie z mężem, profesorem Aleksanderem W. Mikołajczakiem – Bajeczne dzieje Polski (Wrocław 2001) i Europa na moście westchnień (Gniezno 2003). Jest redaktorem serii wydawniczej Biblioteka Duchowości Europejskiej i periodyku „Fundamenta Europaea”.
Od 2007 r. przewodniczy Komisji Slawistycznej PAN w Poznaniu.


Streszczenie

Książka jest fabularyzowanym reportażem, opartym na tym, co przeżyłam i usłyszałam
w jednej ze wsi w Rodopach. A usłyszałam to wszystko z ust Pomaków, czyli bułgarskich muzułmanów, mieszkańców małej wioski, znajdującej się dziś na pograniczu bułgarsko-greckim. Jest to społeczność w pewnym sensie stygmatyzowana, nierozumiana i nieakceptowana w pełni przez resztę społeczeństwa.

Przed wieloma laty kupiliśmy w tej wsi dom, spędzamy tam kolejne wakacje i coraz głębiej wnikamy w życie tej zamkniętej społeczności. Mieszkańcy wsi otwierają się powoli, bo jesteśmy obcy, chociaż naszą koegzystencję ułatwia fakt, że bardzo dobrze znam język bułgarski. Po latach zaczęli więc mówić o rzeczach nawet najbardziej bolesnych i drażliwych, wśród których na pierwszym miejscu znajduje się przymusowa zmiana imion i nazwisk w latach 70-ych i później. Wokół tego wątku oparta jest konstrukcja książki. Przyzwyczajanie się do naszej obecności pociąga za sobą coraz większą szczerość i otwartość, aż w końcu przestają się bać mówić o tym, co przez lata stanowiło tabu.

Książka składa się odrębnych fragmentów, które mają formę moich rozmów z jedną z wiejskich kobiet o imieniu Kitka (w rzeczywistości Kibrije, co wyznaje mi po kilku latach znajomości). Jest to prosta kobieta, obdarzona jednak niezwykłą inteligencją i darem opowiadania. Swoimi opowieściami Kitka przybliża mi powoli świat pomackiej społeczności – mówi o historii wsi i ich codziennym życiu, legendy miesza z rzeczywistością, ale z tych opowiadań wyłania się spójny obraz mało znanego etnosu. Wspomnienia Kitki sięgają lat powojennych, zmian ustrojowych, które ona dziś chyba akceptuje, mimo wielu traumatycznych przeżyć z czasów komunizmu (jej życie dzieli się na dwie epoki – „stara” demokracja i „nowa” demokracja). W obecnych czasach, mimo pozornej wolności, żyje się im gorzej i ona to analizuje na własny sposób, odwołując się często do mitów i opowieści związanych jeszcze z wojnami bałkańskimi 1911-1913, druga wojną światową itp.
Jednocześnie Kitka odkłamuje zafałszowany obraz Pomaka, jaki utrwalił się w bułgarskiej świadomości. Jest muzułmanką, tradycjonalistką, ale jednocześnie kobietą żyjącą w XXI wieku i godzącą się na zmiany, jakie niesie życie. A przy tym świetnie gotuje i dzieli się ze mną przepisami na pyszne jedzenie, które wymyślono w krainie odwiecznej biedy.

MIKOŁAJCZAK Mariola. "Powiedz mi swoje imię". Nowa Ruda : MaMiKo, 2011. -132 s. ; 21 cm.
ISBN 978-83-60224-67-0




Grzegorz Bursztyński - Gołębie rozmowy






Grzesiek Bursztyński, trzydziestoparolatek, wydał dotychczas jeden tomik poetycki „Tornado” (IW Świadectwo, Bydgoszcz 2008) oraz publikował okazyjnie wiersze w internecie, głównie na portalu nieszuflada.pl. W przeszłości m.in. uczestnik warsztatów creative writing w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu i laureat warszawskiego konkursu na haiku w metrze. Wiersze wchodzące w skład „Gołębich rozmów” zostały zauważone i wyróżnione przez jury w V OKP i VI OKP im. K. Ratonia. Pisuje także prozę. Mieszka na Mazowszu.




Zaklęcia


mój brat pisze wiersze odkąd zachorował
kto nie ma bliźniaka nie wie jak to boli
gdy bliska ci osoba ciemnieje jak krew
a ty nic nie możesz zrobić
modlitwa po 16-ej działa
dopiero następnego dnia

a on wiersze pisze w nocy
boi się zasnąć
boi się umrzeć
ze strachu nagle stał się poetą

dzwoni do mnie czyta mi swoje wiersze
i pyta czy ładne

przez telefon jego głos skrzypi
jak drzwi w filmach grozy

próbuję mu pomóc michał nigdy nie będę pisał
takich wierszy jak ty ale są pewne zaklęcia

których nie mówi się na głos



Gołębie rozmowy


1.

mieszkam naprzeciwko parku tej jesieni
na moim balkonie schroniły się dwa gołębie
rozmawiają nocami słyszę

obiecują sobie żyć długo i szczęśliwie
kiedyś
z dala od ludzi

w dzień ptaki formują gniazdo
pan gołąb przynosi pani gołąbkowej gałązkę w dzióbku
źle robi ale są na razie szczęśliwi
więc tylko patrzę


2.

doczekałem się chmur
podczas deszczu obserwuję gołębie zza szyby
jestem dla nich kimś wielkim
jestem dla nich bogiem

kiedy stukam w szkło odlatują z krzykiem
uciekają na nieosłonięty dach sklepu
ptasi adam i ewa
ona trzepocze skrzydłami drze się
on milczy chowa tylko głowę w ramiona

wreszcie zastygają na mrozie jak dwa posążki
wykonało się

3.

zaciągam firankę
samczyk nigdy pewnie nie zrozumie
co uczyniłem dla niego

ale tego wieczoru czuję że moje zachowanie
nareszcie było dobre

wiem jak na świecie było jak jest i jak powinno być

widywałem już wiele gołębi









Mariusz Ropczyński - Bez rezerwacji





MARIUSZ ROPCZYŃSKI - urodzony w roku 1976 w Trzebiatowie. Absolwent filologii polskiej na
Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Pracuje jako nauczyciel języka polskiego w szkole podstawowej. Mieszka w Nowym Sączu



RACHUBA

Końcówka maja.
Obraz w oknie.
Bazary oblepione
chińskim gównem.

Oto w mieście Brzesku znalazłszy się
spotykam miejsce, w którym
ściana banku graniczy po sąsiedzku
z terenem cmentarza.
Obu stronom wydaje się to
jednak być zupełnie obojętne.

Tak bynajmniej widzi to pani Krystyna,
kasjerka z trzydziestoletnim doświadczeniem.

Niech pan zrozumie, mówi.
Jedyna możliwa rachuba to nieskończoność,
tymczasem ludzie wciąż liczą
na jakiś wynik.



LAURA PALMER'S THEME

listopad każe żyć zwięźle w skrzynce
uwagi dotyczące ostatniego projektu
oto David Lynch zapowiadający powrót
z trzecim sezonem Miasteczka Twin Peaks
główny wątek podobno znów zostanie osnuty
wokół agenta Coopera który już potwierdził udział
tak samo jak ojciec zamordowanej Laury Palmer
ale wciąż nie wiadomo co z pozostałymi
upływ czasu (czyt. botoks) zrobił swoje
stąd pod znakiem zapytania pozostaje udział
Lary Flynn Boyle w przeciwieństwie do
Sherilyn Fenn której dziewczęcy urok
wciąż wydaje się być dziełem matki natury
za muzykę podobnie jak w dwóch poprzednich sezonach
odpowie maestro Angelo Badalamenti
próbne zdjęcia ruszają na wiosnę


Mariusz Ropczyński. "Bez rezerwacji". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015






Maksymilian Tchoń - "Http"







Urodzony w 1987 roku. Pochodzi z Tarnowa. Licencjat polonistyki UJ. Autor tomu "Niecierpliwy" (2013) oraz tomu "Życie jak poemat" (2012). Publikował również w Almanachu Młodych "Aspiracje", Kajecie "Dziś będę poetą" i w Internecie na portalu www.poema.pl. Pasjonują go muzyka, sport, góry i dobra książka.


Tobie

parszywe dni ale wiernie stoję przy twym łóżku
na czerwonej leci „Touch and go” w kącikach ust wiśniowy
nektar wczoraj kolego plułeś ale nie możesz mi nic zrobić
bo niewątpliwie „mój jest ten kawałek podłogi”

do licha i trochę godzin które spędziłem przy kartkach
dało mnóstwo myśli które teraz sprawdzasz w kajecie
sto kroków z betonu Róża wyrasta tyle samo kolców tu

będzie prawda? w oczy mi spójrz i jak się należy napluj na
tę Ziemię bo niewątpliwie „mój jest ten kawałek podłogi”
sto godzin czytam te kartki książki chodliwie przekazywane
z werwą porywem przypadkowo sięgnij sto pamiątek
z betonu Róża wyrasta gdzie epoka kolców tnie&#8230;

twoje dłonie koniec przygodnie szczypie: „tu mogę
stawiać swój dom” z kruszywa bo niewątpliwie „mój jest
ten kawałek podłogi” a następnie kolejno to żywa uwertura
wyryta długopisem nieprzyzwoita pieśń


manicure a jak

chudy poeta podróżuje dziś
w kamaszach i szlafroku przystaje
pomiędzy kolejnymi stacjami metra

a ja znajduję kolejny element układanki
i nie mogę się zbudzić wyrwać ze snu
bo gdzie 5 + 7 + 5 niosę prawdę swoimi
kamiennymi nogami czas nie liczy się

a skryte w sercach haiku jak
moje brudne buty oznajmiają
carska rosija carska rosija

jestem wciąż młody i się cieszę
maj w pełni na czerwonym murze
przekreślone wersy opętane jak
tłuste scheiblery mój konflikt z tobą

jest jak stygmaty na jej rękach
w tej pasiece zmartwień sam wśród gawiedzi
i pszczelego zmęczenia troski miejskiej słoty
ja dobry człowiek spaceruję po polach elizejskich
z lekkością słyszę ciche tr&#232;s bien i jakby
tego było mało ten wolny więzień polityczny
którego słowa

skryte na ustach kolejowej dróżniczki = 21
bo przystało mi kochać po bożemu
mój drogi eutyfonie a to
mój tylko słowny manicure








Marian Dziwniel - "Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę"







Przedstawiamy fragment książki Mariana Dziwniela "Znad Niemna przez Odrę nad
Sekwanę"

Żona nie doczekawszy się mego powrotu do domu na Nowy Rok, znów przygotowała niewielką paczkę i poszła z nią do aresztu śledczego w Świdnicy, a tam usłyszała:
– Nie ma go tutaj.
– A gdzie jest?
– Nie wiem.
– A kto wie gdzie jest mój mąż?
– Komendant Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Wałbrzychu. Tam proszę udać się osobiście, telefonicznie ani listownie informacje nie są udzielane.
Żona poszła do Urzędu Miasta, by uzyskać stosowną przepustkę na wyjazd do Wałbrzycha, za przejazd bez przepustki groziły sankcje milicyjne. Pojechała małżonka do KW MO w Wałbrzychu i tam dowiedziała się, że „... pani mąż przebywa w ośrodku dla internowanych w Kamiennej Górze... ”.
Dowiedziawszy się gdzie jestem żona poszła do Urzędu Miasta po przepustkę na przejazd do Kamiennej Góry. Zwolniła dzieci ze szkoły, razem wsiedli do autobusu i z przesiadką w Wałbrzychu dotarli pod ośrodek, w którym byłem kuracjuszem. Żona zadzwoniła do drzwi dyżurki, otworzyło się okienko i padło „regulaminowe”:
– Czego?...
– Chcę uzyskać widzenie z moim mężem, tu internowanym.
– Dowód...
Żona podała swój dowód osobisty, podała legitymacje szkolne dzieci, a zza okienka usłyszała:
– Jak zasłużył to uzyska zgodę na widzenie, a jak nie – to nie...
„Zasłużyłem”. Po otrzymaniu telefonu od dyżurującego SB-eka oddziałowy zawołał i powiedział:
– Przygotować sie do widzenia.
– Coooo?!... Do widzenia,... wychodzę stąd?!
– Nie do „do widzenia”, tylko do widzenia się z żoną – wyjaśnił oddziałowy.
Szybko szykuję się na spotkanie z małżonką. O higienę osobistą dbaliśmy – tu specjalnych przygotowań nie potrzeba, jeszcze tylko uczesać włosy i brodę i jestem gotów. Ale myślę, może uda się przemycić jakąś informację na zewnątrz. Idę szybko do Antka Matuszkiewicza i do Mirka Sośnickiego, oni redagowali „Niezależne Słowo”– biuletyn NSZZ „Solidarność” województwa wałbrzyskiego, oni najlepiej zredagują nasz gryps. Antek z Mirkiem szybko redagują list do ks. prałata Dionizego Barana i do JE ks. kard. Henryka Gulbinowicza. Wszyscy świdniczanie podpisujemy się pod tymi listami, maskuję je i staję w gronie innych szczęśliwców przy drzwiach wyjściowych. Robią nam pobieżną rewizję i ruszamy na spotkanie z naszymi najbliższymi. Cieszymy się na to spotkanie, a nie wiemy, że nasi najbliżsi czekają na śniegu i w mrozie i w niepewności czy „byliśmy grzeczni?” i czy przyjdziemy. Na salę widzeń wpuszczono ich przed nami. Wchodzę na salę i ku ogromnemu zaskoczeniu i radości widzę, że żona jest z dziećmi. Oddziałowy o dzieciach nie mówił.
Siadamy za stołem naprzeciw siebie, taki jest regulamin, ale najmłodszy syn Tomek, nie bacząc na regulamin zanurkował pod stołem i już tuli się do mnie. Pilnujący nas nie reagują, więc za chwilę cała trójka siedzi przy mnie. Żona siedzi po przeciwnej stronie stołu, niewiaście nie przystoi przełazić pod blatem stołu. Rozmawiamy – pytamy – słuchamy – odpowiadamy, a siedzący po bokach SB-ecy obserwują nas, podobno potrafią odczytać treść rozmowy po ruchu warg mówiącego. Żona mówi, że stan jej zdrowia pogarsza się i że pisała podanie do komendanta KW MO o zwolnienie mnie z inernowania, bo ona musi się poddać leczeniu szpitalnemu. Każe mi też pisać podanie o zwolnienie, bo „... co z dziećmi?, mama (moja) nie poradzi sobie sama z trójką dzieci... ”.
Udało mi się przekazać grypsy, na drugi dzień żona przekaże je księdzu Baranowi. Grypsów adresowanych do kardynała Gulbinowicza – jak wiem – było więcej. Poruszony nimi metropolita czynił ogromne wysiłki aby zwolnić nas z ośrodka w Kamiennej Górze. Dopiął tego, już po moim wyjściu stamtąd, pozostali internowani zostali przeniesieni do Nysy.
Widzenie dobiega końca. O Boże! – jak szybko, a tu tyle zostało do powiedzenia, do opowiedzenia. Żegnamy się, żegnają się wszyscy, żony przykazują nam: „bądź grzeczny”, bo następnego widzenia nie dostaniemy. Jeszcze słychać okrzyki „pozdrów ich”, „ucałuj”, „dbaj o siebie”, „do zobaczenia” i wracamy z paczkami od naszych najbliższych. Po pobieżnej rewizji wracamy, rozpakowujemy paczki, szukamy ukrytych przesyłek, dzielimy się zawartością paczek z tymi spośród nas, których nie odwiedziły rodziny.
Następne przyjazdy żony i dzieci stały się łatwiejsze dzięki Henrykowi Niedźwiedzkiemu z „Solidarności” świdnickich taksówkarzy. Transport w taxi był mniej uciążliwy dla mojej chorej żony. Któregoś razu moja żona przyjechała bez naszych dzieci, ale z żoną Ryśka Moździerza i z ich małą córeczką. W czasie widzenia siedzieliśmy przy jednym stole, a mała dziewczynka biegała sobie po sali. Nagle otworzyły się jedne drzwi, wszedł oficer SB, którego znaliśmy pod nazwiskiem Oblak (a może to był tylko jego pseudonim służbowy?). Córka Ryśka podbiegła do stolika i zapytała:
– Tatusiu, a kto to?
– Oblak – poinformował swoją latorośl Rysiek.
Dziecko wybiegło przed wchodzącego oficera SB i donośnym, piskliwym głosikiem wykrzyknęło:
– Ooooo, Oblak świnia!
To dziecko wiedziało, że ten, który zamknął jej tatusia jest „świnią”. A w SB-eka jakby piorun trzasnął, zrobił „w tył zwrot” i wyszedł. Przy następnych widzeniach już nam nie asystował.
Żona Ryśka przywiozła druty i wełnę i Rysiek zrobił sobie sweter z pięknym, charakterystycznym napisem „Solidarność” z przodu, na piersi. Nie wolno było nam nosić żadnych odznak solidarnościowych, a tu sweter z naszym wielkim symbolem. Nosił Rysiek ten sweter, ale przezornie nie afiszował się z nim przed SB-ekami w obawie przed rekwizycją.
Pod koniec stycznia, SB-ecy „opiekujący się” internowanymi kolegami z województwa jelenogórskiego założyli podsłuchy pod stołami w sali, gdzie spotykaliśmy się na tzw. widzeniach z rodzinami. Podsłuch został odkryty, jeleniogórzanie zdemolowali sprzęt podsłuchowy, rozpoczęli strajk głodowy, solidarnie wsparliśmy ich w tym, ale od tego wydarzenia zwiększyliśmy naszą czujność. Moje spotkania z rodziną zaczynały się teraz od tego, że moi synowie nurkowali pod stół i sprawdzali w blacie nawet najmniejszy sęk, a każdy gwoździk był przez nich dokładnie obmacywany.

Marian Dziwniel - "Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę" Wydawnictwo Mamiko, 2007






Wojciech Giedrys - "Ścielenie i grzebanie"


ur. 1 stycznia 1981, studiuje filologię polską i dziennikarstwo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Prozaik, krytyk literacki.
Wiersze, opowiadania, szkice i artykuły krytycznoliterackie publikował m.in. w „Opcjach”, „Borussii”, „Tytule”, „Kartkach”, „Ha!arcie”, „Toposie”, „Portrecie”, „Przeglądzie Artystyczno-Literackim”, „Undergruncie”, „Kulturze”, „Breg-Arcie”, „Akancie”, „Avesie”, „Poetice”, „Kursywie” i „Artylerii”. Już niedługo ukażą się też w: „Twórczości”, „Kresach”, „Akcencie” i „Tyglu Kultury”.
Pomysłodawca i założyciel Pisma Artystyczno-Literackiego „Undergrunt”, a także organizator imprez promujących pismo i stowarzyszenie w: Piwnicy Pod Aniołem, Dworze Artusa, Klubie „Od Nowa”, Domu Muz, Miejskim Ośrodku Kultury w Olsztynie. W latach 1998-2002 obejmował funkcję redaktora naczelnego pisma „Undergrunt”, w latach 2000-2002 był członkiem zarządu Stowarzyszenia Artystyczno-Literackiego „Undergrunt”.
Obecnie jest współpracownikiem białostockiej „Kultury”, redaktorem działu literackiego toruńskiej „Teki” i od dwóch miesięcy uczestniczy czynnie w pracach Forum Krytyki Literackiej pn. „Literatorium”: www.literatorium.pl Inicjator i pomysłodawca nagrody krytyków Literatorium.
Brał udział jako autor tekstów w II, III, IV Majowym Buumie Poetyckim w Toruniu.
Jednym z jego ostatnich projektów jest strona poświęcona Toruniowi literackiemu, mająca być prezentacją autorów mieszkających w tym mieście. Wstępny projekt można znaleźć na stronie: www.torun.wiersze.pl




Ścielenie

Najpierw podchodzę do okna, by sprawdzić,
Czy drzewo, które stoi naprzeciwko nie rzuca
Zbyt długiego cienia; później jest już wszystko
Na swoim miejscu: szafki kuchenne przecieram

Wilgotną szmatką, kurz na palcach dojrzewa,
A do pokoju wchodzi świeże powietrze i pierwsze
Okrzyki dzieci z podwórka. Zostają jeszcze wszystkie
Szafki, nawet te najwyższe, na których przyklejone

Wazony i zeszłoroczne muchy, uśmiercone przez
Nadgorliwego pająka, kwitną. Zbliżam się do tych
Wszystkich lepkich szuflad, powoli podnoszę dłoń,
By zanurzyć ją w starych rachunkach, listach

Do tej kobiety, o której już dawno zapomniały
Wzorowo zasuszone staruszki. Na koniec pozostaje
Prześcieradło i wygładzenie wszystkich nierówności,
I pierwszy sen, którego się nie pamięta lub nie chce.



Głowa wroga

Z zimnymi ogniami we włosach matki
Urodziłem się pierwszego dnia stycznia.
Rozłożyła na stole obrus: ogórki
Kiszone i jabłecznik jeszcze ze świąt,

Zdążyła jeszcze przygotować zupę
Grzybową na następny dzień i założyć
Świeżo uprane firanki. Powiedziała
Jeszcze Ojcu, że to na pewno nie dziś.

Matko, jakie było to spojrzenie, to
ostatnie, które przed szpitalnymi drzwiami
rzuciłaś Ojcu, zagryzając sine
usta? I co myślałaś w chwili, kiedy

karłowata salowa krzyknęła: To
chłopiec! Nie Agnieszka, z którą co dzień
plotłaś warkocze i stawiałaś babki
z piasku, sprzedawane za parę groszy,

na którą w szafie czekały sukienki
po kuzynce Monice, dwa różowe
kombinezony z RFN i Grzesio,
dwuletni brat wieczny niejadek; Matko.



Pierwsza krew

Mój brat był Boniek, a ja byłem Buncol,
Rakietą do tenisa strzelaliśmy
Do wszystkich Volksdeutschów i SS-manów.
Na miasto przeważnie wyjeżdżaliśmy

Jednym wózkiem prawie jak czarnym tankiem.
Waty cukrowe, dwa długie balony
Zakończone drutami wkraczały do
Sklepu ze słodyczami Słodka Dziurka.

Zaczynało się polowanie, walka
Zacięta z przepastnym portfelem matki,
Cenami niedbale zapisanymi
Na wyciętych z brystolu kartonikach

I lizakami, z których wystawały
Zatopione w lukrze głowy żołnierzy,
Resztkami gardeł proszących o pomoc.
Oczywiście gotowi byliśmy pomóc.


Ziółko Anielskie

Beszamelowe dłonie przysuwała
Do Ziółka Anielskiego, nazywała
Mnie tak zawsze, gdy pod drobnymi
Palcami ożywało, cicho stękając,

Ciasto na pleśniaka. Zaparowane
Okna, które wycierała po wszystkim
Matka, nabrzmiewały aromatami
Migdałowymi i bestiami, które

Udało nam się z den garnków wytępić
Podstępem. Kuchenna chirurgia była
Przewidziana na sobotnie wieczory:
Pomidory pozbawione grzesznych

Dusz, wypełniało mielone, wołowe
Ciało; poczciwe i ciche buraki
Oddawały gęstą krew, zapadając
Na nieznany rodzaj anemii, poprzez

Którą nie można było ich odróżnić
Od na wieki wieków zaspanych, wrednych
Marchewek. Na koniec blade i mączne
Matczyne dłonie formowały księżyc.






Maksymilian Tchoń - Walkirie. Noc ciszy








Maksymilian Tchoń urodzony w 1987 roku. Pochodzi z Tarnowa. Licencjat polonistyki UJ. Autor tomów: Opracowanie edytorskie (2015), Ars Poetica (2015), Całkowite zaćmienie (2015), Http (2015), Niecierpliwy (2013) oraz tomiku Życie jak poemat (2012). Pomysłodawca almanachu literackiego młodych - „Synekdocha (2015) oraz jeden z autorów almanachu „Aspiracje” i kajetu „Dziś będę poetą”. Publikuje również w internecie na łamach Biura Literackiego i portalu www.poema.pl. Pasjonuje się muzyką, sportem, turystyką górską oraz dobrą książką.



I
kinkiet słońca
gołe niebo
perełka rosy na martwym policzku





II
nadstawił drugie ucho
pan Bóg od wiosny
zakwitły dni





III
odgłosy września
– spłonęły wrzosy
to już jesień duszyczko!





IV
chciałbym żebyś miała usta
Janis Joplin
pra–przyczyno



Maksymilian Tchoń.Walkirie. Noc ciszy. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016.





Grzegorz Woźny - "Landszaft"







prywatne życie aniołów


w długim zdaniu moszczę papucie w kroku spokojniejszy
spostrzegam klucze do pokoju aniołów
bardziej gotowy do snu w oniryczne katastrofy bydlęce rogi
niechby strach ostateczny popatrzył na swoją dłoń
filmowe ujęcie z oczu King Konga a kruszyna sączy wystraszoną
bieliznę
niepostrzeżenie wycierając małym palcem zabrudzone szminką
kąciki ust
żeby ten dreszcz na który we dnie nie ma czasu był
opatrunkiem kleił dziarskie piekielne poparzenia
masochistyczne złudzenie że świat tonie w cierpieniu
masz nowe wiadomości odczytać odczytać i znowu
sześćdziesiąt dziewięć wskazówek na lepsze życie
albo znacznie więcej powodów międzyludzkich
najdoskonalsza pierwsza liczba przestaje być stałą parafrazą
ku uciesze społecznej informacji tam dociera
doskonały kształt jajka w konflikcie z kulą pęka
podczas pilnej obserwacji Andrzeja siedzącego na progu
trzyschodka w Głuszycy
ten ma dopiero palec mały serdeczny

i krwawiący kciuk od obgryzania paznokcia
materiały dydaktyczne krążą od ręki do ręki
wiedza z tabeli piękna i mądra jak studium wiru Leonarda
maszyny hydrauliczne pękają podobne komarom wyciśniętym z ręki
ssące rozlewiska starszych słuchaczy studiów uniwersyteckich



niebo


wskazując palcem nie widzę obcego
jak chrust przynosi z dalekiego lasu
a żart w ustach zmęczył go szukając
w powtórkach na przyjemne spotkanie
to na ciebie patrzę z wycinanek
i znam precyzyjne zagięcia
aby wzór równomierny pomnożył
odbicia jak ta gałąź
sucho rozmienia ogień
nie podaję ręki zieleni
bo mleczne drzewo bez liści
rośnie w czystym strumieniu
w najdalszym środku nocy



słowa do melodii


niewidzialny poszedłby
za mną gdziekolwiek jesteś
gdziekolwiek poszłaś
zanurzyłby czy wśliznął
ostrą dłoń w jej dłonie
a potem ostrą dłoń
w koronki królowej
niepomarszczonej i niezmiętej
wielce pani panującej
medal chcę nowy medal
w jego imieniu jak wuj
mój dziadek pokrzyżowany
virtuti za ręce
potem niewidzialny
spytałby o migawki
jak biegną skrawki równowagi



lokaj


szal na biegunach
w białe liście
haft bieliźniany
cypry karaiby
samochód
jak na ulicy swędem
cudze słowa
ze wszystkich naczyń
po kucyku po kucyku
zamknięty oddech
świeży czy nie
od tej strony
na grzędzie
ogryzki
wypowiedzi



***
róże kręgle
potoczyste panie
cyranki goździki
farbą w pionie
akwarelą
w doniczkach
chwilowe wianki
budzące królowanie
przy drzewach krzakach rynnach
bielących zwiotczałe gałązki
styropianu
wnet kobieta
myje głowę
za grosz dla niej
nachalna bielizna
rumian
drżąco rozczesywany
serdecznymi opuszkami
w niej chleb zieleni się
kakao
tam krągły garncarz
poklepuje wianki
oliwa sączy
wolno wysycha
tylko na słowo
nadający się kolor



WOŹNY Grzegorz. Landszaft. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2010. -250 s.




Artur Mika - "Belles lettres"
      


Artur Mika. Urodzony. Zamieszkały. Zawsze wchodzi „wyjściem” i wychodzi
„wejściem”. W dorobku posiada notkę biograficzną. Niezliczone nagrody w konkursach poetyckich plasują go w czołówce trwającego wyścigu „Tour de Poesie”. Wzbudza tym zrozumiałą konsternację u poetów-rywali. Znakomity rocznik '83. Publikował utwory literackie i dziennikarskie m.in. w „Twórczości”, „Frondzie”, „[fo:pa]”, „Rita Baum”,
„Pro Arte”, „Undergrunt”, „Kartkach”, „Alejach 3”, w prasie studenckiej oraz w antologii
„By widzieć za siebie”. Jego wiersze zostały przetłumaczone na wszystkie wymarłe języki. „Belles lettres” to poetycki debiut książkowy autora.


Kilka wierszy z wydanego tomu:


***
Podróż Twoich ust
Wąską ścieżką słowa
W stronę moich skroni.
Spoglądasz na mnie
Zza własnych oczu.
Śpiewa w nich chór
Szczęśliwych dni.


***
Widzę Cię na nowo.
W przebraniu z pocałunków.


***
Minione odbicia
Pozostały w lustrach.


***
Milczeniem
Dajesz mi słowo.


***
Trzymając się za ręce,
We dwoje
Powoli odejdźmy od słów.


***
Dotykam Cię
Czułkami liter w wierszu.
Chcę odkryć co oznaczasz.


***
Mieszkam w przytułku
Twoich objęć.
Dwie cisze stąd.


Artur Mika. Belles lettres. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2012




Katarzyna Łatka - "W zakamarkach twoich dłoni"








Myślałam, że wystarczy nauczyć się alfabetu.

Potem wpadłam w jego środek.

A teraz niesie mnie przez siebie w nieskończoność słów.







Zakład

Założyłam się z księżycem,
że ten czarny las w oddali,
dotknę palcem prawej ręki,
w chwilę później się zapali.
Patrzył na mnie, na wariatkę,
z gębą roześmianą wielce.
- Znów mi przyszło iść w zakłady
i zakładać się z szaleńcem!
Księżyc pewny swej wygranej
wyczekiwał mojej klęski.
Wtem zobaczył na mej twarzy,
uśmiech jasny i zwycięski.
Bo nad lasem, bladą łuną,
rozpoczęło się ognisko.
Słońce wschodząc majestatem,
rozpalało sobą wszystko!
Przebierały się pożary,
księżyc uciekł przerażony,
a ja idę w stronę lasu
w wiatr gorący i czerwony...




A ja znikam

Stałam się wodą i popłynęłam.
Stałam się słowem z ust wyszeptanym.
Stałam się wiatrem, wszystko rozwiałam
i piaskiem jestem gdzieś rozsypanym.

Przeszłam, przebrzmiałam, cała się zmyłam
i spadłam z drzewa liściem jesiennym.
Jestem gdzieś w chmurach, przez mgłę przenikam,
jestem pogłoską, duchem bezsennym.

I tak jak chciałeś, w ogóle mnie nie ma.
Może jedynie na bruku cieniem,
co wolno znika, milcząc uparcie,
odprowadzony Twoim spojrzeniem.




Cztery pory roku

Jesiennym porankiem,
liści szelestem,
słyszysz ?Już jestem!

I chłodem zimowym,
śniegiem co prószy,
czujesz? Lód kruszę!

Kolorami wiosny,
tęczą na niebie,
widzisz? Dla ciebie!

I lata gorącem
i gdy jest ciemno-
bądź tylko ze mną!




Katarzyna Łatka. "W zakamarkach twoich dłoni". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2012




Zofia Bałdyga - Współgłoski



Zofia Bałdyga, 1987, Warszawa. Autorka tomiku „Passe-partout” (2006). Uczestniczka poetycko-muzycznego projektu Elektroliryka. Studiuje bohemistykę. Jej wiersze przełożone zostały na czeski, szwedzki i ukraiński. Prowadzi stronę autorską w serwisie www.literackie.pl. Mieszka w Warszawie.


W maju 2010 roku Wydawnictwo MaMiKo wydało "Współgłoski".



Kilka wierszy z wydanego tomu.


(lekcja)

Ile funkcji ma język? Przeżywamy palcami, odrastając.
Dwadzieścia lat temu nie zajmowałam się niczym konkretnym.
Teraz nie chcą wybaczać, bohaterowie nie kleją się na ślinę.
Szczegóły opadły, resztki zostały w kącikach.

Chcę mieścić się w garści, grać w niebieski teatr
o którym gatunki i rodzaje pisały obraz na idealne podobieństwo.
One też tylko powtarzały: że jest.



(zaświeć)

M.

A ty, chciałbyś być metaforą?

Jeśli jestem zadzwonię i zaśpiewam wierszem
bo wiersz ukrywa więcej.
Upada daleko. W wybrane powietrze.
Bez mimiki, maski, makijażu.

Zostanę modelką, bo modelki nie mówią.




(osobisty dowód)

Jesteś pierwszym wersem.
Wciąż wracam goniąc.
Ani duże
ani małe słowa.
Jeśli pytasz o rodzaj może
rozdarta w poszukiwaniu skóra.

Widziane od środka:
rozdarte poszukiwaniem góry, doliny
na końcu języka nie różnią się niczym.




(weź mnie w nawias)

Zaczynam cię od cytatu, świadoma.
Poczuję tyle, ile umiem napisać.
Język jest szorstki i głęboko sięga.
Zaznacza obecność. Boli tylko trochę.
Trochę nie da się opowiedzieć.
Negocjacje znaczeń odbędą się w sali lustrzanej.




( tekst na inną okazję)

Kobieta w ciąży jest pauzą. To nie tylko przypadek.
Przejście na kolejną stronę.

Nie używając słów, obfituję w szczegóły.
Cztery szminki i osiem zapalniczek.
Dwa ślady ugryzień między kartkami książki
której nie napiszę, bo była zadana do domu
zmyślona na miejscu.

Kobieta w ciąży zbiera piasek na czarną godzinę
i chowa go w muszlach. Przesypuje czas.
Opowiada dom szeptem w tak niewygodnej dla mnie pozycji.



Zofia Bałdyga "Współgłoski". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska)
ISBN 978-83-60224-53-3









Ryszard Chłopek - "Legendy schodzą z pomników"





– (ur. 1979) poeta, prozaik, krytyk literacki. Publikował w min.: „Opcjach”, „Śląsku”, „Megalopolis” „Ha!arcie”, „Nowym Wieku”, „Pro Arte”, „Autografie”, „Kursywie”, oraz antologii W swoją stronę. Redaktor „ARTylerii”, autor tomiku Wieczna ospa (Kraków 2002). Mieszka w Gliwicach.


Wiersze z wydanego tomu




Krzysztof Kamil Baczyński rozmawia z Filippo Tommaso Marinettim na temat wolności jednostki


Na ulicy kałuża, na ręce zegarek, na około dom. Ten z ciepłem
żony zsuwającej szlafrok, ledwie syn usnął. Wiatr kołysze latarniami
jak drzewami w lesie. Jesteś niczym powstaniec. Kładziesz się
na jezdni, na ziemi, na kobiecie i pełzniesz, i czekasz,
i wiesz.



Coś mruczy po twojej stronie;
a Bóg jest cierpliwy jak wędkarz
wygrzebujący o świcie robaki.
Wynosi cię ponad innymi.



Czyż musi być w tym jakiś haczyk.




Biskup polowy Leszek Sławój Głódź wyjaśnia, że Chrystus chętnie poszedłby do wojska, gdyby nie to, iż w jego czasach bogiem wojny był Mars


Kiedy Jozue przybył nad brzeg rzeki,
smutne spojrzenie rozdarł na dwa nurty,
bo nie chciał wojny, był Boga człowiekiem,
na tyle słabym, że wsparł się o burtę



jednej z tych łodzi, co siadły na piachu,
na dzień czekały, który z krzykiem rogów
obali Jerych i ocali Rachab,
tak duch ratuje tych, co zdradzą swoich.



I jeśli anioł wśród świateł pustyni
miecz wzniesie w górę, w gorącym powietrzu
świat zadygocze, trzymaj jednej sprawy,
która jak pocisk wytyczy ci drogę.



Bo nie ma klęski większej niż wahanie,
gdy jak Jozue dzielisz na dwa nurty
swoje spojrzenie, a łodzie czekają,
kiedyś przemienisz je w rybackie kutry.



(A kiedy szatan przybył nad brzeg rzeki
i prosił Boga, by zatrzymał słowo,
Bóg odpowiedział mu właśnie bombami,
które podstępem wrzucił mu pod ogon).




Ian Curtis jedzie do Paryża na spotkanie z Jimem Morrisonem, chcą porzucić mikrofony i założyć hodowlę świń w stanie Alabama


Świat nigdy nie miał tego dynamizmu, o który go posądzano.
Podsądny wolał raczej czaić się gdzieś na uboczu
i aż po sądny dzień nie rzucać się w oczy. Oczywiście
są rozmiary, których nie da się ukryć, choć podobno
najtrudniej znaleźć to, co samo podchodzi pod ręce i stopy.



Pociąg ciągnie się po kręgosłupie torów. Wokół
panuje nienaturalny spokój, jakby jakieś mięso
psuło się za wzgórzem.



To gniją nasze czasy – krzyknąłem – bezlitośnie.
Pasażerowie uśmiechnęli się jakby przekazywali
sobie, że to się przecież zdarza.



Tak, bo to się zdarza. 7.33. Pociąg ciągnie
się. Na żebrach drugiego toru huśtają się



dzieci.




Amerigo Vespucci zaczyna rozumieć, że Krzysztof Kolumb się mylił


Drzewo w podwórzu chyli się ku ścianom. Jakby pod
ciężarem liści. Ich jest dużo, dużo i więcej. Z każdym
dniem przybywa. Trwa wiosna.



Na podwórze wchodzi mężczyzna. Kołysze się jak wagonik
kolejki linowej, ale idzie prosto. Przystaje. Rozgląda się w miejscu,
gdzie kiedyś była trawa. On był tu, pamięta zapach deszczu
na rozmiękłej ziemi. Kwiaty pod trzepakiem i kwiaty na oknach,
które podlewała niemłoda kobieta.



Jej już tutaj nie ma. Mężczyzna przykłada ucho do ściany.
Zamiera. Poszczerbiony tynk zaczyna mu szeptać jego własnym
głosem.





Duch Rafała Wojaczka wychodzi przez okno, usiłując uciec przed pijanym Krzysztofem Siwczykiem


Czasem trzeba być ślepym, żeby dostrzec.
Weźmy kolory zapachów, kształt idei albo
człowieka. Jak w szumach i trzaskach powoli
przechodzi. I jak rozbrzmiewa, kiedy go już
nie ma. Trzeba być głuchym, by usłyszeć nagle
tę ogromną ciszę nad dachami miasta, gdzie
nie jestem obrazem, nie jestem sztandarem,
ale kosmykiem nerwów spadającym z nieba.





Gall Anonim dowiaduje się, że żadna szanująca się redakcja nie przyjmuje anonimów, i zaczyna rozumieć, że stał się pierwszą w Polsce ofiarą piractwa


Marcie

i na mnie też możesz spojrzeć jak przez okno, na zwinięty
w porę papirus powietrza, bo mnie też może tu nie być
(przynajmniej w sensie optycznym), a możesz beze mnie
się dusić (choć w sensie optycznym nadal nic się nie zmieni)



bo brak możliwości nie jest brakiem mocy, bo czy gdy się
modlisz to rozmawiasz z Bogiem lub czy gdy jedziesz
traktem to faktycznie oswajasz przestrzeń; czy
zostawiasz za sobą cokolwiek, czy spotykasz raczej coś
nowego




Jacek Ostrowski - Paradoks







"Paradoks" to kolejna książka Jacka Ostrowskiego i jak zwykle będzie budzić skrajne emocje. Jest to opowieść o zbrodni i karze. Temat stary jak Świat, ale tym razem przedstawiono go wtapiając w akcję w realia dzisiejszych czasów. Autor za jedynym zamachem wbija kij w kilka mrowisk, ale wszystko to łączy w jednej spójnej opowieści o człowieku. Tak jak w "IPN", czy "Polskim pieskim życiu" porusza tematy pierwszych stron gazet, lecz tym razem sam zajmuje bardzo wyraziste stanowisko.






ROZDZIAŁ I


Historia nasza bierze swój początek w świętym mieście wielkich religii... w Jerozolimie. Był to bodajże dwunastego sierpnia. Na pewno był wtedy straszny upał, na niebie żadnych chmurek - tylko pionowo nad głowami ostre tropikalne słońce. Żar lał się z nieba, męcząc pielgrzymów w równym stopniu, jak i mieszkańców. Na jednym z podrzędnych przystanków, pod starą pamiętającą czasy żydowskich proroków oliwką, stał młody mężczyzna o bardzo ciemnej karnacji skóry. Nie wyglądał na typowego wyznawcę judaizmu, raczej na przedstawiciela nacji za wielkim murem. Wielki mur kojarzy się wszystkim z Chinami, ewentualnie z Berlinem, ale nic bardziej mylnego. Tu na Ziemi Świętej wielki betonowy mur opasa Jerozolimę. Odgradza ludność rdzenną od bardziej rdzennej. Jest murem niezgody, a jednocześnie murem spokoju, na dzień dzisiejszy jedynym rozsądnym rozwiązaniem...
Mężczyzna wyglądał podejrzanie. Rozglądał się nerwowo, ale to w tym rejonie nie było aż tak dziwne. Dziwna była jego gruba kamizelka. Kamizelka w upał? Dziwne, nawet bardzo dziwne.
Przystanek zapełnia się oczekującymi. Już jest około dziesięciu osób, jest kobieta w ciąży, jest kilkunastoletni chłopiec, jest ortodoksyjny Żyd ze swoimi charakterystycznymi pejsami i czarnym, jakby żałobnym strojem. Widać też kilku turystów. Ubrani są w krótkie spodenki, objuczeni sprzętem fotograficznym i butelkami z wodą. Stoją i rozglądają się ciekawie wokoło. Chyba to Amerykanie, bowiem z obcisłych szortów wypływają góry tłuszczu, owoc działań dzielnego wujka McDonald’sa. W innym miejscu byłaby to dziwna mieszanina nacji i stylów, ale nie tu. Tu jest to typowy obrazek. Stoją w milczeniu i jedynie kątem oka obserwują siebie nawzajem. Młody człowiek w kamizelce jako jedyny wykazuje duże ożywienie, przechadza się nerwowo i z niepokojem wypatruje autobusu. Jego zachowanie wzbudza zainteresowanie pozostałych.
- Zobacz kochanie tego Araba - szepnęła do swojego towarzysza w beżowym przewiewnym garniturze niewysoka, może czterdziestoletnia Amerykanka, w dużym szarym kapeluszu na głowie, w niebieskiej bluzce i białych szortach. - Nie uważasz, że wygląda podejrzanie?
Mężczyzna spogląda uważniej na młodzieńca.
- Masz rację - przytaknął. - Po co mu ta gruba kamizelka? Przecież w tym upale to można zdechnąć, a on tak ubrany.
- Może to terrorysta? - kobieta dosłownie świdrowała wzrokiem obiekt swoich obserwacji.
On czuje to i jeszcze bardziej nerwowo przechadza się wzdłuż krawężnika.
- John! - kobieta wskazała palcem. - on ma jakieś kable pod tą kamizelką. On ma bombę!
- Jaką bombę? - mężczyzna coraz nachalniej wpatrywał się w młodzieńca. - Co ty pleciesz?
Słowo bomba spowodowało pewne zamieszanie w grupce oczekujących. Wszyscy jak na komendę wbili wzrok w jedną osobę - w osobnika w kamizelce. On widząc to zatrzymał się i spojrzał na nich dziwnym wzrokiem. Wolno podszedł do najbliżej stojących Amerykanów i rozchylił kamizelkę. Na jej wewnętrznej stronie w doszytych kieszeniach umocowane były dwa rzędy lasek dynamitu i zwoje kabli. Na wysokości serca na zielonym kablu wisiał wyłącznik, przypominający te montowane przy lampkach nocnych. Mężczyzna prawą ręką chwycił go i zacisnął w dłoni. Widać było, że przez ten jeden moment poczuł się panem życia i śmierci grupki tych ludzi.
- Jestem wojownikiem Allacha - wyrecytował nienagannym angielskim. - Wasza śmierć będzie dla mnie przepustką do wieczności. Wszyscy zginiecie, a ja pójdę do swego Pana, do Ogrodów Szczęśliwości.
- My jesteśmy tylko turystami! - krzyczy kobieta i wyciąga rękę w błagalnym geście. - Oszczędź nas, błagam! My nic nie mamy do waszego Allacha!
- Zamknij się niewierna, przestań bluźnić przeciw Stwórcy. - przez twarz mężczyzny przechodzi grymas nienawiści. Wciska trzymany w dłoni przycisk i potworny błysk rozświetla wszystko w promieniu kilkunastu metrów. Nastaje ciemność.


- Gdzie ja jestem? Czemu nic nie widzę, tylko gęstą mgłę? Zaraz, zaraz… może ja śnię? Może to tylko dziwny sen, dziwny chory sen? Panie mój, oszczędź mi tego, ja jestem tylko Twoim wiernym sługą. Zaraz, niech sobie przypomnę, przecież pamiętam, tak, pamiętam ten przystanek. Miałem dostać się do zatłoczonego autobusu i zabić jak najwięcej niewiernych. Nie udało się, niewierni za wcześnie zauważyli moją bombę. Panie przebacz mi, że nie wywiązałem się z zadania. Panie, wiem, że spotka mnie za to surowa kara i jestem gotowy ją przyjąć. Wiem, że zawiniłem - dałem się zdemaskować.
- Hassanie, dlaczego? - zabrzmiał dziwny nienaturalny głos. - Dlaczego?
- Panie, przemówiłeś do mnie, do niegodnego Twego sługi, dzięki Ci!
- Hassanie, dlaczego?
- Co dlaczego, mój Panie? Nie rozumiem?
- Nie jestem Panem, jestem jego sługą i ja mam podjąć decyzję, co zrobić z Tobą. - głos wyraźnie zdenerwował się. - Pan nasz płacze nad wami, głupcami, którzy przelewają morze krwi niby w jego imieniu. On nigdy nie każe przelewać krwi niewinnych. On kocha wszystkich ludzi bez względu na wyznanie. Przecież jest jeden Bóg i chcąc nie chcąc wszyscy się do niego modlą. Jakim prawem podszywacie się pod niego? Jakim prawem wymierzacie za niego sprawiedliwość? Przecież w Koranie jest napisane, że Bóg jest Miłosierny i Litościwy. Czemu o tym nie pamiętacie? Wielki jest Jego gniew na was i kara będzie surowa. Ten, kto odbiera życie innym jest potępiony w dwójnasób.
- Panie, ale to byli niewierni. Nasi duchowni wciąż nam mówili, że należy zabijać niewiernych.
- Hassanie skończyłeś Harward i to jako jeden z najlepszych, więc powinieneś sam ocenić to, co mówią wasi duchowni. Dla ciebie nie ma wytłumaczenia, byłeś człowiekiem inteligentnym i nie mógł ci żaden prymitywny przywódca duchowy zmienić światopoglądu. Chciałeś zabijać i zabiłeś. Zabiłeś sześć osób i dwie ciężko raniłeś. Musisz ponieść konsekwencje swojego czynu i je poniesiesz. Nie wiem, jaka będzie kara, muszę to wszystko przeanalizować.
- Panie, ale ja naprawdę w to wierzyłem, robiłem to dla Niego, dla Jego chwały.
- Hassanie, dlaczego nie wybrałeś innej ścieżki? Dlaczego?
- Jakiej ścieżki? Nie rozumiem?
- Mogłeś pomagać biednym. Mogłeś starać się wykorzenić nienawiść, siać dobro jak każe Koran. W ogóle, to czytałeś Koran?
- Panie znałem go prawie na pamięć. To przecież Święta Księga, każdy z nas musi go znać.
- No właśnie dobrze powiedziałeś… musi.
- Tak panie!
- Nie, każdy z was powinien go zrozumieć, a nie bezmyślnie przeczytać. Gdybyś chciał go zrozumieć, wtedy cieszyłbyś się z lektury każdego słowa, każde byś analizował, myślał o jego znaczeniu. Koran jest mądrym dziełem, ale dla mądrych ludzi, dla ludzi myślących. Taki jak ty, absolwent dobrej uczelni, powinien sam interpretować słowa naszego Pana, a nie słuchać interpretacji często niedouczonych duchownych. Światem rządzi polityka i ona nagina religie dla swoich potrzeb. Pan nasz jest zły na ludzi, że wykorzystują jego autorytet dla własnych korzyści. Podszywają się pod znajomych Boga, żeby siać strach i wywoływać wojny. Będziecie za to rozliczeni, wszyscy tu wcześniej czy później trafią. Ja i moi współpracownicy rozliczamy tu wszystkich od papieży po zwykłych robotników. Inne stosujemy kryteria dla każdego, albowiem nasz sąd jest sprawiedliwy.
- Panie, skoro są tu papieże to znaczy, to jeszcze jeden dowód, że Allach jest jedyny.
- Głupcze! - głos zdenerwował się. - przecież gdybyś przeczytał uważnie Koran i orientował się chociaż trochę w religii tych, których zabiłeś, to wiedziałbyś, że to jeden i ten sam Bóg. Przecież prorocy katolików są waszymi prorokami. Nawet Jezus jest prorokiem Islamu. Ty, tak wykształcony, jak mogłeś tak oślepnąć? Dlaczego ty?
- Ja już nic nie rozumiem.
- Nie rozumiesz? - głos wyraził zdenerwowanie. - Co to byłby za Bóg, który kazałby mordować ludzi tylko dlatego, że go nie znają. Tak Hassanie, tylko dlatego, że go nie znają. Skąd ma wiedzieć dziecko niewierzącego, że Bóg istnieje? Kto ma mu o tym powiedzieć? Zresztą i ci niewierzący w duchu wierzą, oni się do tego nie przyznają, ale wierzą w siłę nadprzyrodzoną, czyli w Boga. Nieważna jest nazwa, nazwa to wymysł człowieka, żeby móc Boga zidentyfikować, określić. Bóg nie ma nazwy.
- Gdyby nie to, że tu jestem pomyślałbym, że to bluźnierstwo - szepnął mężczyzna.
- Dlaczego odrzucałeś to, co ci podsuwał rozum? Przecież wiemy, że często myślałeś o Nim i myślałeś jak rozsądny człowiek. Twoje myśli cieszyły Pana, ale nagle to wszystko zmieniło się, odkręciło w zupełnie złym kierunku. Tak jakbyś zatrzasnął wielkie wrota rozumu i oddał się ciemnocie. Dlaczego?
- Bo zabili mi rodziców? - szepnął.
- Czy ci, którzy zabili twoich rodziców, zginęli na tym przystanku?
- Nie.
- Jak ktoś ukradnie ci pieniądze, to idziesz i na ulicy okradasz kogoś innego?
- Nie, przecież to tak samo kradzież.
- No właśnie. Jak ktoś kogoś zamorduje, to nie można złapać kogokolwiek na ulicy i jego ukarać, trzeba złapać mordercę.
- Ale to byli niewierni!
- Dalej nie rozumiesz. Czy jakby ci jakiś Murzyn zabił rodziców, to ścigałbyś innego Murzyna, czy tego konkretnego?
- Konkretnego, przecież to nie jego wina, że jest czarny.
- To, dlaczego nie uznajecie tych praw dla ludzi innych wyznań? Dlaczego?
- Bo niewierni służą fałszywym Bogom!
- Oj, Hassanie nieprędko zrozumiesz moje słowa. Twoja pokuta za to zabójstwo będzie surowa, ale i kształcąca. Musisz ponownie otworzyć wrota rozumu i bezpowrotnie zatrzasnąć te od głupoty.
- Wszystko zrobię Panie byle dostać się do Ogrodów Szczęśliwości.
- Nie masz wyboru, przed wolą Pana nie uciekniesz. Myślę jednak nad karą dla ciebie, gdyż wachlarz ich jest przeogromny. Jedno jest pewne, że wrócisz na ziemię.
- Na ziemię?
- Tak Hassanie wszystko kręci się na ziemi. Ludzie od początku Świata szukają daleko tego, co jest tak blisko, tego, co jest na wyciągnięcie ręki. Rajskie Ogrody są na Ziemi i Piekło też. Wszystko zależy od tego, kiedy się urodzisz i gdzie. Twoja linia losu jest zapisana w momencie narodzin, ale od ciebie zależy, czy pójdziesz tym szlakiem, czy też skręcisz. Ty miałeś piękną linię, ale zboczyłeś z niej i wpadłeś w przepaść.
- To Rajskie Ogrody nie są wieczne?
- Wieczne? Nic nie jest wieczne oprócz naszego Pana. Chciałbyś biegać po jakiś ogrodach milion lat? Przecież uznałbyś to już po roku za karę, po kilku za przekleństwo. To ma być nagroda. Nagrodą jest wspaniałe szczęśliwe życie, udane dzieci, brak chorób i innych trosk. Spełnianie swoich najskrytszych marzeń to też element rajskiej nagrody.
- A kary? Jakie są kary?
- Kary? Różne, ale podam ci kilka przykładów. Słyszałeś o Hitlerze, tym zbrodniarzu?
- Tak.
- On został sekwoją.
- Sekwoją? Co to za kara?
- Wbrew temu, co myślisz jest to jedna z najokrutniejszych kar. Chciałbyś stać w bezruchu pięć tysięcy lat bez możliwości choćby podrapania się? Chciałbyś, żeby przez kilka tysięcy lat powoli zżerało cię robactwo? Chciałbyś stać tak gdzieś na uboczu, gdzie nic się nie dzieje? Wiesz jak wtedy czas wolno płynie? Nie śpisz, nie jesz, tylko stoisz. Czujesz zimno, czujesz wieczny głód, czujesz potrzebę oddania moczu, ale nic nie możesz. Stoisz i tylko stoisz. Modlisz się o drwala, który skróci twoje cierpienie, ale on nie nadchodzi. Mijają lata, mijają setki lat, mijają tysiące. Błagasz o siekierę, błagasz o burzę z piorunami, o cokolwiek, co skróci twoje cierpienie. Ale nic nie nadchodzi… Ta sekwoja żyje bardzo długo, musi odcierpieć za miliony istnień, to musi być kara specjalna. Powiem ci tylko, że jest kilka takich sekwoi. Jedną z nich jest Stalin. Pewnie słyszałeś o tym łotrze?
- Owszem, słyszałem. - szepcze.
- Z reguły zasada kar jest prosta. Biłeś, to będziesz bity, zabijałeś zwierzęta, to będziesz zwierzakiem, żeby poczuć swoje własne cięgi. Kradłeś, to będziesz okradany. Prześladowałeś dzieci, to ponownie urodzisz się, ale w rodzinie z agresywnym rodzicem. Przecież to jest prosta zależność. Każdy dostanie to, na co zasłużył. Wielka jest mądrość naszego Pana. Zawsze oprawca staje się ofiarą, musi poczuć ciężar kary.
- A kto jest wtedy oprawcą?
- Ci z Ogrodów Szczęśliwości, wielu zbacza ze swojej szczęśliwej ścieżki.
- To moje życie było tym Rajem?
- Tak, ale do czasu zejścia. Piękne życie było tobie przeznaczone. Miałeś zostać prezydentem, wielkim mężem stanu, ale wszystko zmarnowałeś. Wszystko legło w gruzach, kiedy podałeś po kryjomu koleżance ze studiów pewien środek.
- To nie ja!
- Przestań, zapominasz gdzie jesteś, tu nie ukryjesz prawdy, my wiemy wszystko. Ta sprawa zaważyła na wszystkim. Zszedłeś z rajskiej ścieżki i ruszyłeś tą zachwaszczoną. To był twój wybór, Hassanie.
- Czyli życie w raju nie jest proste?
- Nic nie jest proste Hassanie. Jeśli jednak będziesz się w życiu kierował sercem ono poprowadzi cię prostą drogą ku szczęśliwości. Nie powiem wiecznej, bo wieczność jakiegoś, chociażby najpiękniejszego, stanu staje się w pewnym momencie przekleństwem. Dziwi nas, że wasi duchowi przywódcy kuszą życiem wiecznym. Przecież jak człowiek dożywa stu lat, to czuje się już zmęczony, a cóż dopiero mówić o życiu dwieście, czy trzysta lat? Karmią was głupotami, robią wam wodę z mózgów i później są takie efekty.
- Nie tak sobie to wyobrażałem. - jęknął mężczyzna.
- Człowiek żyjący zgodnie z prawdziwymi naukami Boga zawsze idzie dobrą ścieżką i wciąż powraca do Rajskich Ogrodów. Wtedy może osiągnąć wieczność. Jednak jest to o tyle trudne, że nikt z was nie wie, jakie są prawdziwe nauki Boga. Co innego słyszycie w świątyniach, a co innego nieraz każe wam robić serce. Stoicie na rozdrożu i nie wiecie gdzie iść. Co jest dobre? To, co głoszą autorytety, czy to, co sami czujecie? Wielcy prorocy mieli wskazać wam prawdziwe drogi, ale ci, którzy przyszli po nich wszystko przeinaczyli. Może już czas na nowych proroków? Może czas naprostować ponownie wszystko? Może czas pozwalać z ołtarzy fałszywych bogów i półbogów?
- Nie każesz być mi sekwoją?
- Nie Hassanie będziesz ponownie człowiekiem, ale twoje życie będzie ciężkie, będzie pozbawione szczęścia i radości.
- Dam radę.
- To nie wszystko, to nie koniec pokuty. Będziesz powracał na ziemię tyle razy, aż skończy się twoja pokuta. Twoje cierpienia będą straszne, ale tylko to może odkupić twoje winy. Nie będziesz pamiętać naszej rozmowy, ale zawsze tuż przed śmiercią przyjdę do ciebie i przypomnę ci naszą dzisiejszą rozmowę.
- Jeśli jest taka wola Allacha, to jestem gotów.
- Taka jest wola Boga i niech tak będzie.









Jacek Ostrowski.Paradoks. Wydawnictwo Mamiko 2008







Piotr Barański - Komunikacje




Piotr Barański (ur.1986) Autor. Ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim. W jego poprzednich książkach, sprzed 2017 roku, nie wszystko mu się podoba i nie z każdym wierszem z nich się zgadza. Posiada stronę internetową: piotr-baranski.pl i profil na Facebooku: Piotr Barański poezja. Poza literaturą interesuje się m. in. muzyką



Ekranizacje


Przezroczysto wokół
podobizn ptaków,
widać fragmenty osiedla,
zasłoniętego
przed dźwiękiem ulicy.

Czego się nie nad stawia,
żeby nie słyszeć

Drogi, która ma głos,
Nowinę.



Techniki śledcze

Tramwaj, ktoś ze słuchawkami
wzywa palcem na przesłuchanie
płytę lub książkę.

Już na długo przed epoką smartekranów
świecono żarówką
w literaturę,
swingowano taśmy
na muzykę.



Znaki czatu

Zdjęcia niezabezpieczone kliszą.

Rozmowy, które gwarantuje
kontrakt messendżerski.

Coraz częściej potrzebujemy profili,
żeby się zobaczyć
en face.

Piotr Barański. Komunikacje. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Wojciech Brzoska -" Wiersze podejrzane "



Wojciech Brzoska- ur. w 1978 r., poeta, redaktor działu poezji w magazynie literackim „Kursywa” (http://free.art.pl/kursywa). Publikował m. in. w „Odrze”, „Kresach”, „Kwartalniku Artystycznym”, „Studium”, „FA- arcie”, „Czasie Kultury”, „Lampie i Iskrze Bożej”, „Toposie”, „Pracowni”, „Tyglu Kultury”, „Ricie Baum”, „Alternativie Plus”. Autor dwóch książek poetyckich: Blisko coraz dalej (IW „Świadectwo”, Bydgoszcz 2000) oraz Niebo nad Sosnowcem („Lampa i Iskra Boża”, Warszawa 2001), a także kilku arkuszy. Tłumaczony na język czeski. Mieszka w Sosnowcu.

e- mail: w.brzoska@wp.pl


Wiersze z "Wierszy podejrzanych:



przenikanie


różnimy się od siebie jak gąbka od kredy
ty starasz się zapomnieć
ja staram się ocalić
choć niewielki fragment Czasu
zapamiętać kształt okna
albo rysunek na okładce
leżącej obok książki

na pewno nie wiesz
że kiedyś się spotkamy
wynajmiemy wtedy mały pokój na rogu ulicy
i będziemy udawać Szczęście

po paru miesiącach
to ja będę pił kolejnego drinka
a ty może wreszcie namalujesz
swój pierwszy w życiu obraz





cienie, postępy


zrobiło mu się łyso
już na zdumiewający widok jej
nowej fryzury, a potem jeszcze
bardziej kiedy na powitanie chciała

go jakby z rozpędu
pocałować w policzek, a on
zastygł nagle w głupim natarciu,
w głupim rozdarciu pozostawiając tylko

samą dłoń. podczas rozmowy
wciąż podziwiał kształtny owal jej
czaszki, a zamiast słów
coraz częściej słyszał jak


jeżą się jego długie włosy.
w drodze powrotnej poprowadziły ich
cienie, więc zrozumiał jak chciał, że
jednak WSZYSTKO JEST PRZED NIM,


bo przecież przynajmniej ich
głowy doskonale się do siebie
dopasowały.







drugi oddech


lodowate spojrzenia w uśpionym autobusie
wymieniamy na przypadkowe gesty. latem
w mieście poezja maluje się na brudnych
przystankach, gdzie publikując swoje

wiersze uczą się cierpliwości młodzi
anarchiści, gdy tymczasem w środku
zimy w obronę bierze nas stary
mróz, który kradnąc gorące oddechy

rzeźbi na szybach kryształowe
ornamenty ze słów. one właśnie
zakwitają językami liści, szronem
topniejących snów!






dwie połówki tego samego wiersza
czyli ty pójdziesz górą a ja doliną
(albo odwrotnie)


ach, cóż to za strata kiedy się jest, przepraszam, kiedy
się było jak dwie połówki tego samego wiersza młodego
wciąż wieszcza, ach podkreślam: podkreślam jedną,
a ona drugą wierząc, że różnimy się dokładnie tak,

jak bardzo się trzeba poróżnić, by móc się podobnie
połączyć i przetrwać, a potem już wiedzieć, że jednak
niestety nie różniło się w sam raz, żeby napisać choć jeden
wiersz wspólny, tylko co najwyżej podkreślić połówki

cudzego i błędnie to zinterpretować, a przecież można
było już wtedy się domyślić, że niedługo jedno z nas
pójdzie górą, a drugie doliną i wymazać wszystko,
podkreślam: z pamięci wszystko wymazać zawczasu.




uśmiech losu


skrzyżowanie korytarzy, bo przecież nie dróg,
które dawno temu rozeszły się w swoje strony.
mignięcie twarzy, parę sekund przerwy
(bo skoro już jest to trzeba chociaż powiedzieć „cześć”)

to było „cześć” plus ten jej lekko zawstydzony
uśmiech, który do tej pory znałem właściwie tylko
ze zdjęć. przez moment chciałem nawet zawrócić,
ale nagle poczułem się obco prawie jak

jakiś obcy fotograf, do którego trzeba się
znajomo uśmiechnąć, żeby dobrze WYPAŚĆ.
wtedy właśnie pomyślałem, że i tym razem znowu
jej się udało. przez całą drogę powrotną uśmiechałem się

już tylko do siebie.






Joanna Lasocka - "Wiersze przedwczesne"








Joanna Lasocka – ur. 10.08.1994 w Świdnicy, absolwentka I st. Państwowej Szkoły Muzycznej im. L. Różyckiego w Świdnicy, obecnie uczennica klasy maturalnej o profilu biologiczno-chemicznym świdnickiego I Liceum Ogólnokształcącego im. J. Kasprowicza. W życiu codziennym łączy miłość do muzyki i poezji z zafascynowaniem naukami ścisłymi i medycyną. Nagrodzona wyróżnieniem w II poetyckim Konkursie Na Debiut Literacki organizowanym przez MDK Krzyki we Wrocławiu (2012).




Bal demaskujący

Gdy wszyscy chaotycznie
przestępują z nogi na
nogę
w kółku
jakby w rytm codziennych
zajęć

My z uśmiechem
prosimy do tańca
siebie nawzajem
2010



Poniewczasie

zapominamy
dzieciństwo
zapomniałam
dlaczego od dawna
nie przytulam się
do nikogo
bo już nie można mnie objąć jak dziecko
i wciąż zbyt wcześnie
by tak, jak kobietę
2010



Teoria egocentryczna

Zwijam się w kulkę
pod kocem
z każdym dniem coraz mniejsza

może kiedyś
uda mi się wniknąć
do swojego wnętrza
2010


Joanna LASOCKA. Wiersze przedwczesne. Nowa Ruda : Mamiko, 2012




Dagmara Babiarz - "Podróż za kilka zielonych"



Dagmara Babiarz – urodziła się w Rzeszowie, część życia spędziła w Warszawie, teraz mieszka w Nowym Jorku. Jeszcze nie na stałe. Oprócz ukończonych kierunków studiów jak filologia polska i resocjalizacja ma za sobą wiele zaledwie tkniętych : np. ekonomika, czy dziennikarstwo, geografia nawet . Obok prac umysłowych jak nauczycielstwo i dziennikarstwo, jak praca w domu dziecka czy w wydawnictwie książkowym ma na swoim koncie wiele prac fizycznych – w lesie, w browarze, w sklepie, w hospicjum i kilka takich, o których wspominać się nie chce chociaż trudno się ich wstydzić.
Mimo wielu zainteresowań pospolitych jak dobry film, teatr czy książka ma niesłabnący pociąg do wypadów alpinistycznych, ekscesów nurkowych, akrobacji paralotniarskich, wysiłków off- roadowych i wszystkiego tego, co powoduje, że życie nabiera innych kształtów niż te codzienne.
Fascynują ją inne kultury i społeczności – ich życie, religie, tradycje, zwyczaje. Aby je poznać – podróżuje. Podróże nadają sens temu co robi, a dzielenie się wrażeniami – sens podróżom. Dlatego o tym pisze. W 2007 roku ukazała się nakładem
wydawnictwa Mamiko jej debiutancka książka "Otwórz oczy" - opisy podróży i
obyczajów ludzi mieszkających w najodleglejszych zakątkach świata.


Fragment książki Dagmary Babiarz - "Podróż za kilka zielonych"


Carpe diem – Kalifornia
       Dziewięć na dziesięć osób zapytanych gdzie chciałoby skierować pierwsze kroki po przybyciu do USA odpowie bez namysłu „Kalofornia” Jedna na dziesięć zapytanych osób odpowie „Kalifornia” po namyśle. Nie jest prawdą, że ten stan jest najpiękniejszy. W USA każdy stan ma coś wartego zobaczenia. Jedynego w swoim rodzaju. Ale Kalifornia jest najbardziej różnorodna geograficznie i klimatycznie, trzecia pod względem wielkości i najludniejsza. Zamieszkuje ją niewiele mniej ludzi niż Polskę (35 mln) i to nie bez powodu. Ludzie chcą tu mieszkać. I wiedzą co robią.
       Na wyobraźnię działa wiele. Gubernatorem stanu jest Arnold Schwarzenegger, największym miastem jest Los Angeles. W Kalifornii jest Hollywood, Dolina Śmierci, Golden Gate, Dolina Krzemowa, Alcatraz, Malibu, Beverly Hills...można by tak wymieniać. Sama historia stanu też jest baśniowa. Ziemie należały do Meksyku kiedy USA odbiły je zbrojnie. Ale wypłaciły Meksykowi 25 mln dolarów odstępnego. Dobrowolnie. Prawdopodobnie tylko dlatego, że Amerykanie wiedzieli o złożach złota ukrytych na tych terenach. I rzeczywiście – wkrótce odkryto kruszec i ruszyła tu lawina spragnionych bogactwa. To wpłynęło na przyszłość stanu i wydatnie przyczyniło się do szalonego rozwoju regionu.
Dziś Kalifornia jest tak bogata, że będąc samodzielnym państwem byłaby w pierwszej dziesiątce światowych potęg. Zawdzięcza to wydobyciu złota, produkcji rolnej, przemysłowi elektronicznemu i oczywiście filmowemu. Oraz turystyce. Równocześnie świadomość, że w razie trzęsienia ziemi połowa stanu może zostać zepchnięta do Pacyfiku wyrobiła w mieszkańcach umiejętność doceniania dnia dzisiejszego.

Redwood National Park
       – Wiesz ile tu kosztuje drewno? – pytam retorycznie, bo skąd ma wiedzieć jeśli nie wchodziła ze mną do środka – prawie 6 dolców!
Dwa razy więcej niż normalnie. Złodzieje.
Gośka nie wytrzymuje i wychodzi z samochodu. Wjechałyśmy do tego miasteczka (Klamath) tylko dlatego, że pierwszy raz w życiu zobaczyłam miasto ogrodzone siatką. Jak jakiś... ogród. Tyle, że miejscowość nie ma nic z ogrodowego uroku. Jeden sklep, jedna stacja, kilka odrapanych domków typu barak drzewny. Zmierzcha więc może to jeszcze odbiera naturalne ciepło miejsca? Ceny mnie wkurzają. Drogo jak nie wiem co, a wybór żaden...
– Kupić to drewno? Nie wiadomo czy coś się potem trafi, a zimno się robi jak diabli...
Zanim jednak podjęłyśmy tę strasznie ważną decyzję czy wydać po 3 dolce na łebka za wiązkę, zaczepia nas Frank. Ona nam załatwi drzewko. Za jakieś pół godziny. I za jakieś 20 zielonych, ale cały bagażnik. Myśl, że my nie mamy bagażnika i trzeba będzie to drzewo umieścić gdzieś pomiędzy plecakami, a prowiantem i z nim potem spać, jakoś mnie nie martwi.
Sprzedawca patrzy na nas z nienawiścią. Dobrze mu tak. Zdzierca.
...
       Redwood National Park, ponad 110 akrów lasów ciągnących się wzdłuż wybrzeży północnej części Kalifornii, wart jest zobaczenia z kilku powodów. Z powodu Indian, z powodu drzew i z powodu położenia.
       Indianie wielu szczepów zamieszkiwali te ziemie (Tolowa, Yurko i Chilula) od tysięcy lat, a do czasów współczesnych przetrwały o nich legendy, liczne tu rezerwaty indiańskie z coraz mniej licznymi mieszkańcami oraz słynne canoe indiańskie robione z Czerwonego Drzewa. Jakkolwiek okres świetności plemion indiańskich dawno minął – warto się wybrać w te tereny, by poznać Indian, pooglądać warunki w jakich mieszkają, zaznajomić się z ich krwawą historią. Jest to też rejon, w którym można kupić autentyczne, indiańskie wyroby, ozdoby, ubrania...Szczególnie godne polecenia jest otoczenie rzeki Klamath i ten właśnie rezerwat. I to nie ze względu na egzotykę życia współczesnych synów tej ziemi, ale ze względu na realizm egzystencji.
...
– No przecież widzisz, że jest napisane „full”!
– To co chcesz wracać przez ten las?
W życiu! Właśnie przejechałyśmy po nocy drogą wołającą o pomstę do nieba. Ani znaku, ani człowieka, jedynie oczy jakichś jelonków przy drodze.
Nienawidzimy jelonków przy drodze. Zwłaszcza nocą, gdy pada, jest ślisko, a my ledwo żyjemy w poszukiwaniu noclegu. A tu full.
– Może...
– Na pewno nie będę spać przy drodze – wybij sobie z łepetyny.
– No to o robimy?
No właśnie – co robić w sytuacji gdy przyjeżdżamy prawie o północy do jedynego w okolicy kempingu, leje, zimno i wstrętnie, a tu full. Znaczy nie ma miejsc. Inni byli szybsi, lepsi, pierwsi, a ty biedaku coś teraz wymyśl...
...
       Redwood National Park leżący w północnej części Kalifornii swoją nazwę i sławę zawdzięcza właśnie drzewom zwanym redwoods. To rodzina, do której należą znane wszystkim największe na świecie sekwoje (giant sequoia) oraz czerwone drzewa ( coast redwoods), które są na świecie najwyższe. W tym miejscu właśnie te najwyższe na świecie czerwone drzewa zwane popularnie redwoods są atrakcją. Występują już tylko tutaj, oraz częściowo w Oregonie, żyją ok.2 tys. lat, ważą do 730 tys. kg., osiągają średnio wysokość 111, a objętość ponad 6 metrów. Prawdziwy rekordzista w tym względzie to Tall Tree – ma 600 lat, mierzy 122 metry i wciąż rośnie!
       Tak jak i Indianie tak i redwoods zostały przetrzebione na tyle, by aktualnie chronić nieliczne miejsca ich występowania. Przygoda z najciekawszym lasem świata zaczyna się po wjeździe na teren Kalifornii od północy drogą numer 101 mniej więcej w miejscowości Crescent City kończy w miejscowości Trinidad. Przejeżdżając ten odcinek drogi, a zbaczając z niej jedynie za znakami – zobaczyć można wszystko, co najważniejsze. Fakt, że miejsce leży w oddaleniu od głównych atrakcji turystycznych i z dala od głównych szos czyni miejsce nieco odludnym i tym ciekawszym.

Dagmara BABIARZ. Podróż za kilka zielonych. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2008 r.





Bożena Kaczorowska - "Punkt obserwacyjny"





Bożena Kaczorowska, rocznik 58. Urodziła się w Konstancinie,
w miejscu granicznym pomiędzy stolicą a kurortem. I tak jej już zostało,
chodzić wciąż po krawędzi różnych światów, gubiąc się i szukając
swojego miejsca na ziemi.

Z wykształcenia złotnik i dekorator wnętrz. Mieszka na warszawskim Ursynowie.
Laureatka wielu konkursów poetyckich. Publikowała w Okolicy Poetów, Własnym Głosem, oraz na portalach internetowych, między innymi: Śląska Strefa Gender, Mustango, poezja polska, a także w licznych antologiach pokonkursowych.


Homerowe przypowieści

Spowiadam się z historii, która nigdy nie miała miejsca.
To jedna z takich chwil, w których mogę zmienić
wszystko, albo zapisać od nowa.
Z drugiego końca płynie do nas żółta rzeka.
Rwie brzegi sukienki, kołysze biodrami naszych dziewcząt.
Na wiosnę porodzą się niemowlęta. Przycisną drżące piąstki
do nabrzmiałych piersi kobiet, a mokre od śliny języki
wyssą im wszystkie słowa.
Mam pseudonim, zapasowy klucz do bramy, imię,
które nie ma końca. Wędrowny mędrcu, przewodniku,
prowadź! Pod stopami mam lodowce, zatopione Antarktydy
i weneckie lustra. Jestem cieniem, zakładnikiem przewodnika,
a dzień jest nocą, a noc jest przewidzeniem.


Unosić się lekkomyślnie

Czy myślisz jeszcze o lesie - zerwana borówko?
Albo ty, szyszko - czy znajdujesz w sobie
korzenie sosny? Nie skacz w ciemno!
Nie bierz tego tak poważnie.
Chodzi przecież tylko o to,
aby obok piątku
ukazała się
kolejna sobota, i bawiła nas
do samego rana.
Przenośna szarfa,
kolejnej już miss pokoju,
ćwiczy samotnie partytury śmiechu.
Jak spod ziemi wyrasta lekkomyślny księżyc.
Lewituje spokojnie nad oceanem jej sukni.


Koronki

Jest pewne misterium w haftowanych
przez babcię obrusach.
Oczka, przez które patrzymy na świat -
na kąpiące się w balii dziewczyny.
Kuzynka Marta skrywa znamię na udzie.
Trze je szorstką gąbką. Mocno. Aż do krwi.
Ale to nie pomaga. Więc moczy je we wrzątku.
Znamię jest pieczęcią od Pana Boga,
ma ją chronić przed oczyma chłopców.
Tak, mówi babcia - a gdy ona mówi,
to nikt się nie sprzeciwia.

Bożena Kaczorowska. Punkt obserwacyjny. Nowa Ruda : Mamiko, 2013




Gabriel Leonard Kamiński - "Pejzaże"








Gabriel Leonard Kamiński, urodzony 1.IX.1957 r. w Gorzowie Wlkp. Od 1958 roku mieszka we Wrocławiu, w dzielnicy Fabryczna, dawna ul. Przodowników Pracy, obecnie al. gen.J.Hallera.
Absolwent IV L.O we Wrocławiu, Policealnego Studium Kulturalno-Oświatowego oraz Instytutu Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Poeta, wydawca, księgarz.
Od 1990 członek wrocławskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Debiut prasowy w 1974 w „Konfrontacjach”. Publikował w „Integracjach”, „Nurcie”, „Sigmie, „Odrze”, „Morzu i Ziemi”, suplemencie „Konfrontacje Literackie”, „Pomostach”, ostatnio „Kalendarzu Wrocławskim”, „Słowie Polskim”, „Kartonie”, antologiach|: „Poezja Lauru Arki”, „Literatur und Kritik”, ostatnio „Ty mówisz Odra”, antologii poezji miłosnej „Mrok i światło”. Laureat wielu ogólnopolskich konkursów i turniejów poetyckich m.in.: Warszawskiej Jesieni Poetyckiej, Jaszczurowego Lauru, Milowego Słupa, 2–krotnie konkursu im. J.Śpiewaka w Świdwinie. Zwyciężca ogólnopolskiego konkursu na zestaw wierszy ogłoszony przez Dom Kultury w Białymstoku (1989), ostatnio w 1999, 2000, ogólnopolskiego turnieju zorganizowanego pod patronatem Klubu Muzyki i Literatury pt. „Ty mówisz Odra”.
Autor sześciu książek poetyckich: w 1980 roku, debiut: pt. „Opis rzeczy szczególnie martwych” (Kalambur- SZSP), w 1983r: „Nie ma między
nami różnicy” (OkiS -ZLP), w 1987 „Ulica Przodowników Pracy” (MAW –
W-wa ), w 1999 „Deja vu” (Wydawnictwo Arhat), w 2003 „Wratislavia cum figuris” (Wydawnictwo ATUT), a ostatnio w 2006r. „Roth – Nowy Testament” (SPP Wrocław). Autor kończy drugi tom książki poetyckiej o Wrocławiu, ”Wratislavia cum figuris II” i pracuje nad zbiorem opowiadań związanych z Wrocławiem pt. „Wrocławska Abrakadabra”.
Od 2000 roku pracuje w Portalu Internetowym - Sfera Intermedia we Wrocławiu, jako dziennikarz i recenzent. Nominowany za 2006 rok do nagrody dziennikarskiej „PIKowy Kaur”, za „wszechstronną prezentację książek w mediach elektronicznych”.


z tomu: Pejzaże


Pezjaż polski (liryczny)


Odmówiłem cię w skrzydłach husarii
pod murami wiednia. Pod wieżą mariacką
stać tak długo będę, aż dźwięk trąbki jasny
przeniesie cię z małopolskiej ziemi aż do granic śląska.
W leszczynie będę brodził szukając Twoich śladów,
zwodzonym mostem zieleni grodząc góry od morza.
Białowieżą ciebie wytęskniłem nizając echo twoich kroków
coraz bliżej źródeł dunajca. Łagodnie tulę
grzbiety górskich szczytów, tak jak
scałowywać będę z rąk Twoich
spierzchnięte pragnieniem strugi wodospadów.
Potem w milczeniu u bram gniezna
na kawałkach brzozowej kory
spiszę nasz wyśniony prawiek miłości.

Jeno kadłubkiem ci będąc a nie gallem anonimem
u wrót Wratislavii stać będę
w pokutnym kapturze, od świtu aż do zmierzchu
jako błędny rycerz,
jak bezdomny sługa sztuk wszelakich
czekając na zwodzone mosty
naszego przeznaczenia.

20.10.2007/10/02/2008


Pejzaż paryski


Słońce pod koniec dnia kruche jak mydlana bańka
między przęsłami wieży Eiffla podobne jest
do drabiny jakubowej. Wspinam się po nim
na sam szczyt Montparnasse. Mrużę oczy
przed odłamkami Pere-Lachaise jak kot
przebiegając pod murem Ogrodu Luksemburskiego.
Za plecami mam Lasek Bouloński, Łuk Triumfalny
i chłodny strumień samochodów wspinający się
na sam szczyt pustego o tej porze nieba.
Jak szymon słupnik aż po La Defense
będę szedł za Tobą na szczudłach zmierzchu.
Płótno Modiglianiego ciężkie od kolorów stygnącego dnia
przecina sekwanę na pół, tuż przy bulwarze sebastopolskim.
Bukiniści schodzą do wnętrza przepastnych kufrów
powtarzając na pamięć "A rebours " Huysmansa.
Hiob usunął z paryskich kanałów pamięć. Teraz młodzi żołnierze,
pojedynczo, wracają chyłkiem z linii Maginota, wstydząc się
swoich ran. Skrępowani wyrzutami sumienia; ukradkiem
poprawiają zadania domowe z nieśmiertelności.
Apollinaire z obandażowaną głową, notuje
chaotycznie na kawałku ligniny ostatnie "Kaligramy".
Odurzeni wiosną przechadzamy się wśród płycizn kanału St. Martin.
Śluzy i zwodzone mosty dyskretnie uniesione
o tej porze przepuszczają splecione ze sobą
ciała kochanków.
Światłość jest z nami.

12.02.2008/18.02.2008


Pejzaż holenderski


Skrzydła wiatraków unoszą powoli w powietrze ikebanę muszli.
Kraby cofają wskazówki piaskowych zegarów aż do wrót holandii.
Zapach tulipanów wpleciony w chodaki Van Gogh'a staje się jedynym
zamieszkanym przez nas ogrodem ziemskich rozkoszy.
Młyny wodne i czaple brodząc w przędzy lata stają na rozdrożu
kapliczkami dozgonnych modlitw o wieczność tego świata.
Poldery o zachodzie słońca spięte tuż przy łbach końskich
uzdami spienionego morza cofają przypływ aż do Amsterdamu.
Brodzić będziemy w własnej nagości płótnami Vlamincka,
Vermeera i DeJonga czuli na każdy najdrobniejszy szczegół hagi,
by w zimie na czubkach łyżew przenieść
w lodowych piruetach głębokie przeręble pocałunków ponad
kanałami Skaldy. Wiatr chłodzi twoje wargi niosąc
w żaglach smak północnego morza tak, by nanizane
na twoje stopy gwiazdy unosiły Cię nad brzegiem miłosnej delty
coraz dalej od breughelowskiej wieży babel.
Groble i tamy chronić nas będą niczym falochrony
od bezimiennych sztormów; wodne arterie przyjmą hołd
chorągwi mego pożądania łącząc solnymi językami nasze
rozgrzane poranną jutrznią ciała.
W morskich przypływach trwamy jakby w zodiakalnej nirwanie
mieszając w tyglach popioły haarlemu.
11 – 15.04.2005




Pejzaż norweski

Renifery odparowują nosami szron z wnętrza witrażu.
I widzę jak śnieg w Tobie łagodnie opada.
Łyżwiarze przecinają niebo tuż ponad horyzontem.
Sosny trącają czubkami szyszek pocięty błękit;
widać przezeń las i Twoje ramiona - próbujesz
przeciągnąć wygięte łuki mostów ponad zamarzniętymi stawami.
Ryby przeglądając się w kawałkach kry jak w lustrach
niosą na swoich grzbietach przesłanie nieba i przestrzeni.
Linie przypływu oddzielają strome brzegi rzeki od łagodnych
pagórków mrozu. Delikatne zawiązki wiosny wplątane
w lodowe figury dopełniają perspektywy.
I słyszę jak ogród o rozwidlających się ścieżkach czasu
wodzi nas nas pokuszenie coraz dalej od zimy.
Spóźnieni łyżwiarze o zmierzchu wypływają z głębin
podobni do lukrowanych figurek z weselnego tortu.
Karmię wyobraźnię, mogę jeść garściami obrazy pełne gorących myśli,
gdzie ręka, oko i umysł tworzą czytelny zarys
Twojej twarzy, linii pleców i ramion.
W dotyku łagodnie zmierzam do wiosny.

6.03.2006.r




Pejzaż turecki

Minarety i jaskółki wyrzeźbione w słońcu wtańcowują się w bosfor.
Morze przeciska się między nimi w miłosnym szepcie.
Łodzie pełne figowych kiści i daktyli łagodnie kołyszą lato
w naszych ciałach. Oddychasz całą sobą wciągając w nozdrza
słodki zapach mirry i kadzidełek; przez dardanele otwierają się mierzeje pełne
gorącego piasku – światło sięga do wnętrza istambułu.
Siedzisz zwinęta w pół na wzgórzach piniowych podobna do
figurki z tombaku, modlę się u Twoich stóp jakby wrót miniaturowych meczetów.
Muezini z daleka zwijają gorące powietrze w kształt namiotu,
wersety koranu owijają się wokół nas jak turbany,
a hagia sophia przyjmuje pod kopułami hostię zmierzchu.
Kobiety w czadorach z dzbanami oliwy na głowie
na akweduktach podobne są z daleka
do sennej karawany. Umywam Twoje stopy,
zraszam wargi kroplami różanej wody.
Stary drewniany stambuł w ciałach derwiszy tańczy swój obłąkańczy
krowód miłości i pożądania.
Łączymy się z wonnymi olejkami rozświetlonym łańcuchem
oliwnych lampek, które rozstawione wzdłuż ulicy prowadzą nas
coraz bliżej pępka świata.
Tuląc się w moich ramionach podobna jesteś do świętej Izydy
zatrzymanej w czasie, zawieszonej w powietrzu
na jedną chwilę albo na całą wieczność
karawanseraju.
23 – 25.03.2004




Pejzaż wenecki

Wiatr przynosi od morza zapach fig i przejrzałych oliwek.
Canale Grande pełny karnawałowych masek tak, iż możemy przejść
po nich na drugi brzeg jak po ruchomym moście.
Alchemia polityki wypaliła w sjeneńskich marmurach tajemne błyskawice i
teraz rysy dożów wykruszają się kawałek po kowałku.
Sztandary opuszczono do połowy; wplecione w arkady okrywają mury
całunem purpury. Sen zabiera im wieczność. Lwy na pomnikach
spięte na tylnich łapach kaszlą powietrzem przesyconym confetti.
Kochankowie wyławiani z ciemności pochyleni ku sobie
podobni są dorozgrzanych monet.
Balkony oplecione winną latoroślą jak napowietrzne statki dryfują
odbite w zwierciadłach przypływu. Przebrałaś się za Utracony raj -
udrapowane tiule rozpadały się w moich rękach odsłaniając delikatność skóry;
gładziłem twoją szyję ukrytą w owalu spiralnych bransolet,
pocałunki zostawiały na niej ślady warg.
Moje podręczne piekiełko pełne jest pokory i niesprawdzonych receptur, gdzie
korzeń mandragory toczy spory z ogonem jaszczurki.
Rusztowania na placu św. Marka utrudniają mi teraz niezdarne próby lotu
nad cieniem monety z wizerunkiem konnego posągu.
Próbuję anielskość wyplątać z objęć dekadencji. Nasza miłość
coraz bliższa własnej śmiertelności zawzięcie kolekcjonuje nowe formy życia.
Pierwsze fale przypływu docierają od strony Pałacu Dożów,
przelewając się przez lampiony gaszą zmęczony trwaniem horyzont.
Twoją podobiznę będącą symbolicznym odwzorowaniem raju utrwalam
w medalionie. Daleka laguna wskazuje drogę cienką linią mewich skrzydeł.
Pakuję węzełek z resztkami szachownicy na której umarła
niedokończona partia. Filozofowie nazwą to później carpe diem.
Sto wysp mnie żegna moja miła, sto barek pod pełnymi żaglami
wyprało morze z solnych mielizn. Niosę Cię ponad Ponte dei Sospiri i
Ponte Rialt wśpiewując się w stały ląd pod stopami.
Zmierzam do środka ziemi.

18-20.03. 2004









Maciej Bieszczad - urodził się w 1978 roku w Wieluniu. Debiutował kilkoma wierszami na łamach łódzkiego „Tygla Kultury”. Wiersze publikował głównie w ogólnopolskich pismach literackich, min. w „Akcencie”, „Toposie”, „Kresach”. Jest autorem tomu wierszy pt. „Elipsa”, za który otrzymał III nagrodę Złotego Środka Poezji za poetycki debiut roku 2010. Mieszka i pracuje w Wieluniu.



Wiersze z tomu „Okolice Gerazy”




Epsilon


Przekonanie że dwie proste równoległe
nie przetną się w jednym punkcie
jest w co wierzę niczym nieuzasadnione.
W oczach czapli światło letniego wieczoru
posiada barwę jakiej nie odkrył późny barok.
Linie życia prawie zawsze kończą się okręgiem
zanim dotrą do nieruchomego teraz.
Ostatecznie położą cię w tym samym pokoju
wzruszy cię dobrze ci znany krajobraz.
Piłka w dzieciństwie wysoko podrzucona do góry
sama się potoczy pod szpitalne łóżko.
Zacznij raczej od punktu poza spiralą.





Ekspedycja ratunkowa


Kto w ogóle powiedział, że oni kiedykolwiek
przyjdą? Kto wpadł na ten
niedorzeczny pomysł?
Tlenu wystarczy na
ponad 60 lat. Serce prawdopodobnie
wytrzyma krócej.
Nie dotrą w porę do uwięzionych.

Kto niby miałby o nas pamiętać?
Chyba jakiś Bóg.
Jakikolwiek?

Zupełnie znikniemy, zanim ktokolwiek
nas znajdzie (jeśli nawet komuś się to uda,
nie będzie wiedział czego
właściwie ma szukać).
Co odkopie w szarym pyle?
Garść szarego pyłu?






Wystawione na pokaz


Zgromadził je na
odkrytym wzgórzu

Nieświadome
posłuszeństwa
poszły za nim

Zostały wywołane

Pierwsza szła duma
za nią pogarda
na końcu biegła
nienawiść

Lecz niewątpliwie
zgromadziło je tam
coś jeszcze

Upał pustoszył ulice
Żądni zysku kupcy
szukali cienia

Tak czy owak
mogły się wreszcie
sobie przyjrzeć






Śpiew Boga


Ścieżki, drogi, autostrady,
obwodnice, szlaki towarowe,
sekretne przejścia znane
kupcom z Asyrii.
Swoista partytura.

Jej pięciolinie zapisywane
nocą i w dzień. Znikające
punkty na niej. Żadnych
dźwięków. Mimo to nuty,
drobne, blisko siebie.

Tyle dróg krzyżujących się,
równoległych.
Tyle koniecznych, potrzebnych
powrotów do miejsc,
skąd się wyrusza.





Uchodźcy


Uczymy się żyć na pustyni.
Szakale stadami podchodzą
do naszych rodzin.
Nikt dotąd nie umarł
od ukąszeń żmij.
Podsuwają szmaragdy
szukającym wody.

Po co nam te skarby
pośród raniącego piasku?
Co za nie kupimy?

Tutejsi handlarze
spekulują duszami.
Obracają duszą jak czymś unikatowym.

Obłok nas uczy dróg trudnych
i wąskich. Schodzimy do jaskiń
po bardziej szczere złoto.
Obłok nas chroni przed jego
zgubnym blaskiem.
W obłokach jest mądrość.
Od niej się uczymy.

Twarda to nauka.
Kopiemy w opornej bryle.
Znajdujemy opale szafiry
dużo niebieskich diamentów
wielkości strusich jaj.




Trony


Wysokie krzesła
w zamkniętym pubie
na rogu ruchliwej ulicy.
Uśpione rzędy po

nieudanym spektaklu.
Ławki przy plaży
w martwym sezonie.
Odrapane. Niczyje.

Ślady na piasku
zasypywane
zasypywane.

Świat wyższy
odbija się w materii.
Kalekie przegląda się
w doskonałym.

Te wymarłe miejsca.
Te wszystkie puste trony
czekające na sprawiedliwych.




Mateusz Witkowski - Brzydkie wiersze



Urodzony w 1989 roku, student Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikował w
"Opcjach", "Akcencie", "Kozimrynku" i "Esensji". Członek Stowarzyszenia
Literackiego Erynie. Redaktor działu poezji w czasopiśmie internetowym
"sZAFa".



Książka Mateusza Witkowskiego została wydana w kwietniu 2010 roku.




humanizm


tak to się właśnie kończy:
łapczywość wyciągniętych dłoni
kontra nieuchronność sufitu

firmamentu nieuchronność

wiemy już dobrze
choć na razie
nie mówimy o tym głośno:

wszystkie resztki z ostatniej wieczerzy
zjadły już przed nami jakieś psy



eliasz


bar miś
mekka niedożywionych studentów
cały tonie w plastikowych kwiatach

jest już grubo po siódmej
robi się coraz szczuplej przed ósmą

pijany siedzi przy stole
i równie pijaną frazą
mówi:
„to ja jestem prorokiem tego świata”

a najgorsze jest to
że może mieć rację



telefon


telefon dzwoni
telefon a nie ty
dzwoni
martwy jesienin
ian curtis
jim morrison
wszyscy moi herosi
na emeryturze

niczym niewierna kochanka
stroją sobie ze mnie żarty
samym brzmieniem głosu

w tej samej chwili gdzieś ktoś
robi w tobie kolejną dziurę
i wyjmuje z twojego boku
zwilgotniałe palce

bo ty też masz
dryg do żartów
kochanie

WITKOWSKI Mateusz. Brzydkie wiersze Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska). ISBN 978-83-60224-50-2




Karolina Wiaczewska - Kalecznicy





Karolina Wiaczewska

Absolwentka Wydziału Filozofii. Szukając pisarskich inspiracji, kieruje się ku człowiekowi z ciekawością i zadziwieniem. Śpiewaczka operowa. Kształciła swój głos w Polsce i Szwajcarii. Laureatka konkursu literackiego „Kryminalny Olsztyn” 2014. Pasjonatka historii. Biega dla przyjemności. Chodzi po górach, zawsze z aparatem fotograficznym w dłoni.

www.wiaczewska.pl


ZGRZYT

Nie ma mowy! Nie licz na to, że pójdę znowu do pracy! Oczywiście, że nadal będziesz mnie utrzymywać. Uświadamiam ci to, ku twojemu zdziwieniu, które jak zawsze starasz się zakrzyczeć! Będziesz mnie żywić i ubierać. Spokojnie. Bez obaw. Nie mam zbyt dużych wymagań. Przecież wiesz.

Jeśli zamierzasz obstawać przy swoim, to udam się na policję i podzielę się z przemiłą władzą, dużą wiedzą, z wielu dziedzin. Ależ, to też przewidziałam. Mam na myśli twoją reakcję, nawet twoją minę. Dość rozczarowujące, przyznaję.

Przecież nie na ciebie doniosę! Nie bądź śmieszna. Wiedziałam z góry, co powiesz – A proszę bardzo! Nie zależy mi. Idź! Tylko nie zapomnij dodać, ile sama na tym stracisz! – Tu przypominam, że ja nie mam w swej naturze takiej cechy. Strata. Precyzyjniej – poczucie straty – utrapienie ludzi, dla których środek jest ważniejszy od celu, to obcy mi całkowicie stan emocjonalny. Informuję cię, że doniosę na Gridget. O&#8230;! Już ją widzę oczami mojej nieograniczonej wyobraźni. Ty zapewne też, bardziej tak z prozaicznego doświadczenia. Zatem widzimy ją obie, jak stoi na przesłuchaniu i sepleni, jąka się i ślini, jak trzęsą jej się ręce i głos. To na sobie będziesz czuła jej rozbiegane spojrzenia. Panicznie błagalne.

Ależ naturalnie, że ci wyjaśnię, dlaczego tak się zachowuję. A co mi przyszło z bycia miłą, dobrą, spolegliwą, łatwowierną i szczerą? Już odpowiadam: Nic! Tak! Tak! Tak! Na byciu złą zyskam jeszcze mniej. Dzięki ostatnim doświadczeniom diametralnie zmieniłam swój stosunek do ludzi i świata. Od półtora roku szkolę się dzień w dzień. I mam osiągnięcia. Teraz jestem podła i wyrachowana.

Jeśli nie przestaniesz mnie sobą zamęczać, to wypróbuję na tobie zdolności wydawania opinii przez nasze sądownictwo. Udowodnione i przenosi się pocztą pantoflową, że można dokonać jednego afektu w życiu i nie ponieść odpowiedzialności karnej.


Jak to, co zrobię?! Z a b i j ę c i ę ! –

Straszysz mnie, że niby ty też możesz mnie zabić?

Proszę bardzo! O niczym innym nie marzę...


Karolina Wiaczewska. Kalecznicy. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Grzegorz Mucha - "Kobiety i czas" (opowiadania).




                                       

                        zdj. Kinga Owczennikow

Autor urodził się i mieszka w Katowicach. Ukończył liceum, a potem studia. Pracował w wielu miejscach, takich jak wytwórnia filmowa, pizzeria, telewizja czy... hafciarnia. Niektóre zajęcia wspomina miło, jak np. mycie (metodą "na sucho") samochodów na Heathrow, kiedy jeszcze lądowały tam concordy. Był czas, że organizował koncerty, krótko prowadził galerię sztuki. W końcu zaczął pisać, jak wszyscy "po przejściach". Obecnie współpracuje z internetowymi portalami i pismami, zwanymi społeczno-kulturalnymi. Jego opowiadania publikował Śląsk, Opcje, ProArte i węgierski Magyar Naplo. A to jest jego pierwsza książka.




* * *


Fragment opowiadania "Powrót"


       Obudziłem się, a widok za oknem był jak kolejny sen. Ujrzałem pełne purpury, gęste obłoki. Pełzły po niebie dumnie, nie zważając na przecinające je samoloty. Widok był wstrząsający. Chmury wypływały zza wieży ratusza i dostojnie przemieszczały się w kierunku morza. Wciągnąłem głęboko powietrze, dla którego tu przyjechałem, ale dotarło do mnie ledwie jego wyobrażenie. Byłem w sercu miasta. Czułem zapach stołówki i kotów. Jeden z nich obserwował mnie z płotu przecinającego podwórze. Widząc mój wzrok, zmrużył oczy, po czym ruszył w kierunku śmietnika. Minął go, nawet nie spoglądając na jego zawartość. Po chwili zniknął pomiędzy zaparkowanymi samochodami.
       Było późno, ale ten dzień miał swój czas. Znalazłem się pośród przedwieczornego tłumu. Przed lokalami i sklepami rozsiedli się gitarzyści. Goniony ich talentem, wydostałem się nad kanał. Przesuwałem się wraz z ludźmi w kierunku targu, zaznaczonego dla turystycznych nowicjuszy wysokimi masztami zacumowanego jachtu. Widziałem je wyraźnie. Dla mnie były znakiem przeszłości. Flaga na szczycie najwyższego z nich łopotała złudną obietnicą. Wydostałem się z tłumu. Brodziłem wśród drewnianych ław i stołów. Rozglądałem się. Stała nieco na uboczu, wśród cieni rzucanych przez jacht. Nie uśmiechała się. Nawet na mnie nie patrzyła, choć pewno zauważyła, jak się skradałem. Nie chciała usiąść. „Te wszystkie zapachy są takie intensywne”, usłyszałem, nie bardzo wiedząc, czy to dobrze, czy źle. Przekroczyliśmy w poprzek placyk, za którym zaczynał się kolejny labirynt uliczek. Ale tamten labirynt był nieco inny od tego, z którego właśnie się wydostałem – pusty i cichy. Po kilkudziesięciu krokach ulica zawładnęła nami całkowicie. Domy zamknęły nam odwrót. Stukot jej obcasów stał się bardzo wyrazisty. Szliśmy przed siebie, ale cel był nieznany. Kostka brukowa wymykała się nam spod nóg na wszystkie strony. Wtem w stukot wdarł się zgrzyt. Syknęła i chwyciła mnie za ramię. Podniosła prawą nogę, spoglądając krytycznie na obcas. Puściła mnie, chcąc ruszyć przed siebie, ale przytrzymałem ją w talii. „Puść, bo zacznę krzyczeć”, wyszeptała. Wiedziałem, że na tej ulicy, wyglądającej jak z początku poprzedniego stulecia, byliśmy zupełnie sami. Zmierzch okrył nas całkowicie. Domy kiwały na nas cieniami nielicznych latarń. Rozważałem możliwość zerwania z niej sukienki wraz z jej psychicznym pancerzem. Czułem, że ten spacer jest jak wejście w sen wampira. Domagał się szalonego zakończenia. Może czekała na krwawy ślad na szyi? Kot na płocie i złamany obcas były sygnałami nadchodzącej zbrodni. Drżała. Doszliśmy do końca ulicy, która przez chwilę zastanawiała się, czy nas wypuścić. Czułem wyraźnie to wahanie. Latarnia zamrugała i zgasła. Za załomem znów czekały na nas ławki i ludzie. Nagle powietrze rozdarł ryk syreny. Kanałem płynął prom. Zatrzymała się, jakby się bała zrobić jakikolwiek ruch. Stałem obok. Blisko. Olbrzymi prom omiótł nas światłem i dźwiękiem. Ludzie na pokładzie nie zwracali na nas uwagi, zbyt zajęci sobą. Za chwilę mieli wysiąść i pośpieszyć na kolację. Potężna śruba biła w wodę, a nad nią dawała nam znaki kolorowa bandera. Staliśmy na granicy światów. Wciąż obejmował nas cień mrocznej ulicy, ale przed nami otworzyła się spacerowa aleja. Teraz mogłem to zrobić. Chwyciłem cienki pasek sukienki i przyciągnąłem ją mocno do siebie. Mogła sobie krzyczeć. Skoro ulica przemieniła mnie w wampira, to i tak nie miała szans. Obejmowałem jej ramiona, plecy i pośladki. Czułem jej zapach. Zamkniętą w szczupłym ciele obietnicę morskiej przestrzeni. Nie krzyczała. Zapomniała, wciąż oszołomiona koszmarnym spacerem i przepływającym promem. Nagle poczułem na ustach palce, a całe Jej ciało nienaturalnie się naprężyło. Wypuściłem z dłoni pasek, stanowiący przez długą chwilę naszą kotwicę. Odsunęła się i wyszła z cienia. Potem szybko przeszła na drugą stronę alei, by zatrzymać się przy balustradzie. Dobiegłem do niej w momencie, kiedy środkiem kanału przemykała głośna motorówka z dwoma mundurowymi na pokładzie. Krzyczała, jakby chciała ich zawrócić, ale nie było to wołanie o pomoc.



Grzegorz MUCHA. Kobiety i czas. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006. 160 s.
ISBN 83-60224-11-0







Magdalena Goik - "Powieść miasto i anioły"


                                   
                                 



Fragment książki Magdaleny GOIK "Powieść miasto i anioły", wydanej w czerwcu 2004 r. przez Wydawnictwa HYLA i MAMIKO.


                                     Wisienka

Wisienka poczuła pod palcami coś twardego i gwałtownym ruchem zacisnęła palce. Poczuła wewnątrz dłoni coś co nie było nią samą. Za chwilę palce rozluźniły się, a Wisienka odwróciła główkę w stronę skąd dobiegał głos. Poczuła zapach, który od początku kojarzył się jej ze snem, spokojem i bezpieczeństwem. Spróbowała podnieść główkę trochę wyżej, żeby wtulić się w ten zapach i zasnąć albo chociaż leżeć tak w cieple. Lekko uchyliła powieki i bardziej odczuła niż zobaczyła nad sobą jaśniejszą plamę – to ciepło i zapach, które towarzyszyły jej od zawsze. Na to doznanie usteczka rozciągnęły się w malutkim uśmiechu. Jej ciałko wypełniło uczucie błogości i zadowolenia, które uzewnętrzniało się przez ten uśmiech. Ale ten stan przekraczał granice uśmiechu, dlatego Wisienka z całą siłą na jaką ją było stać poruszyła obiema nóżkami, a ruch ten sprawił jej tak wielką przyjemność, że poruszyła nóżkami jeszcze raz, a potem znowu.

                                    Małgorzatka

     Wzgórze Małgorzatki nazywane też po prostu Małgorzatką znajduje się w górnym biegu rzeki Bytomki. Otoczone było podmokłymi zielonymi łąkami porośniętymi słonecznymi kaczeńcami. Trudno powiedzieć dlaczego właśnie tu przyszli osiedlić się ludzie, choć w pobliżu rozciągało się mnóstwo znacznie bardziej przyjaznych terenów. Małgorzatka przyjęła ich z wdzięcznością na swój ciepły pachnący wiosną brzuch, obiecała dać im schronienie i ich żywić. Ci, którzy tu przybyli spędzili noc na ciepłym brzuchu Małgorzatki i w swoich snach zobaczyli lepianki zmieniające się w drewniane chałupy, a potem w wielkie murowane domy, wspaniałe wznoszące się do nieba kamienice i strzelające w górę budowle zakończone ostro jak szczyty gór, jakich nigdy w życiu nie widzieli. Zobaczyli głębokie doły pełne czarnych kamieni, które zamieniały się w chleb. Rano postanowili więc tu zostać, bo mężczyźni powiedzieli, że nigdzie już takiej ziemi nie znajdą, gdzie z kamieni rodzi się chleb. Zabrali się do pracy. Wokół Małgorzatki usypali wał z ziemi, aby ją chronić przed niebezpieczeństwem. Ale takie zabezpieczenie wydało im się niewystarczające, postanowili więc wzmocnić je drewnianymi palami. Zajęło im to dużo czasu, bo mężczyźni musieli przygotować narzędzia na tyle mocne żeby można nimi ściąć drzewa rosnące na szczycie wzgórza. Potem kilka dni je cięli. Najpierw czuli się tak jakby okaleczali swoją Małgorzatkę, żaden z nich nie chciał zrobić pierwszego ruchu, pierwszego nacięcia, bo obawiali się wielkiego krzyku, który wydobędzie się z wnętrza wzgórza. W końcu jeden z nich przyklęknął, oparł dłonie o ziemię i szeptał coś czego nikt inny nie słyszał, a co brzmiało trochę jak prośba, a trochę jak modlitwa. Potem wzięli się do pracy. Kobiety przynosiły im jedzenie albo przysyłały dzieci z posiłkiem. Niewiele tego było, tyle co zdołały zebrać w lesie, czasem jakiś ptak albo ryba. Kiedy drzewa były już ścięte, mężczyźni ociosali z nich pale, którymi wzmocnili wał chroniący Małgorzatkę. Potem powoli zaczęli budować swoje domostwa najpierw bez żadnego planu, wybierali po prostu miejsca, które im się podobały i w których czuli się dobrze. W ten sposób pokryli brzuch Małgorzatki strupami domów i zaczęli orać jej ciało, żeby zasiać różne zboża i inne rośliny, którymi mogliby się żywić i które dadzą im ubranie. Zima była ciężka, śnieg, który pokrył całe wzgórze szybko zamienił się w zlodowaciałą skorupę nie dającą oparcia stopom tak, że strach było wychodzić z chałupy nawet po wodę do Bytomki albo po drewno do lasu. Spali więc całymi rodzinami przytuleni do siebie żeby nawzajem ogrzewać swoje ciała. I z tego wszystkiego na jesieni po pięknym gorącym lecie obrodziły nabrzmiałe ciała kobiet i ciało Małgorzatki. Kobiety przyjęły to co urodziła ziemia, Małgorzatka przyjęła ich dzieci. Niektóre z nich zbyt słabe zabrała do swego wnętrza, inne zgodziła się żywić i ubierać. W ten sposób kobiety i Małgorzatka sprzymierzyły się już na zawsze dzieląc się i opiekując owocami swego ciepłego, pulsującego życiem brzucha.

                                   Zuzanna

Zaprosili gości, samych najbliższych znajomych, żeby wspólnie spędzić wieczór, napić się wina. Jej mąż okazał się duszą towarzystwa, brylował. Pierwszy raz widziała go w takiej sytuacji. I teraz obok lęku, który czuła do tej pory uświadomiła sobie istnienie całkiem innego uczucia – radości. Ucieszyła się, że jest tak wspaniałym mężczyzną. Dawniej przecież nie był taki. Pamięta go jako cichego, spokojnego i małomównego człowieka. Na pytania odpowiadał tak lub nie, nie wdawał się raczej w dyskusje. Trudno byłoby powiedzieć, że był zamyślony czy zamknięty w sobie. On po prostu był sobie, stał na marginesie dnia, całkiem przypadkowo i przepraszająco. Teraz błyszczał, błyszczały mu oczy, rozrzucał po pokoju błyszczące słowa. Tego właśnie wieczoru w nagłym jakimś przebłysku intuicji czy iluminacji Zuzanna zobaczyła, że ma w sobie moc zmieniania ludzi, że swoją wewnętrzną siłą potrafi przyoblekać ich w postaci, których obrazy istnieją w jej umyśle. W nocy pojawił się anioł i wręczył jej list napisany anielskim pismem, ale rozszyfrowanie znaków przyszło jej z łatwością. W liście było napisane:

          Z mocy naszej, nadanej Nam przez Stwórcę, My nadajemy sens Twoim słowom.

          Od tej pory używaj ich oszczędnie, lecz wyraźnie, pamiętając, że Słowo nadaje           kształt rzeczywistości.

                              Podpisano Wszelkie Istoty Anielskie
                                 Z upoważnienia Najwyższego.


                                 Jagna

     Ostatnio Jagna spędzała w sądzie bardzo dużo czasu, co burzyło jej poczucie wewnętrznego uporządkowania, które próbowała sobie wypracować. Każda sprawa przynosiła ze sobą jakiś nowy niepokój i niestałość prawd, w które chciała wierzyć. Na przykład kobieta zaskarżyła swojego byłego męża o wyższe alimenty na synów. A on płakał przed sądem, łzy leciały po twarzy i głos wiązł mu w gardle. Urywał słowa i strzępił zdania, i tłumaczył, że on dałby swoim synom wszystko i chętnie da. Że ona to za jego plecami. Że nie wiedział. Że on chce swoim synom dom wybudować. Sąd dał mu wiarę. Ale ta kobieta, co ona sobie myślała. Co chciała osiągnąć. Dlaczego to zrobiła?
      Albo dziewczyna, która ukradła płytę kompaktową w supermarkecie, bo podobał jej się ochroniarz i chciała zwrócić na siebie uwagę. Dostała osiemnaście miesięcy w zawieszeniu i grzywnę. Była przerażona i zupełnie zdezorientowana. Wyglądała jakby to nie ona decydowała o sobie, jakby ktoś zupełnie inny posługiwał się nią dla swoich własnych celów.
     Jagna długo nie mogła pozbyć się jej z pamięci. Cały czas widziała przed sobą jej oczy niewidzące i nieobecne. Przez te oczy cała wydawała się tylko swoim cieniem albo swoim odbiciem w lustrze. Ona zapadła się głębiej w siebie, gdzie nie mógł jej dostrzec nikt z zewnątrz. Jej dusza stała się kulką nieszczęścia, którą ona sama tak bardzo pogardzała, że nie chciała nawet się do niej przyznać. Konsekwencje tego co zrobiła przerastały i sam czyn i granice jego rozumienia. W jednej chwili stała się kobietą posądzoną o czary i prowadzoną na sąd, choć wyrok jest już znany. Teraz już na zawsze pozostanie kobietą naznaczoną, napiętnowaną i nieczystą. Straciła siebie i brakło jej sił na dalszą walkę. Tłum z niej szydzi, lecą słowa – kamienie, a jej niedoszły kochanek śmieje się z niej i jej miłości. A jej brakuje istnienia nawet na to, aby go przekląć na wieki. I mimo że idzie jeszcze, to już straciła życie i najsurowszy wyrok niczego nie może jej pozbawić. Nie poczuje już teraz nic, nawet dotyku anioła na swoim ramieniu.
      A ta kobieta, która zabiła swojego kochanka? Co z nią? Kim jest teraz? Rozpruła mu brzuch nożem kuchennym tak, że wnętrzności wylały się na podłogę. Oszalała ze strachu rzuciła się do ucieczki. Zbiegła po schodach. Nagle stanęła w pół drogi, bo uświadomiła sobie, że on jeszcze żyje, trzeba mu pomóc! Wróciła do domu. Położyła mu na ranę i wnętrzności mokry ręcznik. Poduszkę pod głowę. Poleciała do sąsiadki. Zadzwoniła po pogotowie. Wrzeszczała do słuchawki. Przyjeżdżajcie! On jeszcze żyje! Żyje do cholery! Sąsiadka zadzwoniła po policję. Policja przyjechała pierwsza. Aresztowali ją chociaż mówiła, że to nie ona zabiła, że zakrwawiony nóż, który znalazła przy swoim kochanku połknęła. Że ona go kocha, mimo że on ją bił. Że umarł, bo pogotowie przyjechało za późno, że oskarży pogotowie.

                                           Ja

     Poszłam do spowiedzi. Chodziło mi o zazdrość, chciałam się jej pozbyć. Wyrzucić ją z siebie, zostawić przy konfesjonale. Siedziałam w ławce i przypominałam sobie inne grzechy: zaniedbanie modlitwy, niechodzenie do kościoła, no i wróżenie. Z kart. Powiedziałam wszystkie. Zazdrość jako najcięższy zostawiłam na koniec. Ale ojca Sebastiana moja zazdrość nic nie obchodziła. Wściekł się o wróżby. Najpierw twarz mu skamieniała. Potem wysyczał:
     –To najbardziej plugawy grzech o jakim słyszałem. Módl się do Boga o przebaczenie. W Starym Testamencie za to kamienowano.
     Popatrzyłam co robi. A on zbiera z ziemi kamienie wkłada je do rękawa habitu. Zbiera je coraz szybciej,
a z ust cieknie mu ślina. Zbiera je jeszcze szybciej. I rzucił! Pierwszy, drugi, trzeci! Następne! Lecą! Lecą! Lecą!
     Usiadłam zapłakana i obolała w ławce. Płakałam, płakałam, prosiłam Boga, żeby mnie przygarnął. Grzeszną. I przygarnął mnie. Wlał mi spokój w ramiona i palce rąk, w uda i stopy. Posłał anioła. Nie widziałam go, ale słyszałam w mojej głowie. Mówił, że zakonnik i Bóg to nie to samo, że Bóg wybaczył mi jeszcze przed spowiedzią, że wybaczył już wtedy, gdy w żalu poprosiłam o wybaczenie. Zapytałam anioła, dlaczego Bóg posługuje się takim narzędziem jak ojciec Sebastian? Odpowiedział mi, że nikt nie potrafi rozpoznać zamysłu Boga po zdarzeniach, po tym co go spotyka. Zapytałam więc po czym można rozpoznać zamysł Boga? A on mi odpowiedział, że po własnych pragnieniach. Że pragnienia zaprowadzą mnie tam, gdzie powinnam dojść. Że jeśli pragnienie jest szczere i pochodzi z głębi serca, zaprowadzi mnie do Boga, a Bóg zaprowadzi mnie do siebie samej. Chciałam go jeszcze zapytać czy mam walczyć o siebie i o swoje pragnienia, ale jego już nie było.







Magdalena Joanna Wojciechowska - nieskończoność M.yśli




Magdalena Joanna Wojciechowska – absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego, kierunku: Finanse i bankowość. W dalszej drodze jeszcze jakiejś rachunkowości, controllingu i audytu. Obecnie mieszka i pracuje w Łodzi. Jako dziecko zaczęła pisać pamiętniki, jako nastolatka – wiersze do szuflady. Dopiero po 30-tce odważyła się publikować swoje teksty, zakładając na portalu społecznościowym stronę nieskończoność M.YŚLI. Nie lubi symetrii, liczb parzystych i dużych liter. Ma słabość do wielokropków. Uzależniona od kawy i czekolady. Gdy na czymś bardzo jej zależy potrafi postawić wszystko na jedną kartę. Sama zaś pisze: „jeśli Twoje marzenie jest tak samo wyraźne jak wtedy, gdy o nim śnisz lecz możesz je dotknąć, oznacza to, że odważyłeś się je zrealizować”. Najbardziej w pamięci utkwiły jej słowa przyjaciela, który opisał ją zdaniem: „Łączysz analityczność umysłu z romantyzmem serca”.




dziecko szybciej niż ja zrozumie, żeby czegoś nie dotykać, bo gorące... ja tak naprawdę parzę się już nie z nieświadomości lecz dlatego, że chcę i najlepiej wychodzi mi niesłuchanie siebie... bo przecież ile razy wyciszam swoje przeczucia, intuicje, wewnętrzne głosy i doświadczenia, naiwnie tłumacząc sobie "tym razem będzie inaczej", by w końcu obudzić się z ręką w nocniku, w bagnie po szyję... i wyć pretensjami do całego świata "dlaczego akurat mnie to spotkało?!"
a świat powinien wtedy odpowiedzieć: "kurwa! na własne życzenie!"
~ życiowe absurdy


nie zliczę naszych litrów wypitych wódek, wspólnych kroków stóp po chodnikach, kolan po kamieniach, twarzy po ziemi. sprawdzonych "możesz liczyć" od gdy brakuje na chleb, po gdy rozpieprzasz się na milion kawałków... i godzin z klejem w dłoni. skrajnych różnic w charakterach przy zbieżności poglądów oraz wojen na argumenty, by dotrzeć do łba, gdy się tak bardzo zakuwa. i tych wszystkich nie popieram lecz wspieram, nie akceptuję lecz jestem...
~ J jak przyjaźń

Magdalena Joanna Wojciechowska. "nieskończoność M.yśli". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015






Daria Dziedzic - "Wyspa"





Plankton



Tak się zdarzyło, że tej nocy nie zmrużyliśmy powiek,
rozmawialiśmy długo o wszystkim, wilgotni i ciepli
jak wnętrze orzecha.
Chcieliśmy zatrzeć tropy w miejscach, gdzie ocierały się
o nas gazele, nie raniło szkło, powierzchnia jeziora
odbijała stopy. Na tym właśnie miała polegać wieczność,
ale stało się inaczej. Widocznie o czymś zapomnieliśmy,
bo spadł śnieg.
Wytłumacz proszę, co mogło się stać, że nie należymy już
do tej samej gromady, otwórz mi oczy, przynieś
odpowiedź na zielonej blaszce liścia, stwórz błękitny ocean
raz jeszcze. Powiedz, co może się zdarzyć za szeleszczącą
kurtyną, gdy odpłyną wodorosty, zabrzęczą syrenie łuski,
stężeje sól.
Tylko tak można dojrzeć przyszłość, choć woda
zniekształca odbicia, ale myślmy, że będzie dobrze,
więc uśmiechnij się, książę, morski koniku,
uśmiechnij.


Rapsodia

Zlewasz się z nocą w niesamowitą opowieść,
w przyrzecznych zaroślach grzechoczesz,
żebym mogła cię usłyszeć,
nawet wtedy , gdy śpię odurzona tabletką.
Stajesz się nowym początkiem,
nie dającym się łatwo rozkruszyć w dłoniach szkłem.
Jesteś trwałym królestwem,
gdzie wojownicy nie wznoszą kopii, święte ogniska nie
gasną, woda nie obmywa ran.
Mój cesarzu o drapieżnej szczęce, żółtych oczkach
przegryź suche powietrze kokosem, napełnij usta sokiem,
wytrzymaj kilka sekund bez oddechu, później szepnij na ucho owocową wróżbę.
Tylko wtedy nie przepłynę obok ciebie obojętnie,
pociągnę za odpowiedni sznurek i staniesz się więźniem.
Tymczasem przebiegasz gepardowi drogę,
wpadasz w przepaść kamykiem.




Ostrzeżenie

Wybierasz się do mnie, ale jestem gdzieś indziej,
tam, gdzie mam więcej dróg do wyboru, mogę wierzyć
we wszystko, inaczej niż do tej pory.
Nie pukaj do drzwi, zawróć możliwie jak najszybciej,
zanim głodne wilki wyczują zapach twojej skóry,
posłuchaj. Pociesz się inną kobietą, tak wiele na ciebie
leci, sam mówiłeś zeszłego roku. Nie zbliżaj dłoni do
oszronionej klamki, nie naciskaj, bo łatwo nie ustąpi,
jeśli już
to odwróć się na pięcie, czmychnij schodami.

Jeśli zostaniesz,

będziesz miał mało czasu na oddech, przemyślenia,
spojrzenia w przeszłość. Wilki są silniejsze, szybsze,
głodne. Nie patrz im w oczy, bo zatrzymasz się w nich
na wieczność, utoniesz jak ziarenko piasku,
zakiełkujesz łzą. Nie szukaj mnie wśród nich,
mimo że, jestem piastunką, rozczesuję im włosy,
śpiewam do snu i zbieram błękitne ziele.
Zapomnij, wiem, to tak trudno powiedzieć, trudniej
wykonać, ale zrób to, proszę, nie każ bać się o ciebie,
przewiń taśmę do przodu. Odejdź, ale nie osiwiej ze
smutku, żyj tak jakbyś miał dostać wiadomość,
że zaraz wrócę, zaparzę kawę, pościelę łóżko.






Jerzy Lengauer - "Niepoprawnie subiektywny dziennik podróży"









Jerzy Lengauer, rocznik 1970, urodzony, mieszka i pracuje w Kętrzynie (obecnie redaktor działu kulturalnego w „Tygodniku Kętrzyńskim). Żonaty, córka. Absolwent Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Kurs kreatywnego pisania studia podyplomowe Wiedza o kulturze w Instytucie Badań Literackich. Kilka artykułów w prasie lokalnej. Kilkadziesiąt recenzji literackich głównie na portalach BiblioNetka i Libertas. Wygrane konkursy na recenzje (Prószyński i S-ka, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Świat Książki, BiblioNetka). Jeden z autorów tekstów zamieszczonych w ”Liście do ojca” (Biblioteka Gazety Wyborczej, 2008). Główne zainteresowania: krytyka literacka i literatura Shoah.


Odsłona trzecia i czwarta
Kompletnie brak mi poczucia odległości. Jeszcze. Wyprawa do miasta, do Rodos, wydaje się długa i skomplikowana. Mapa w niczym nie pomaga. A map wszędzie pełno. Co jakaś reklamówka rent car, restauracji, hotelu, miejscowej atrakcji turystycznej, to i mapka wyspy. Niby wszystkie takie same, ale różnią się szczegółami. W zasadzie wszystkie czytelne, lecz każda podpowiada, co innego. Miejscowości z atrakcjami wzbogacone odpowiednią grafiką. (Cholera! Kto teraz pamięta ze szkoły, jakie to kolumny: doryckie, korynckie czy jakieś inne? Nie pytam S. ani A. Nie chcę wyjść na głupka. A pamiętam jak dzisiaj te pytania na ulicach Warszawy o daty kolejnych wojen unickich&#8230; E! Wiem, że S. chciał dobrze, a wyszło tak, że tylko zdołałem się zmusić jakimś cudem do przeczytania Iliady, na Odyseję już sił nie starczyło, ale za Swetoniuszem tęsknię, mimo że nie dotarłem do końca.)

Jest i mapa miasta. Ulic mnóstwo. Wydaje się to wszystko proste. Jednak wiem, że będą niespodzianki. Nie, nie, nie wiem. Raczej przeczuwam. Raczej imaginuję sobie. Wjedziemy do miasta, a moje wyobrażenia nagle zgasną jak zdmuchnięty płomyk świecy. Obleję się zimnym potem, wymuszę gdzieś pierwszeństwo, przejadę na czerwonym świetle, będę próbował zmienić pas, bo za późno zreflektuję się w kierunku jazdy. Będą trąbić, krzyczeć, a my w tym żółtym pudle zaczniemy się kłócić, O. – płakać. Wyśnione wakacje polskiej rodziny&#8230;

Napięcie czy upał? Z hotelu skręcamy w prawo zamiast lewo. A może tylko zniknął mi jeden zakręt z mapy? W każdym razie zamiast zbliżać się do brzegu morza, powinniśmy mieć je po lewej ręce, wznosimy się ku górze. Skały, ostre zakręty. No i jakoś bezludnie. Tak chyba nie powinno być w pobliżu metropolii? Ale jest pięknie. Cóż, dla mnie zawsze jest pięknie, gdy znika morze, a pojawiają się góry, skały. Dojeżdżamy do zatoczki z pięknym widokiem. Coś w rodzaju dzikiego parkingu na poboczu, pełniącego funkcję tarasu widokowego. Okazuje się, że dojeżdżamy do Petaloudes, czyli Doliny Motyli. Świetnie! Odwiedziny tego miejsca też mamy w planach. Wychodzimy na parę minut z samochodu. Podziwiamy widoki. Robię kilka zdjęć. Niestety zdjęcia z tego dnia i kilku następnych znikną w czasie kopiowania z aparatu na laptop. Szkoda, szkoda!! Cóż, może jest to też w jakimś sensie i dobra wiadomość. Powinienem kiedyś wrócić na Rodos. Ach! Wybrać się samolotem tylko na kilka dni. W te miejsca, których zdjęcia diabli wzięli. I nic więcej. Być pewnym, sprawnym, wiedzieć, czego się chce.

O. nie jedzie z nami. A. i W. zabrali ją na plażę. To taka dziwna sprawa. Oni byli na Rodos kilkakrotnie. Widzieli, jeżeli nie metaforyczne wszystko, to z pewnością wszystko, co najważniejsze i jeszcze trochę, co słychać w opowieściach o ulubionych restauracjach, dobrych sklepach, najsympatyczniejszych plażach, najlepszych drogach, najwygodniejszych dojazdach. Ba! nawet w opowieściach o spotykanej a zaprzyjaźnionej miejscowej ludności. Tak, tak, mam poczucie winy. O. uwielbia morze, uwielbia wodę, uwielbia pływać. Każda wyprawa gdziekolwiek indziej rodzi we mnie uczucie, że sprawiam jej przykrość. Że powinienem zarządzić plażę. Że powinienem, wbrew sobie przecież, hasać z nią po falach, nurkować, szaleć. Ale jak zwykle rozdarty. Przecież wakacji za granicą, w innym miejscu Europy, w innym klimacie, w innej kulturze, nie można spędzić w morskich wodach, choćby najpiękniejszych. No i to poczucie jakiegoś obowiązku w stosunku do S. i E. Tak to jest, gdy oczekiwania nie mogą zostać wypowiedziane, gdy są jedynie nieśmiało zaznaczone, gdy należy je odczytywać z czyichś zachowań, spojrzeń, półsłówek. Jakże bardzo to męczy! Patrzę więc chyłkiem na nich, tak żeby nie widzieli. Wiję się, czekam na decyzję, która mnie ucieszy, kulę się w sobie, umykam gdzieś nie tylko wzrokiem, ale i całym sobą, gdy pytanie trafia mnie jak wystrzał z pistoletu. Kula wbija się w pierś i omdlewam. Niech się to wreszcie skończy! Podnoszę głowę. Tak, zgadzam się, wyduszam z siebie, a dziwny grymas jest substytutem radości. Dlaczego oni się, do diabła, na to nabierają? Najgorsze jednak jest to, że za jakiś czas będę pełen swobody, kwintesencja Easy Rider, mając wielką przyjemność z kolejnej wyprawy. Ale tylko do pewnego momentu. Jakiś odruch, słowo, żachnięcie się nagle mogą napompować schowaną gdzieś na dnie duszy depresję, która ołowianym balonem spadnie na głowę, na kark, szarością okryje opaloną twarz, przyciśnie do ziemi jeszcze przed chwilą wyprostowane z radością ciało, chłonące upał i krajobrazy, każąc nogom powłóczyć w udawanym zmęczeniu.





Piotr Marcin Kraska - Widoki z łóżka





Piotr Marcin Kraska - 35 lat, nauczyciel, tłumacz, kiedyś także dziennikarz, lecz przede wszystkim miłośnik literatury i poeta. Do tej pory opublikował: Rejterada oraz trzydzieści trzy inne utwory wierszem (Sowello 2013) i Q. Nie tylko dramaty (Sowello 2014). Uwielbia podróże, dobrą kuchnię, teatr i muzykę klasyczną. Mieszka w Krakowie.




W GŁOWIE POETY

czają się podłe krasnale ogrodowe
od urodzenia w głębokiej depresji
w głowach krasnali mieszkają koty
którym się TEGO nie robi
drapią swą sierść w której gnieżdżą się wszy
są wszędzie czyli nigdzie
a w głowach wesz żyją ameby
palące papierosy w bramach kamienic

z dymu sączą się obrazy

z popiołów powstają słowa




DOKĄD WIEDZIE TA DROGA

Dokąd wiedzie ta droga, którą we śnie chodzę?
Dokąd mnie zaprowadzi? Gdzie kres jej? Gdzie koniec?
Lasy gęste i mokre. Kamyk w bucie. W drodze&...

Wiele czeka mnie trudów. Nie poddam się trwodze,
Choć rajskie konie światła uciec chcą na błonie.
Gdzie prowadzi ta droga? W błocie sennym brodzę.

W bagnistym mule tracę swą pozorną władzę
Nad słowem, czynem giętkim. Grzech? Od grzechu stronię.
Trasy długie, nieznane&#8230; Kamień znika w wodzie.

Czy znajdę rozwiązanie? Nie jest łatwo... sądzę.
Strach kładzie się na skronie. Strach to myśli goniec.
Lecz wiedzie gdzieś ta droga, którą ciągle błądzę.

Coś z mapą się nie zgadza, tracę wszelką wiedzę.
Czy życie również stracę? Czy śmierć? A co po niej?
Masy ciemne, wilgotne; skała... tam posiedzę.

Czy może ruszyć dalej? Biesy mnie wydadzą?
Przed sędzią stanę goły po ognistej stronie?
Gdzie droga mnie zawiedzie, którą we śnie chadzam?
Wieki gęste i ciemne: popiół, szarość, sadza –



Piotr Marcin Kraska. "Widoki z łóżka". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Piotr Tomczak - Starość szaf







Starość szaf


Zapach drewna, które wiele przeszło, wilgoć, rozsychająca się, rozeschnięcie, wilgotniejące, tłusto. Spękania i skrzypienia. Szuflady wciąż się wysuwają, nocami i dniami, szafy przestawiają się po pokoju, rozrastającym się w pokoje, ciągnące się od ulicy całkiem głównej, choć nieco pobocznej, aż do jakichś wstydliwych zakamarków miasta. Układają się w nieudane, a długotrwałe kompozycje przepierzeń dzielących ten pokój ze mną. Dlaczego kojarzy mi się to z jasną zielenią? Czy może zielenią odwłoków much ścierwnic czy opakowań choinkowych lub powszednich cukierków? Było już kilka remontów, malowań. Wyrywałem wszystkie zbędne półki, popękane, pomalowane na biało, wydawały się nie spełniać żadnej praktycznej funkcji. Ostatnio przeniosłem meble z tego pokoju do nowego miejsca w Paryżu. Ogląd sąsiednich mieszkań, urządzonych ze smakiem, w przeciwieństwie do mojego, mimo starań, sprowokował
pytanie: „Po co?”.




W górę, w górę!


Ostatnio często sobie przypominam o sklepach umieszczonych na szczycie wielopiętrowej nadbudówki usadowionej od pewnego czasu na szczycie naszego czteropiętrowego bloku. Nie muszę zatem jeździć do centrum miasta po zakupy, wystarczy wyjść na korytarz, i wsiąść do windy. Potem, na czwartym piętrze, zrobić przesiadkę do tej, w której ciśnienie zatyka uszy, i wysiąść kilkadziesiąt pięter wyżej, w galeriach handlowych, po części niewykończonych, i kupować, co się chce. Nie trzeba się już męczyć podróżą, wystarczy, żeby się przypomniało i pokonać strach.




Później niż „Matko, jestem głupcem”


Czy jest to zestaw fotografii, czy film? Nie jest wiadomo, czy jest to przedstawienie autentyczne. Wydaje się, że tak, że jest. I że jest to jednak film, w kilku ujęciach pokazujący zasadniczo nieruchomego. Wywiera duże wrażenie, z kilku przyczyn: jest jednym z ostatnich wizerunków, jest wizerunkiem cierpiącego, jest jednym z ostatnich wizerunków cierpiącego,
jest jednym z pierwszych zastosowań kamery filmowej, i to do postaci, która raczej kojarzy się z popiersiami, płaskorzeźbami, rysunkami, obrazami, co najwyżej fotografiami, rękopisami i drukami. Byłem podobnie zaskoczony, widząc fotografię Fryderyka Chopina. Nieoczekiwana bliskość.


Piotr Tomczak. "Starość szaf". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Izabela Iwańczuk - tyka Ero





Poetka, ur. 10 maja 1976 r. Mieszka i pracuje w Słupsku. Twórczość poetycką rozpoczęła w 1996 roku. Debiutowała na łamach katowickiego kwartalnika humanistycznego Wyrazy w 1998 roku. Publikowała w almanachach, antologiach, pismach literackich (m.in. Akant, Aspiracje, Autograf, Gazeta Kulturalna, Kozirynek, Metafora, Migotania, przejaśnienia; Okolica Poetów, Nihil Novi, Pegaz Lubuski, Poezja dzisiaj, Pogranicza, Ślad, Znaj ) oraz w Internecie. Wybrane wiersze autorki drukowano w języku angielskim, hiszpańskim, niemieckim, rosyjskim i serbskim. Wydała tomiki poetyckie: Róża frasobliwa (Agora, Słupsk 2000), Koperta bieli (Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, Bydgoszcz 2006), Lunatycy (Wydawnictwo Miniatura, Kraków 2008) – wyróżnienie na X Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Leopolda Staffa (Starachowice 2007), Perły wieczne (MaMiKo, Nowa Ruda 2012). Odniosła sukcesy w konkursach poetyckich. W latach 2007-2009 była w składzie redakcji słupskiego Brulionu Literackiego Ślad. Stypendystka Prezydenta Miasta Słupska w dziedzinie kultury (2006, 2012, 2016 r.).




Analiza


stres
praca
euro
zamiast
poezji

upał

znaczy
walczyć
tańczyć
kosmicznego
walca




Open Fryderyk Chopin


kluczem wiolinowym otwiera
herbaciane niebo

świerszcze grają upał

murzynek nocy
roztapia się
wschodem słońca




Idą święta
rabat na świat



chorujesz na mnie
dwadzieścia procent mniej

na chory świat
pięćdziesiąt procent taniej

na tv led laptop tablet
na miłość najlepsze gratisy miłości

na miłość nie ma sił
na filmową piosenkę

na wszystko gratis
tylko u Boga

przymglone światło promieniuje
w cztery strony
z telebimu nieba

Izabela Iwańczuk. "tyka Ero". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Jan Baron - "Korekta"




Jan Baron, ur. w 1985 roku. Publikował wiersze m.in. w "Śląsku", "Cegle", "8 Arkuszu Odry".
Absolwent edytorstwa. Na stałe mieszka w Rudzie Śląskiej.




Korekta

Poprawiam biogramy zmarłych.
Błędy nieliczne, ale dotkliwe.
Dotkliwość uchybień skłania do tkliwości
i nieszczerych postanowień poprawy.

Poprawiam biogramy zmarłych,
usuwam zdania w czasie teraźniejszym.
Nekrologi nie mieszczą się już w gazetach,
nekrologi nie mieszczą się w poezji,
muszą mieścić się w głowie.





Z domu ojca

1. Święto przemienienia

Kiedy zmarła matka, zapewniano, że spotkam ją w niebie.
Pół roku później miałem nową mamę. Od razu
rozpoczęła porządki: umyła podłogi, z szaf zniknęły
niepotrzebne ubrania, w oknach pojawiły się czyste firanki.
Ojciec był zachwycony. &#8220;Niebo, niebo!” – powtarzał.

2. Wiersz dla dzieci

Córeczko albo synku, pamiętam początek:
w złotym środku lata nie myślałem o tobie
i nie bałem się wcale rozmnożenia smutku.
Pamiętam początek: środek słotnego lata,
mgła po naszej stronie.

3. Ojcowizna

Stół będzie nakryty jak należy. Już tatuś zadba,
przed każdym obiadem będę robił przegląd,
czy sztućce, serwetki, talerze i dzieci dobrze ułożone.

Jestem na swoim, bo mam wszystko: to, co wyniosłem z domu,
również to, co było powodem, że z domu się wyniosłem.






Oswojenie


Przed nocą z gór schodzą pasterze. Ich psy
miały być groźne; sięgam po kamień,
kiedy zaczynają się łasić.






Na tym weselu nie wypada tańczyć

Nadal słyszę kroki w przedpokoju,
pewnie ojciec znów stoi przed lustrem zdziwiony,
bo nie wie, kim jest ten stary. Trze oczy,
jakby chciał usunąć tkwiące w nich obce ciało.
Wchodzi do kuchni. Idę za nim,
podnoszę z podłogi wyplute jedzenie.
W nocy, obudzony uderzeniami w drzwi,
prowadzę z powrotem do łóżka. Jego ręka
kurczowo trzyma się mojej. Trzymam się ojca,
chociaż już nie muszę.



Stan zwyczajny

Nigdzie nie wyjeżdżam. Nigdzie już nie wyjeżdżam. Nie wiem, po co tu przyszedłem. Dworzec kolejowy w Katowicach uchodzi za miejsce brudne i nieprzyjemne. Uchodźże. Ze schodów zstępują dwaj Żydzi jak z obrazka. Starszy – długobrody, w futrzanej czapie; młodszy o twarzy ledwie powleczonej zarostem, po obu jej stronach kołyszą się kręcone warkoczyki, taszczy walizkę. Pewnie wiedzą, po co tu przyszli i zaraz ich nie będzie.
W dworcowym antykwariacie kupuję z przeceny Stan wyjątkowy, zbiorek nieaktualnych, zupełnie mi zbędnych wierszy Kornhausera. Paragon, niezdarnie zgarnięty ze stołu, opada na posadzkę, wirując w powietrzu jak – na myśl przychodzą tylko tanie porównania – jak piórko, które wydostało się z pierzyny czy poduszki lub – jeszcze banalniej – jak listek. Schylam się, podnoszę, podnoszę głowę i uśmiecham się do miłej dziewczyny od książek, dziewczyna uśmiecha się do mnie. Wiem, po co tu przyszedłem i zaraz mnie nie będzie.


BARON Jan "Korekta". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska) ISBN 978-83-60224-56-4




Młody Toruń poetycki. Antologia.





Redakcja
Tomasz Dalasiński, Radosław Sobotka

Publikacja dofinansowana
przez Urząd Miasta Torunia



DARIUSZ BRZOSTEK

Ur. 1973. Absolwent i pracownik UMK w Toruniu: literaturoznawca, badacz kultury, audioantropolog – piszący regularnie (zawodowo) i pisujący okazjonalnie (dla przyjemności). Autor tomu poetyckiego, Świt (1996) i monografii, Literatura i nierozum (2009). Muzykant improwizujący w kolektywach: HATI, Molok Mun i Kingdom of Zabobon; współtwórca kilku wydawnictw płytowych: KA (2009), God Bless Molok Mun and All Who Walk with Him (2010), Orient Potockiego (2011), Enter the Dragon (2012) i The Spices (2012).


CHUDY LITERAT

pamięci Brunona Jasieńskiego

Czytając w znudzeniu pradawne iliady
z palcem zastygłym w słoju marmolady

śledząc bez pasji przygody Odysa
z uchem co szlagier radiowy zasysa

nad książką w stylu moderne zasypiam niczym przy wieszczu
zza okna uśpił mnie znów upojny łoskot deszczu



TOMASZ DALASIŃSKI

Ur. 1986. Twórca tekstów poetyckich publikowanych na łamach m.in. „Kresów”, „Toposu”, „Czasu Kultury”, „Odry”, „Tygla Kultury”, „Frazy”, „Zeszytów Poetyckich”, „Opcji”, „Rity Baum”, „Ha!artu”, „Wakatu”, „RED-a” i „Portretu”, okazjonalnie prozaik. Laureat X Tyskiej Zimy Poetyckiej (2010), stypendysta Miasta Torunia i dwukrotny stypendysta Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego w dziedzinie kultury. Doktorant na toruńskiej polonistyce, redaktor naczelny czasopisma „Inter-. Literatura-Krytyka-Kultura”, współpracownik bydgoskich „Fabulariów”. Autor książek z wierszami: porządek i koniec (2011) i Stosunki przegrywane (druk planowany na rok 2013).


I JESZCZE RAZ


w samym środku: bar „zacisze”, wieczór, stolik
mokry od światła, drzwi jak skaleczenie. siadam tyłem
do siebie, nie zostawiam śladów. kelner poleca

milczeć – biorę to, co trzeba: kilka głębszych
oddechów, hit w radiu i lato. chwilę

później, gdy wszystko jest czyste i puste, odnoszę
wrażenie.


(z tomu porządek i koniec)




RAFAŁ DERDA

Ur. 1978. Autor kilkudziesięciu tekstów poetyckich, prozatorskich oraz krytycznoliterackich publikowanych m.in. w „Czasie Kultury”, „Akcencie”, „Toposie” i „Portrecie”. Niebawem ukaże się jego debiutancka książka z wierszami Piąte.


CZYSTA RETORYKA


chciałem napisać do maćka lecz nie ma już dużych liter
do ewy chciałem napisać lecz dużych liter już nie ma

i szukam ich teraz po salach słońce pożera swe ciepło
a stan podgorączkowy siecze tych co zostali

do jacka chciałem napisać lecz dzień jest suchy i skwierczy
gdy duże litery powrócą będziemy zawijać je w bandaż

podawać im nasze ciała i klecić im klosze nad głową
na razie zostaje niewiele blask pustych esemesów

które zamierzam wam wysłać nie będzie prawdą czy światłem
nawet przechodnim lampionem nie wskaże wam drogi do domu

nie łudźcie się nie łudźcie nie wskaże wam drogi do domu.


(z tomu Piąte [w druku])




ANNA DWOJNYCH

Ur. 1988 w Płocku. Studentka socjologii i filozofii. Poetka i tłumaczka poezji Stefana Themersona. Współredaktorka magazynu „Inter-. Literatura-Krytyka-Kultura”. Od 9-ciu lat należy do klubu literackiego Marabut działającego przy Płockim Ośrodku Kultury i Sztuki. Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich, m.in., O Cisową Gałązkę, O Laur Jabłoni, Jesienna Chryzantema, im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej, im. Zbigniewa Dominiaka, im. Leopolda Staffa, im. Marii Konopnickiej. W 2011 roku ukazał się jej debiutancki tomik wierszy gadu gadu. Wcześniej publikowała na łamach portali „Neurokultura” i „Instynkt” oraz w piśmie „Faust”. Mieszka w Toruniu.


Z GIER I ZABAW LINGWISTYCZNYCH


nie-
dziela
nas nie
dzieli

ja ws-
chodzę
ty ws-
chodzisz
razem za-
chodzimy

nasze przy-
pływy i od-
pływy mieszczą
się w jednym s-
łowie

ty-
dzień jest
okrutny
ty
dzień
ja
noc
nasze s-
łowa i ges-
ty
krzyż-
ują się na s-
chodach



GRZEGORZ GIEDRYS

Ur. 1979 w Olsztynie. Absolwent polonistyki na UMK w Toruniu. W latach 1998-2004 pracował przy powstawaniu kwartalnika literackiego „Undergrunt”. Wiersze, prozę i artykuły krytyczne publikował m.in. w „Kartkach”, „Lampie”, „Lewą Nogą”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Odrze”, „PAL-u”, „Portrecie”, „Tytule”. Wydał książki poetyckie Wiersze dla dorastających dziewcząt z dobrych domów i Debiut. W roku 2006 Teatr Wiczy wystawił sztukę na podstawie jego dramatu Instant. Mieszka w Toruniu, gdzie pracuje jako dziennikarz w lokalnej redakcji „Gazety Wyborczej” i prowadzi bloga http://grzegorzgiedrys.blogspot.com/.


LITANIA


Panie, w Twoich kościołach czuję się jak turysta.
Zimno tu u Pana i pachnie naftaliną.
Utknąłem, Panie, w tym śnie, z którego nic
mnie nie wybudzi. I coraz częściej śni mi się,
że nie mogę zasnąć. Mam już dość, Panie.

Panie, daj mi siłę. Wiem, że mnie słuchasz.
Dałeś ludzkości wschody i zachody słońca,
mgłę nad wodą, urok macierzyństwa.
Daj mi coś wreszcie.
Kościołowi dałeś Bacha i Mozarta,
a dziś beztroski brak gustu.
Nazistom dałeś telewizję. Później był technicolor,
by rany po Hiroszimie goiły się dłużej.
Daj mi coś wreszcie.

Czy zgasnę pogodnie? Czy Chrystus otworzy drzwi?
Pod językiem obróci się obfity i suchy wiatyk mowy?
Tej niespójnej jak sen? Sinej jak ból?


(z tomu Debiut)



WOJCIECH GIEDRYS

Ur. 1981 w Olsztynie. Autor tomu poezji Ścielenie i grzebanie (2004). Publikował m.in. w „Twórczości”, „Odrze”, „Akcencie”, „Kresach”, „Opcjach”, „Lampie”, „Borussii”, „Kartkach” i „Toposie”. W latach 1998-2005 związany z kwartalnikiem „Undergrunt”, redaktor działu literackiego „Teki”. Stypendysta Miasta Torunia. Mieszka w Toruniu, gdzie pracuje jako dziennikarz w „Gazecie Pomorskiej” i prowadzi bloga http://wojciechgiedrys.redblog.pomorska.pl/.

GŁOWA WROGA


Z zimnymi ogniami we włosach matki
Urodziłem się pierwszego dnia stycznia.
Rozłożyła na stole obrus: ogórki
Kiszone i jabłecznik jeszcze ze świąt,

Zdążyła jeszcze przygotować zupę
Grzybową na następny dzień i założyć
Świeżo uprane firanki. Powiedziała
Jeszcze Ojcu, że to na pewno nie dziś.

Matko, jakie było to spojrzenie, to
ostatnie, które przed szpitalnymi drzwiami
rzuciłaś Ojcu, zagryzając sine
usta? I co myślałaś w chwili, kiedy

karłowata salowa krzyknęła: To
chłopiec! Nie Agnieszka, z którą co dzień
plotłaś warkocze i stawiałaś babki
z piasku, sprzedawane za parę groszy,

na którą w szafie czekały sukienki
po kuzynce Monice, dwa różowe
kombinezony z RFN i Grzesio,
dwuletni brat wieczny niejadek; Matko.


(z tomu Ścielenie i grzebanie)




KAROL GRACZYK

Ur. 1984 w Gorzowie Wlkp. Uprawia poezję i prozę. Laureat i zwycięzca kilkudziesięciu konkursów literackich, m.in.: im. Jana Kulki, im. Zdzisława Morawskiego, im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej, im. Michała Kajki, im. Haliny Poświatowskiej, „O liść konwalii” im. Zbigniewa Herberta (dwukrotnie), O Złote Pióro Sopotu, Wawrzynu Lubuskiego za książkę roku 2008. Od stycznia 2006 roku jest redaktorem internetowego miesięcznika sztuki – Polskie Kulturalne Podziemie (www.pkpzin.pl) mającego ponad dwanaście tysięcy czytelników. Swoje teksty publikował m.in. we „Frazie”, „Obrzeżach”, „Twórczości”, „Arteriach”, „Tyglu Kultury”, „Odrze”, „Lampie”, „Śladzie”, „Toposie” i „Pograniczach”. Wydał książki Oko i oko, Osiemdziesiąt cztery oraz Łowy. Dwukrotny stypendysta Prezydenta Gorzowa Wlkp., współorganizator Gorzowskiego Festiwalu Poetyckiego Wartal. Prowadził warsztaty poetyckie w Gorzowie Wlkp., organizował spotkania z pisarzami i turnieje jednego wiersza. Wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Polskie Podziemie Kulturalne. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski. Mieszka w Toruniu.

PRZEZLAS


drzewa i sucha ściółka
przechodzi pod butem w proch.
Nie jest nawet śladem biologicznym,
wyłącznie dopełnieniem definicji.

Obok: ścięte drzewa (pachną najmocniej),
zawsze te same wgniecenia w ustach.
Ślad za śladem w kierunku chaty
parabolicznie rozwija wachlarze.

W kominku trzaska drewno,
na zewnątrz pioruny;
w środku kieliszek, gra echo,
coś zwisa z sufitu

i ostatni oddech
łapie na dystychu.


(z tomu Osiemdziesiąt cztery)




MARCIN JURZYSTA

Ur. 1983 w Elblągu. Poeta, krytyk literacki, doktor literaturoznawstwa. Autor tomu poetyckiego ciuciubabka (Łódź 2011). Publikował w czasopismach krajowych i zagranicznych oraz wielu almanachach pokonkursowych.


WSPÓLNY DOM


Coraz częściej przechodzę obok dużego domu
nie jest jednak za duży dla zgarbionych
mieszkańców którzy zgubili klucze do wyjścia
a wchodząc zapomnieli zostawić uchyloną prośbę

figuruję w ich szczelinach dlatego upominają się
o moją obecność i nieobecność
poza wielkim wspólnym pokojem
nigdy nie jest zbyt wielki dla swoich zgarbionych

nigdy nie jest
wietrzony stąd ten zaduch
co puka do okna.


(z tomu ciuciubabka)


KAROLINA SAŁDECKA

Ur. 1983. Poetka, polonistka i romanistka, doktor nauk humanistycznych. Publikowała m.in. w „Twórczości”, „Kwartalniku Literackim TEKA”, na stronach internetowych „Dekady Literackiej”, kwartalniku artystyczno-literackim „Arterie”. Laureatka kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich, w tym konkursu im. Rainera Marii Rilkego. Stypendystka Miasta Torunia w dziedzinie kultury. W 2011 roku ukazał się tomik jej wierszy zatytułowany Na własne oczy. Obecnie mieszka i pracuje w Bydgoszczy.


CHÓR KOBIET PRZYDROŻNYCH


babcia grała na organach
w drewnianym kościele
na kolację jadało się chleb
z pomidorem czosnkiem i oliwkami
matka starała się o kolejne
dzieci byle tylko jej nie zostawił
nie znalazł sobie lepszej
blondynki w samonośnych pończochach
zapracowanej kosmetyczki
z zarejestrowaną działalnością
z zabezpieczeniem lub bez
z dojazdem do klienta

popatrz jestem
na każde wezwanie
na telefon moja szminka
nie zostawia śladów na koszuli
ani na genitaliach
jestem też idealna
do romantycznych kolacji spotkań i rautów
mogę założyć perukę i mieć na imię
Siena
powiedz tylko słowo
powiedz tylko
po co



RAFAŁ SKONIECZNY

Ur. 1983. Autor Antologii hałasu (2007), Dzikich stron (2010) i Przeniesionego człowieka (2013). Używa głosu i instrumentów w Hotelu Kosmos, Perpetual Motion Food i Wecku. Przebywa nad polskim morzem.


ŚWIĘTO


Zrodzony jesteś człowieku,
a nie stworzony,
z tego samego chodnika,
z którego podźwignął się

twój stary. Nie szukaj
niczego na swoje podobieństwo
w ilustrowanych magazynach
młodej sztuki. Nie szukaj matki

dalej niż na spróchniałym łóżku,
które skończyło się samotnie
na zapleczu kina.

Zrodzony jesteś człowieku,
a nie stworzony,
i dlatego muszę cię kochać.


(z tomu Przeniesiony człowiek)



SZYMON SZWARC

Ur. 1986. Poeta, muzykant. Skończył filologię polską na UMK. Współtworzy zespół Jesień, Grupę przestępczą „Jesień”, kolektyw Żeromscy Ludzie Bez Roli oraz projekt „25000 produktów”. Wydał tom wierszy pod tytułem Kot w tympanonie (wyd. „Rita Baum”, Wrocław 2012). Mieszka w Toruniu.



MICHAŁ TABACZYŃSKI

Ur. 1976. Tłumacz, eseista, krytyk literacki. Autor m.in. antologii współczesnej poezji amerykańskiej Parada równości (2005), przekładu wyboru wierszy Jana Skácela Bolą mnie litery (2012), arkusza poetyckiego Wiersz (2004) i zbiorku poezji Szkolny atlas apokalipsy (2007). Współautor m.in. słownika młodej kultury Tekstylia bis (2006) i książki-raportu Kultura niezależna w Polsce 1989-2009 (2010). Ostatnio w Bibliotece „Rity Baum” ukazał się tom jego esejów Widoki na ciemność (2013). Sam o sobie powiedział: „Wiersze składałem dawno i nieprawda (mieszkałem wtedy w Toruniu, więc tym bardziej dawno i nieprawda, bo taka jest natura Torunia – on zawsze jest dawno i nieprawda). Kiedy je teraz czytam, zdumiewa mnie rymotwórcza beztroska ich autora. To, że nie jestem nim ja, jest dla mnie oczywiste: ja po prostu tak nie umiem, bo ja po prostu nigdy nie bywam tak beztroski”.



***


Mocno przerośnięty świat; znamienna w nim anarchia
każe przewracać wszystkie zdezelowane sprzęty
na nice i robić z nich – wiersze, ulotne varia,
lękliwe marginalia, papier, rozciągłe grzędy

miejskich bibliotek. Bo świat ciągle żywi się kurzem
i śpiewa piosenki o bohaterskich szewczykach:
dratewka fastryguje to, co jedynie słuszne –
luka w tej historyjce nieodwołalnie znika.

Świat nudzi się z finezją, nawet jeśli się błaźni
i jak zwykle wybredny znów przebiera w żetonach,
obstawia coraz gorzej, trwoni większość okazji.
Świat nie trawi papieru, z łaską zostawia to nam.


(z tomu Szkolny atlas apokalipsy)



PAWEŁ TAŃSKI

Ur. 1974 w Toruniu. Adiunkt (dr hab.) w Zakładzie Antropologii Literatury i Edukacji Polonistycznej Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor książek: W cieniu poematu. Emigracyjna poezja Mariana Czuchnowskiego (2003), Tradycja i talent. Szkice o poezji emigracyjnej (2006), Sandały Hermesa. Szkice o poezji (2008), Ja, motyl i inne szkice krytyczne (2010), Ślad. Świat poetycki Jerzego Hordyńskiego (2012). Redaktor i współautor tomów: Marian Czuchnowski – kronikarz emigracyjnej codzienności (2002), Problematyka tekstu głosowo interpretowanego (trzy tomy: 2004, 2006, 2010). Wydał zbiory wierszy: ukryty pod topolami (1997), Zdania z wiśni (2000), Baśnie, głosy, przedmioty (2001), Ogrody toruńskie (2006), mikrotony (2011). Kilkanaście jego wierszy przetłumaczono na język angielski, chiński, czeski i serbski. Stypendysta Marszałka Województwa Kujawsko–Pomorskiego w dziedzinie kultury w roku 2011. Były redaktor działu prozy w półroczniku „Inter-. Literatura–Krytyka–Kultura”. Od listopada 2012 redaktor i sekretarz „Kwartalnika Artystycznego”.


***


układamy z traw
mowę popołudnia
głos kontemplacji
alfabet sensu
to nie mowa trawa
lecz mowa wędrowania
gdy trzymam w dłoni
dłoń
sześciolatka
patrz jaką fajną drogę wybrałem
mówi
i mknie

pod górę

30 lipca 2011

(z tomu mikrotony)


Młody Toruń poetycki. Antologia. Nowa Ruda : MaMiKo, 2013.





Katarzyna Brzóska - Ukryte




Katarzyna Brzóska, ur. 29-go stycznia 1976 roku w Słupsku Absolwentka filologii polskiej i studiów podyplomowych na kierunku bibliotekoznawstwo i informacja naukowa słupskiej Akademii Pomorskiej. Autorka arkusza poetyckiego Kolory na środku (1999r.) i tomików poetyckich: Tristania (2002r.), Po śnie przedsen (2005r.). Publikowała w antologiach: Gdzie indziej ,Patrzeć na siebie bez alfabetu ,Wyrwane z krwioobiegu , Contemporary Writers Of Poland, Ślady dotyku, Z ziemi przychylnej oraz w Prowincjonalnym Okazjonalniku Literackim Łabuź, Autografie, Śladzie i Poezji dzisiaj. Jej wiersze tłumaczono na angielski, niemiecki, rosyjski i francuski.
Strona internetowa autorki: www.w tristanii.republika.pl

Z wydanego tomiku „Ukryte”

ODCZYNIANIE

Völva zasłoni skrzydłem kruka
Wila wykąpie w obłoku

dopóki Królowa śni odwrotny sen
nie zbudzą się
koszmary na własnych marach

ze strachu struchlałe
podrygują w obłędzie pikseliozy
jak blaszane pajacyki
wydane na pastwę gradacji

bledną - znikają - nie istniały


POD POWIERZCHNIĄ

wystarczy, że zmruży oczy
a ktoś inny przejmuje pstrykanie palcami
krajobrazy spadają z wysokiego pułapu
w pustkę krzeseł na całej długości stołu

pod blatem jest inaczej
podłoga oddycha równo i bez wartościowania
oczy szybko dostrzegają nad sobą wzór
co wieczór obdzierając czarną dziurę ze skóry
aż spadnie odpowiednia ilość powlekanych odłamków
po równo w dłonie czerni i bieli
pod język zgaszone światło

widok nadpłynął szerokim kątem
znieruchomiał nie zastygając



ŁĄKA

łąka zmyla straże asfaltu
drapieżna otulina
dla przerośniętych paznokci

rozpostarta w głąb własnych aort jak parasol pędzelka na powiece

zasypia gasząc ostrość
na deserowej galaretce
znużona gryzieniem futra pszczoły


BRZÓSKA Katarzyna. Ukryte. Nowa Ruda : MaMiKo, 2012




Marek Boczek - "Wierzę w przypadek"

                                              



Urodził się w 1955 roku. Wraz z rodziną / żona i dwie studiujące córki/ mieszka w Sochaczewie. Z wykształcenia ekonomista, z zawodu doradca podatkowy. Poezją, tak na dobre, zajmuje się od pięciu lat. Od ubiegłego roku należy do Zachodniomazowieckiego Oddziału Ogólnopolskiego Klubu Poetów i uczestniczy w Żyrardowskich Wieczorach Literackich. Niniejszy tomik jest całkowitym debiutem i zawiera wybór wierszy z lat 2006 – 2008.

Wiersze z tomu "Wierzę w przypadek"


I tej wersji będę się trzymał


przez chwilę kiedyś myślałem
że ziemia się unosi
jak balonik
patyk od niego był różdżką
a ja
mogłem świat zmienić
w rakietę
powietrze wystarczyło spuścić
i wzlecieć razem

kwiaty z włosów
wieńca zwycięstwa
rozrzucane po drodze
tworzyłyby
nienazwane konstelacje

czegoś brakło
zostałem



Kadr


ociera się o ścianę
mam nadzieję że nie strach
bo czy można bać się o wczoraj i dzisiaj
gdy rośnie garb zrozumienia

zapalmy świecę będzie bardziej wyraźny
w aureoli choć jeden raz
metafizyka to czy gra tak szybka
teatr z obrotową sceną
areny piach

iluzjonista wkłada do pudła tnie
obraca jak klepsydrę
w stare-nowe składa
jest artystą najwyższej oczywistości
cylinder szalik białe rękawiczki
i koniecznie monokl by nie przeoczyć

jutro znowu ten sam kadr


Znaki


nadszedł czas na ruch
następny
wybór właściwego pola
może rzut monety lub kostka

zdać się na przypadek
możliwości niewielkich rozterek
potem rzucić raz drugi
i upewnić się

a może zagrać o wszystkie
pola i czarne i białe
szczęśliwie pohetmanić
brak odwrotu dotknięte idzie

tylko trzeba się pożegnać
z taboretem bujanym
przybrać inne barwy



Odbicie


każdy miał kiedyś chwilę
wysupłaną z mieszka przypadku
co z nią zrobił nie wie pewno
zagubił w szalonym pędzie
w biegu donikąd w powietrze

sąsiad z zamkniętymi oczyma
nie współczuje i nie zazdrości
tak by się chciało pozmieniać
uwidocznić bo jest we wnętrzu
jakże innym od pokazywanego
i łatwo zapomnieć o tym
w nicość wdepnąć
porzucić wyobraźni sady
ukorzenioną wyłączność

a może by tak na chwilę
z sadu i jeszcze z tego drzewa
jabłko spadło nie ogryzek



Wiatr


wiatr
znów niestety jesienny
przyniósł wspomnienie drabiny
jej szczeble bezpieczne
namiastkę nieba
kwiaty wiśni

liść
jeszcze mocno się trzyma
być może raz ostatni
zagląda do kufla
na złota i piany
układ

zobacz
samolot wyznanie czyjeś pisze
wodą w świat
czytaj szybko
nim je rozwieje
wiatr



BOCZEK Marek. Wierzę w przypadek. Nowa Ruda : MaMiKo, 2008. -78 s. Poezja polska.
ISBN 978-83-60224-33-5





Stan Florek - Miasto bez przystanków




Stan (Stanisław) Florek urodził się w Wałbrzychu na Dolnym Śląsku. W młodości uczył się rysunku i malarstwa pod kierunkiem uznanej rzeźbiarki Marii Bor. Studia plastyczne ukończył w Sydney w Australii w 1995 roku. Brał udział w licznych wystawach, m.in. w uczczeniu 60 rocznicy Rewolucji kubańskiej w Parlamencie Stanu Nowej Południowej Walii, w wystawie na 100 rocznicę urodzin Hiszpańskiego poety Miguela Hernandeza, ekspozycji wspierającej Arktyczny Bank Nasion (Global Crop Diversity Trust) oraz w wystawach na rzecz stanowego serwisu Leczenia i Rehabilitacji Ofiar Tortur i Traumy.

Zainteresowanie sztuką prehistoryczną i starożytnych cywilizacji zaprowadziło go na studia archeologiczne, które ukończył we Wrocławiu w 1976. Pracował w Zakładzie Konserwacji Zabytków, w Zakładzie Archeologii Nadodrza Polskiej Akadami Nauk, i na Uniwersytecie Wrocławskim. Od 1985 pracuje w Australian Museum (Sydney) w sekcji, która opiekuje się kolekcją etnograficzną, archeologiczną oraz sztuką, głównie rdzennych społeczeństw Oceanii. W 1994 roku otrzymał stopień doktora filozofii na Uniwersytecie Sydnejskim. Pisze artykuły dla profesjonalnych i popularnych czasopism oraz publikuje i bloguje w internecie.

Jego opowiadania i obrazy rodzą się z zainteresowania i poczucia wspólnoty z innymi ludźmi, krajami i kulturami – ludzie z odległych stron, prawdziwi lub wymyśleni, pojawiają się w jego historiach i na płótnach. Również krajobrazy, miasta i dzielnice, zwykle fikcyjne, inspirowane są prawdziwymi miejscami na ziemi. Potęga natury i pór roku fascynuje go tak samo jak dramat i radość ludzkiego istnienia.

Jego ulubione tworzywa plastyczne to farby olejne, pastele i miedzioryt. W pisaniu garnie się do małych form, poezji, opowiadań i prozy faktograficznej



DO DOMU

Tyle lat minęło. Myślałem, że czas już powrócić do domu. Nie było żadnych usprawiedliwień. Ale powroty są trudne, tak samo jak rozstania, a może nawet trudniejsze. Dlaczego tyle lat, dlaczego pozwoliłem im przepłynąć niepostrzeżenie, jakby nieświadomie. Spakowałem się jednak. Cóż to za pakowanie. Miałem tylko jedną torbę podróżną. Nie była ani duża, ani wypchana. Wszystko, co zdarzyło się w tych minionych latach, zostawiło mi zaledwie garść przedmiotów, jak okruszyny zapomnianego biesiadowania. Ale i biesiadowania też tak wiele nie było. Chcę sobie przypomnieć te wszystkie gwarne godziny przy stole w gromadzie przyjaciół i powierników. Ale nie mogę sobie przypomnieć. Wszystko, co pamiętam, to samotność. Skąd te długie lata z daleka od domu i te wszystkie wysiłki?

Więc teraz już postanowione. Do domu. Tak się złożyło, że wróciłem wieczorem. Na ulicach paliły się gazowe latarnie, nawet niepotrzebnie, bo nikt już nie chodził po mieście o tej porze. Wszedłem cicho na parter i położyłem się na kanapie. W zasadzie ani parter, ani kanapa nie należały do naszego mieszkania. Były tam jakby na wszelki wypadek, prawie niechcący. A jednak teraz użyteczne, gdyż mogłem zbliżyć się tak bardzo do domu, nie przekraczając progu. Mogłem przyzwyczaić się chociaż trochę do tego trudnego powrotu. Przykryłem się paltem. Nie było mi wcale zimno i może bym zasnął, aby we śnie dalej się przyzwyczajać. Ale osaczyły mię wątpliwości, czy to dobrze abym spał tutaj, będąc zawieszonym między dwoma stanami. Te wątpliwości rosły z każdą minutą. Wyszukałem zegarek w torbie. W jakichś zagubionych promykach nocnego światła odczytałem czas. Była już prawie północ. Postanowiłem pójść do domu.

Wszedłem po schodach na piętro. Pamiętałem te schody tak dobrze, że wchodziłem po ciemku bez najmniejszego zastanowienia, bez uchybienia stopnia lub półpiętra. Otworzyłem drzwi, korytarz był w półcieniu i od razu wiedziałem, że ojciec był w łazience, że mył się i golił. Poszedłem do matki pokoju, skąd sączyło się jasne światło, ciepłe i pomarańczowe. Zniekształcone prostokąty i kwadraty tego światła pokładały się pomiędzy rewirami cienia w korytarzu pełnym szafek, płaszczy i luster, które nie odbijały światła, lecz tylko szare cienie.

Matka siedziała w łóżku. Kołdrę miała podciągniętą do piersi. Twarz zwróciła w moja stronę, bo pewnie słyszała, że przyszedłem. Patrzyła z wyrazem zainteresowania, chociaż godzina była już taka późna. Może nawet oczekiwała mojego powrotu. Oparte na ramieniu trzymała dzieciątko, malutkie, też patrzyło się na mię. Dzieciątko miało proporcje bardziej podobne dorosłym, jakby to był mały ludzik. Pan-chłopczyk zupełnie podobny do Jezusa z szopki w Nazaraniu.

Stan Florek. Miasto bez przystanków. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Mariola Mikołajczak - Bałkański szkicownik





Mariola Mikołajczak – slawistka, profesor językoznawstwa, eseistka, pracuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorką kilkunastu książek naukowych i popularnonaukowych, tłumaczem dzieł średniowiecznej literatury słowiańskiej.


Święty Naum


Błękitne niebo bez jednej chmurki wróżyło miły dzień, ale klasztor św. Nauma, obowiązkowy cel wszystkich wycieczek, znudził mnie tym razem już po kilku minutach. Przewodnik ze zmierzwioną brodą – ten sam od wielu lat – recytował swój tekst tak, jakby go odtwarzał z taśmy magnetofonowej zamontowanej w głowie. Jak zwykle kazał przykładać ucho do kamiennej płyty grobu, jak zwykle wszyscy słyszeli bijące serce Nauma, jak zwykle omawiał po kolei każdą z ikon niewielkiego ikonostasu i wyjaśniał, jakie freski kryją się pod grubą warstwą osiadającej wiekami na ścianach sadzy i brudu. Nie miałam siły wysłuchiwać po raz dziesiąty tej samej opowieści, niech słuchają ci, którzy tu jeszcze nie byli.
Usiadłam na ławce przed cerkwią i jak kot wygrzewałam się w słońcu. Oprócz naszej grupy nie było nikogo, dopiero po jakimś czasie pojawiła się rozleniwiona upałem, znudzona nastolatka, a chwilę później jej młodsza, pięcio-, może sześcioletnia siostra z ojcem. Dziewczynka trzymała mężczyznę kurczowo za rękę i zadawała mu dziesiątki pytań. Na swój sposób interesował ją każdy szczegół dziedzińca klasztoru, każda kolumna i każdy kamień. Ojciec tłumaczył cierpliwie, ale dość zawile, chyba niestosownie do wieku małej.
– Tato, kim był święty Naum? – spytała w pewnej chwili.
– Był lekarzem kochanie, leczył ludzi. Niektórzy mówią, że założył tutaj szpital, a ludzie przyjeżdżali tu modlić się i leczyć. Teraz zresztą też po to przyjeżdżają, modlą się przed ikoną świętego i on im daje zdrowie.
– Więc żeby być zdrowym, to trzeba się do niego modlić, tak?
– Tak kochanie – ojciec rozpoczął swój wykład o zdolnościach uzdrowicielskich Nauma i leczniczej mocy ikony od nowa. Tym razem pogadanka była bardziej szczegółowa.
Mała słuchała cierpliwie, ale w pewnym momencie straciła zainteresowanie i podeszła do mnie. Najpierw wnikliwie mi się przyglądała, a potem wystrzeliła w moim kierunku serię pytań: skąd jestem, jak mam na imię, po co przyjechałam do Macedonii, dlaczego mam na sobie białą sukienkę, co robię w klasztorze, czy lubię czekoladę..., pytaniom mogło nie być końca. Zakłopotany ojciec próbował jej przerwać, ale ciekawość i gadulstwo dziewczynki były nie do opanowania. Jej siostra siedziała na trawie kilka metrów dalej i uśmiechała się ironicznie, zerkając na nas spod fikuśnej, zgodnie z tutejszą modą ułożonej blond grzywki.
– Wedranko, powiedz lepiej tej pani co trzeba robić, kiedy się jest chorym – ojciec wymyślił w pewnym momencie sposób na odpytanie małej z głoszonej przed chwilą lekcji.
– No więc musi pani... – tu mała zatrzymała się na chwilę i zaczęła głęboko zastanawiać – Musi pani napić się rakii – wypaliła ku zaskoczeniu ojca – Mój tatuś zawsze tak robi!
Blond grzywka ryknęła śmiechem, który odbił się od klasztornych murów.

Ochryd, lipiec 2005


Mariola Mikołajczak. Bałkański szkicownik. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Piotr Semrau - "Nieznana biografia Jezusa"



Krótka nota biograficzna.


Urodziłem się i mieszkam w Gdańsku. Mam 51 lat.
Literatura od zawsze była moją największą pasją.
Pisywałem poezje, głównie "do szuflady", chociaż
kilka wierszy opublikowano. Po ponad dwudziestu latach
wracam do pisania.
Powieść "Nieznana biografia Jezusa" to w pewnej mierze
odpowiedź na "Kod Leonarda", czy inne tego typu sposoby myślenia o religii.


"Nieznana biografia Jezusa" - fragment


Dwunastoletni Jezus w świątyni

Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go.
Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: . Lecz On im odpowiedział: . Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział.

Życie w Nazarecie

Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i łasce u Boga i u ludzi.
Łukasz, 2. 41 - 2. 52

Ptolemais (Akka), marzec 19 n.e.

- Tato, pospiesz się wreszcie!
- Już idę, idę – Józef schodził po drabinie, przystawionej do rusztowania, obejmującego dużą łódź. – Ale gorąco dzisiaj. A niebo czyste, ani jednej chmurki – ogarnął spojrzeniem lazurowy błękit.
Kilku robotników wykańczało właśnie górne poszycie łodzi. Wokół pachniało drewnem i smołą. Obok stało kilka takich samych kadłubów, otoczonych rusztowaniami, przy których uwijało się wielu ludzi. Nieco dalej, przycumowane do kamiennego nabrzeża, bujały się na lekkiej fali, mniejsze i większe, puste już o tej porze, łódki rybaków.
- Musimy już jechać – ponaglał Jezus, siedząc na dwukołowym wózku, zaprzężonym w dużego osła.
- Już jedziemy, już – Józef podszedł do syna. – Muszę jeszcze wziąć z szopy zakupy. Podjedź tam - wskazał mu.
Cmoknął na osła i ruszyli w stronę starej, drewnianej budy. Wychodził z niej właśnie ogorzały mężczyzna z czarnymi jak u kruka włosami i takim samym zarostem.
- Witaj, Jezusie. Już jedziecie? – zapytał.
- Już – Jezus wzruszył ramionami. - Nareszcie. Sam wiesz, jak tatę trudno stąd wyciągnąć. Późno się robi, a jeszcze długa droga przed nami.
- Zaraz wracam – Józef zniknął w środku szopy.
- Piękna wiosna się zrobiła. Też bym pojechał na Purim do Nazaretu, ale muszę tu zostać, dopilnować roboty – oparł się o wózek. – Pozdrówcie wszystkich ode mnie.
- Dzięki, pozdrowimy.
- A szczególnie Rachelę, co? – pytał Józef, wynosząc duży, mokry pakunek. – Mam sporego tuńczyka – położył zawiniętą w liście rybę na wozie. – Jeszcze chwilę – zawrócił do szopy.
- No, Rachelę też. I chłopaków! – odparł ze śmiechem. – A co z twoim wyjazdem?
- Już załatwiłem sprawy w Gimnazjonie, za tydzień, dwa, wyjeżdżam. Co prawda, Filip nie był tym zachwycony&#8230;
- No, ja myślę – przerwał mu. – Teraz sam będzie musiał uczyć dzieciaki, opój jeden.
- Jeszcze muszę załatwić listy kredytowe i mogę jechać – kończył Jezus.
- No, jeszcze to – Józef położył dwa pakunki na wozie. – Sardynki, słodycze i takie tam. Jak ostatnio jechałem do domu, miałem kozę i cztery małe. Ale było meczenia przez całą drogę, he, he, he&#8230;
- Siadaj już i jedźcie – przytrzymywał wózek, gdy Józef siadał obok Jezusa.
- A pamiętaj, Abram, że masz przycisnąć Starego o nowe drewno na rusztowanie. Toż to się zaraz rozsypie – Józef poprawiał sobie siedzisko.
- Tak, już to widzę, jak nam daje nowe.
- A jak cały kadłub poleci? Jeszcze kogoś przygniecie – Józef wziął lejce od Jezusa.
- Dobra, jedź już, marudo jedna – zaśmiał się Abram. – Pozdrówcie wszystkich i wesołego Purim!
- Tobie też, Abram. Wesołego Święta! – Jezus pomachał mu na pożegnanie.


Piotr Semrau. "Nieznana biografia Jezusa". Nowa Ruda : MaMiKo







Andrzej Trembaczowski - IKS





Prezentujemy fragment powieści :


Oczywiście
Ci którzy stoją na szczycie schodów
Oni wiedzą oni wiedzą wszystko
Co innego my
Sprzątacze placów
Zakładnicy lepszej przyszłości
Którym ci ze szczytów schodów
Ukazują się rzadko
Zawsze z palcem na ustach

Zbigniew Herbert






Zmierzchało. Na zachodzie niebo zachowało jeszcze turkusową barwę, ale od strony parku już było granatowe. Rozrzucone chaotycznie obłoki lśniły podświetlone niskim światłem; najpierw białym, a potem złotawo-miedzianym. Wyglądały jak kłębki kolorowych włosów. Złotawa barwa przechodziła stopniowo w czerwień, potem w purpurę, aż wreszcie chmurki stały się szare. Nadal jednak odcinały się od jaśniejszego w tej części nieba. Pod drzewami cień gęstniał, ale tu, na otwartej polanie, było jeszcze dość jasno. Nieruchoma tafla wody błyszczała gasnącym blaskiem słońca. Powietrze stało nieruchome i nawet najlżejszy powiew nie poruszał otaczających wodę szuwarów. Ucichło brzęczenie owadów, słychać było jeszcze przedwieczorne nawoływanie ptaków szykujących się do snu. Na niewielkiej ławeczce z niemalowanego, szorstkiego drewna ciemniały dwie sylwetki. Chłopak i dziewczyna. Obserwowali zachodzące słońce.
- Piękne niebo – powiedziała dziewczyna cichym głosem. - Lubię zachody słońca nad wodą.
- Mmm - mruknął chłopak.
- Jeszcze trochę i zrobi się ciemno.
- Jeszcze trochę. Nie musimy nigdzie się śpieszyć - odpowiedział chłopak. Otoczył dziewczynę ramieniem.
- Zobacz, jakie dziwne ptaki - powiedziała.
- Ptaki? Nie widzę żadnych ptaków.
- Tam, nad wodą. Lubię ptaki - przytuliła się - ale takich jeszcze nie widziałam.
- Aaa, teraz widzę. To nie są ptaki. Ptaki nie latają o tej porze.
- Dlaczego? Mogą chyba latać o każdej porze?
- Są ptaki nocne, ale nie takie. To nie są ptaki. Zobacz, poruszają się jakoś dziwnie, takimi zygzakami.
- Są takie zwinne...
- Zbliżają się, zaraz zobaczymy je lepiej.
Nad stawem, na tle ciemniejącego nieba wyraźnie widać było poruszające się punkty. Rosły, już nie były punktami. Dość szybko zataczały w powietrzu koła, zygzaki i pętle, zręcznie trzepocząc delikatnymi skrzydłami. Było ich coraz więcej. Nadlatywały gdzieś zza stawu. Zbliżały się.
- To nietoperze - powiedział chłopak. - One właśnie teraz wylatują na żer.
- Nie wiedziałam, że nietoperze są takie duże.
- Nie są duże. Wydaje ci się.
- Zobacz!
Latające stado przybliżało się. Krążyły teraz tuż nad ławeczką. Jeden zniżył się i szybującym ślizgiem przemknął prawie nad ich głowami. Rzeczywiście, był znacznie większy od przeciętnego nietoperza. Wyraźnie usłyszeli dziwny szelest, jaki wydawały błoniaste skrzydła. Dziewczyna wzdrygnęła się.
- Czy... czy one nie są groźne? - przytuliła się mocniej.
- Skądże! Nic nam nie zrobią. Nie bój się - roześmiał się chłopiec.
- Był taki wielki...
- No, miał może półtora metra. Rzeczywiście, nigdy nie widziałem takich nietoperzy.
- Ja nigdy nie widziałam nietoperzy.







Piotr Piaszczyński - Przerwa w podróży










Piotr Piaszczyński

Ur. 1955 r. w Olsztynie. Absolwent polonistyki UMK w Toruniu. Jest poetą, recenzentem literackim, felietonistą, tłumaczem, autorem utworów dla dzieci. Opublikował do tej pory pięć tomików poetyckich, ostatnio "Moleskine" ("Portret", Olsztyn 2009), a także zbiór esejów o sztuce i poezji "Szkice małe i mniejsze" (Littera, Olsztyn 1999). Stale współpracuje z radiem WDR Funkhaus Europa, portalem internetowym Deutsche Welle oraz londyńskim "Dziennikiem Polskim". Jego utwory były tłumaczone na język bułgarski i niemiecki. Mieszka w Eitorf niedaleko Bonn.



Bywa...

Za sowite honorarium
(wspaniałomyślnie wypłacone przez Niemców;
co wy na to, szanowni germanofobi?)
kupiłem sobie komplet
nowych opon... Bywa
poezja czasem użyteczna.





Kościół sióstr Klarysek w Kolonii

Kościół zastałem
zamknięty. Żelazną kratę
u wejścia zatrzaśniętą
na głucho.

Coś podobnego
nie zdarzyło się wcześniej.

A było tak dobrze:
w sobotni wieczór
posiedzieć sobie tam samotnie
w mroku, ciszy wiekuistej...

Odmówiwszy udziału,
odmówić modlitwę.




Ballada polonijna

Polonii do Kolonii
cosobotnia jazda
po polską strawę i prasę.

Głodnych przecież nakarmić
trzeba: ciało i ducha.

Żołądek w porządku:
z radością wita flaki,
półtłusty twarożek,
kiszone przysmaki.

A z duchem jest problem:
coraz gorzej znosi
gazetowe jady:
trotyle, ambergoldy
i tym podobne sprawy...

Oj, brakuje niewiele
i zrobi się niefajnie:
przyjdzie czytać wyłącznie
„Frankfurter Allgemeine„.




Pana P. przerwa w podróży

Ogląda w TV niemieckie pornosy
w hotelowym numerze we Frankfurcie
nad Odrą - na schengeńskiej granicy
obu swoich światów. Oczywiście
nie za darmo ten spektakl. Na łono
oto wraca ojczyzny. Póki co
nie dożywotnio - na zaledwie
trzy tygodnie, może miesiąc... Dziś
wygląda to o niebo lepiej
niż w kolczastej epoce Pana
Cogito; w ogóle nie ma
porównania. Czuje się przyjemnie
podniecony, wzruszony i wolny:

jutro przytuli, przywita go Polska
nie łzami płaczki; zalotnym uśmiechem.




Z Goethego

Więcej świat(ł)a!


Piotr Piaszczyński."Przerwa w podróży". Nowa Ruda: MaMiko, 2014







Krzysztof Rytka - "Brulion"








Rytka, Krzysztof, ur. w roku 1952 w Śremie, mieszkał od 1954 do 1979 we Wrocławiu. W roku 1977 ukończył studia archeologii na Uniwersytecie Wrocławskim i uzyskał w roku 1989 doktorat w Niemczech w Würzburgu, gdzie obecnie mieszka. W latach 70-tych był członkiem teatru studenckiego „Kalambur” i wioślarzem wrocławskiego AZS-u. Oprócz publikacji fachowych i reportaży z podróży (m.in. Australia 1989) pisze wiersze i opowiadania.


Ze snu malarza (1)

miasto w trwodze
przez oddech świec
rozmodlone dzwonami
ku niebu
skąd
nadciagają czarnych aniołów klucze
potem
ulice wpatrzone w twarze nadlatujących
gazet których nikt nie przeczyta
ludzie wciśnięci w objęcia ścian
nagle
cisza
jak pajęcza sieć
zaległa nad miastem już martwym

Wrocław 1975



Grób nr 177

(Juleczce)

Wśród wielu łez
okruszek ludzki porzucony
może nieco bardziej życiem się
strudził niż ty i
w noc zbiegła boso
dziewczynka tysiącletnia
ja wyjmę ją
stamtąd –
tylko papierosa dopalę myśląc
wykopaliska to przecież

i ja będę
znów przy tobie

Wenigumstadt, cmentarzysko merowińskie, 17 wrzesień 1981



rekontra

niegroźne są wiersze łagodne
linijki samych uśmiechów
poeci w nich świat głaszczą po głowie
że nic – tylko raj

a w raju tym są miejsca ponure
tam jeśli się śmieje – to tylko kat
jak o tym powiedzieć w kraju beztroskim
by nie rwać brutalnie wam snu ?

za takie słowa znów mnie skopano
że bolę cały – to nic
choć chce mi się wyć
ja nie przeproszę
i nie odejdę
sprzed waszych drzwi

Wrocław 1978








Joanna Matlachowska-Pala - "Telegram Eklezjasty"




     Urodziłam się 03.02.1965 w Warszawie, ukończyłam studia na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Poznaniu. Wtedy też podjęłam pierwsze próby literackie, prezentując wiersze na Studenckich Dniach Kultury Chrześcijańskiej w Krakowie. Zostałam dwukrotnie laureatką Konkursu poetyckiego im. R. Brandtstaettera w Poznaniu, organizowanego przez redakcje miesięcznika ”W Drodze”, ”Słowo Powszechne”, ”Przewodnik Katolicki”. W 1993 otrzymałam wyróżnienie w IV Konkursie Poetyckim o nagrodę K.K. Baczyńskiego.
Brałam udział w audycjach poetyckich w Radio Opole, Najeździe Poetów na Zamek Piastów Śląskich w Brzegu, otrzymałam I nagrodę w Turnieju jednego Wiersza w Brzegu w 1994 r.
W 1999 otrzymałam nagrodę główną w III Konkursie Poetyckim „O ludzką twarz człowieka” w Krośnicach. W 2011 roku uczestniczyłam w XIX Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Dać Świadectwo” w Krakowie, otrzymując II nagrodę.
Od 1992 roku jestem członkiem Unii Polskich Pisarzy Lekarzy.
     Drukowałam na łamach ”Słowa”, ”W Drodze”, ”Przewodnika Katolickiego”, „Gościa Niedzielnego”, ”Magazynu Literackiego”, ”Stron”, ”Almanachu UPPL”, „Indeksu” ( pismo wyd. przez Uniwersytet Opolski). W 1995 ukazał się mój debiutancki tomik wierszy "Most dla motyla” w serii poetyckiej Stowarzyszenia Literackiego im. K.K.Baczyńskiego w Łodzi. W 1997 zamieszczono moje wiersze w antologii młodej poezji dolnośląskiej – „Imiona istnienia” . W 1998 r Biblioteka Wrocławskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich wydała „Czas opowiadania”- almanach młodej prozy dolnośląskiej, gdzie zamieszczono moje opowiadanie. W 2000 r wydałam drugi tomik wierszy „ Biało –błękitne” . W 1996 otrzymałam nagrodę w konkursie UPPL na krótką formę prozatorską. „Telegram Eklezjasty „ jest moim trzecim tomikiem poetyckim.
     Mieszkam i pracuję w Opolu. Jestem zamężna, mam trzech synów. Poza poezją dużo radości dostarcza mi turystyka górska, śpiew i domowe muzykowanie.


Kilka wierszy z wydanego tomu:



To miejsce


Jest miejsce gdzie się krok nie odbija głucho,
a gdy przystanąć – cisza dźwięczy w uszach
przestronna i sięga daleko, w ślady lotów ptasich.
W ciszy tej się mieści i obłok co górą przepływa
i tamta ścieżka co dziś trawą , zapomniana, szumi .
W niej zwarte w oka mgnieniu krok mój i kroku zatrzymanie,
co środkiem jest , nie celem.
Widać też ciszy poruszenie, odcieni i barw powiew,
Opadająca ręka anioła , jak na ikonie Świętej Trójcy
wskazuje ziemię.





Stwarzanie



Nocą ktoś za moimi plecami
rysuje niebo
wyznacza granice snu i jawy
i nie wiem zupełnie nic o tym
że słońce powoli odrywa się
od powierzchni wody
zatacza coraz szersze kręgi
wypatruje właśnie mnie
A ja za chwilę stojąc zdumiona
w potoku światła
przypominam sobie
o początku





***



Ironista i magik
opowiada
jak na kościelnej wieży
zagnieździły się sowy
a pewnego dnia pies zasnął za ołtarzem
Wiosną usłyszy pierwszego skowronka
i słucha z zadartą głową
Do nieba wchodzi
po promyku słońca co prześwietla witraż
i spada wpół drogi
Czasem zamyśli się nad czymś
i zapatrzy
i jest tak przeźroczysty
że przez moment
wydaje się że widać Boga


MATLACHOWSKA - PALA Joanna. Telegram Eklezjasty. Nowa Ruda : MaMiKo, 2011 r.






Jarosław Klejnberg - " Cud nad Wisłą"

      

Ja, cokolwiek to znaczy, urodziłem się w Polsce i tam spędziłem wiekszość, póki co, mojego życionka. Już kiedy przeczytalem słynną ksiażkę o tym jak eskimoski myją sobie włosy moczem wiedziałem, że bedę studiował etnologię. Zawsze fascynowały mnie odmienności tradycji, lecz w głębokiej wierze to wszystko maczałem, w głębokiej wierze w ponadkulturowość natury ludzkiej. Jednym z impulsów dla mojej tworczości były piosenki Africa Simona w połączeniu z tradycją poezji romantycznej, jak najbardziej, polskiej. Wczesne moje utwory zaginęły, jak mniemam, bezpowrotnie. To co zostało a datuje się od wczesnych czasów studenckich w mieście Krakowie i późniejszych czasów narkotycznych w tymże mieście a także czasów postnarkotycznych oraz utwory pisane w Izraelu stanowi zawartość książki "Cud nad Wisłą". Nie jest to oczywiście pełny obraz mojej twórczości, lecz wysoce reprezantacyjna większa jej część i bardziej znacząca. Chciałbym pozdrowić mojego starego już przyjaciela Adama Wiedemanna z którym, jak i z Irkiem Ziółkowskim, napisaliśmy wespół dramat "Czysta powieść kryminalna". Pozdrawiam też Miho i Martę i Bena i moich braci, szczególnie Andrzeja, mamę, babcię i wszystkich dobrych ludzi na Ziemii. Drukowałem to tu to tam od roku 1996, kiedy to debiutowałem w piśmie "Nowy Nurt". Od roku 1998 przebywam w Izraelu, gdzie próbuję mieszkać a może i żyć. A w ogóle to się cieszę, choć godzinę temu było mi smutno.



Boża jajecznica

Stołek wysoki. Ja na nim siedzę. Wściekłość wyziera mi z oczu i pluska się w powietrzu. Atmosfera robi się gorąca. Zgryźliwość, złośliwość wyłazi i uśmiecha się ironicznie na prawo i lewo. Twarz wykoślawiona do granic niemożliwości pryska krwistością szatańską a usta grają jak harmonia w rękach szaleńca.
Drożdżówka z makiem na talerzyku przykucnęła a obok niej herbata z cytryną zadymiła. Psiakrwie!
Przesiadłem się. Też wysoko, lecz przynajmniej z oparciem- ścianą z cegły archaizowanej.
Rozpruwam w myślach świnię rapierem, dłubię dłońmi w jej trzewiach wieprzowych. Kopię resztki trupa. Mlaskam tak głośno jak ogłupiały z gniewu grzmot z jasnego nieba. Maluję w myślach obraz wendety. Zemsta wydaje się konieczna i nieodzowna, choć jej przyczyny ani widu ani słychu. Przyczyny nie ma. Jest jedynie stan, który męczy organizm, a organizm broni się przed nieznanym sadystą i sam zadaje ból stworzeniu.
Nitki drgają w oku. Białko i żółtko oczne drą ryja na wszechświat. Ja, my- centrum, dyspozytorium! Nie drażnijcie nas! My tu pany!- z chłopska zawołują. Krew napływa do oczu i przecina białko siatką hemoglobiny. Zęby wymykają się spod osłony warg i ryją w sobie nawzajem. Spójrzmy! Przyjrzyjmy się. Ależ tak! Widzimy! Ubytki.
Rozlega się śmiech szatana zza rogu i widzimy rożki. Okazuje się, że to rożkowate drożdżówki z makiem ożyły na chwilę, by dać upust swej wściekłości. Ktoś czy coś zakłóca spokojność, kosmos kawiarnianego diabła.
Pojawia się istota z innej planety, a możemy to rozpoznać po tablicy rejestracyjnej przytroczonej do torebki jak do samochodu. Widmo przeszło, śmignęło jak fryga, smyk-smyk, zaszeleściło, puściło spaliny i na powrót wypłynęło omijając kofeinowe ostrowy filiżanek zamieszkałych na drzewianych stolikach.
Było, nie ma.
Pozostał tylko w pamięci numer. Nic więcej. Czy aby na pewno? Wychodzę. Już wściekłość schodzi mi z ust, ale nie wylatuje jak konającemu w mieście Rzymie, lecz pozostaje jej gorzki smak. To taki dzień, gdy Bóg robi sobie jaja i to w dodatku z kiełbasą. A ja ma alergię na Jego jajecznicę.

Jarosław Klejnberg - Cud nad Wisłą Mamiko






Piotr Barański - Znowu





Piotr Barański (ur. 1986) Autor. Wie, że źle robi, często wydając książki, zaznaczał i zaznacza na czwartych stronach okładek, że wie, że tak się nie powinno. Miał się poprawić, ale Znowu wydał. Poprawi się. Za swój debiut uznał Nocne południe, następnie opublikował tomiki: Poziom morza, Lekkie piosenki, Tak jak tutaj i niniejszy – Znowu. Wie, że być może naraża się na śmieszność, na złośliwości, na nietraktowanie poważnie czy coś podobnego. Na krytykę. Czy jest asekurantem? Pewnie tak. Czy kokietuje? A skąd. Wiadomo, że wolałby mieć w dorobku tylko jedną książkę, ale za to taką, którą olśniłby stworzenie wszelkie, a najlepiej i rzeczy niestworzone. Jest, jaki jest. Przed Nocnym południem niestety wydał też Skrajności i Drogi oddechowe – mdli go, kiedy o tym myśli (można to kupować jedynie w celu kupienia, a w celu przeczytania polecałby kupować Nocne południe i następujące po nim swoje książki, gdyby musiał polecać siebie). Również w swojej właściwej twórczości, czyli od Nocnego południa, ma wiersze, teksty czy tekściki, których się wstydzi. Może nie jest w jego przypadku tak, że rzeczy kolejne były lepsze od poprzednich, czyli może na przykład najlepsze jest Nocne południe albo może najlepszy jest Poziom morza, a może to jednak któryś z kolejnych tomików jest lepszy; chciałby, żeby Znowu było najlepsze, ale może nie jest (jest np. miejscami może trochę zbyt autotematyczne, miało m. in. mówić o wierszach, może to nic złego). Pewnie to nic wielkiego, ale pochwali się, że Nocne południe znalazło się wśród 80 książek przyjętych do konkursu o Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej w 2016 roku, a zgłoszono 211 książek. Zaprasza do śledzenia swoich progresów, regresów i w-miejscu-stań. Ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszka w Warszawie. Posiada profil na Facebooku: Piotr Barański poezja (co za szumna nazwa!), posiada stronę internetową: piotr-baranski.pl (co za zwyczajna domena!).




Kana


Wesela to projekty, z którymi się mijam.
Gdzie indziej liczę na upgrade wody.

Moje naczynia nie są stągwiami, cud ma więc trudniej.
Sklep osiedlowy oferuje to w konkurencyjnej
do za darmo cenie. (Gronowe, wytrawne.) Cud

powinien być bardziej przydatny, bardziej
wytłumaczalny, bardziej powszechny. Tyle się widzi kropel,

które tylko kolorem i zawartością różnią się od krwi.
Przemiana wydaje się łatwa.




Art


Upraszczam, mówiąc: galeria billboardów.
Dużo widać nawet z przepełnionych autobusów.
Musicie lepiej się czuć, stojąc jako tłum niż jako wy.
Upraszczam, mówiąc: galeria billboardów,
tym bardziej, że eksponowana jest też reszta:
więcej i mniej, kilka rzeczy pośrednich.
Łatwo mi interpretować puste ściany lub zamknięte usta.
Nadal nie znam się na billboardach. Nie wiem, czy są dobre.




Katowicka


Za miastem kilka obrazów
Jezu, ufam Tobie na drzewach,
w związku z prostytutkami.
Stoi jedna, więc może niektóre
już nie. Droga ma jeszcze wiele

brudnych poboczy. Zatrzymamy się
w sprawdzonym McDonaldzie,
na fizjologię, a potem o własnej
żywności dotrzemy do złóż, kopalń,
spodków, z których nikt niczego nam

nie da. I to nas utwierdzi w tym, żeby
ufać gdzieś dalej albo komuś stamtąd.

Piotr Barański. Znowu. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Tomasz Zacharewicz

  "Anioły nie umierają na raka"
okladka.jpg
okladka.jpg


Urodzony w Brzegu 1974 r. gdzie obecnie mieszka. Studia w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracownik Regionalnej Rozgłośni Polskiego Radia w Opolu. Na antenie prowadzi m.in. cykliczne autorskie audycje literackie („Krótki program o poezji”). Publikował do tej pory w antologiach i almanachach poetyckich (jest współautorem Almanachu Stowarzyszenia Żywych Poetów) oraz prasie literackiej m.in. bydgoski miesięcznik literacki „Akant”. W tym roku w Instytucie Sztuki Uniwersytetu Opolskiego powstała książka artystyczna „Dom ogrodnika” oparta w całości o jego teksty. Część wierszy doczekało się także tłumaczenia na język niemiecki podczas warsztatów literackich w Eckenforde i Berlinie. Teksty te były już publikowane w 6 numerze Polsko Niemieckiego Towarzystwa Literackiego WIR, a w przygotowaniu są następne publikacje w tej samej serii. Laureat ogólnopolskich konkursów literackich m.in. Autoportret Jesienny – Krotoszyn, Kosmiczny Koperek – Nowa Ruda, Laur Stowarzyszenia Żywych Poetów – Brzeg. Ze „Stowarzyszeniem Żywych Poetów” związany od 1991 roku.

Wiersze z wydanego tomiku.

****

gdy młynarzowi koło przepowiada
nie patrzy w wodę
bo strumień urywa myśli
szlifuje kamienie
oddaje piach wędrowny
bliźniaczym strumieniom
gdy młynarz upycha worki
na wozie jęczą deski bukowe
rżą konie w stajniach
trzeszczą obręcze kół
chrzęści droga
i żwir leci w pola
jak młynarz przesypuje mąkę
wznosi się mgła
podmuch roznosi babie lato
topole wypuszczają nasiona
na wir
na ruch
wśród traw
gdy młynarz miele przez noc
motyle wpadają do żarn
jak kłosy
jak plew
przez sen

****

gdy zagrają
ach gdy zagrają
wśród jabłoni
leszczyn
modrzewi
jabłka, orzechy i szyszki
wędrują w dół
w dal
w paprocie

gdy zagrają
na smyczkach burzy
zawibrują
kontrabasy pni
waltornie gałęzi
altówki liści
i zabrzmią werble
werble błyskawic

orkiestra w sadzie
podrywa w powietrze
gołębie potopu
i gołębie
już w locie
już w drodze











Jarosław Kapłon - Oswajanie chmur







Jarosław Kapłon- ur. 1972r we Wrocławiu. Poeta. Autor trzech tomów wierszy: "Sprawy przyziemne"- (2012) "Grawitacja"- (2013) "Projekcja"- (2013) Współautor tomiku wydanego wraz z Marzeną Bruś "W miłości chodzi o wszystko"- (2015). Jego wiersze ukazały się w almanachach pokonkursowych jak i w antologii "Poeci Polscy 2016" (Pisarze.pl). Laureat Ogólnopolskich Konkursów Literackich m.in. XVI Ogólnopolskiego i Polonijnego Konkursu Literackiego im. Leopolda Staffa. Jego wiersze publikowane były w czasopismach takich jak; PKP Zin, Migotania, Szafie, Nestorze, Ricie Baum, Interze, Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym, Wyspie, Salonie Literackim, e-Tygodniku Pisarze.pl, Internetowym Magazynie Kulturalno-Literackim Szuflada.net, Kurierze Zamojskim, jak również na portalach internetowych. Obecnie mieszka i pracuje w Zamościu.



Miriady

przed zaśnięciem wypatruję w chmurach zmian
może nawet odkupienia często czytam chiński horoskop
bo każdy z nas nosi w sercu zwierzę

później rozglądam się uważnie bojąc pająków
ich podstępnych oczu wyobrażam sobie świat
jako czarną przestrzeń w której istnieję pozbawiony ciała

niczym stworzenie pogrążone w bólu patrząc na kota
który ze świadomością siedmiu istnień przemyka dumnie
wzdłuż drogi mimo zamordowania i zjedzenia

tych wszystkich myszy życie wydaje się ulotne niczym piosenki
o miłości i nie ma nic wspólnego ze szczęściem
raczej z przemijaniem mimo to wciąż czegoś pragniemy



Samotność

boję się słów i powrotów stoję przed drzwiami
z ręką na klamce czekam aż ktoś otworzy
przekroczy próg jako pierwszy jeszcze raz spojrzy na schody

zamknie drzwi zapyta o zdrowie zaproponuje herbatę
opowie swój sen wczorajszy ogarnie stos
niepotrzebnych rzeczy wypełni luki w pamięci

zapisze białe kartki z których wcześniej nie dało się nic
wyczytać ani wykreślić więc pukam trzy razy
czekam ukryty między nimi a nikim stojącym przed drzwiami

czajnik gwiżdże w kuchni słychać kroki
otwierają się drzwi ten ktoś nie proponuje herbaty


Jarosław Kapłon. Oswajanie chmur. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Antoni Matuszkiewicz - „Błękitne Przeciwstawienie”

blekitne.jpg
Błękitne Przeciwstawienie

Matuszkiewicz1.jpg
Matuszkiewicz



Urodziłem się we Lwowie, w rodzinie nauczycielskiej, 13 sierpnia 1945 roku. Osiem miesięcy później moja rodzina opuściła Lwów i po dwuletnim pobycie w Oleśnie Śląskim osiadła w Świdnicy. Ukończyłem tutaj liceum im. Jana. Kasprowicza. W latach 1963 - 1968 studiowałem na Uniwersytecie Wrocławskim historię, równolegle uczęszczając na zajęcia międzywydziałowego Studium Kulturalno-Oświatowego. W roku 1976 ukończyłem Podyplomowe Studium Muzeologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

We wrześniu 1968 roku zostałem zatrudniony w Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Cypriana Norwida w Świdnicy. Po dwóch latach przeniosłem się do Świdnickiego Ośrodka Kultury, a w roku 1973 przeszedłem do świdnickiego Muzeum Dawnego Kupiectwa. W latach 1976 - 1979 byłem dyrektorem tej placówki. W 1979 roku rozpocząłem pracę w Muzeum Okręgowym w Wałbrzychu. W 1981 roku oddelegowano mnie do pracy w NSZZ „Solidarność”. Jako przewodniczący komisji kultury wchodziłem w skład władz wojewódzkiego MKZ. Zorganizowałem i prowadziłem pismo związkowe „Niezależne Słowo”, aż do internowania mnie 13 grudnia 1981. Po powrocie pracowałem jako robotnik w wytwórni świec „Galess”. W latach 1987 - 1988 byłem instruktorem działu wydawniczego Wojewódzkiego Centrum Kultury i Sztuki „Zamek Książ”, gdzie przygotowywałem „Materiały Repertuarowe”, książki literatów naszego regionu, a także prowadziłem własną rubrykę w „Informatorze Kulturalnym i Turystycznym Województwa Wałbrzyskiego”. W roku 1989 brałem udział w kampanii wyborczej komitetów obywatelskich, a w latach 1989 - 1990, byłem zastępcą redaktora naczelnego wznowionego „Niezależnego Słowa”. Prowadziłem własne wydawnictwo „Pluton”, w którym opublikowałem ponad 20 tytułów - zarówno autorów związanych z regionem, jak i klasyków literatury światowej (Sandor Petofi, Janos Pilinszky, Kahlil Gibran).

W roku 1972 w miesięczniku „Odra” ukazały się moje wiersze. W latach 1980 i 1982 wrocławskie „Ossolineum” wydało zbiory moich poezji: „Czyste powietrze” i „Lżejsze od Ziemi”. W 1986 w Wydawnictwie Literackim w Krakowie ukazał się cykl prozy poetyckiej pt. „Góry Kamienne”. Następne książki poetyckie to: „Rebeka”(1988), „Nowy Rok”(1989), „Spojrzeć najdalej”(1991), „Droga do Iwonicza”(1993), „Eden”(1994). W roku 2000. ukazał się w ramach Biblioteki Wrocławskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich zbiór liryków „Vox celestis”. Opublikowałem dotychczas dwa tomy prozy - „Dochodzenie”(1998) i „Subatlantyk” (2000, nakładem Instytutu Wydawniczego „Świadectwo” w Bydgoszczy). Również w 2000. roku wyszedł w Świdnicy mój wywiad z Andrzejem Szyszko-Bohuszem pt. „Świadomość światła”.

Opracowałem wydaną w Świdnicy, w 1995 roku antologię „Cień serca” oraz „Almanach Wałbrzyski” prezentujący ponad stu autorów z terenu ówczesnego województwa (1997). Współredagowałem „Czas opowiadania”, antologię młodych prozaików dolnośląskich. Jestem autorem kilku utworów dramatycznych („Pokutny krzyż” - nagroda w konkursie Ministerstwa Kultury i Sztuki i Teatru Polskiego we Wrocławiu w 1990 roku, premiera w Teatrze Polskiego Radia - oraz „Pokaz mody”, „Hotel EUROPA”, „Monsignore”, słuchowisko „Pan Sziwa” emitowane przez Polskie Radio Wrocław). Posiadam liczne publikacje w prasie kulturalnej w całym kraju (m.in. „Format” - Wrocław, „Fraza” - Rzeszów, Borussia” - Olsztyn, „Krasnogruda” - Sejny, „W drodze” - Poznań, „Więź” i „Dialog” - Warszawa, „Tytuł” - Gdańsk itd.). Jestem członkiem -założycielem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

W roku 1996 przeniosłem się do Stronia Śląskiego, a rok potem do Starego Gierałtowa w Górach Złotych. Na terenie Ziemi Kłodzkiej organizowałem spotkania literackie w ramach Wszechnicy Literackiej SPP. Latem 1999 roku przeprowadziłem Plener Literacki nad Białą Lądecką.Z końcem tego samego roku zaczęło ukazywać się redagowane przeze mnie pismo regionalno-artystyczne „Stronica Śnieżnicka”.

Wiersz z tomiku:



BŁĘKITNE PRZECIWSTAWIENIE

                                                        Józefowi Hałasowi

Blade brodawki niebios
szereg modrych blizn

Mleko i krew życie i śmierć
w błękicie

„Błękitne przeciwstawienie”
sprzeciwia się światu
białej papierowej
kuli w której mieszka światło

U jej wylotu porcelanowy
dzwoneczek czeka iluminacji

Poniżej bieli
tylko ten świat
stworzonych powtórnie
z wilgotnej gleby
odtwarzanych tchnieniem
gwiazdy
pustoszejącej do wewnątrz

Teraźniejszość
mieszka w niebieskości
między błękitem a błękitem

Łączy stronice
liturgii godzin

Malarz
z własnym
światłem idzie pod brzask

Powraca
za ścianę za czas
za siebie

Pisze mi się
półmrokiem długopisem
błękitnym między kartkami
„Naśladowania”
i Ewangelii

Między nocą a dniem

Nie pisz o wszystkim
pisz całym sobą

Malarz stawia znaki
i jak potomstwo Abrahama
policzone w niepoliczalności
są ziarnka piasku
źdźbła trawy i liście

Malarz choć jest
na świecie nie jest
z tego świata

Świat jest w malarzu
jak Ziemia w błękicie

Obraz przekracza
potrzebę obrazu

Otwiera
otwartą przestrzeń

Cisza i zgiełk
na równi niepojęte
niemieją pod niebieską
tęczówką

U źródła próźni

Na skraju abstrakcji

                               Wrocław, 14 stycznia 1995 r.











Olgerd Dziechciarz - "Małopolski"







Olgerd Dziechciarz.
Prozaik, poeta, felietonista i bloger (www.wolkuszuczylinigdzie.salon24.pl). Autor m.in." powieści "Wielkopolski", zbiorów opowiadań: "Miasto Odorków" i "poMazaniec", tomów wierszy "Autoświat", "Galeria Humbug" i "Mniej niż zło" oraz wyborów felietonów: "Siodłanie krowy", "Partykularne interesy", "Olkusz dla opornych" i "Olkusz dla średnio zaawansowanych".


Małopolski – fragmenty.


Małopolski zakochał się. Zupełnie się tego nie spodziewał. Dotąd był na to odporny, a tu masz babo placek! Nieoczekiwanie się to stało. Szedł sobie chodnikiem – jak to miał w zwyczaju, starał się nie nadeptywać na szczeliny między płytami, nawet mu to nieźle wychodziło – gdy ją ujrzał. I wtedy nadepnął na linię. Stanął jak wryty i patrzył. A ona patrzyła gdzieś obok. Spojrzał w tym kierunku, ale tam nic ciekawego nie było. Drzewo, a za nim ściana budynku z oknem. „Co ona tam widzi, że tak się w to okno wpatruje?” – zastanawiał się.
Jeszcze długo stał i patrzył na dziewczynę. Podobało mu się w niej wszystko: blond loki, piękna, rześka cera, szczupłe nogi, wąska talia, no i ubrana była ślicznie – w zwiewną sukienkę w egzotyczne kwiaty, na których przysiadły kolibry. Mógł tak na nią patrzeć godzinami, więc patrzył. A ona stała. A jak słońce zaczęło się chować za budynkiem Zespołu Szkół Mechaniczno-Samochodowych, z budynku wyszła jakaś pretensjonalnie ubrana młoda kobieta, popatrzyła dziwnie na Małopolskiego, coś jakby prychnęła na jego widok, a on nie zdążył nawet zareagować, kiedy podeszła do jego ukochanej, chwyciła ją wpół i wniosła do wnętrza budynku. Wyszło na to, że Małopolski źle ulokował uczucia.

*
Małopolski zapragnął, żeby go ktoś wreszcie docenił. „Tyle lat już chodzę po świecie, a nie dostałem jeszcze ani jednego odznaczenia, nawet z dyplomami u mnie krucho: jeden jedyny, jeszcze ze szkoły podstawowej, za zwycięstwo w turnieju wiedzy o pożarnictwie. Skąd oni biorą te medale i nagrody? Kto o tym decyduje, że ktoś, kto nic nie zrobił, dostaje taki medal czy nagrodę, a inny, który zrobił dokładnie tyle samo, czyli też nic, nic nie dostaje. O, znowu to magiczne słowo NIC”.
Podrapał się po głowie.
„Może istnieje jakaś ważna komisja, która musi znać kandydata, a kandydat członków komisji, a ja nie znam nikogo z żadnej komisji, poza komisją zdrowia, ale ta mi dotąd żadnego medalu nie przyznała, bo ona jest od przyznawania miejsc w zamkniętych ośrodkach leczenia, więc nawet na znajomościach w tej komisji mi nie zależy. Tylko jak poznać kogoś z komisji do spraw orderów i odznaczeń? A może jej członkami zostają ci, którzy wcześniej dostali jakiś medal? Tak, to jest dobry trop” – domyślił się Małopolski i postanowił uderzyć w tym kierunku.
Malanowicz miał medal, Małopolski już nie pamiętał, jaki, ale pamiętał, że sąsiad go dostał. Wyczekał momentu i dopadł Malanowicza, gdy ten trzepał dywan.
– Panie Malanowicz, jaki pan dostał medal?
Pach, pach.
– Co?
Pach, pach.
– Jaki pan ma medal, co go panu jeszcze za komuny dali? – krzyczał
Małopolski.
Pach, pach.
– E, dajże pan spokój, brązowy krzyż zasługi...
Pach, pach.
– A kto go panu dał? – dociekał Małopolski.
Pach, pach.
– No, rada zakładowa wnioskowała...
Pach, pach. Kurz.
– A gdzie ja mogę tę radę znaleźć?
- 26 - - 27 -
Pach, pach.
– Chyba wszyscy są już na cmentarzu...
Pach, pach.
– A, to dziękuję.
Pach, pach.
– Nie ma sprawy, panie Małopolski.
Zrozumiał, że będzie się musiał obejść bez wymarzonych odznaczeń.
(&#8230;)
Szósty raz w ciągu roku Małopolski zalał mieszkanie sąsiadki z dołu. Sąsiadka złożyła na niego doniesienie do kwaterunku.
– Pani Krupska, ładnie to prześladować ludzi? – spytał Małopolski, gdy spotkał sąsiadkę przed domem.
– To pan mnie prześladuje. Znowu zalał mi pan mieszkanie.
– Przecież niechcący...
– A jak pan kogoś zabije, to też niechcący? – spytała podchwytliwie.
– Proszę się nie martwić, panią zabiję celowo. – Uśmiechnął się.

*
Dzielnicowy starszy posterunkowy Gamrat z jakichś bliżej niesprecyzowanych powodów lubił Małopolskiego i dlatego tylko go ostrzegł.
– Panie Małopolski, ja ogólnie lubię ludzi, pana też lubię, więc zamiast od razu karać, na razie tylko pana ostrzegam, że zgodnie z tym, co jest w artykule 190. kodeksu karnego, kto grozi innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub szkodę osoby najbliższej, jeżeli groźba wzbudza w zagrożonym uzasadnioną obawę, że będzie spełniona, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch.
Dzielnicowy ani się zająknął, bo był dobrze przygotowany do rozmowy z Małopolskim. W przeddzień, wieczorem, przeczytał sobie kilkanaście razy odpowiedni paragraf w kodeksie karnym, rano tylko utrwalił zapamiętane zdanie i teraz mógł się przed obywatelem popisywać.
Małopolski patrzył na niego z zachwytem.
– A umie pan to powiedzieć od tyłu? – spytał.
Dzielnicowy spojrzał groźniej na Małopolskiego. Ale ten nie dał się zbić z tropu.
– Widzi pan, a ja umiem: Hcówd tal od icśonlow aineiwabzop obla icśonlow ainezcinargo ezrak einwyzrg ageldop anoinłeps eizdęb eż ęwabo ąnoindasazu mynożorgaz w azdubzw abźorg ileżej jezsżilbjan yboso ędokzs bul ędokzs jej an awtspętsezrp meineinłepop eiboso jenni izorg otk.
Od tej chwili dzielnicowy starszy posterunkowy Gamrat już trochę mniej
go lubił.
*
Malanowicz, nonszalancko oparty o trzepak, palił papierosa. Jego wyzywająca postawa społeczna była dla Małopolskiego okazją do zainicjowania dyskusji ontologicznej. Miał ochotę z kimś pogadać, bo dużo ostatnio czytał i myślał.
– Nie zastanawia się pan, panie Malanowicz, skąd się to wszystko wzięło?
– Ten burdel? – Malanowicz rozejrzał się podwórku. – Gospodarka komunalna ma nas w dupie, więc...
– Nie, panie Malanowicz, chodzi mi o filozoficzne, dużo szersze spojrzenie, które ogarniałoby nie tylko nasze podwórko...
Sąsiad zaciągnął się dymem.
– Panie Małopolski, masz pan na myśli burdel w całym kraju? – spytał niepewnie.
Małopolski poczuł, że pole do dyskusji zostało bardzo zawężone.

Dziechciarz Olgerd. "Małopolski". Nowa Ruda: MaMiko, 2014







Anna Dwojnych - "gadu gadu"






Anna Dwojnych ur. 21-go czerwca 1988r. w Płocku. Laureatka kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich m.in.: im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej, im. Małgorzaty Szułczyńskiej, im. Dionizego Maliszewskiego, „Jesienna Chryzantema”, „O Liść Dębu”, „O Laur Jabłoni” . W 2010 roku zadebiutowała jako performerka wystawiając swój performance w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu podczas festiwalu „Koło czasu”. Studentka socjologii i filozofii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, okazjonalnie publicystka. „Gadu Gadu” jest jej debiutem książkowym.



Wiersze z wydanego tomu:




Behemot obgryza mój zeszyt z historii a salezjanie nie interweniują

I
trzynasty grudnia, jedyna data jaką pamiętam z historii
własnej
wypowiedzenie stanu wojennego wszystkim układom mojego ciała
(z oddechowym na czele dzięki uprzejmości kiosku RUCHU)

II
w grudniu zabrano mnie
na rekolekcje do Czerwińska
czyżby obóz karny dla Werterów w spódnicy
gdzie byłam świadkiem dyskusji czy ksiądz jest terapeutą
a nawet chciałam powiedzieć
księdzu Andrzejowi że od trzynastego
na pierwsze z czterdziestu czterech pytań z rachunku sumienia
czy wierzę że Bóg mnie kocha i interesuje Go
całe moje życie
mogę jedynie odpowiedzieć
częstując moje płuca czerwoną dawką nikotyny

po południu obiecano nam piosenkę na życzenie
ale ksiądz stwierdził że tej nie umie
jeśli Bóg też tak wybiera
modlitwy prostsze i trudniejsze
od początku byłam bez szans

lepiej pocieszyłby mnie Behemot
bo ostatnio ufam tylko zwierzętom
zwłaszcza grającym w szachy

III
po rekolekcjach w Czerwińsku między mną a Bogiem
jest więcej ironii
Behemot wciąż obgryza mój zeszyt z historii
a salezjanie nie interweniują






* * *

dziewczynka z kotem na ramieniu
chodzi w kratkę a czasem w paski. najchętniej nocą
rozmawia z Lynchem zjada pistacje i czyta Nietzschego
( za Nietzschego – piekło)

dziewczynkę z kotem na ramieniu
kochają buddyści weterynarze i poeci. mają dla niej
zdjęcie Dalajlamy, szczęśliwą sarenkę i
najnowszy numer Ha!artu

dziewczynki z kotem na ramieniu
nie lubią mieszkańcy Warszawy i poloniści. pamiętają
udawany entuzjazm, kaprysy jedynaczki
i fioletowe sukienki

dziewczynce nie powiedziano że koty są już niemodne






www.instant.com

wszystko stało się
dużo prostsze nie trzeba umawiać się na randki
ani nawet uprawiać seksu wystarczy

www znaczy pełna anonimowość
rozmiar kształt i żadnych
trudnych pytań: mickiewicz czy świetlicki?
bo można spaść w portalowych rankingach

Tim Berners sprawił że znudzeni przestali
patrzeć w oczy zmieniają tylko
na gg - kocham żanetkę/ kocham marzenkę
czasem pomaga
nowa notka na blogu – dowiaduje się zainteresowany
i pozostali

przezornych wspiera alibi.zdrada.pl
Ty zdradzasz my zapewnimy Ci alibi!
już od trzydziestu pięciu złotych nagły telefon z pracy
(na podobne usługi czekają mordercy
i politycy)

na onecie wszyscy kochają się
w czułym wojtku
„nie stosuje zasad ortografii ale ma
swój styl”

nisza rynkowa wyraża zapotrzebowanie
na wirtualne spowiedzi czy sprzedaż na allegro
niechcianego dziecka

siebie






Przełamując fale

powiedziałam mu tylko że emily watson zwariowała
gdy stellan skarsgard odjeżdżał
nie jesteś emily, powiedział
nie jesteś stellan, powiedziałam

słabo się znaliśmy






* * *

Jezus próbował przekonać Piotra
że trzy razy dotknie go
amnezja
na życzenie

trudno wierzyć we własne złe intencje
komu można bardziej ufać niż sobie

Piotr nie musiał znać swojego przeznaczenia
znamy go jako dobrego ucznia
uważał na lekcjach pokory
jak na skałę przystało
twardo stąpał po wodzie
wiedział gdzie zająć miejsce przy stole
i zawsze można było pójść z nim na ryby

ale odpowiedzialność bywa kłopotliwa
nawet Jezus w Ogrójcu
rozważał tymczasowe zwolnienie
czego więc wymagać od rybaka
który przedrzemał ostatnią okazję
do wymiany myśli z najlepszym kumplem

tolerancyjni usprawiedliwiają Piotra
stresującą sytuacją
– strach pomyśleć o wieczności
opieki nad kluczami

zapewne gdyby zapytać Piotra o zdanie
twierdziłby że czegoś nas nauczył
– od ludzi nie można wiele wymagać

ze wszystkich umiejętności Jezusa
żadna nie boli tak jak intuicja



Dwojnych Anna. "gadu gadu". Nowa Ruda : MaMiKo, 2011




Mariusz Appel - "Kotochwile"



      



Podwórko

Byłem wyrostkiem, a ono miało kształt ślepej kiszki,
przemierzanej przez nas bez butów i skarpet. Bose stopy
rozgniatały porozrzucane wkoło, jak pieprz
wysuszone ptasie odchody, które braliśmy pod lupę
słońca i oglądaliśmy linie papilarne naszych pięt,
udając fachowców od daktyloskopii.

Przy drzwiach po prawej mierzwiła się samorodna
piaskownica. Na wilgotnym od deszczu piachu zostawały
ekslibrisy z kurzych i kocich łapek. Z lewej dostępu broniła
nieotynkowana ściana stajni sąsiadów, która nam służyła
za bramkę. To tutaj graliśmy w jedynki i trenowaliśmy strzały
w okienka z ceglanych spojeń. Obok garbiła się zamknięta
na drewniany skobel komórka. Nie miałem odwagi,
żeby sprawdzić, co ukrywa. Odstraszała wonią piżma,
które kojarzyło mi się z nadużywającymi perfum kobietami
w wieku babci.

Całość, wyściełana czółenkami kory, była domknięta
barykadą z wysuszonych starością pniaków. Stały tu bezużytecznie
odkąd w okolicy pojawiło się centralne ogrzewanie i gaz.
Tuż przy nich kiwały się krzewy agrestu, które ostatnio miałem
na wysokości oczu. Teraz ledwo sięgały pasa. Płot chylił się
ku upadkowi. Swoich wymiarów nie straciło jedynie pole widzenia.



Mamo

Przed wyjazdem ciągle powtarzałaś: trzymaj się
z dala od rękoczynów i nie uciekaj
do przemocy. Uczyłaś, jak się uniezależnić
od nałogów. A teraz? Jest mnóstwo żółci - w środku
i na tkaninie dłoni: od nikotyny, od pomarańczowych
skórek. Dziękuję za te skarpetki z wkładkami
aluminiowymi do turystyki górskiej. Wędruję w nich
po nowym mieszkaniu. Tu zdobywa się szczyt po szczypcie,
gromadzi przedmiot za podmiotem. Ursynów jest pełen
facetów spacerujących z psem i puszką piwa, czasem setką
pomysłów na rozpoczynający się dzień (jutro będzie jeden
mniej). Chciałbym ci jeszcze opowiedzieć o blasku latarń,
bladym jak absyntowe źrenice ulicznic Toulouse-Lautreca,
lecz to zbyt skomplikowane. Koszulkę z revlonu wziąłem
sobie do spania. Nigdy jej nie przewracam. Raz
śnię na prawej, raz na lewej stronie. I tak jest wygodniej.



Wierszyk szkolny

Dzieciaki z młodszych roczników zgrabnie rytmizują
przestrzeń szkolnego dziedzińca. Drzemiąca dozorczyni
na migi tłumaczy swoje sny. Chłopcy z siódmej b
właśnie ruszyli z piłeczką tenisową na podbój
piłkarskiego boiska. Ja z kumplami i kilka fajnych babek
wiecujemy w piaskownicy. Nagle jak spod ziemi wyrasta
waryński i wysoko się prężąc, rozkopuje osiedlowe
podwórko. Obrotami diesla mamrocze, że to z polecenia
jakiejś pięciolatki. Takie były te chwile: zgubne dla nas
jak drzewa dla liści jesienią. Po lekcjach, żeby zabić
nudę, z narażeniem życia usiłowaliśmy grać na podkładach
kolejowych w klasy. Wszystko z czerwonej cegły, co mogło
być starsze niż my, na wszelki wypadek ochrzciliśmy:
poniemieckie. I ten nasz powrót na skróty: zjawiamy się
wiecznie spóźnieni. Z resztkami andrutów w ustach,
przyklejonymi do podniebień jak komunia, i smutkiem,
którego nie udało się utopić w ciemnym piwie.



Ptaszek (na podstawie C. Saury)

Widzisz? Wystarczy zasłonić ptaka i od razu cały obraz
przestaje skrywać tajemnicę. Wuj umiejętnie zwodował
palec wskazujący w miejscu, gdzie na reprodukcji Breugla
rysowały się skrzydła, skazując Manu na kilka sekund
zawieszenia wzroku. Wyrok zapadł w momencie, kiedy
chłopcu udało się podzielić uwagę między doskonałość
postaci z dzieł klasyków a klasycznie doskonałą sylwetkę
kuzynki Fuensanty (tej jego ptaszyny, którą nadal smakował
w myślach, trawiony własną tajemnicą). Zapalmy światło,
bo półmrok rozprasza kolory. Imaginacje pryskały ostrożnie
jak pierwsze krople wody podczas porannych toalet. Wczoraj
po śniadaniu udało mu się wsunąć do ust pestkę z resztkami
jej brzoskwini. Później gonili się bez tchu aż na dach, pełen
suszących się prześcieradeł, które wisząc równo, rzędami,
były dla nich jak warstwy biszkopta w tortach stryja Ernesto,
pośród których pyszniło się słodkie nadzienie z półnagich
cieni. Zwierzali się sobie, przysięgali na krzyże sterczących
w dali wież kościoła i wierzyli w to, że mapy ich wnętrz są
uwiecznione na obwodzie tęczówek jak godziny na tarczy
zegara. Łzy na pogrzebie dziadka wywołał przyjazd rodziców.



Moja druga połowa jest kotem

Pomieszczenia pomieszkań: szczękające zamki,
gdy zęby kluczy próbują się dopasować, i wejścia
w domy jak w dym, żeby natychmiast zaciągnąć
rolety dla podtrzymania czynszowego spokoju.
Porowate ściany absorbują w całości. Bezruch
kosztuje nas zbyt wiele, więc dotykiem na styku
subkultur ciał wplatamy się w siebie jak nitki
spotykających się autostrad. Szukając przyjaźni
gubimy orientację, bo jedyny wspólny mianownik
to jazz w wykonaniu faceta z ustnikiem w ustach
zamiast zębów. Chet podbija membrany i serce,
lecz niedługo się skończy, wtedy wniknę w miasto
ponownie, odbezpieczę się. Ulice przeprowadzą
swoje nieme śledztwo bez szemrania, oślepi mnie
inwigilacja samochodowych halogenów. Resztki
nocy i opary spalin skondensują się nad arterią
w smog z historii, w której nic nie broni się samo.


Mariusz Appel - "Kotochwile" Mamiko






"Elis" - Witold Kiejrys





Jestem siedemdziesięciolatkiem. Człowiekiem z paskudną przeszłością i doświadczeniami nieobcymi piekłu.

Zapewne ciągle jeszcze więcej we mnie zła aniżeli powoli rodzącego się dobra. Pełen sprzeczności, ale też radosnej pogody ducha i refleksji. Niczym starotestamentowy Hiob, wchodząc na drogę dobra traciłem po kolei to wszystko, co na tamtą chwilę było największym skarbem: dom, żonę i dzieci.
To wydawałoby się okrutne doświadczenie pozwoliło nie tylko na oczyszczenie się ze wszystkich toksyn i nałogów, ale też uczyniło ze mnie zupełnie nową istotę. Teraz, już nie tylko mogę widzieć piękno i dobro, o których istnieniu nie miałem pojęcia, ale także współtworzyć z nimi; czasami wynosząc na wysokości, innym razem podając, jak na paterze. Kto zechce, może w owocach tych smakować, do woli.

Nie uważam się za poetę, chociaż ta forma wypowiedzi najbardziej mi odpowiada. Metafora, ale też lapidarny skrót myślowy, pozwalaja mi w zwięzłych słowach powiedzieć to, czego normalnym językiem chyba bym nie powiedział, a przecież język którym się posługuję, nie należy do awangardy.
Jakże często jeden dobry wiersz, jest w stanie pomieścić w sobie zawartość równą opasłemu tomowi. Przyznaję uczciwie, że ja tego nie potrafię. A czy język mój jest na tyle komunikatywny i czytelny, by można było się w tych wierszach rozsmakować, to już nie mnie oceniać. To rola czytelnika, który jeśli tylko zechce, sięgnie do zawartości tego zbiorku i być może razem z autorem zechce zastanowić się nad sobą, nad życiem i nad przemijającym, które paradoksalnie, wcale nie musi mieć końca.


Zamki

Brzęk kluczy,
otwiera się. Po drugiej stronie furtki
nuty skowronka. Zamykasz oczy
i płynie świergot poranny.

Na skrawku papieru zapisuję wiersz.
Niebo w długopis się wplata i chmurzy,
rozpogadza, radośnie
wypuszcza słońce.
Na kartkę.



A jednak

Mamie mojej


Wydaje mi się że kocham ale cóż znaczy moja miłość
wobec przywiązania stu milionów kryla
po kolei niknącego w paszczy wieloryba
jeden po drugim, aż po zagubiony w bezmiarze
ten stumilionowy, któremu naznaczone jest
dać po drodze nowe życie.

Wydaje mi się, że kocham, ale tracę pewność
czy bardziej nie kocham siebie, kiedy staję
przed rozwartymi ramionami starego wiatraka
któremu czas i wiatr postrzępiły pamięć i oczy. A ten gra
swoją wiekową pieśń skrzypieniem i kołysaniem wzgórza
zamykając sen w zielonym ziarnie,
by znakiem krzyża wyczarować smak.

Na chwilę zanurzam się w pamięć. Zawstydzam się
gdy staję razem z nią przy oknie i z trudem - jak kiedyś -
spoglądam poza parapet. Widzę tylko to co nade mną - błękitny
bezmiar przestrzeni nieba, słyszę gwar czuję drżenie
i spływające zewsząd ogromne oczy ciekawego strachu.
Poza nim Ciebie ścieśnioną w sercu moim, jak w piąstce.
Od zawsze jak w kalejdoskopie.



Dorniery


Nie będzie puenty, będzie życie,
spadające kalendarze i oczy
otwierające się na niebo z jaskółką.
Odłamek wojny. Sierpniowe rozrywanie nocy.
Spowolnianie gwiazd.

Dzień budzący małego przybysza na oddziale porodówki.
W dymie palącego się miasta pierwsze słowa matki:
- wychowam ciebie na żołnierza, obrońcę przestworzy.

Gdziekolwiek byś był, ta noc i tak
wywarłaby na tobie piętno.

Będąc dzieckiem, nie oderwie wzroku
od kołujących w kominach bocianów
wynoszonych ziemskim ciepłem,
aż po kosmiczną dal. Pomyśli o ojcu,
którego zabrała wojna.

Któregoś dnia przeleci nad szpitalem, by szlakiem
ciężkich samolotów, ich rozpostartych ramion,
wznosić się na góry marzeń.

Nie będzie puenty. Będzie życie,
potykanie się o wystające korzenie.
I niebo z jaskółką.


Witold KIEJRYS. Elis. Nowa Ruda : Mamiko, 2014






Kinga Witowska - Lustro



                    



Kinga Witowska urodziła się w 1977 roku w Nowym Sączu. Nie praktykująca nauczycielka języka angielskiego. Od ponad pięciu lat mieszka w Londynie, gdzie pracuje i studiuje (translatoryka). Mocno stąpa po ziemi, choć głowę ma w chmurach

PARK

Miasteczko na południu kraju. Pochmurne niebo, nie pada deszcz. Na ławce przy bocznej alejce siedzi kobieta, lat około trzydziestu, elegancko ubrana. Pisze. Dosiada się do niej inna, w zbliżonym wieku. Jest to przypadkowe spotkanie, nie znają się.

KOBIETA 1
Park przenika moje życie.

KOBIETA 2
Proszę?

KOBIETA 1
Park przenika moje życie.

KOBIETA 2
Hm?

KOBIETA 1
Nie zdawałam sobie z tego sprawy aż do dzisiaj, gdy usiadłam na ławce.

KOBIETA 2 przygląda się zdziwiona.

KOBIETA 1
Towarzyszy mi w różnych momentach, tych dobrych i tych mniej, tak jak dziś kiedy czekam na godzinę szesnastą aby wreszcie stąd uciec. Jest partnerem w drodze do pracy. Wtedy jest najbardziej wesoły i tętni życiem. Wypełniają go urwisy z pobliskiego liceum. Jednakże dzisiaj park jest niemal pusty.

KOBIETA 2
Tylko dwie ławki zajęte przez pojedyncze osoby.

KOBIETA 1
Pewnie tak jak ja wyczekujące czegoś.

KOBIETA 2
Oprócz tego jacyś ludzie wędrujący po alejkach jak po labiryncie.

KOBIETA 1
Żeby jak najszybciej znaleźć wyjście! Śpieszą się! Chcą dotrzeć do wyznaczonego celu. Tylko jeden mężczyzna powłóczył nogami i obrzucał mnie spojrzeniem mówiącym „co ty głupia tyle piszesz?”. Co go to obchodzi?! Był pijany...Przypomniało mi się, jak siedziałam tutaj z K. Nie, to było na innej ławce...i ponad dwa lata temu. Miałam na sobie czarna, długą sukienkę, piliśmy piwo a obok nas co chwilę przechodzili jacyś ludzie, choć było już późno. Prawie tak jak ostatnio, gdy wymienialiśmy poglądy na temat poczynań NATO i tragedii uchodźców. Na moment zrobiło się bardzo politycznie. Patrząc na niebo stwierdziliśmy, że i tak pewnie kiedyś jakiś asteroid rozwali ziemię, więc dlaczego by się nie zabić?

KOBIETA 2
Co?

KOBIETA 1
Takie małe zbiorowe samobójstwo, przecież życie i tak nie ma sensu. Potem porozmawialiśmy trochę o problemach sercowych naszej wspólnej koleżanki, za którą, nie będę ukrywać, nie przepadam. Wspomnienia wspólnych chwil sprzed czasu, gdy jedno dziwne wydarzenie namieszało między nami, wypełniały nam kolejne minuty. Potem skończyło nam się piwo i poszliśmy dalej.

KOBIETA 2
Tym razem park był tylko jednym z przystanków w drodze przez miasto?

KOBIETA 1
Tak...Kiedyś, gdy siedzieliśmy tu razem zastanawialiśmy się, czy może przypadkiem jest tu ktoś oprócz nas, kto teraz rozmawia o wierszach. Wybuchliśmy śmiechem. Wydawało nam się to niemożliwe patrząc na tych, którzy wypełniali puste miejsca.... Wracając do rzeczywistości. Świat skończył się półtorej godziny temu. Po raz kolejny. Teraz siedzi w pokoju najebany jak świnia, a ja myślę co można zrobić, żeby się stąd wyprowadzić.

KOBIETA 2
Na dobre?

KOBIETA 1
Na dobre. Tymczasem uciekam w świat parku. Kolejny raz on daje mi schronienie. Zastanawiam się jak wyglądałoby moje życie gdyby nie on. Może siedziałabym teraz na dworcu. Pewnie w jakimś barze przy stoliku z kubkiem soku jabłkowego. Hasło na kapslu brzmiałoby zapewne „zniewalasz mnie”. Obok siedziałby długowłosy mężczyzna pijący herbatę z cytryną z przydworcowej szklanki, czytałby kolorowe czasopismo, patrzył przez szybę na pozostałą część dworca i tak jak ja obserwował ludzi. Na mnie nie patrzyłby w ogóle. Za mną siedziałaby staruszka czytająca na głos gazetę i robiąca ołówkiem notatki. Stoły jak zwykle byłyby klejące, we flakonach stały nierozwinięty jeszcze bez, bo przecież to dopiero połowa kwietnia, a ja musiałabym pić mój sok bardzo powoli, żeby pani sprzedająca nie nalegała na zakup czegoś nowego. Napisy coca cola i fanta stanowiłyby dziwny mariaż z napisem społem na cukierniczce, w której znajdowałby się cukier. Może nawet pomyślałabym aby podejść do tego mężczyzny żeby wypełnić sobie czas chwilą rozmowy. Ale pewnie jak zwykle moja nieśmiałość nie pozwoliłaby mi na to i kazała trwać przy swoim stoliku z widokiem na stertę brudnych naczyń. Najgorsze byłyby spojrzenia bezdomnych. Pewnie podszedłby do mnie jakiś pan i poprosił o pieniądze na zupę. Odpowiedziałabym, że nie mam, a zaraz potem pożałowałabym tego, ale było mi głupio powiedzieć, że skłamałam. Pani w okienku niegrzecznym tonem odmówiłaby głodnemu panu, a ta staruszka czytająca gazetę dałaby mu złotówkę na żurek. Jedno nie ulega wątpliwości... Tak jak teraz w parku, na dworcu też chciałoby mi się płakać. Może nawet bardziej, bo napis „samoobsługa” nad okienkiem niemiłej pani nie wzbudzałby we mnie uśmiechu, tak jak mimowolnie i nieświadomie robią to drzewa.

KOBIETA 2
A może wszystko wyglądałoby inaczej?

KOBIETA 1
Inaczej?

KOBIETA 2
Może siedziałaby pani na dworcu autobusowym, na zielonej ławce przy drugim stanowisku, tyłem do kierowców taksówek, którzy tam razem nie zadawaliby głupich pytań. Przeszłaby obok pani kobieta z dwoma córkami, a każda z nich trzymałaby dwie duże reklamówki. Młodsza córka ubrana byłaby różową sukienkę, a starsza miałaby spodnie w kwiaty. Jakiś chłopak powiedziałby pani, że ma pani ładne okulary. Rozbawiłoby to panią, ale rzuciłaby pani tylko krótki uśmiech, bo miałby na nogach sportowe buty nie wiadomo jakiej firmy i włosy koloru musztardy.

KOBIETA 1
Ha ha.

KOBIETA 2
Ucieczka w park jest dobrym sposobem na zapomnienie i wstęp do nowego pojmowania rzeczywistości, jednakże smutek realnego świata nie pozwala do końca zatracić się w parku i tak po prostu nie pamiętać, nie dostrzegać, nie przejmować się.

KOBIETA 1
Są rzeczy, sytuacje i osoby, zwłaszcza te ostatnie, z którymi park niestety nie może dać sobie rady.

KOBIETA 2
Właśnie.

KOBIETA 1
To czego najbardziej nie lubię to kłamstwo. Kłamstwo! Wie pani, że według słownika języka polskiego kłamstwo to „twierdzenie niezgodne z rzeczywistością, wypowiedziane z zamiarem wprowadzenia kogoś w błąd.”? Fałsz, łgarstwo, nieprawda.

KOBIETA 2
Bezczelne, wierutne kłamstwo.

KOBIETA 1
Uciekać się do kłamstwa.

KOBIETA 2
Nie skalać się kłamstwem!

KOBIETA 1
Przyłapać kogoś na kłamstwie!

KOBIETA 2
Kłamstwo się wydało!

KOBIETA 1
Kłamstwo ma krótkie nogi!

KOBIETA 2
Kłamstwo, kłamstwa, kłamstwu, kłamstwie!

KOBIETA 1
Kłamstewko, kłamanie, oszustwo!

KOBIETA 2
Nieprawda, zafałszowanie, wymysł, fantazja!

KOBIETA 1
Koloryzacja, konfabulacja, mistyfikacja!

KOBIETA 2
Fikcja. Do wyboru!

KOBIETA 1
Skłamał po raz kolejny w dniu gdy kot cierpiał po operacji sterylizacji, a potem powiedział, że to ja przyczyniłam się do rozpadu jego małżeństwa.

KOBIETA 2
Ty też skłamałaś.

KOBIETA 1
Park nie istnieje.


Kinga Witowska - Lustro Mamiko, 2006





Bartosz Sawicki - Stan alfa





Bartosz Sawicki (ur. w 1971 r. w Szczecinie) – poeta, fotograf, podróżnik, politolog. Człowiek wielu profesji: kucharz, lekkoatleta, magazynier, pracownik zoo i linii produkcyjnej w przetwórni ryb, kurier, kierowca, renowator mebli, restaurator, ogrodnik, właściciel klubu muzycznego i firmy reklamowej, sprzedawca obuwia, waty cukrowej, kolorowych baloników, używanej odzieży i sprzętu elektrycznego, sprzątacz, dziennikarz, barman, pomysłodawca i producent szeregu projektów artystycznych. Wydał tom wierszy Krucha wieczność (FORMA 2013).


PIES PRZEWODNIK

Otrzymali, od swych opiekuńczych duchów, psy, żeby prowadziły ich
przez życie, ale tylko niewielu z nich potrafiło usłuchać przodków. Dlatego
wymarli jako wspólnota, nie zaznawszy szczęścia. Przyczyna klęski tkwiła
w samouwielbieniu.


Co to jest za pies, co szczeka na ryby
I płynąc na plecach mieni wodę w łuski,
A kiedy bierze do pyska ciepłego rogala,
Nietrudno pomylić go z jego uśmiechem,
Pije słomką sok świeżej pomarańczy,
Parskając na słońce o smaku cytrusa,
Nosem pociera o tablicę szyby,
Hieroglify kreśląc czułe i zmywalne,
Ogonem ćmy odgania od płomieni świec
I przez sen wzywa umarłych i bogów?
Co to jest za pies, który ma oczy dziecięce,
Pazurem rozrywa jarmarczny balonik,
Nim ten zdąży opaść na siatkę pajęczyn
I wciska się w czeluść tajemnych przesmyków,
Gubiąc sierść między kończynami łasic?
Co to jest za pies, który ze smokami jada
Gigantyczne jaja świątecznych upominków
I zamiast pcheł dokarmia świetliki,
By biegnąc przez noc granatowym niebem
Nie zderzyć się w drodze z foką pilotką
Mknącą na sfinksie, czy sterowcem słonia.
Co to jest za pies, który pozna diabła,
Po obroży z cierni na szyi, nie głowie
I wyszczerzy kły, niosąc na języku miłość?
To pies przewodnik, prowadzi wybranych,
Od mroku do światła, a czasem odwrotnie.


PODRÓŻ DO WARANASI

światła nekropolii swój europejski grób
będę widzieć z wysoka
przeżegnam się wzrokiem na krzyż
na gwiazdę Dawida na rzymski salut
wiele sennych godzin wśród chmur
krople potu i kilka posiwiałych od wojen włosów
zabiorą z sobą wody Gangesu
układające nurt w melodię burdonowych strun
rzucisz most cienia z przęsłami ramion
oparta o ścianę ognia płonących zwłok
żaroodporny jedwab na murach naszej świątyni
gdzie odprawimy pudźę
powstrzyma nawałnicę samsarycznych pożarów
idąc po nicość nakarmimy bezdomnego psa
wyklarowanym w dłoniach ghee

Bartosz Sawicki. "Stan alfa". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015






Bartłomiej Siwiec - "Instrukcja zabicia ptaka"





Bartłomiej Siwiec (ur. w 1975 r. w Bydgoszczy) – prozaik, dramatopisarz, publicysta. Ukończył politologię ze specjalizacją dziennikarską na WSP w Bydgoszczy i studia podyplomowe z zakresu archiwistyki na UMK w Toruniu. Autor trzech powieści Zbrodnia, miłość, przeznaczenie, Autodestrukcja, Przypadek Pana Paradoksa, zbioru opowiadań Wszyscy byli umoczeni i kilku dramatów 64 pozycje z życia szachisty, Wyszła z domu, Skóry, Anyżek. Jego dramaty były nagradzane i wyróżniane przez Dom Literatury w Łodzi, Teatr Powszechny w Łodzi i jury XII Ogólnopolskiego Konkursu im. Stanisława Grochowiaka w Lesznie; znalazły się też trzykrotnie w półfinale Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, a miniatura Wpuszczony w maliny została wyróżniona w konkursie pamięci Jana Himilsbacha w Mińsku Mazowieckim. Od 2013 r. felietonista Bydgoskiego Informatora Kulturalnego. Bartłomiej Siwiec jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.



Uznany za zmarłego


Kiedyś wracałem do domu
i wszystko było jak dawniej
cieszył mnie widok wieżowca
znów sobie z góry popatrzę

ale gdy byłem już blisko
ujrzałem klepsydrę na klatce
a na niej swoje nazwisko
to przecież jest niemożliwe

w skrzynce pocztowej reklamy
kebab pizza angielski
tak tani że chodzić się nie chce
i listy kondolencyjne

(to pewnie jakaś pomyłka)
w mieszkaniu nikt mnie nie widzi
żona z córką rozmawia
to żarty jakieś okrutne

albo naprawdę mnie nie ma
zwracam się do nich błagalnie
ja jestem powiedzcie coś do mnie!
a one mówią wciąż o mnie

żarty powoli się kończą
że sędzia dopisał i sprawa
jest prosta jak szpaki na drzewie
obsiadły czereśnie i dziobią
do ostatniego owocu

i widzę że wszystko już na nic
próbować grać rolę żywego
bo przecież sprawa jest jasna
uznali mnie za zmarłego



Dybuk

Urodziłem się w Kowalu
małym miasteczku
zapomnianym przez Boga
zasiedlonym przez Żydów
interesy robiłem we Włocławku
prowadziłem firmę pogrzebową
nazywaliśmy ją trumienną
Chana powiedziała kiedyś
że tylko górnicy na Śląsku stoją lepiej
Ruchla uważała
że najlepszy jest interes na jedzeniu
bo ludzie żeby żyć muszą...
i na śmierci
wujek Lejb powiedział
że Żyd nie powinien chować gojów
to przynosi pecha
goje kiedyś powstaną z grobów
i wyjdą niczym dybuki
powchodzą w nasze ciała
i wszystko się pomiesza a potem rozejdzie
po kościach tak
że nawet kadisz
nie pomoże

Bartłomiej Siwiec. Instrukcja zabicia ptaka. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Dariusz Adamowski - "Gub, trać, porzucaj"






ROZPRUWACZ

To co zasłonięte musi zostać odkryte. Trudzimy się,
by to zobaczyć i dlatego tak często zostawiamy głowy
na torach, dlatego spadamy z najwyższych pięter.
A gdy leżymy, nóż kroi głęboko. Cięcia przebiegają
wzdłuż linii podstawowych wiązań. Potrzeba bardzo ostrych
narzędzi i wielkich prędkości, by sprawdzić, czy jesteśmy stworzeni
z tej samej substancji, która nadaje nam zewnętrzny kształt.
Czy utrzymuje nas przy życiu pięciopalczaste złudzenie?
Jeśli tak, zaiste powstaniemy z martwych i zapiszemy przestrzeń
jak zwykłą kartkę. Jeśli nie, zstąpimy do niższych wymiarów
i będziemy się kurczyć w bóstwach do nieskończoności.

Zajrzyj w ciemność krwi, w lepkość szpiku. Oto twoja droga.
Oto nóż.



POCZTÓWKA Z EFEZU

Upał w Efezie. Od samego rana
słońce wypala marmurowe kości,
kolumny, łuki. Pergaminy ciała
ogarnia rozpacz, choć się o nie troszczysz.

Kiedy oglądasz rzymski dom publiczny,
drogę portową, teatr i akropol,
docenisz dzieło dawnych budowniczych
i tych co miasto stawiali na nowo.

Ono wygrało – twój bilans jest marny,
bo czas i przestrzeń mogą z ciebie zadrwić.
Archeologia to czasem zbyt mało.

Gdy wszystkie miękkie tkanki pożrą larwy,
pewnie nikomu nie będzie się chciało,
pozbierać puzzli, ułożyć nas w całość.





DRUGI WIERSZ PUBLICYSTYCZNY

Siedemnastu Chińczyków ginie z samego rana
w fabryce fajerwerków. (Ktoś wciąż decyduje,
który ogień jest sztuczny, a który pożera i trawi.)
Więc giną a potem przechodzi im ptasia grypa.
Przychodzi po nich jesień lub spóźniona wiosna.
Ktoś wyrywa im z ust termometr a z rąk - pilota
do niedzielnego nieba. Dochodzą więc, osobno,
do kresu, dzielą się, pozostając sobą, albo stając się kimś
podobnym do mocno zamazanej twarzy ze snu.
Dotykają horyzontu zdarzeń, bo świat to za mało
i wtedy bungee przestaje się rozciągać a oni
zwijają przestrzeń, zwijają cały interes. Wracają
rakiem lub innym kretesem do miejsca na wspak.
Przelatują przed oczami całego wszechświata,
który wiwatuje, choć jest bardzo, bardzo mały.
Jak iskierka w fabryce sztucznych ogni. Jak Big
Bang.


Dariusz ADAMOWSKI. "Gub, trać, porzucaj". Nowa Ruda : MaMiKo, 2012












Piotr Tomczak - Miłość, miłość, zapałki, książki i ikra





Piotr Tomczak, urodzony w 1971 r. w Częstochowie


Wiersze z wydanego tomu:


ROBERT WALSER

Krajobraz górski. Tutaj są skały posiekane wytarciami i języczkami śniegu-lodu na grzbietach,
rozrzedzone powietrze i generalny wiosenny błękit ponad szarościami.

Jest nieodwiedzana gospoda. Duża zadaszona płótnem białym w błękitne pasy platforma z desek
służąca do tańców i ustawiania stolików i krzeseł w jaśniejsze dni rozpościera się przed wejściem.
Otoczonym od wewnątrz wieńcami z naskalnej roślinności i ciężkimi udrapowanymi zasłonami z aksamitu.
Wystrój jest aksamitny, ciężki i wiktoriański – kontrastujący z oczekiwaniami co do górskich gospód –
składających się z wyobrażeń o surowym drewnie, słomie, rustykalnym rycie sprzętów i potraw. Na
ścianach mnóstwo czarno-białych fotografii i landszaftów z nizin. Zaskakująca jest również obecność sali
kinowej z wybijanymi pluszem fotelami we wnęce koło głównego szynkwasu.

Obsługa jest miła, o włosach szpakowatych.



OBRAZ KRAJU

Obraz kraju jest nasycony wilgocią: mgły, opary; lustra, szyby, wszystkie powierzchnie pokrywa
rosa. Pranie i przepocona ubrania nie schną; drogi rozmiękają i ciężko rozniecić ogień. Czerwone ceglane mury z nalotem brudu – na tym zasadza się tutejsze budownictwo – w końcu łąki i krowy
żujące mokrą trawę, puszczające nozdrzami
i paszczami kłęby ciepłej wilgoci.
Nie widać gwiazd, jakże można by je widzieć,
przecież są zgaszone wodą. Wiele się nie ujrzy
ponad powierzchnią gruntu ani na odległość większą niż wyciągnięta ręka.

Statek powietrzny przenika zawiesiste niebo, rozgarniając śmigłami wodę.

Pije się tu dużo ognistych alkoholi albo mniej ognistych i podgrzanych, jak jest na czym.
Je się ostre potrawy. Chodzi się szlakiem od knajpy do knajpy, żeby zanadto nie nasiąknąć.
Patrzy się, jak pada deszcz, kiedy pada; jeśli nie – nie ma na co patrzeć.



MAK

Drzwi.
Pusta butelka lata.
Rolnicy otoczeni antycznymi rzeźbami orzą;
wapienne skały wystają z lśniącej brązowej ziemi;
dalej jest piasek, dalej jest morze,
pościel ze zmarłą oglądana przez okno przez dzieci.

W domu są zapadłe lustra,
w domu są bukiety maku ustawione pod jedwabistozieloną tapetą;
tam wiszą kościane ozdoby;
tam na drewnianej posadzce leży pies, a na nim słońce.



Piotr Tomczak. Miłość, miłość, zapałki, książki i ikra. Nowa Ruda : Mamiko, 2013



NAGRODY MIĘDZYNARODOWE
O złote cygaro Wilhelma – 2001
im. Młynka O Palice Hadama – 2004
Miłość niejedno ma imię – 2005

NAGRODY OGÓLNOPOLSKIE
im. Wojaczka – 1993
im. Wojaczka – 1994
im. Wojaczka – 2000
im. Leśmiana – 1999
im. Leśmiana – 2000
im. Poświatowskiej – 2000
im. Poświatowskiej – 2010
Ziemi Lubelskiej im. Łobodowskiego – 2000
O laur tarnowskiej starówki – 2001
O laur tarnowskiej starówki – 2003
Brzask XXI wieku – 2001
O złoty kałamarz i złamane pióro – 2001
Człowiek – Dobro – Piękno – 2001
Podróż poetycka 2001 – 2001
O jaszczurowy laur – 05.2002
O jaszczurowy laur – 06.2002
O jaszczurowy laur – 09.2002
Miasto – realne i wirtualne – 2002
Tyskie lato poetyckie – 2002
im. Śpiewaka – 2002
Akant – 2002
im. Tischnera – 2002
Towarzystwa Miłośników Ziemi Świeckiej – 2003
Biała lokomotywa – 2003
Biała lokomotywa – 2005
Przekaz – 2003
O srebrny liść chmielu – 2003
Szuflada – 2003
I etap Interpoezja – 2004
I etap III Lubelskie Konfrontacje Poetyckie – 2004
O Wieniec Akantu – 2004
walentynkowy – 2005
Miłość niejedno ma imię – 2005
im. Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej – 2006
im. Sułkowskiego – 2006
im. Sułkowskiego – 2009
na krótką formę literacką o ogórkach – 2006
Ikarowe Strofy – 2006
O laur Sądecczyzny – 2006
im. Rilkego – 2007
O liść konwalii im. Herberta – 2008
im. Norwida – 2009

NAGRODY WOJEWÓDZKIE
Inspiracje Herbertowskie – 2008

NOMINACJE DO NAGRÓD OGÓLNOPOLSKICH
O laur Plateranki – 2001
im. Śpiewaka – 2001
O wieniec Akantu – 2001
im. Bierezina – 2006
Tska Zima Poetycka – 2008

ANTOLOGIE
Nowy sezon. Pokłosie ogólnopolskich konkursów poetyckich im. Rafała Wojaczka Mikołów 1993&#8212;1996. Zarząd Miasta Mikołów, Miejski Dom Kultury w Mikołowie. Mikołów. 1997
XXIII i XXIV Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Haliny Poświatowskiej. Utwory nagrodzone i wyróżnione. Regionalny Ośrodek Kultury Częstochowa 2000
Konkurs Prozy i Poezji O Złoty Kałamarz i Złamane Pióro. Prace nagrodzone. Akademia Pedagogiczna im. Komisji Edukacji Narodowej, Klub Studentów Bakałarz, Koło Naukowe Polonistów. Kraków. 2001
Złote Cygaro Wilhelma. Miejski Ośrodek Kultury w Czerwionce-Leszczynach. Czerwionka-Leszczyny. 2001
IX Ogólnopolski Konkurs Poetycki Człowiek – Dobro – Piękno. Wiersze laureatów. Centrum Kultury i Sztuki w Siedlcach. Siedlce. 2001
XVII Ogólnopolski Konkurs Jednego Wiersza O Laur Tarnowskiej Starówki. Tarnów 17.02.2001. Sądecka Oficyna Wydawnicza Małopolskiego centrum Kultury Sokół w Nowym Sączu. Nowy Sącz 2001
XI Tyskie Lato Poetyckie. Antologia utworów nagrodzonych i wyróżnionych w konkursie. Miejskie Centrum Kultury w Tychach. Świetlica Środowiskowa Miejskiego Centrum Kultury w Tychach-Wilkowyjach. Tychy. 2002
Wybór wierszy X Konkursu Poezji Religijnej im. Ks. Prof. Józefa Tischnera. Oddział Związku Podhalan w Ludźmierzu, Sanktuarium Matki Bożej Ludźmierskiej. Ludźmierz. 2002
XIX Ogólnopolski Konkurs Jednego Wiersza O Laur Tarnowskiej Starówki. Tarnów 22.02.2003 r. Sądecka Oficyna Wydawnicza Małopolskiego centrum Kultury Sokół w Nowym Sączu. Nowy Sącz 2003
Biała Lokomotywa. Antologia poetycka V Ogólnopolskich Spotkań Poetów. Miejskie Centrum Kultury w Aleksandrowie Kujawskim. Aleksandrów Kujawski. 2003
IX Ogólnopolski Poetycki Konkurs Walentynkowy. Białystok 2005
Miłość niejedno ma imię. Katowice 2005
Biała lokomotywa. Aleksandrów Kujawski 2005
Józef Łobodowski. In memoriam. Pokłosie Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Józefa Łobodowskiego 2000&#8212;2005. Związek Literatów Polskich. Liber Duo. Lublin 2005
Ikarowe Strofy. Warszawa 2004
Wielki Bilet. Konstantynów Łódzki 2004
Almanach pokonkursowy IV edycji Agonu Poetyckiego O Wieniec Akantu
Ściany powtarzają jej kroki. XII Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej Katowice 2006
Sezon ogórkowy. Zielona Góra 2006
Uliczki wyobraźni. Almanach Grupy Literackiej Sił Powietrznych Warszawa 2007
Pustka. Plon VII edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. C.K. Norwida zorganizowanego przez Powiatową i Miejska Bibliotekę Publiczną im. Henryka Sienkiewicza w Pruszkowie. Pruszków 2009
XXXIV Wiosna poetycka. Miejski Ośrodek Kultury w Sławkowie. Sławków 2009
Czarno na białym. Poezja. Utwory laureatów V Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego. Parzęczew 2008
XXXIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Haliny Poświatowskiej. Utwory nagrodzone i wyróżnione. Regionalny Ośrodek Kultury Częstochowa 2010
Sny malarzy – sny poetów. Ogólnopolski konkurs literacki. Katowice 2011

CZASOPISMA
Studium. Dwumiesięcznik literacko-artystyczny. 2&#8212;3 (28&#8212;29). 2001
Studium. Dwumiesięcznik literacko-artystyczny. 3&#8212;4 (33&#8212;34). 2002
Studium. Dwumiesięcznik literacko-artystyczny. Przyjęte do druku
Portret. Pismo literacko-kulturalne. 12. 2002/2002
Nowa Okolica Poetów. 11. (1/2003). 2003
Undergrunt. Pismo artystyczno-literackie. 10&#8212;11 (2&#8212;3/2003). 2003
Topos. Dwumiesięcznik literacki. 6 (61) 2001
Topos. Dwumiesięcznik literacki. 1&#8212;2 (98&#8212;99). 2008
Topos. Dwumiesięcznik literacki. 2. 2011
Pogranicza. Szczeciński dwumiesięcznik kulturalny. 1 (48) 2004
Kresy. Kwartalnik literacki. 51&#8212;52 (3&#8212;4/2002). 2002
Kresy. Kwartalnik literacki. 4. 2007
Kresy. Kwartalnik literacki. 77&#8212;78. 2009
Kresy. Kwartalnik literacki. Przyjęte do druku
Ex Libris 43bis. Pismo poświęcone kulturze Konstantynowa Łódzkiego. 72, 2001
Ex Libris 43bis. Pismo poświęcone kulturze Konstantynowa Łódzkiego. 73. 2002
Dziennik Polski. 143 (17 663). 2002
Akant. Miesięcznik literacki. 11 (89). 2004
Przekaz. Przegląd historyczno-kulturalny. 7. 2004
Kozirynek. Kwartalnik kulturalny. 6. 2008
Kozirynek. Kwartalnik kulturalny. 10. 2009
Lektura. Pismo literackie. Przyjęte do druku
Nowy Wiek. Pismo literacko-artystyczne. Przyjęte do druku
Kurier Jurajski. 41. 2009
Odra. Miesięcznik literacki. 11. 2010
Fraza. Poezja, proza, esej. 68. 2010
Fraza. Poezja, proza, esej. Przyjęte do druku

KSIĄŻKI
Wiersze i miniatury. Złożona w oficynie literackiej w Krakowie. Nie wydana

RADIO
Każdy rodzi się poetą. Radio Alfa. 23.09.1995

INTERNET
Nieszuflada. 2002
Interpoezja. 2003
Interpoezja 2003
Szuflada. 2003
Undergrunt. 2005
Libertas. Miesięcznik ludzi wolnych. 2008

PREZENTACJE
MDK Katowice „Szopienice-Giszowiec”. 2006






Marzena Orczyk-Wiczkowska - "Grypsy z panoptikonu"







Marzena Orczyk-Wiczkowska
Rocznik siedemdziesiąty. Poetka, przed debiutem książkowym. Laureatka konkursów literackich i poetyckich, m.in. ogólnopolskich konkursów: im. R. Wojaczka, St. Grochowiaka, K. Ratonia, De-konstrukcje, M. Kajki, M. Hłaski, H. Snopkiewicz. Nominowana do nagrody głównej w konkursie im. J. Bierezina w 2006 r. Nagrodzona „Przepustką Literacką” przez miesięcznik „Zwierciadło” oraz Nagrodą Prezydenta Dąbrowy Górniczej za osiągnięcia w dziedzinie kultury.

Dotychczasowe publikacje: „Fraza”, „Nowe Zagłębie”, „Migotania, Przejaśnienia”, „Arkadia”, „Śląsk”, „Kursywa”, „Opozycja”, „Megalopolis”, „Neurokultura”, „Pkpzin”.

Z zawodu psycholog. Mieszka i pracuje w Dąbrowie Górniczej.


Pięć wierszy z zapowiadanego tomu:


suchy lód

tak właśnie jest na końcu: kasztan spada. parki pustoszeją. brodzisz
wśród żółto-brązowych liści. szelest w tobie jak w naczyniach połączonych.
tam brakuje, tu więcej. to samo ze słońcem. na drugiej półkuli lato,
tutaj ziemia zmyta deszczem. gładzisz czule kota i jakoś sobie płynie
ten czas, od soboty do soboty. w niedzielę tańczą. kiedy padają zmęczeni,
gubisz drogę, jak na pikniku pod wiszącą skałą, z tą różnicą,
że ty jednak wracasz, chociaż nic nie jest już takie samo.
powoli odwracają się bieguny, zmienia klimat, nastawienie.
jesteś teraz komórką w oceanie metanu. masz w sobie pamięć
przyszłych roślin, zwierząt, ludzi. obejmujesz korę drzewa, turysto, stwórco.
żywica zabarwia skórę, zostawia niezmywalny stempel. tu byłem, tam też,
w tysiącach miejsc, w których niebo pachnie mocniej, woda zapala się.
teraz tylko pogłos, martwe powidoki. widzieć wszystko to tak, jakby nagle
stracić całą świeżość. nieobecność nas konserwuje, jak suchy lód.



tetrapharmakon


bez względu na suche deski, którymi opalasz dom,
bez względu na chimerycznych bogów i czarne krawaty
ubierane w ostatnią podróż, bez względu na krótkie
i długie dystanse - nie ma śmierci. jest pałeczka w sztafecie,
ogniwo twarde, gorące. jest kwas trawiący metal i papier,
który spala się szybko. wiadomość dostarczona spartanom
to tylko czysta kartka. trzcina i trawa. sianem pachnie żłóbek.
spokojnie. spokojnie. kumaryna uśpi nas. lulilulilaj.
bez względu na śmierć, śmierci nie ma?



marilyn monroe staje przed trybunałem


pytacie mnie o te i inne sprawy. naprawdę nie wiem,
co mam wam powiedzieć, zwłaszcza, że nie żyję
od dłuższego czasu. spytajcie swoich przewodników duchowych.
nie jestem przecież żadnym filozofem, chociaż widzę więcej,
niż wam się wydaje. byłam rybką pływającą w turkusowych akwariach,
drusillą panteją, waniliową słomką, przez którą mleko smakuje lepiej
(dociekliwi zawsze będą się zastanawiać, czy słomka ma tego świadomość).
mimo wszystko czytałam klasyków. byłam nawet trochę oswojona
ze śmiercią. jak było z tą śmiercią? spójrzcie na falującą na wietrze sukienkę.
czy to nie wystarczy? jesteśmy dopóki lakier na paznokciach schnie,
szminka zostawia ślad.



pisać


pisać śliną, zostawić mokry ślad
na liściu - to bardziej trwałe.
papier schnie, marszczy się, żółknie.
zabija go czas, jak wszystkie błyskotki,
miłości i śmierci. przewracasz kolejną
kartkę, łamiesz na pół historię.
litery rozbiegają się, ulatują jak mole,
zabijane jednym klaśnięciem.



mówi się

„Płomień przeszywa krew.
Przejść na drugą stronę, obchodząc śmierć”
E.Cioran


mówi się. do ucha ścian, na wskroś weneckich luster
przez ściśnięte gardło. rozbieżnie i wspak. mówi się -

to tak, jakby ktoś zasadził w tobie drzewo.
drzewo rośnie wraz z tobą: im więcej słów wypowiadasz,
tym bardziej cię uwiera. im bardziej uwiera,
tym bardziej chcesz objąć je w sobie, potrząsnąć i złapać
dawno opadły owoc, pomarszczony jak malutka
główka złego indianina z bajki, której nie pamiętasz.

a jeśli nie pamiętasz, to tak, jakby wcale nie było
tej całej podróży, jakby nie było ciebie.
jakby mówiło się tylko dla zabawy, a nie do wyczerpania.
jakby uschły wszystkie gałęzie,
a całe źródło nagle wyparowało.

gdy nie ma źródła, nie trzeba nic obchodzić?

jeśli tak – przejść na drugą stronę oznacza:
nie mieć innego wyjścia, bo płonie w tobie ogień,
a przeznaczeniem każdego drzewa jest spłonąć.

bo utkwił w tobie gwóźdź i rysuje cię do krwi.
bo metal jest silniejszy od drewna.

bo ziemia zamienia metal w odwieczny kształt nocy.


ORCZYK-WICZKOWSKA Marzena "Grypsy z Panoptikonu". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska) ISBN 978-83-60224-58-8





Jacek Ostrowski - "Szlaki życia"




Fragment książki "Szlaki życia : Gdańsk-Warszawa-Kraków-Paryż-Kandahar"


Sznur błyskawicznie napiął się, stopy zawisły tuż nad dywanem.
Ciało z łoskotem spadło na podłogę.
Dziewczyna leżała półprzytomna, a nad nią z nożem w dłoni stał Załuski. Pochylił się nad samobójczynią i sprawdzał tętno. Otworzyła oczy.
– Gdzie ja jestem? – szepnęła.
Jej wybawca uśmiechał się, kręcąc głową.
– W domu, ale niedużo brakowało.
– Skąd pan tu się wziął? – wydusiła.
– Zabrakło mi cukru i przyszedłem pożyczyć. Drzwi były otwarte, to wszedłem.
– Zamknęłam drzwi, dobrze to pamiętam.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Dlaczego? – spytał.
– Co dlaczego?
– Dlaczego chciałaś odebrać sobie największy dar? Co było tak ważne, że chciałaś oddać życie?
– To nie pańska sprawa. Proszę mnie zostawić. Nie miał pan prawa wchodzić w moje życie.
Mężczyzna podniósł się i podszedł do okna. Otworzył je. Patrzył nic nie widzącym wzrokiem na Kościół Mariacki.
Dziewczyna usiadła i trzymała się za gardło, była oszołomiona.
– Mylisz się, to moja sprawa – odezwał się po chwili.
– Pana? A co panu do mnie? A co panu do moich spraw?
Odwrócił się i podszedł do kanapy. Kątem oka obserwował Ewę. Ona zaś podparła głowę rękoma i płakała.
– Co pan wie o życiu? Moje jest gówno warte. Wszystko zmarnowałam, zniszczyłam i nie mam po co żyć. Chcę umrzeć. Chcę, żeby skończył się już ten koszmar.
– Koszmarem nazywasz to, że jesteś w ciąży?
Dziewczyna z zaskoczeniem podniosła wzrok, spojrzała na swojego rozmówcę.
– Skąd pan wie? Skąd pan to wie? O tym nie wie nikt poza mną! Kim pan jest?
– Sąsiadem, nie poznajesz mnie? Łatwo jest się domyślić, co cię gryzie, młoda damo. Skoro młoda ładna dziewczyna targa się na własne życie, to znaczy, że jest w ciąży i to z chłopakiem, który ją rzucił. Teoretycznie sytuacja bez wyjścia.
– Skąd pan to wszystko wie? Śledzi mnie pan? – szeptała.
Załuski wyszedł do kuchni i po chwili przyniósł szklankę jakiegoś napoju. Podał ją dziewczynie.
– Pij, to przyniesie ci ulgę.
Wzięła naczynie i trzymała w ręku.
– Pij, po tym nie będzie cię gardło boleć – ponaglał ją.
Przechyliła szklankę i łapczywie piła. Zaś jej wybawca cały czas wnikliwie się jej przypatrywał.
– Dlaczego chciałaś zostać mordercą?
– Mordercą? Ja nie chciałam nikogo zabić.
– Chodź tu do mnie na kanapę, a coś ci pokażę – zrobił zapraszający gest ręką i sam usiadł. Dziewczyna z wahaniem zajęła miejsce obok niego. Cały czas była oszołomiona.
– Nie musisz się mnie obawiać, naprawdę jestem twoim przyjacielem – uspokajał.
Wyciągnął powoli obydwie dłonie i dotknął nimi skroni dziewczyny. Poczuła dziwne ciepło, wszystko wokoło zaczęło się rozmywać. Poczuła się tak, jakby spadała w jakąś otchłań. Leci, leci i nagle widzi Kraków z lotu ptaka, jest coraz niżej&#8230; teraz może dojrzeć pojedyncze domy, poznaje swój, ale nie tu zmierza. Widzi budynek szkoły, tak, tej dwie przecznice dalej. Kieruje się do jednego z okien, jest uchylone. Boże! Widzi siebie, ale jest jakaś inna, poważniejsza, starsza. Siedzi w pokoju nauczycielskim, naprzeciw niej jakaś nauczycielka. Ta kobieta uśmiecha się do niej, mówi coś. Słyszy coraz wyraźniej.
– Naprawdę wszyscy jesteśmy pod wrażeniem. Gratuluję pani syna. Nie dość, że jest najlepszym uczniem w szkole, to jeszcze wygrywa dwie centralne olimpiady przedmiotowe. Myślę, że jest pani dumna z Rafała.
– Bardzo jestem dumna. Jest moim największym skarbem i dla niego żyję.
– Nie dziwię się, jest tego wart.
Szkoła oddala się w zawrotnym tempie. Teraz leci w kierunku Uniwersytetu. Widać oświetlone okna auli. Odbywa się uroczystość wręczania dyplomów. Tłum ludzi, a w pierwszym rzędzie wśród zaproszonych gości siedzi Ewa. To już nie ta dziewczyna obcałowująca się z chłopakiem na klatce schodowej, to kobieta w średnim wieku.
Na mównicy stoi dziekan i przemawia do zebranych.
– Drodzy państwo, jest mi niezmiernie miło oznajmić, że wśród naszych dzisiejszych absolwentów jest student, któremu udało się równolegle skończyć cztery kierunki. Jest to pierwszy taki przypadek. Prymus nazywa się Rafał Jałczak i zapraszamy go jako pierwszego do odebrania dyplomów – wskazuje kogoś na widowni.
Na sali robi się szum. W trzecim rzędzie podnosi się z krzesełka wysoki chudy młodzieniec z burzą czarnych kręconych włosów. Wśród gromkich oklasków podchodzi do szefa wydziału. Ten wręcza mu cztery ciemnoniebieskie książeczki.
– Nasz wybitny absolwent ma do nas jedną prośbę. Chce powiedzieć kilka słów i robię zadość jego życzeniu, udostępniając mu mównicę – dziekan siada za prezydialnym stołem, a do mikrofonu podchodzi Jałczak. Spogląda po zebranych, zalega cisza.
– Wiem, że w pierwszych słowach powinienem podziękować gronu naszych wybitnych wykładowców, ale proszę o wyrozumiałość. Chcę moje pierwsze słowa skierować do mojej mamy, będącej tu razem z nami.

Spogląda w kierunku Ewy. Wszystkie oczy kierują się na skromnie ubraną kobietę w pierwszym rzędzie. Ona siedzi wpatrzona w syna, a jej oczy błyszczą od łez, od łez szczęścia.
– Mamo, dziękuję ci za wszystko, dziękuję ci za twoje poświęcenie, za twój trud i oddanie. Zrezygnowałaś ze wszystkiego, żeby mnie wychować, dałaś mi całe swoje życie. Nie ma nic cenniejszego niż życie. Za to wszystko dziękuję ci!

Zrywają się gromkie oklaski, cała sala wstaje i bije brawa.
Nagle wszystko ginie.

Jacek OSTROWSKI.
Szlaki życia : Gdańsk-Warszawa-Kraków-Paryż-Kandahar. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009






Piotr Barański - Tak jak tutaj







Piotr Barański (ur. 1986) Autor. Za swój debiut uważa tomik wierszy pt. Nocne południe. Za swoją drugą książkę uważa tomik wierszy pt. Poziom morza. Za swoją trzecią książkę uważa tomik wierszy pt. Lekkie piosenki. Za swoją czwartą książkę uważa tomik wierszy pt. Tak jak tutaj, czyli tomik niniejszy. Przed Nocnym południem opublikował też Skrajności i Drogi oddechowe – uśmiecha się z politowaniem, kiedy o tym myśli, a nawet mdli go (poleca to kupować w celu kupienia, ewentualnie porównania, coś może się tam komuś spodobać, nie takie rzeczy dzieją się na świecie, ale w celu przeczytania polecałby kupować Nocne południe i swoje kolejne książki, gdyby miał siebie polecać). Nie znaczy to, że od Nocnego południa to już się zachwyca swoim pisaniem, taki stan byłby jakimś hamującym rozwój narcyzmem. Wie, że nie powinno się często wydawać książek, że to niewskazane, może się poprawi. Ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Ma profil na Facebooku: Piotr Barański poezja, ma stronę internetową: piotr-baranski.pl. Poezja, muzyka i proza drogie mu są. Mieszka w Warszawie.




Tam, tylko i aż


boję się popularności
która mi grozi
po twojej śmierci

zaczną mnie rozpoznawać
na pustyniach
kto




Pieniądze


szukanie sklepów
z najtańszym VAT-em
z najtańszymi dodatkami
do VAT-u

takimi jak mięso
poezja
herbata

szukanie księży
i wolontariuszy WOŚP
którzy biorą najmniej

oszczędzając
spokojniej
wydaje się plemniki




Zły wpływ


Ulice zmieniają. Tą idąc, korzystam
z cudzych świateł w oknach,
czego bym jeszcze przed chwilą
nie zrobił.

Ulice zmieniają nazwy. Tą idąc,
stałem się przechodniem.

Coś jeszcze się na pewno
ujawni.


Piotr Barański. "Tak jak tutaj". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016






Piotr Barański - Poziom morza



Piotr Barański (ur.1986) Za swój debiut uważa tomik wierszy pt. Nocne południe. Za swoją
drugą książkę uważa tomik wierszy pt. Poziom morza. Wcześniej opublikował też Skrajności
i Drogi oddechowe. Wie, że nie powinno się zbyt często wydawać książek. Ale tak wyszło.
Tak się ukazało. Ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszka w Warszawie. Odpoczywa gdzie indziej.



Poziom morza


powstał i natychmiast
zwielokrotnił się
by być nieusuwalnym

odwieczny czarny punkt
przez który jest wysoko



Bez odbioru


Miasto zostawia czasami
liście na mojej kurtce,
czasami źdźbła trawy
na moich butach.

Kobiety przestały
gubić na mnie włosy,
a przecież jak nikt zwracam
rzeczy znalezione.



Prawo do pięciu przedśmiertnych sylab


nie chcę umierać
jak niepełne haiku
(bardzo przepraszam)


Piotr Barański. "Poziom morza". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Elżbieta Lipińska – „Pożegnanie z czerwienią”.




Urodziła się w Warszawie, ale jej ukochanym miejscem na ziemi jest Wrocław. Jest prawnikiem.
Pisze od zawsze, głównie wiersze, czasem także krótkie opowiadania. Słowo, obok muzyki, jest dla niej jedną z ważniejszych rzeczy na świecie. Publikowała w „Obrzeżach”, „Akancie”, „Autografie”, almanachach. Otrzymała Grand Prix Szóstego Agonu Poetyckiego „O Wieniec Akantu” w 2006 r., zajęła pierwsze miejsce w głównym konkursie XI Głogowskich Konfrontacji Literackich w dziedzinie poezji w 2005 r. i trzecie w tymże konkursie XII Konfrontacji w 2006 r.

Pożegnanie z czerwienią

pani ma takie zagraniczne dziecko
słyszała wciąż mamusia śniadoskórej buzi
tak bardzo orientalnej w łazienkach, alejach
gdzie buź takich niewiele doprawdy zostało
kiedy się przepychała z wózeczkiem przez gruzy.

jaka śliczna chineczka słyszała w Krakowie
spacerując po plantach radośnie wpatrując
się w środek szkolnej sceny kiedy jej córeczka
sadziła ryż schylona w jedwabnej piżamie.
tak bardzo była dumna do dnia gdy wariatka
uderzyła chineczkę bo głośno śpiewała
piosenkę o chińczykach i małych murzynkach.

na zachodzie uznała że najlepiej będzie
sugerować hiszpankę. na drogę do źródła
wiedzy dała chineczce czerwone pończochy
budrysówkę i szalik. buzia była piękna
chociaż pończochy w biegu koniecznie na czarne
trzeba było wymieniać w brudnym szkolnym kiblu.
ale w końcu musiała spytać mamę w domu
co też pan miał na myśli gdy na lekcji stwierdził
że tak czerwone ciuchy noszą tylko kurwy.
bogiem a prawdą użył słowa które brzmiało
dostojniej ale dla niej było bez różnicy
śniada buzia na szczęście ukryła rumieńce.

po wyjaśnieniach piękna czerwień jakoś zbladła
i wtedy zrozumiała chyba po raz pierwszy
za to po wszystkie czasy że trzeba uciekać.

lubi czernie zielenie popiele granaty
usta maluje wiśnią zgaszoną ugrami
oczy łagodzi brązem ożywia uśmiechem
który płoszy przez wieki utrwalony smutek

i wyszła za blondyna. do niej nikt nie mówi
ma pani takie zagraniczne dziecko


Sztuka magika

Markowi Sz.

z tą biedną krótszą nóżką
był z siebie taki dumny,
gdy udał mu się skok
wołał: patrz, sztuka magika!

a potem trzeba było
zamieszkać w miedzianym kotle
hej, udajemy pranie!
chowaj się! sztuka magika

a teraz - mówiła mama -
bawimy się w chowanego
z tamtym sąsiadem z przeciwka
nie znajdzie nas: sztuka magika

a gdy ich wyprowadzali
mówiła: nie bój się, synku,
to wcale nie będzie bolało.
zniknęli

sztuka magika.




Kartka z kalendarza


Markowi

kiedy wyjechałeś
zamieszkałam w twoim swetrze
razem chodzimy oglądać brak drugiej szczoteczki
tak jest bezpieczniej

razem rozpychamy się na półce pod lustrem
potykamy o zapisane kartki i zapomnianą chusteczkę

dziś niczego nie sprzątamy



Elżbieta Lipińska "Pożegnanie z czerwienią" Mamiko, 2007











Kornel Maliszewski - ur. 1988, Nowa Ruda. Wintro- 2011. zawodowy pokerzysta, projektant uszczelek do lodówek. od nowego roku pracownik kiosku z porządnym widokiem w przyszłość. sardynka została wypuszczona w 36-godzinnym ciągu w ramach założonego eksperymentu.



Jechaliśmy rankiem do Wałbrzycha przez oblepiony śniegiem postindustrial. W fabrycznych budowlach przez wybite okna wystawiały głowy młode brzozy. Wszystko, co cenne, było doszczętnie opędzlowane przez pokolenia nieustraszonych ludzi z niewielkimi wózeczkami napędzanymi kołami od rowerów. Pomiędzy resztą wykwitły zachodnie stacje benzynowe, karłowate piekarnie i domy starców, małe warsztaty samochodowe reklamowane pociętymi kawałkami blachy, która ma przypominać auta w ruchu zawieszone w próżni. W plecaku obijały się o siebie buteleczki z czarnym płynem, wyłuszczałem bratu szczegóły wypadu: „mamy stówę od matki, więc na pierwszy nocleg jest. Meldujemy się, idziemy na deptak, szukamy drużyn starszych babek. Uśmiechamy się, przymilamy się, proponujemy produkt, opychamy produkt. „Za ile?”, brat spytał. „Hm, trzeba zacząć od ceny zaporowej. Albo inaczej, podchodzisz lub podchodzimy, mówimy: powróżyć pani za dwie stówki? Babka oczywiście odpowie: zmykaj, hultaju, oszukańcu. My do niej: co pani, co pani, to nie koniec naszych możliwości, oferujemy pani, tutaj następuje wielki szok wraz z wyjęciem ampuły, eliksir młodości. Babka, jak to babka, skontruje, „czy ja wyglądam tak staro”? „Pani, staro? Jeśli ktoś tak pani powiedział, my się nim zajmiemy, proszę pokazać, który to kalecznik?” Kobiecina się zaśmieje, co będzie oznaczać, że zbliżamy się do transakcji. Nie zapominaj o kontakcie wzrokowym i cielesnym, tu komplement, tu oczko, tu dotknięcie ramienia. Targujemy się i spuszczamy do pięciu dych, mniej nie ma mowy, trzeba szanować produkt”, zaśmiałem się i zacząłem bazgrać w skroplonej parze na szybie. Odmalowałem babki jako kropki i nas, większe kropki. „Atak, atak, atak, sprzedaż”, zniszczyłem bohomazami całe szklane płótno. Brat wyjął małe winko, pociągnęliśmy po łyku. „Wigilia za dwa dni, tam może nie być babek. I drugie, czemu nie sprzedajemy w tych szklankach na przykład soku porzeczkowego, też jest ciemny”. „Primo, jak się dostaje przydział z NFZ na sanatorium, to się przyjmuje, niezależnie od daty. Primo dwa, sok by nie zadziałał, a tutaj łykasz i coś ci wibruje w głowie, możesz to nazwać nawet młodością, sam poczułeś, nasz towar nie jest trefny”. Kamil ruszył szyją, patrząc na swojego brata jak na mądrego człowieka, co mnie ucieszyło.




Waldemar Kontewicz - "Braniewnik"




Waldemar Kontewicz (ur. 1951) –
braniewianin z urodzenia, sądecczanin z woli ojca, torontończyk z wyboru od 25 lat. Absolwent Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie. W latach 70-tych wiejski nauczyciel
w Bieszczadach i na Kurpiach. Aktualnie nauczyciel matematyki w kanadyjskiej szkole średniej. Poeta, prozaik, tłumacz poezji anglojęzycznej.
Jego twórczość literacką publikowano między innymi w „Więzi”, „Polityce”, „Twórczości”, paryskiej „Kulturze”, „Naszej Szkole”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Migotaniach, przejaśnieniach”, a także w kanadyjskiej i amerykańskiej prasie polonijnej oraz internetowych „Zwojach”.

Fragment książki


Dziażka1

Dla Taty

    Grudzień 1946 roku był tak zimny, że lód na Pasłęce począł pękać ze strachu. Ostatni dąb w Braniewie, który oparł się wojnom nie tylko światowym, pochylił się przed Liceum Hosianum – jakby w podzięce za żołędzie, jesienne kolory, ptaki w koronie – i skonał. Gruzy miasta stężały na kość, a tajemniczy parowóz przymarzł do torów kolejowych. I chyba nawet Pan Bóg odwrócił się ze wstydu, kiedy zobaczył, jak z towarowych wagonów poczęli wychodzić Kresowiacy. Latarnie gotyckiego dworca świeciły łososiową rtęcią. A oni mieli odwagę stawiać pierwsze kroki na nieznanej im Warmii. Ba, zaczęli tak głośno mówić, a właściwie śpiewać, że Najwyższy kazał otworzyć szeroko wrota do rozstrzelanych kamienic. Polskie Wojsko rozkazy wykonywało natychmiast, więc kominy ocalałych pruskich domów znów zaczęły otulać zmarznięte niebo warkoczem białego puchu.
    Do uśmierconego miasta wracało życie. Już nie to pruskie, ale wilniuckie, lwowskie, kresowe. Tęgi mróz ustępował miejsca szczuplutkim panienkom. A młodzi polscy żołnierze stawali na posterunku okaleczonej egzystencji miejskiej i boskiej. Ubrani w zielone wełniane szynele przepasane dziażką, z ruską pepeszą na ramieniu, strzelali oczami za pięknością ze Zwycięzców.
    Niebiańska zjawa wciąż jeszcze była dzieckiem. Wymagała opieki rodzicielskiej i nie tylko. Na pruskich gruzach grasowali rabusie i uzbrojeni bandyci. Węszyli za złotem, alkoholem, napadali na kobiety. Nie podarowali nawet kościołom, a cóż dopiero czternastoletniej cudowności. Osaczyli dziewczynkę powracającą ze szkoły. To był jej drugi dzień w klasie. Cieszyła się do momentu kiedy na jej drodze stanęło trzech pijanych rzezimieszków. Płacz. Prośby. Śmierć . I właśnie wtedy, kiedy nie tylko słońce zachodziło za horyzont, właśnie wtedy pojawił się ON: piękny, silny, w zielonym szynelu z dziażką w ręku. Młócił zarośnięte gęby tężej niż żyto w stodole. Wypadały zęby, leciały przekleństwa na hanzeatyckie gruzy. Trzy śmierdzące wrzody uszły z życiem, bo ON nie złożył pepeszy do strzału. Gardził śmiercią. Miał przy sobie skórzaną dziażkę, która dziś jest rodzinną pamiątką.
--------------------------------------------------------------------------------
1 dziażka – (dialekt wileński) pasek skórzany


Waldemar Kontewicz. Braniewnik. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011.
ISBN 978-83-60224-69-4





Wojciech Graca - Ziarenka piasku




Wojciech Graca urodził się w Świebodzicach (rocznik 1985). Po ukończeniu I Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Kasprowicza w Świdnicy, rozpoczął studia informatyczne w Wyższej Szkole Technologii Teleinformatycznych tamże. Następnie wyjechał do Niemiec, gdzie po zdaniu egzaminu państwowego, dostał się na Prawo na Uniwersytecie w Bielefeldzie. W trakcie studiów prawniczych został członkiem stowarzyszenia "Alt & Jung", współtwórcy słynnego konceptu "Bielefelder Modell", które to zajmuje się osobami upośledzonymi, starszymi oraz nieuleczalnie chorymi. Żonaty od siedmiu lat, ojciec dwójki dzieci. Zaczął pisać, żeby zrozumieć kobiety, żeby zrozumieć, dlaczego zostawiła go matka, gdy był siedmioletnim chłopcem. Pisanie jest również dla niego wentylem, poprzez który wypuszcza emocje i sceny, jakich doświadczył, sprawując opiekę paliatywną.



Jeżeli ktoś zapomniał o wolności, to erekcjato przypomni ją

„Romantycy się wypalili, harcerzy już nie ma, teraz się grilluje”
-- tak ktoś gdzieś powiedział

To mogła być każda noc
- a jednak
było wyjątkowo,
bo przy gorejących
czuje się tę energię
i ciało wypełnia ciepło, tak że można przenosić góry.

To mogła być każda noc
- nawet berlińska, majowa 1933 roku
mogli stać, gapić się bezmyślnie
mogli nie zdawać sobie sprawy

- chyba spali,
bo żar hipnotyzuje
i ciało wypełnia ciepło, które jest zbawieniem.

I gdyby być oczyma
- w których odbija się blask
albo powiekami, na których
to czuć, to ciepło na polikach,
można byłoby powiedzieć,
że to jest właśnie ta jedna noc,
bo nie ma już zgiełku, nie ma ludzi
jest wyjątkowo, jest się samemu







w zbombardowanym mieście



Wojciech Graca. Ziarenka piasku. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Danuta Hein - Histeryjki obrazkowe



Sensualne wiersze o codzienności, historii, Zagładzie i sztuce. Obrazy mistrzów, strzępki sensów, małe interpretacje mieszają się skutecznie i ze smakiem pod batutą Danuty Hein. "Histeryjki obrazkowe" to wyprawa ku kobiecości, emocjom i intuicyjnym sensom.


Danuta Hein, urodzona 25.12.1979 roku w Katowicach. Mieszka w Świętochłowicach.
Autorka wierszy, publikacji w prasie lokalnej oraz tekstów piosenek, korektorka. Wiersze publikowane m.in. w antologiach pokonkursowych oraz w Antologii Poetów Rudzkich „Dwie strony wiersza” RTPD, Ruda Śląska 2014 i Antologii Poezji Kobiet „Czas Kobiety” Wielka Brytania 2016.
Laureatka konkursów poetyckich, m.in.:
IV Otwartego Turnieju Jednego Wiersza im. Barbary Dziekańskiej 2016 r., Konkursu Piosenki Literackiej im. Jadwigi Stańczakowej, Opole 2016, Konkursu poetyckiego Radiowej Trójki 2015 (wyróżnienie), I Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Poezja jest kobietą”, Bytom 2006; XXVIII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Haliny Poświatowskiej, Częstochowa 2004; X Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Katowice 2003; Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego Książnicy Beskidzkiej, Bielsko-Biała 2001.
Autorka tekstów piosenek (m.in. dla Teatru Fabryka Kultury i zespołu muzycznego MOONKITE), scenariuszy teatralnych.
Uwielbia okres dwudziestolecia międzywojennego, pieczenie ciast oraz wino i śpiew.



DWIE FRIDY

siostro dziękuję Ci za to
że usiłujesz powstrzymać krwawienie
chociaż plamię Ci suknię

że mogę dumnie dowodzić zmyślonymi legionami
i uchodzić za twardego generała
chociaż nie zawsze oddycham

że nie odsuniesz swojego krzesła i nie wyrwiesz mi serca
że dzięki Tobie
nie potykam się o rzeczy małe
próbując przebrnąć przez zaropiałe rafy słów i śmiechu

siostro nie przeklnę Cię
bo jesteś tak bardzo moja
że miejsca brak na jeden obcy oddech

jesteś skanem i tłem moich modlitw
bólem wspomnień tatuowanych czasem
siostro widzę Cię w lustrze
zastygam w syjamskie środy i piątki

i wpycham w miejsce
gdzie rodzi się krzyk
roztrzęsiony skrzep
moich wersów



CZAS SĄDU

zielone połacie dziewcząt
stuk skorup zdradzających kroki
owadzi sarkofag bursztynu
przeminą

rzeki
spłyną po bokach strugami potu

serca trysną lawą
deszczowe lasy uschną
pojone łzami

akty normatywne zwątpią w siebie
niemodne wiersze puszczą się z każdym
konstytucja dłoni i ust zostanie obalona
zapadnie się niepokojąca nierówność krtani

słońce zetrze na proch relikwie źrenic
załamie się pogoda ducha

i tylko ziemia
brzemienna prawdą
zostanie znowu
sama
jak pies



SOBOTA

zdeptany śnieg
już zdążył przecedzić się
w światło
skostniałe topole
dobijają się do okna
ubieram się szybko
w twój oddech
na trzy oddechy małej
kolejny dzień
zaprzeczania statystykom
mozolne łatanie czasu
mijane przystanki zwykłości
wtulam się
w twój sweter
jak trzy sweterki małej
piję kawę

w ciszy kuchni
pękają
naczynia krwionośne jabłek



Danuta Hein. Histeryjki obrazkowe. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





RYSZARD CZĘSTOCHOWSKI - "GORĄCE MASY POWIETRZA"



NOTA
RYSZARD CZĘSTOCHOWSKI
Urodził się 12 września 1957 r. Jest autorem 8 tomików poezji i książki
z dramatami. ”Gorące masy powietrza” są 10 pozycją książkową w dorobku autora. Publikował w kilkudziesięciu periodykach m.in. w Tygodniku Powszechnym , Więzi , Literaturze , Res Publice , Kresach , Kartkach , Frazie , Kwartalniku Artystycznym ,paryskiej Kulturze, Akcencie , Odrze etc. Od roku 1994 członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich . Zawodowo zajmuje się od roku 1985 terapią narkomanów.


Dziękujemy Urzędowi Miasta w Bydgoszczy za pomoc w wydaniu książki.


Wiersze z wydanego tomiku:



MONI ARKADI I



Tutaj tylko czaszki i sypiące się stare mury zostały
Najstarszy klasztor europy nieczynny
W cerkwi babinka bez ręki nie przyjmuje jałmużny i
Nie pozwala się fotografować turystom
Są jeszcze ludzie honoru
Dla których bogiem nie stała się mamona
A bóg znaczy nadal ten sam bóg
Na krecie kronosa i zeusa zwyciężył święty paweł
Przynosząc tu chrystusa


Heraklion,czerwiec 2007




MONI ARKADI II

Co pozostaje po nas na tej ziemi
Tylko czaszki i sypiące się mury
Czas decyduje o wszystkim
Choć podobno nie istnieje
Wyobraź sobie kim byś był bez krwi
Kim byś był bez szkieletu
Kim byś był bez ludzkiego mięsa
Kim byś był bez mózgu
Kim jesteś bez boga?



Hersonissos,czerwiec 2007





PATRZEĆ W GŁĘBIĘ


Z hammametu pamiętam jedynie tę parę
Siedzącą na tarasie kawiarni
Jasnego blondyna i murzynkę
Milczeli i patrzeli w dal
Morza
Trwało to kilka minut a ja ich nie mogę
zapomnieć
Od kilku lat jako największe wydarzenie
Z Tunezji
Może jeszcze tylko przypadkowe znalezienie
Na cmentarzu grobu byłego premiera
Italii bettino craxi
Resztę usunęła pamięć
Teraz gdy patrzę na morze też widzę
Tamtą melancholijną piękną parę

Stalida,czerwiec 2007





Ś.P Babci Paulinie Schonrock gdańszczance która przez kilka
Pierwszych lat mojego życia mnie wychowywała

SAMOTNOŚĆ czyli PORTRET RODZINNY WE WNĘTRZU

Wracałem z okęcia i kątem oka spostrzegłem mijającego
Mnie brata przyrodniego udał że mnie nie widzi
Przeciął nam drogę rozmawiając z kolegą
Też pewnie warszawskim biznesmenem
Po śmierci matki nasze kontakty zamarły
Byliśmy z rożnych ojców i
O różnych nazwiskach
Mogłem go zaczepić zawołać ale
Dałem mu odejść w spokoju
Nic nas już nie łączy
Od małego byłem mu zawalidrogą
Jak się urodziłem miał już 10 lat
A gdy ja miałem 10 on już studiował
Architekturę i do b. nigdy na stałe
Nie wrócił
Cała moja rodzina żyje sobie beze mnie
Tą po kądzieli z ełku giżycka grajewa
Widziałem ostatni raz ćwierć wieku temu
Na weselu kuzynki doroty inną kuzynkę
Ewę jeszcze raz widziałem w filmie „urodziny
Matyldy” gdzie zagrała zaraz po szkole aktorskiej
A brata stryjecznego marcina trochę się wstydziłem
Bo został gwiazdą disco polo wokalistą zespołu
Boys po matce też bym się miller nazywał
Natomiast po mieczu częstochowscy z pomorza
Osiedli głównie w gdańsku tutaj w b. mam kuzynkę
Historyczkę i stryja prawnika których raz w życiu
Widziałem
Zabawna anegdota krąży po mojej rodzinie że jesteśmy
Spokrewnieni z generałem millerem szwedem oblegajacym
Częstochowę w czasach potopu
Do ojczyzny już część m. nie wróciła i osiadła w kurlandii i
Na mazurach
A moja mama anna miller wyszła za zmanierowanego
Szlachetkę częstochowskiego który zwiał na tamten
Świat kiedy zaczął być mi potrzebny gdy skończyłem 14 lat
I chciałem z nim porozmawiać



WYBRANE FRAGMENTY EUROPY

Praga oświetlona noc synagoga kafka we mnie
Lekki jak lęk i sen kruchy
Miła dziewczynka z ciechocinka z bólem miesięcznym
Wenecja tramwaj wodny puste uliczki klaustrofobie
San marino serpentyny alkohole chmury i góry
Rimini ricione la strada
Nocleg w kostnicy pijaństwo dyskoteka techno
Wyzywające półnagie barmanki w ciągłym rytmie
Włoskie wielkie żarcie
Plaża adriatyk z drugiej strony krew nienawiści
Rzym zmierzch bogów transwestyci i prostytutki
Na cudownym placu fontanny hiszpańskie schody
W remoncie
Lido di osti nocna kąpiel w morzu tyrreńskim
Sól spłukiwana czerwonym winem
Asyż zmęczenie nie odczułem świętego franciszka
Jeszcze ciągle nie ta chwila dlaczego?
Padwa narkomani w szaletach krew z ich żył w
Pisuarach rawenna grób dantego święty antoni
Nawraca ryby
Wiedeń opustoszały grób mozarta szyderstwo z duszy
Artysty ślady młodości matki z drugiej wojny światowej
Prater orkiestra duet hippisów weteranów
Śpiewający kawałki z absolwenta kurdowie demonstrujący
Swoją zagładę europo europo patrzysz chociaż oślepłaś

CZĘSTOCHOWSKI RYSZARD -
"GORĄCE MASY POWIETRZA". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2008. (Poezja polska) ISBN 978-83-60224-26-7






Grzegorz Świątoniowski - Propozycje. Misiek powiedział, czyli mądrość Zachodu.





Grzegorz Świątoniowski – urodzony 01.05.1969 we Wrocławiu. Autor Cykli lirycznych,
prac z zakresu filozofii (pod wspólnym tytułem Opera et artificia) oraz licznych publikacji
w dziedzinie onkologii. Żonaty, dwoje dzieci.


Fragment


Komentarz do Księgi Koheleta

1.
Szukający odnajduje to, co chce odnaleźć. Albo to, czego się spodziewa, czego się lęka, co mu każą. W każdym razie: od szukającego zależy znalezisko. Tak też z komentarzem. Żydzi (i potem chrześcijanie) znaleźli u Koheleta pobożność, epikurejczycy – epikureizm, pesymiści – pesymizm, humaniści – człowieka itd. Generalnie, komentując Koheleta, odnajdujesz siebie. Dotyczy to komentarza każdego wielkiego tekstu, a Księga Koheleta jest tak dobra, że aż dziw bierze, iż jest częścią Pisma Świętego. Czy jest?
Oczywiście tak. Jeżeli traktować Pismo, jako wyraz intelektualnych osiągnięć Narodu Wybranego. Jeżeli jednak traktować Pismo jako Święte – to po stokroć rację mają ci, którzy – jak, być może, Teodor z Mopsuestii – odmawiają Koheletowi kanoniczności. Odmowa ta opiera się na racjach zasadniczych: Księga Koheleta nie jest tekstem religijnym (podobnie jak Pieśń nad pieśniami), nie jest też poezją (a jeśli jest, to per accidens). Księga Koheleta jest klasycznym tekstem filozoficznym, którego autorem mógłby być zarówno Żyd z okresu hellenistycznego, starożytny (ale bardzo heterodoksyjny) Grek, gnostyk z początków naszej ery, średniowieczny mnich czy dziewiętnastowieczny filozof europejski. Przy czym ten ostatni jest najbardziej prawdopodobny.

2.
Kohelet pisze z perspektywy, która Grekom, po zwycięstwie (?) rozumu, jaki dokonał się za sprawą Sokratesa, była mało dostępna, co nie znaczy, że nie była znana. Być może jedynie: passe albo wręcz odrażająca. Różnica dotyczy jednak tylko perspektywy. Podobnie jak u Greków, u Koheleta Bogiem jest wniosek.
Nie jest on jednak na tyle bezczelny, żeby uznawać go za jedynego Boga. Stąd perspektywa. [W tym aspekcie Grecy okazali się niepomiernie silniejszymi monoteistami, niż nasz Autor.]

3.
Europa ma trochę pecha. Gwiazda Arystotelesa, która opromieniła zachodnie średniowiecze, w ogromnej temperaturze stopiła ze sobą Boga, świat i rozum. Chrześcijański Wschód, wolny od tego wpływu, uległ historycznej degradacji, co niezwykle utrudniło ekspansję intelektualną. Jakimś rozwiązaniem, choć zapewne niszowym, jest gnoza. Czy na naszym rodzimym, śródziemnomorskim gruncie został jeszcze jakiś inny gracz? Być może Naród Wybrany, którego myśli prawie w ogóle nie znam, a przed którym – odkąd przeczytałem Księgę Koheleta – chylę z pokorą czoło?

4.
Pogląd wyjściowy jest metafizyczny: nie ma niczego nowego pod słońcem. Wszystko jest. Potem następuje paradoks: wszystko mija (niczego nie ma). I tyle.

5.
Paradoks jest zasadniczo nierozwiązywalny. Stąd wniosek występujący w wielu porządkach (intelektualnym, moralnym, czysto praktycznym itd.): dajmy sobie spokój, czyli, używając słów Autora: „właściwą rzeczą jest jeść i pić, i zażywać dóbr przy całym swym trudzie” [5.17].
Wniosek ten pobrzmiewa w dwóch znamiennych przykładach, wspólnych Koheletowi z autorami zupełnie innych czasów i idei. Podobnie jak Grecy w osławionej (i jednak heterodoksyjnej) mądrości Sylena (i), Autor mówi: „Lecz za szczęśliwszego od jednego i drugiego uważam tego, co się jeszcze nie urodził i nie widział zła, które się popełnia pod słońcem.” [4.3]. Tak samo, gdy setki lat później Byron (ii) powie: „the tree of knowledge is not that of life”, powtórzy jedynie słowa Koheleta: „Bo gdzie wiele mądrości, tam wiele goryczy, a kto pomnaża wiedzę, pomnaża i cierpienie.” [1.18].

6.
Co zasadniczo istotne, marność/przemijalność nie jest wartością lecz właściwością (cechą) świata. Stąd posądzanie Koheleta o pesymizm jest tylko częściowo uzasadnione. Głębszym źródłem pesymizmu może (choć w perspektywie czysto teologicznej wcale nie musi) być determinizm: „Tego, co krzywe, nie da się naprostować.” [1.15]. Przemijalność odbywa się bowiem według boskiego klucza, który wszakże nie tworzy – a mieli (myśl tę odnajdziemy później u sławnej pary mistrz-uczeń: Schopenhauer- Nietzsche): „To, co było, znów będzie, a to, co się dzieje, dziać się będzie i nadal.” [1.9]. Heraklit myślał zgoła inaczej.

7.
Dlaczego mądrość nie daje szczęścia? (Czyli – dlaczego znajdujemy się na antypodach sokratyzmu – platonizmu - arystotelizmu?) Czy dlatego, że w wyniku poznania świata dostrzega się brak jego wartości? Czy też z powodów o wiele bardziej zasadniczych: mądrość nie daje szczęścia, bo rozum nie jest odzwierciedleniem świata? To drugie twierdzenie jest zasadne.

8.
Świat Koheletowy nie jest kosmosem: nie ma porządku w świecie, albo przynajmniej ten porządek jest mocno zaburzony. Trzeba tu jednak dodać ważne uzupełnienie: nie ma racjonalnego porządku w świecie. Autor nie neguje zasad, ale ich racjonalny charakter. Bóg jest figurą, która gwarantuje zasady inne niż rozum.
Przykłady zaburzenia porządku znajdziemy w obserwacji życia codziennego: „ są sprawiedliwi, którym się wiedzie tak, jak na to zasługują postępki grzeszników i są grzesznicy, którym się wiedzie tak, jak na to zasługują czyny sprawiedliwych” [8.14], „widziałem sługi na koniach a książąt idących pieszo jak słudzy” [10.7].
Autor podkreśla zaburzenie porządku moralnego jako cechę świata (cechę, którą odnalazł w świecie), a ponieważ zwykle nie posuwa się do uratowania porządku kosztem stworzenia nowej (wyższej i w mocnym sensie: nierealnej) rzeczywistości pozostaje immoralistą (Anty-Sokratesem). „Ten sam jest bowiem los synów człowieczych, co i zwierząt; jednaki jest ich los, jednaka śmierć jednego i drugiego, (&#8230;) wszystko wywodzi się z prochu i wszystko znowu w proch się obraca.” [3.19-20]. „Któż wie, czy dech życia synów człowieczych ulatuje ku górze (&#8230;)” [3.21] {Znak zapytania w Piśmie Świętym!} . „(&#8230;) bowiem w Szeolu, do którego zdążasz, nie ma już działania ani myślenia, ani poznania, ani mądrości.” [9.10]. „(&#8230;) podczas gdy umarli niczego już nie wiedzą: nie czeka ich też żadna zapłata, gdyż imię ich zostało zapomniane.” [9.5].

9.
Arystoteles rozpoczyna Metafizykę dziwnym zdaniem: „Wszyscy ludzie z natury dążą do poznania (&#8230;)”. Kohelet, na początku swojej księgi powie: „Umysł swój zwróciłem ku temu, by mądrze wybadać i prześledzić wszystko, co dzieje się pod niebem. Niewdzięczne to zajęcie nałożył Bóg na synów człowieczych (&#8230;)” [1.13]. Dwa „na krańcach swych przeciwnych bogi” zapowiadają dwie przeciwstawne sobie księgi, dwa przeciwstawne sposoby dyskursu, wreszcie dwie przeciwstawne wizje świata, wynikające z przeciwstawnego odczuwania egzystencji. Na Zachodzie, na długie stulecia zwyciężył model Arystotelesa. Prawdziwe myślenie Koheletowe zwykle pozostawało heterodoksją (gdyż nie nadawało się na dewocję).

10.
W świecie naszego Autora nie ma nieprzezwyciężonego rozdziału na dziedzinę myślenia przeciwstawioną dziedzinie działania. Momentem spinającym obie dziedziny jest jednaka marność/przemijalność. Los. Także tutaj jesteśmy na antypodach greckiej „boskości myślenia”. Greckie załamanie (gdzieś koło Plotyna) przyszło – w sensie historycznym – za późno aby odkryć nie-rozumność.
„I przekonałem się, że mądrość ma taką przewagę nad głupotą, jak światło nad ciemnością. Mędrzec ma oczy w swej głowie, a głupiec w ciemności chodzi. Poznałem wszakże i to, że jednaki jest los ich obu.” [2.13-14]. Mądrość jest środkiem, raptem korzystnie jest się do niej uciec: „Korzystnie jest wtedy uciec się do mądrości.” [10.10].

11.
Jest czas tego i tamtego. Ale jest jeszcze coś więcej: „także wieczność włożył w ich serce” [3.11] Na tym etapie jesteśmy egzystencjalistami. Autor jednak idzie dalej: przez sceptycyzm („tak jednak, że człowiek nie zdoła pojąć dzieła, które uczynił Bóg od początku do końca.” [3.11]) do początkowego paradoksu: „poznałem, że wszystko, co Bóg czyni, jest wiecznotrwałe: nie można do tego niczego dodać, ani niczego ująć. (&#8230;) To, co było jest teraz, a to, co będzie, już było.” [3.14-15].

12.
Na takiej podstawie prawi Kohelet swoje roztropne pouczenia. „Nie bądź nad miarę sprawiedliwy, ani nie przesadzaj w mądrości.” [7.16]. To jednak nie jest już przedmiotem komentarza.

13.
Księga Koheleta jest dziełem wybitnym – nie mieści się w ramach Pisma, rozumianego jako spójna (religijna) całość. Dobrze zdawał sobie z tego sprawę kopista, dodający jej zakończenie – chce on całą mądrość Koheletową rozwodnić i sprowadzić do dewocji.
Oczywiście Kohelet broni się wybornie.
(Także przed takimi jak ja.)

Grzegorz Świątoniowski. Propozycje. Misiek powiedział, czyli mądrość Zachodu. Nowa Ruda : Mamiko, 2013





Hubert Dobrzaniecki - "Stacja Bielawa Zachodnia"



                 &nbs



"Stacja Bielawa Zachodnia"










Izabela Iwańczuk - "Perły wieczne"




Mieszka i tworzy w Słupsku. Poetka, ur. 10.05.1976 r. Debiutowała w 1998 roku, na łamach katowickiego kwartalnika humanistycznego Wyrazy. Publikowała w almanachach, antologiach i pismach literackich, najważniejsze to: Akant, Aspiracje, Autograf, Gazeta Kulturalna, Kozirynek, Metafora, Migotania, przejaśnienia; Nihil Novi, Poezja dzisiaj, Pogranicza, Ślad, Znaj oraz w serbskim czasopiśmie Balkanski Knjizevni Glasnik. Literacko obecna na antenie Polskiego Radia Koszalin oraz na stronach internetowych takich jak: Fragment, Recogito, sZAFa, poezija.com.pl (strona międzynarodowa). Wybrane wiersze autorki drukowano w języku angielskim, hiszpańskim, niemieckim, rosyjskim i serbskim. Wydała trzy książki poetyckie: Róża frasobliwa (Słupsk 2000), Koperta bieli (Bydgoszcz 2006), Lunatycy (wydanie bibliofilskie, Kraków 2008) – wyróżnienie w X Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Leopolda Staffa (Starachowice 2007). Odniosła sukcesy w krajowych konkursach poetyckich między innymi: XXV Jesień Poetycka (Sławków 2009), III Konkurs Poetycki im. św. Jana z Dukli (Dukla 2010), Mój Anioł Stróż – wystawa poetycko-plastyczna (Kraków 2009/2010).
Od 2007 roku w składzie redakcji słupskiego Brulionu Literackiego Ślad.
Dwukrotna stypendystka Prezydenta Miasta Słupska, w 2006 i 2012 roku.



Wiersze z tomu „Perły wieczne”



Puenta o Mamie



oto ja
gołębica Pańska

frunę według
Twego słowa





Fotografia



mała Teresko
bosa trosko

pełna wiśni
różańców porzeczek
korali malin

uśmiech twój
się odsłania
kwietna litania

jak modlitwy
ciebie trzeba
stół drzewa

wiem jak wschodzi
twarz rozpięta horyzontem

po grzańca słońce
nie gaśnie końcem






Mama Tereska



biało - niebieska
nie chowała pieska
karmiła zwierzęta

manna hosanna
donna madonna
odświętna święta

uśmiechnięta
od chleba
do nieba

od miłości
do wieczności
niepojęta





Życie




patrzysz na świat
widzisz wszystkie drogi
w szklance śpi księżycowa deszczówka
bez dusi łzy
łupiny tęsknią za orzechem
Bóg przelewa krew
wieczność płynie w żyłach chwil






Tren przykrótki





dni różańcowe półnagie
trzeci paciorek samotności klinicznej oznacza
dzień twoich imienin urodziny brata
czuwasz tym bardziej
kładziesz się cieniem na ścianie
operacja - słońce w oknie
nie czuję nic prócz ciebie
zanim przyjdzie lekarz
ubiorę się w ciebie
jak w najlepszy sen





Pomnik miłosny




na błoniach w naszych dłoniach
tęskny akt strzelisty

teatralny
mglisty

Verdi sen kładzie na sosny





Skorpion




istniałeś lata temu doskonale zorientowany
w drganiu powietrza o zmierzchu
i przyszłych uderzeniach moich skrzydeł

okrążasz we mnie obszary tropikalne
wspinasz się od terenów pustynnych
do lasów deszczowych
na tereny górskie oprószone śniegiem

poprzez kręgi poezji gwiazdozbiory nocy
przychodzisz złożyć swój znak miłości
ikonę pocałunku z balsamem wyznań
na bocznym ołtarzyku szyi
w szale pożądania





Czy



czujesz w sobie ukryty ogień
panie Sand

czy dziś zasnę
twoja Chopin




Erotyk na skórze




ocieramy się o siebie jak
węże pozbawione jadu
do naszych połączonych ciał
przytulają się ramiona gwiazd
toczymy się jak dwie kulki
uderzając w kręgle dnia






Akt tworzenia


otworzyłam w sobie twoją miłość
życie westchnęło przewracając się rozkosznie

Bóg pierwszy odwrócił
strony naszych dni

i powstała księga urodzaju

niech opiewa ją Petrarka
a Rubens ją maluje

niech będzie jak najgrubsza

niech rodzi świat
w którym żyjemy

i tak upłyną
wieczory i poranki


IWAŃCZUK Izabela. Perły wieczne. Nowa Ruda : Mamiko, 2012




Patrycja Prochot-Sojka - BAJ-O-DUŻENIE






Patrycja Prochot - Sojka ur. 1977. Absolwentka Filologii Polskiej i Studium Literacko - Artystycznego. Wyróżniona na Międzynarodowym Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu. Autorka reportaży z podróży. Dokumentowała losy Polaków na Syberii, w Turcji, Gruzji i na Ukrainie. Współautorka cyklu wystaw fotograficznych o rodakach mieszkających w Rosji i Stanach Zjednoczonych. Zbierając materiały do swej pracy literackiej, chętnie sięga do
dawnych baśni i legend, zebranych podczas „podróży do ludzi”. Kolekcjonerka wspomnień i bywalczyni miejsc magicznych


O GABRIELE I ŚWIECIE Z PORCELANY

Gabriele wróciła do Głuchołaz pięć lat po wojnie. Tam, dokąd wyjechała, miała duży dom z ogrodem, rodzinę, nowe wspomnienia i koszmary,
które wychodziły z niej każdej nocy. Żeby nie uciekać, musiała wrócić i stawić czoła przeszłości. Po tym jak pewnego majowego popołudnia
na drodze z Konradsthal do Ziegenhals umarło Niebo, ciało Gabriele stało się kruche jak porcelana. Pękało przy nieco mocniejszym dotknięciu
i zrastało się miesiącami. Kiedy znaleziono ją nagą i okaleczoną, jej rodzice uznali to za karę i dobrodziejstwo Boga. Nie złorzeczyli, nie przeklinali.
Tamtego majowego dnia uwierzyli, że Niebo znowu istnieje. Bóg pochyla się nad ich narodem i okazuje jakieś zainteresowanie.

Po przyjeździe do Głuchołaz Gabriele otworzyła skład z porcelaną. Tylko wśród kruchych i delikatnych przedmiotów czuła się bezpiecznie.
Ludzie, którzy wchodzili do sklepu, zniżali głos do szeptu. Słowa nawet za głośno wypowiadane mogły zaboleć. Doktor Dietmar Vogel ze szpitala
w Berlinie rozkładał bezradnie ręce.

- Nie mam dla ciebie recepty. Musisz oswoić miejsce, w którym będziesz żyła i przyzwyczaić do siebie ludzi, na których będziesz zdana.
Ale Gabriele wolała wrócić do miejsca, które znała najlepiej, które doświadczyło ją złem i które już bardziej nie mogłoby jej skrzywdzić.
To było prawdziwe dobrodziejstwo, ktoś taki jak Andrzej. Poznała go po powrocie do Głuchołaz. Zaraz po wojnie osiedlił się w mieście.
Przyjechał z okolic Tarnopola. Pracował w piekarni Jana, chociaż Jana już od dawna w Głuchołazach nie było. Został po nim czerwony budynek
z cegły i tuż przy wejściu figurka św. Klemensa, patrona piekarzy. W środku budynku, wbrew wojnie, zachowały się piece piekarnicze,
stare wagi, dzielarka ręczna do chleba, kajzerówka i maszyny do trzepania jutowych worków na mąkę. Kiedy Andrzej wszedł po raz pierwszy do
piekarni, pachniało w niej jeszcze chlebem. Na ścianach wisiały dyplomy piekarskie i czeladnicze. Na stole w małym kantorku na tyłach budynku
leżały dokumenty. W równym szeregu poukładane były rachunki i liczne kwity za sól piekarniczą, za mąkę z młyna, za jego dostawę i wiele innych,
których spłatę wstrzymała wojna.

Wujek Gabriele kilka lat po wojnie dostał od Jana kartkę. Piekarz mieszkał gdzieś w okolicach Dusznik. Nigdy nie wrócił do Niemiec.
Wypiekał chleb, założył rodzinę. Raz, a może dwa razy przyjechał do Głuchołaz. Miał nadzieję, że spotka kogoś znajomego, ale w dawnym
Ziegenhals zostało tylko kilka rodzin. Jan zaczął żyć na nowo i to nowe życie nie potrzebowało dawnych zmarszczek.

Gabriele pamiętała o cudzie piekarza. I kiedy po latach ponownie zajrzała w okno piekarni, zobaczyła tam Andrzeja. Nie mogła oderwać
wzroku od jego wielkich i silnych dłoni. Skoro ocierał się o cud - pomyślała - mogłaby w niego uwierzyć. Piekarz pokochał Gabriele od chwili,
gdy po raz pierwszy ją zobaczył. Wbrew temu, co gadali ludzi, że więcej jest w niej smutku niż życia, bardzo szybko poprosił ją o rękę. Kiedy już
zgodziła się zostać jego żoną, postanowił odwiedzić swojego przyjaciela, od którego bardzo wiele zależało.


Patrycja Prochot-Sojka. "BAJ-O-DUŻENIE". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015





Olgerd Dziechciarz - "Przewrócona ósemka"







Olgerd Dziechciarz.
Poeta, prozaik, felietonista i bloger (www.wolkuszuczylinigdzie.salon24.pl). Autor powieści „Wielkopolski” i „Małopolski”, zbiorów opowiadań: „Masakra”, „Miasto Odorków”, „poMazaniec” i „Pakuska”, tomów wierszy: „Ubyt”, „Podmioty codziennego użytku”, „Wiersze (p)różne”, „Autoświat”, „Galeria Humbug” i „Mniej niż zło” oraz wyborów felietonów: „Siodłanie krowy”, „Partykularne interesy”, „Olkusz dla opornych” i „Olkusz dla średnio zaawansowanych”.



Trzy wiersze z ksiązki „Przewrócona ósemka”.


niczym

wybudzony z koszmarnego snu
w którym okaleczałem własne ciało
siadłem do stołu by zapisać to
co się nie wydarzyło

za oknem pod świerkiem
kot maltretował mysz

naprzemian łapał ją i wypuszczał
wyraźnie panując nad ofiarą
i sytuacją

pomyślałem że zabawię się w Boga
i ocalę umęczone stworzenie

ale kot uciekł z myszą w zębach

więc nie zostałem Bogiem

21 IX 2014



ostatni rozkaz

kto tam znów rusza
w prawo

komu się spieszy
w lewo

tak wam się marzy
ostatnia prosta

spocznij
wolno płakać

V 2014



wstęp do niczego

śmierć nie może być początkiem
początek to burza w szklance wody

od czczych prawd
rozdwajają się języki

jeśli zaczynamy od kłamstw
kończymy na kłamstwach

nawet równoległe byty
muszą się przenikać

wśród półprawd ukrywamy
rachunki do zapłaty

terminy przesuwane w nieskończoność
choć już dawno po terminie


2008


Olgerd Dziechciarz. Przewrócona ósemka. Nowa Ruda : Mamiko, 2014







Arkadiusz Kremza(ur. 1975)



autor czterech tomów wierszy : "Bloki"(1997),
"Hocki-Klocki"(2000), "Brania"(2003),

"Pukanie Ziemi"(Mamiko, grudzień 2006)






Pukanie ziemi


Wszystko co ubrało się w czas musi być święte.
Najbardziej złożone szczepy słów. Luźne stopy
metali szlachetnych z tymi co mniej. Mignięcia
ciał astralnych. Pełne kolorowych póz i radości
ciałka ludzi widzialnych. Nawet to ciche pukanie
wiatru który przed momentem poderwał z ziemi

piórko i teraz uprawia gody z oknem. Po Ziemi
przyjdzie inna ziemia. Jak co nazwiesz: tak święte.
Lecz na razie brak chóralnych tonów. Tylko pukanie
w kruchy pulpit snu słychać wyraźnie i trzeba stopy
układać w taki sposób by nie pozbawiać radości
tych jasnopiórych konstruktorów. Tego mignięcia

anielskiego. Tego zdjętego z samej góry mignięcia
które urywa się z bystrych chmur by dotknąć ziemi
która rodzi nam te wszystkie nagie owoce radości.
Strączki dzieci. Ciałka synów i córek. Ciała święte.
Czasami widzę jak na parapecie zostawiają stopy
odbite w kurzu. Jakby chciały uczulić na to pukanie

którym zapowiedzą się z kolejnym wiatrem. Pukanie
dyskretniejsze od muśnięcia ćmy albo od mignięcia
szepczącej ledwie lampy. Tu światło kłaść pod stopy.
A usta mieć pełne miodu mleka i gęstej treści ziemi.
Kiedy mamy pewność że to co krzyczało jest święte.
Bo co było kalekie wynieśliśmy z buszu i daje radości

tyle że możemy pozbywać się tych nadmiarów. Radości
i jaskrawo połyskujących jak cukier podniet. Pukanie
w szyby zawsze będzie zwiastować ciepły grad święte
deszcze i płodne pioruny. Na zakodowane mignięcia
będziemy mieć małe sprytne lusterka. Na całej ziemi
nie znajdzie się nikt obcy kto postawi tutaj swoje stopy.

Ten rewir jest przyporządkowany nam. Nasze stopy
wydeptały tu własne ścieżki i dróżki. Lukrowe radości
wykiełkowały na podlewanej naszą gorzką treścią ziemi.
Jest możliwe przyjęcie jednego rozmówcy. Znasz pukanie
stróżów i niebieskich muzykantów. Srebrzyste mignięcia
teraz tak oczywiste. Przez to że w tym czasie święte.

Sam zaplanowałeś ten ogród. Masujesz swe święte stopy
trzymając je pod poziomem dnia. I te mignięcia radości.
Kiedy dokładnie słyszysz ten szept. To pukanie ziemi.




Arkadiausz Kremza - Pukanie ziemi Mamiko, 2006







Kasia Monel - Cyrograf







Robisz co ci każą
A twoje serce w środku
Jest czarne jak dziura
Jest zimne

Gryziesz rękę
Która cię karmi

Czy jesteś na tyle odważny
By dostrzec, że twój świat
Się zmienia

I będziesz gryzł rękę
Która cię karmi
Na kolanach

I pozostaniesz
Na kolanach



Karma

Pod skórą
Krew
Pod mięchem
Kość
A kość to
Pył
A pył to
Proch
I tak powracam do zapomnienia
By wrodzić się znów w cudze wspomnienia



Cokolwiek

Osmolone anioły
Łzy piekielnie ranią

Fortepian gra cicho
Ja odejdę za nią

Ściemniałe dno oka
Sterylne przestrzenie

Słowa padające deszczem
Strach czy obrzydzenie?






Antoni Olgierd Misiak - "Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960-2004"




Dzieciak znaleziony przy drzwiach przytułku dla sierot został nazwany Krzysztofem Kolumbem, być może dla żartu tak zapisał go w księgach sekretarz gminy. KRZYSZTOF KOLUMB urodzony między dwiema wielkimi wojnami był zbyt młody, by wziąć udział w tej drugiej, ale został przez nią napiętnowany, z czego zdał sobie sprawę w późnym wieku. Znajomi /bo nie miał przyjaciół/ mówili o nim, że składa się z wielu osobowości. W obecności kilku osób czuł się nieswojo i przeważnie milczał. Jego prace z fizyki teoretycznej należały do najlepszych.

Sekretarka opowiadała, że gdy weszła do gabinetu Profesora, by uzgodnić z nim harmonogram spotkania z Prezydentem, Profesor spojrzał w okno, uśmiechnął się, powiedział, że musi załatwić pilną sprawę i wyszedł, nie zakładając marynarki. Podobno widziano go jeszcze na Długim Targu. Szedł trzymając za rękę dziewczynę, która tam grała na skrzypcach, zarabiając podczas wakacji /mówiono o niej, że była Ukrainką lub Białorusinką, studentką konserwatorium w Kijowie/. Ci, co ich widzieli, zaskoczeni byli tym, że mimo wielkiej różnicy wieku wyglądali jak rówieśnicy.

Podobno w pewnej chwili nad Długim Targiem przeleciało wielkie stado albatrosów, otoczyło na moment idącą parę i kiedy odleciało, dziewczyna
i Profesor zniknęli. Potem policja zabrała futerał na skrzypce, jedyny materialny ślad, jaki po nich pozostał.

Poszukiwania nie dały rezultatu. Wspomnień po nim pozostało niewiele. Wspominano, że kiedy był zadowolony z odpowiedzi studenta, mówił mu „znalazłeś swoje tablice” i była to najwyższa pochwała. W garażu trzymał starą ramę Harley Dawidsona, a w biurku, które komisyjnie otwierano, była morska muszla przymocowana do rzemyka, fragment starej morskiej mapy, bilet do cyrku sprzed pół wieku, mocno zniszczona książka Faulknera „Wielki las”, kawałek rogu jelenia, kilka suchych liści, owoc jarzębiny, zdjęcia statków, bilety kolejowe, stare programy koncertów skrzypcowych, prawie nieczytelny list z wysp Polinezji, gazeta ze zdjęciem żołnierzy chińskich zdobywających Tybet. Ktoś z komisji patrząc na to, powiedział „Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich” i to zakończyło sprawę. Ostatniej pracy, którą Profesor pisał piórem tłoczkowym w grubych zeszytach, nie odnaleziono. Nosiła tytuł „Teoria Przemian”.

Ze wspomnień i przypadkowych rozmów udało się Pani z biblioteki odtworzyć kilkanaście fragmentów dni z życia Profesora. Zapiski te razem z zawartością szuflady biurka przekazano do archiwum pod litery K.K.







Dzień 1

Kiedy grająca w piłkę
podskoczy z ciałem wygiętym w łuk
i już oderwie się od ziemi,
/można to porównać do wzlatującego ptaka/
zatem kiedy przebywa przez chwilę w świecie ptaków,
patrzący na nią,
fotoreporter poważnej gazety dostrzega w tym
/bo inaczej nie potrafi już widzieć/
zaokrąglony fragment skrzydła samolotu,
kreski bomb i słyszy w wyobraźni
głos spikera... osób cywilnych, w tym
kobiet i dzieci...
Chłopiec, któremu grająca i stado
spłoszonych mew przesłania morze,
znajduje w sobie /obudzoną tym obrazem/
chęć wędrówki za linię horyzontu
i dalej,
w miejsca dostępne jedynie
ptakom i marzycielom.
A kiedy grająca uderzy w piłkę
i nagle zwiotczeje w locie
/można to porównać do ptaka trafionego strzałą/
słowa i obrazy odchodzą.




                                                   1972






Dzień 2

Przyjechał cyrk.
Mała woltyżerka szła obok klowna,
wyprzedzał ich grający na bębnie atleta,
zmuszając przechodniów do zwrócenia uwagi
na paradę cyrkowców, w której mała woltyżerka
z cekinami na czerwonym staniku jawiła się
kimś z odległego świata, gdzie
po ulicach chodzą słonie, lwy
i dziewczęta z cekinami na stanikach.
Chwilowo parada cyrkowców umieszczona
w obrazie miasta zakryła szare domy,
odpadające tynki,
mroczne podwórka.
Potem w miarę jak cichł oddalający
się bęben, szarość powracała.
Wolnymi od niej byli jedynie ci
co godzinami nad rzeką wypatrywali
polującego zimorodka albo latali na chmurach,
ich świat wypełniały morskie mapy, karawele,
portowe knajpy, odkrywcy, handlarze,
porzucone panny, misjonarze, a także
rozbitkowie, rozmyślający przy ognisku
o świecie, w którym na ulicach tańczą
dziewczęta w czerwonych stanikach
i chodzą lwy łagodne,
dopóki i im się nie zjawi
odziedziczony po przodkach,
zielony bezkres
z wiatrem
i gonitwą do zatracenia.




                                                   1968 ?











Dzień 3

Tam dokąd jechał Harley Davidson
czekała tarcza słońca nad powierzchnią morza
i ciemniejąca głębia
i czarne sosny
i kruk.

Zostawił ślad opon na piasku
wyraźny w miejscach nietkniętych falą
i głos silnika barwiony śpiewem kosów
przed wieczorną ciszą.

Szedł za nim zmierzch, a w nim: tonęły
drogi rysowane na papierowych mapach,
cichły fale,
nieruchomiały ptaki.

Widział go Pan, siedzący na drewnianych schodach,
i przypomniał sobie wystawę sklepu alpinistycznego,
przed którym stał, wspominając
swoje zdradzone marzenia.

Widziała go dziewczyna w chabrowym dresie,
której życie było już poukładane,
ale tej nocy niepokojące pragnienia
długo nie dawały jej spać.

Widziały go pary prowadzące przy kawiarnianych
stolikach swoją grę
i kupcy zamykający sklepy.
Budził w nich niepokój.

A przecież był to jedynie Harley Davidson,
jadący ze swoim nieznanym jeźdźcem
odwiecznym szlakiem rabusiów i barbarzyńców,
ścigając zachodzące słońce.




                                                   Droga na Wetlinę 1960






Dzień 4

Psy ścigające jelenia,
/wiejskie kundle spuszczone z łańcuchów/
przebiegły drogę, na której zatrzymało się kilka samochodów
z kobietami i mężczyznami patrzącymi na bieg.
Było to jak w książkach Faulknera,
gdzie ludzie i zwierzęta żyją w dziwnym
nierozerwalnym związku.
Sfora zginęła w wieczornej mgle.
Przez chwilę słychać było żałosny jazgot psów,
miażdżonych uderzeniami kopyt.
Potem ruszyły samochody.
Siedzące w nich pary wracały do domów,
wioząc wspomnienie psów i jelenia
oraz wywołane tym obrazy kapeluszy i siodeł,
fragmenty dawno oglądanych filmów,
wpisane w sylwetkę jelenia
/stalowoszarego w przymglonym świetle zachodzącego słońca/.
Powoli obrazy bladły.
Rozmowy wracały do rutynowych zdań,
a tam, za szarą gęstniejącą mgłą,
trwał prawdziwy bieg i prawdziwa krew
barwiła szlak ucieczki
jelenia i goniących psów.



                                                   1987





Rafał Tumski - "Zdoła"



O autorze:

Rafał Tumski (ur. 1982, zm. 2009) – wrocławianin. Absolwent X L.O. we Wrocławiu, rozpoczął studia na wrocławskim Wydziale Archeologii, nie ukończył. Zmarł w kwietniu 2009 w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, oficjalnie w wyniku przedawkowania narkotyków. Pozostawił po sobie rękopisy dwóch powieści: "Zdoła" i "Rozewrzeć Światłem".


Fragment:

Ni stąd ni zowąd przypętały się do nich dwie pannice. Jedna Murzynka a druga gruba.
- Cześć Trollu, cześć Lufa!
- Cześć dziewczyny, co porabiacie? – Lufa poczęstował je na powitanie gibonem.
- Nic szczególnego, bawimy się, a wy? - dziewczęta przyjęły gibona ochotnie.
- My jak zwykle, jaramy pedingtony i pracujemy – wyszczerzył się Troll. – Nie ma czasu nawet na miłość.
- Na taką szybką też nie? – łasiły się. Murzynka pogłaskała Trolla po policzku.
- Jest coś takiego jak szybka miłość? - ten wydawał się niewzruszony.
- Miłości jest wiele, Trollu - gruba była gotowa na seks. Ewidentnie. Patryk nabrał pewności, że Troll sypia z nimi oraz wieloma innymi, i że ma kilkanaście bękartów po całej Polsce.
- Kiedyś mi powiedział, że miłość do jednej osoby jest grzechem – szepnął Patrykowi na ucho drobny, krótko ostrzyżony chłopak, który niepostrzeżenie podkradł się ze skrętem.
- Yoł, yoł! - Grześ wrócił. Złożył nabożnie ręce. - Drodzy parafianie! Wybieram się do lokalu sprzedaży bezpośredniej. Czy macie jakieś intencje?
- Co panie sobie życzą? - Troll objął obie dziewczęta, Murzynkę całą, a grubą do połowy.
- Proszę wodę niegazowaną – zamówił Patryk. – Skąd oni mają tyle kasy? – zapytał sam siebie.
- Nie słyszałeś? – odparł chłopak ze skrętem, wielce zdumiony, jakby była to sprawa równie oczywista co kulistość Ziemi. – Troll posiada kartę kredytową bez limitu. Bierze na krechę, ile chce, a kiedy przychodzi czas spłaty, wyciąga z bankomatu dwa razy więcej niż jest winien. Połowę zanosi do banku, resztę przepija... Tak w ogóle to Kąsior jestem – wymienili uścisk dłoni. - Dobra, chodźmy do tego sklepu – oznajmił głośno i wraz z wesołą czeredą zawinął się do monopolowego. Dziewczyny wzięły Grzesia pod ramię i tuliły doń czule.
- Gorące laski – ocenił Patryk.
- Masz kobiety, masz szacun – Troll został razem z nim. Wiódł wzrokiem za odchodzącymi pośladkami Murzynki. Wolał nie patrzeć na grubą, aby nie prowokować przemożnych sił natury.
- Czasami mam przesyt seksu – Patryk pozwolił sobie na zwierzenie.
- Ja się nie rucham. Jestem wstrzemięźliwy - odwzajemnił się Troll. - Tu chodzi o władzę, bracie. One chcą rządzić twoją górą (dotknął palcem głowy) przez twój dół (chwyt za krocze). Prawdziwa walka rozgrywa się o twojego ptaka, bo to klucz do władzy nad umysłem.
- Serio? Nie odwrotnie? – Patryk podważył tę teoryjkę.
- Nie – uciął Troll. Wierzył tylko w swoją filozofię. - Wytresuj ptaka, żeby nie zrywał się nieproszony, zdobędziesz respekt kobiet i władzę nad ich duszami.


TUMSKI Rafał. "Zdoła". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011. -160 s. ; 20 cm
ISBN 978-83-60224-63-2







Piotr Woźniak - coś pomiędzy







Piotr Woźniak, rocznik 1976, na stałe mieszka w Ostroszowicach. Publikował w Odrze, Cegle, lokalnej prasie. Laureat kilku turniejów poetyckich. Związany z Bielawskim klubem literackim „Pozytywka”. Miłośnik psów, gór i otwartych przestrzeni. Wiersze pisze, bo nie potrafi tego nie robić.



ZACZYNAM

w sobie
kończę w tobie
zwiędły i kłopotliwy
jak wiązanka na grobie
miesiąc po pogrzebie





CHCIAŁBYM

napisać erotyk
ale mi
to
wisi





***
jesteś tak bardzo
nie w moim typie
że mogę spokojnie
iść z tobą
do łóżka





SŁONECZNIK

w głowie mu tylko
nasienie
i twarzą do słońca


Piotr Woźniak. "coœ pomiędzy". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Grzegorz Kwiatkowski - "Eine Kleine Todesmusik"


Grzegorz Kwiatkowski (ur. 1984) - poeta, muzyk. Wydał tom wierszy &#8220;Przeprawa” (2008) oraz &#8220;Eine Kleine Todesmusik” (2009). W przeszłości muzyk na ulicach Liverpoolu. Obecnie członek zespołu TrupaTrupa. Zgłoszony do Paszportów Polityki (2009). Laureat Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Twórców (2009). Stypendysta Fundacji Grazella (2009). Laureat ogólnopolskich nagród poetyckich (m.in. Władysława Broniewskiego, Witolda Gombrowicza, Złoty Środek Poezji). Dwukrotnie nominowany przez Gazetę Wyborczą do nagrody Sztorm Roku (2008, 2009). Nominowany do nagrody Splendor Gedanensis (2009). Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Gazecie Wyborczej, Dzienniku, Dwutygodniku, Toposie i Odrze.


c h ł o p c z y k

wstawał wcześnie rano ze swoją babcią by sprzątać ulicę
a kiedy mróz ściął rzekę pomagał jej roznosić świąteczny opłatek

ten chłopczyk nie nawykł do brania ale do dawania
dlatego nigdy później nie potrafił uszczęśliwić żadnej kobiety




D i t e r L i t w a n n , u r . 1 9 6 4 z m . 2 0 0 3

spojrzała w okno i wykrzyczała:
jaka piękna tęcza

nie podszedłem do okna
nie ruszyłem się z miejsca

od tej pory zacząłem zjadać swoje zapasy

jeżeli mówiłem jej: odejdź
to znaczy że naprawdę potrzebowałem pobyć sam

tamtego dnia śniły mi się setki luster:
w każdym inna ale ta sama osoba

zbudziło mnie jej chrapanie

dwie minuty później
w moim sercu
wybuchła bomba



a u t o r

podczas spaceru nad rzeką zobaczył topielicę
w białej szacie poprzeszywanej wodorostem

natychmiast pobiegł do domu po płótno farby i pędzle
i wrócił nad rzekę gdzie do wieczora łowił wzrokiem

ludzie z miasteczka dziwili mu się bardzo
ale on widział jak unosiła się pięć centymetrów nad wodą

obraz zawisł w kościele świętego Jerzego w Tinben
gdzie można oglądać go po dziś dzień:

Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny
obraz z roku 1680
autor: nieznany



U v e

Uve idzie z dzieckiem na łąkę
gdzie wiatr zagłuszy jej płacz

Diter naostrzył latawiec
chce na niego złapać jaskółkę

Uve przyciska dziecko do piersi
wiatr ustaje latawiec spada

Diter Diter niemądry chłopcze
na swój latawiec upolowałeś
płaczącą jaskółkę i jej pisklę


Grzegorz Kwiatkowski -
"Eine Kleine Todesmusik" . Mamiko, 2009






Aneta Nalborczyk-Wierzbicka - Inny brzeg




            


Aneta Nalborczyk-Wierzbicka (ur. 1971) debiutowała w 1993 roku tomikiem „Idąc piszę siebie”, rok później ukazał się arkusz poetycki „Milczenie” w klubie poetyckim działającym przy warszawskiej :”Stodole”. Laureatka kilku konkursów poetyckich regionalnych
i ogólnopolskich. Drukowała w prasie lokalnej i regionalnej.
Pochodzi z Podbeskidzia. Tam otoczona przyrodą postanowiła studiować biologię
na Uniwersytecie Warszawskim.
Od najwcześniejszych lat jej drugą wielką pasją jest malarstwo olejne, akrylowe, artystyczna aranżacja ścian. Ma na koncie kilka indywidualnych wystaw malarstwa i rysunku.
Na co dzień Kierownik filii Gminnego Ośrodka Kultury w Raszynie, gdzie od czterech lat prowadzi pracownię plastyczną dla dzieci.
Z przyjemnością ilustruje również swoje książki poetyckie ponieważ uważa, że słowa
i obrazy doskonale się w ten sposób uzupełniają.





INNE LATO

wiatr przebiega nad nami, zagląda w rękaw sukienki
ale tam już tylko mrówki i ciasno na zakrętach

rysuję na tobie zwierzęta. kota, słonia, żyrafę
a długość jej szyi przyprawia cię o zawrót głowy

powoli mijają godziny, niebo przechyla się nagle
i patrzysz na słońce z zamkniętymi oczami

to wszystko już było, dotykam twojego cienia
tam gdzie dzień zwija się w palcach i traci sens



ALCHEMIA

powietrze skrapla się. na styku
dwóch ciał drobne wrzenia
mamy czas. ramiączko na końcu
języka i dalej. gładki jedwab
tuż przy ziemi. deski

odwracamy ściany. do siebie
plecami. liczymy do dziesięciu
na granicy lotnego popiołu
w rękach pali się śnieg



DRABINA

na progu szopy noc. długo przełykaliśmy
i strach chował się w szczelinie między palcami

blisko wejścia stał warsztat stolarski na wysokości
małych twarzy wolno przebarwiały się deski

naoliwione imadło dziadka skręcało nas
od tych zapachów z podłogi, otwartych lakierów

czasami przez ściany przechodziły króliki,
tak łatwo się przewracały na mokrej trawie

między latami stawaliśmy coraz bliżej drabiny,
na strychu rósł odwrócony szerszeń. czekał



Aneta Nalborczyk-Wierzbicka - Inny brzeg. Mamiko, 2008






Anna Magdalena Pokryszka - "Każdego dnia"





Ur. 1970 r. we Wrocławiu, mieszka w Ząbkowicach Śląskich. studiowała kulturoznawstwo na
Uniwersytecie Wrocławskim, pracowała w tygodniku "Euroregio Glacensis". Obecnie pisze
dla "Słowa Polskiego". Publikowała wiersze w "Odrze" i w czasopismach regionalnych.
"Każdego dnia" jest drugą książką autorki. Zadebiutowała tomikiem "Cokolwiek uczyniłeś Adamie". W pisaniu inspirują ją przyroda, muzyka i spotkania z ludźmi. Na podstawie jej twórczości powstał spektakl wystawiany przez Teatr Miejski w Ząbkowicach Śląskich.
pokryszka_m@wp.pl



Wiersze dojrzałe

Wiersze dojrzałe
rosną w rękach
jak jabłka
jeszcze rumiane
z utraconego raju Adama
jak gazele biegną
szybkonogie i zwinne
w czekaniu
następne
słowa
narodziny




In statu nascendi


jeszcze nie dotarłam
do krainy
wiecznego zapomnienia

jeszcze życie
wypełniam
/ po brzegi/

jeszcze
sobą





Ptaki skrzydlate


Jest cisza nocnych myśli
ukrytych w ramionach

Są promienie miodowe
słońca

Kwiaty kwitną wiosną i latem

Jesienią odchodzą
umorusane liście
dżdżystym deszczem

Milknie
biały śnieg
powleczony drogą

Zimą
i wiatry zmarznięte szaleją

Tylko po co ?

Te dni takie szare
zapatrzone zaciągnięte
do odległych wspomnień

tylko po co te myśli
jak ptaki skrzydlate
przez wszystkie pory roku
krążą




Słowo

tu i teraz
biegnie
słowo
dnia
zabiegane
od rana
wyciąga
ręce









Widokówka z Falaise - mojej siostrze Agnieszce


Morze
faluje tutaj
najciszej

Mewy
okrążają niebo
piszczą jak dzieci

Tutaj
oddycha się
najpełniej

Trzeba uważać
meduzy to wodo – rosty
bardzo śliskie

Sól w powietrzu
wyostrza słońce
stopy w wodzie

Jak prosiłaś
przywiozę Ci muszelki
i w buteleczce trochę morza

Bądź zdrowa!
moja siostro
śródlądowa





Przypływ


Okrążasz mnie
już nie wiem
gdzie brzeg morza
gdzie twoje ramię

Morze jest we mnie
szumi
najbardziej

Podaj mi rękę
idźmy razem
przez fale wysokie

Już wiem
co to morze
i słońce
jak śpiew syren








Ryszard Częstochowski - "Przebudzeniem jest śmierć"






Autor i Wydawnictwo MaMiKo dziękują Urzędowi Miasta Bydgoszczy za pomoc w wydaniu książki.


NOTKA AUTORA


Dziękuję tobie stwórco, że mi kazałeś
być człowiekiem bardzo się tego obawiałem,
broniłem przed tym i płakałem ,gdy się tutaj
rodziłem , buntowałem przed pomysłem
bytu , bo po co cierpieć , ale to zesłanie do
żyjących dało mi nowe doświadczenie
mimo , że nie chciałem tego bytu.
( z nie opublikowanej powieści autora
„Brzytwą przez ciało „)




Urodził się na ulicy braci śniadeckich Numer 47
W mieście nad brdą
Do gazet trafił już w 1957 roku Gdy ściągnął na siebie wrzątek
A matka w pośpiechu nie
Zauważyła niczego
Potem przeszedł jeszcze tysiące ulic
W całej europie i za nią
Aby wrócić niedaleko
Punktu wyjścia
Zawsze jesteśmy skazani na powrót
Z ciałem lub bez





Anno domini 2008


PRZETRWANIE czyli mieszkańcy miasta B.

przetrwać wilgotną jesień oto cel
wytrwać mroźną zimę
dotrwać do wiosny
trwać
pójść nad rzekę
na wzgórza
latem pojechać nad morze
zobaczyć przestrzeń
ogarnąć całą
ludzką chęć przetrwania
bez wiary się nie da

wiedział to k.
z miasta b.
zamknął się na tydzień
w mieszkaniu i już
nie wyszedł z niego ale go
inni
do lodówki wynieśli
choć u niego też wiało
chłodem niczym w kostnicy
żadnej różnicy



MODLITWA

boże trzeba pięknie umrzeć
ale jak to zrobić
boże trzeba być pięknym
ale jak to zrobić
boże trzeba się pomodlić
do ciebie
ale jak to zrobić
boże trzeba uwierzyć
w ciebie
ale jak to zrobić
boże trzeba zapomnieć
o sobie
ale jak to zrobić
boże trzeba kochać polskę
ale jak to zrobić
boże trzeba kochać bliźnich
ale jak to wszystko zrobić
kiedy krew zamiast łez
spada z oczu prosto
na kulę ziemską


PRAWDA


Na tym świecie nie kłamie jedynie wiatr
Który wieje z całych sił na mont blanc
Nie mając żadnych szans go przewrócić

W tym świecie mówi prawdę jedynie deszcz
Zatapiając w powodzi słów boskie milczenie
Prawda dla człowieka to tylko narzędzie
W walce kto lepiej skłamie
Ten wygra
Ale co wygrasz że przegrałeś ?





Ewie Lipskiej


PRZESŁANIE


Pisać tak żeby prosty człowiek
Pomyślał
Że też tak potrafi
Głupi żeby powiedział że
To żadna sztuka
Zły żeby cię obraził
Mądry żeby ci dłoń uścisnął
Dobry żeby cię poklepał
Po ramieniu i
Rzekł abyś się poprawił i
Już o ten świat tak się nie
Martwił
Bo on był gdy nie było ciebie
I pewnie trwać będzie
Gdy już ciebie nie będzie


CZĘSTOCHOWSKI Ryszard. Przebudzeniem jest śmierć. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010.




Anna Cieślukowska - "Rodzeństwo"







Smutku nie da się opowiedzieć. Smutek można przeczytać.
Pytania bez odpowiedzi. Odpowiedzi bez pytań.
Drzewa, które są milczeniem. Słowa, które rosną w dzieciństwie.
Piszę. Nie umiem inaczej pamiętać.

Bo pamięć i czas to słowa i milczenie.
Bo pamięć i czas to interpretacja.
Bo pisanie to zawsze życie.






"Data urodzenia. Nadal aktualna. Data śmierci. Nadal aktualna. Ja.
Data urodzenia. Brak. Data śmierci. Brak. Moje młodsze siostry.

Rozpacz odmienia się przez rodzeństwo.







Nigdy nie widziałam was żywych. Widzę was tylko takimi.






Umieram. Z wami. Za wami. Po was. Za was.

Śmierć nie kończy opowieści. Śmierć ją rozpoczyna.








Powinnaś była mieć. Powinnaś była mieć. Powinnaś była mieć.

Milczeć. Przemilczeć. Zamilczeć.

Na śmierć...






Opowiadam, by żyć. Opowiadam, by przeżyć. Opowiadam, by utrzymać przy życiu.

Potrafię pamiętać tylko słowami.

Gdy zabraknie słów, zabraknie i mnie, i was. Kiedy skończą się słowa, skończy się świat.

Ty pamiętasz ciszą. Chyba...


Anna Cieślukowska. Rodzeństwo. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2012.




Maksymilian Tchoń - Femme. Parafraza z pamięci




Urodzony w 1987 roku. Pochodzi z Tarnowa. Licencjat polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor tomów: W osierdzie (2017), Potępiony (2016), Człowiek z końca frazy (2016), Walkirie. Noc ciszy (2016), Imperium Polonicum (2016), Opracowanie edytorskie (2015), Ars poetica (2015), Całkowite zaćmienie (2015), Http (2015), Niecierpliwy (2013) oraz tomiku Życie jak poemat (2012). Pomysłodawca Almanachu Literackiego Młodych Synekdocha (2015–2016). Publikował również w Miesięczniku Literackim Akant, 2Miesięczniku Pismo Ludzi Przełomowych, Antologii Poetów Polskich 2017, Almanachu Literackim Młodych Struny serca, Almanachu Aspiracje, Kajecie Dziś będę poetą, prasie katolickiej, lokalnej i w Internecie na łamach Biura Literackiego oraz portalach: eGminy.eu, www.poema.pl i http://www.liternet.pl. Pasjonuje się muzyką, sportem, turystyką górską oraz dobrą książką.



3 – nieczystość

drogowskaz na drodze wskazuje: niebo
– pędzimy na złamanie karku
wszystkie wytyczne reguły ruchu
ustają w groźbie

zamykają się na języku
i bolą interlinią
złamaną na potrzeby
prawa

kosmos pędzi z prędkością
światła po wiek wieków niestrudzenie
w obcym kraju – brawo
nieskończona z punktu a

do punktu
oponuję wiarą
niebieski patrol



Las Ardeński, łąki i mury

Jak mogłaś rzucić pasternakiem o ziemię pozbawiając go skulonej duszy;
kocham cię, ale moja kaleka mowa już nie potrafi artykułować tak dorodnych fraz.
Nie mięknie pod naciskiem śniegu. Nie ugina się pod cieniem Słońca, jak piękny
umysł, bo żaden ludzki wymiar nie opisze uczuć wypuszczonych z korzenia –

serca. Jego pień obejmie trutnia przed ciśnieniem skrzypiec miłości, bo nie ważne
który to instrument, kwartet ze smyczek twych rąk – nie odessie wylewu ku
kwiatom jesieni. Pierwszy raz widzę tak barwne stoliki przy których siadając
czuję się jakbym piekł ziemniaki, a zarazem winszował drogi w Wydziale Natury

porwij mnie wietrze, a oddam ci wszystkie zaszczyty. Magister na wyższej uczelni
wypluje łgarstwo – opowie się za fotosyntezą... Granulki nocy przywitają nas
na plebaniach, będziemy żyć w zgodzie z Bogiem, bo tylko on orzeknie, że lepsza
jest żywa pamięć, niż wiersz bez morału. Linijka bez odstępów, nie odstępuj

od manny, które dziś lecą na łeb na szyję, wkraczając w jesień rdzą. Nie wart
jednego słowa – ubogi ciałem, lecz w sercu milioner – zawiśnie na palestrze
a jesion? Jesion położy się do swej powinności, dziś napalimy węglem – będziemy
czytać Majakowskiego, kochać się przy Chopinie, miejsca czy jesteście mi przeklęte?

Maksymilian Tchoń. Femme. Parafraza z pamięci. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Andrzej Trembaczowski - Złoty węgorz



Zamiast wstępu


Zastanawiałem się wiele razy, czym jest wędkarstwo i co w nim tak mocno pociąga. Bo nie o samą rybę tu chodzi, to pewne, nie o jej zdobycie, choć bez niej wszystko zatraciłoby oczywiście swój sens. Nie jest to też sport w potocznym pojęciu, ani rekreacja na świeżym powietrzu, jak się to czasami przedstawia - bo ani wysiłek fizyczny nie jest tu celem, ani rywalizacja z kimkolwiek. Wędkarstwo to nie jakieś tam hobby - to prawdziwa pasja, prawie nałóg. Nie jest też przejawem snobizmu ani rekordomanii. To nie chęć bycia lepszym od innych ciągnie nad wodę, choć przecież i sukces nie jest bez znaczenia.

Istota wędkarstwa tkwi w przeżyciach, jakich ono dostarcza. Jest w tym i radość z budzącego się dnia, i wieczorna zaduma, i pełne napięcia nocne czatowanie. Również i ta bezpośrednia zależność od kaprysów pogody, która czasami bywa łaskawa, a czasem sponiewiera. Do tego cały ten wspaniały świat barw, dźwięków, zapachów.

Piękno, bogactwo i rozmaitość wędkarskiego świata tkwi jednak nie tylko w smakowaniu krajobrazu. Sednem wędkarstwa są emocje. Zarówno te czysto estetycznej natury, jak i te silne, łowieckie, atawistyczne, drzemiące gdzieś głęboko na dnie duszy. Wędkarstwo jest więc syntezą, przedziwnym splotem różnych uczuć i wrażeń. Składa się nań urok każdego dnia spędzonego nad wodą, tego wtopienia się w przyrodę, tego bardzo bezpośredniego z nią zespolenia. Są to te chwile, gdy człowiek sycąc zmysły wszechogarniającym, nie zafałszowanym żadnym retuszem pięknem, czerpie życiodajne siły wprost z otoczenia. Kiedy osiągnie się już taką harmonię, nieważnym się staje to, czy ryba weźmie natychmiast czy też pod koniec łowów lub może dopiero następnym razem. Bo weźmie na pewno i będzie wspaniała, bez względu na to, ile będzie ważyć kilogramów. To wcale nie jest aż takie ważne...

Ale nie byłoby wędkarstwa bez nagłego, pośpiesznego kołatania serca na widok wyjścia kapitalnej ryby lub tego dziwnego wstrząsu, gdy pulsujący rytm ściąganej blachy przerwie brutalnie gwałtowne szarpnięcie. Ani bez tego napływu fali gorąca rozlewającej się po całym ciele, kiedy kolorowa gałka spławika żywcówki pogrąży się płynnym, zdecydowanym ruchem... Albo gdy stercząca ukośnie nad wodą gruntówka ożyje nagłym kołysaniem i rozdźwięczy się radośnie. A hol ryby? Ta galopada myśli, to przedziwne pomieszanie radości, obaw, zwątpienia? Także i ten chłodny spokój, niepojęty, niezrozumiały wobec szybkiego tempa wydarzeń. I drżenie rąk później, i to nagłe, obejmujące całe ciało odprężenie, gdy już jest po wszystkim. Wreszcie ta niezrównana chwila ogromnego szczęścia, gdy pokonana ryba jest już twoja i masz tę świadomość, że przerasta wszystkie złowione dotychczas! Tych pierwszych kilku sekund tryumfu, radości, nasycenia - tego nic nie zastąpi! To uczucie zrozumie tylko drugi wędkarz albo myśliwy, albo - być może - sportowiec przerywający taśmę na mecie.

Dobrze tak uciec w ten świat, schować się w nim, oddalić od codzienności. Jakby obmyć się z trosk, nabrać nowych sił, uporządkować wewnętrznie i tęsknić doń później, aż do następnego powrotu. I wracać często... Pozostać jednak na stałe nie sposób, wędkarstwo nie może być przecież całą treścią życia, lecz tylko jedną z tych przypraw, które nadają mu smak...

Chwile szczęścia przeżywa się pełniej, gdy są z kimś dzielone. Zwielokrotniają się one, kiedy ma się dobrego towarzysza wyprawy. Stają się wspólnym udziałem. Chęć podzielenia się z kimś swoimi przeżyciami jest tak silna, że wielu kolegów bardzo lubi opowiadać wędkarskie przygody, i to wcale nie z potrzeby chwalenia się, tylko dzielenia się właśnie.

Pragnienie zapisu, utrwalenia w jakiś sposób tych wspaniałych, lecz jakże ulotnych chwil przeżywanych podczas wędkowania skłoniło mnie przed wieloma laty do prowadzenia notatek. Niekiedy były one bardzo zwięzłe, ograniczające się jedynie do samego zanotowania daty, pogody, łowiska, wyniku łowów i kilku jeszcze szczegółów. Z czasem jednak pod silnym wrażeniem zapisywałem coś więcej niż tylko sam przebieg wyprawy. I tak powstawały moje wędkarskie notatki.

Zachować czarowny obraz, uchwycić ten niepowtarzalny urok leśnych potoków, rzek i jezior. Utrwalić emocje polowania na zamieszkujące w nich ryby - taki miałem kiedyś zamiar. Czy wykonalny? Dziś wiem, że nie. Opisy łowisk, zanotowane zdarzenia, to tylko cząstka tego wspaniałego wędkarskiego świata, drobna, fragmentaryczna, niepełna...

Wybrałem spośród swoich zapisków relacje z tych łowów, które z jakiegoś powodu bardziej zapadły mi w pamięć. Część z nich, dotyczącą jednego tematu, opublikowałem wcześniej i tak powstały tomiki: „Zatrzymana chwila” (o jeziorach) oraz „Opowieści o pstrągach”. Pozostałe postanowiłem połączyć razem w ten tomik. Niektóre dotyczą czasów odległych, kiedy łowiono jeszcze na wędki bambusowe, inne są świeższej daty. W sumie jest to taki skrótowy przekrój przez moje wędkarskie półwiecze. Notatki pisałem na gorąco, w różnym czasie, są więc zapiskiem chwili. Do niektórych dopisałem współczesny komentarz.

Czytam dziś te wspomnienia i porównuję. Wędkarzy jest kilkakrotnie więcej niż wtedy, gdy zaczynałem. Wody się zmieniły i raczej są to zmiany niekorzystne. I ryb w nich jakby mniej. Zmieniły się przepisy dotyczące połowów - muszą być bardziej restrykcyjne, by chronić ryby przed nadmiernym wyławianiem. Doskonalszy sprzęt i większa wiedza pozwalają łowić skuteczniej. Informacje o łowiskach, metodach i rekordowych połowach rozchodzą się błyskawicznie. Parokilogramowe ryby nie robią już dziś takiego wrażenia, jak kiedyś – doskonały sprzęt pozwala wygrać z każdą rybą i obecne rekordy są już chyba nie do przekroczenia, większych ryb pewnie już nie ma. Te wielkie często są chronione i po złowieniu wracają do wody. Coraz częściej wędkarze wypuszczają złowione ryby, nie zależy im na przyniesieniu zdobyczy do domu - fotografia wystarcza jako trofeum. A różne „egzotyczne” niegdyś łowiska są dziś tak samo dostępne jak krajowe. No, prawie - kto chce, może wybrać się na norweskie fiordy na dorsze, halibuty i inne morskie ryby, łowić wielkie szczupaki w Szwecji czy Irlandii albo ryby łososiowate w krystalicznie czystych rzekach Słowenii czy Bośni. Albo wziąć udział w jeszcze bardziej egzotycznej wyprawie na innych kontynentach. To jest możliwe.

Wędkarstwo bardzo się zmieniło... Tylko czasu mam znaczniej mniej i nie wędkuję już sto dni w roku. Ale każda wyprawa cieszy mnie tak samo, jak kiedyś. Nie musi być egzotyczna.

Przeglądam te stare zapiski – coś chyba jednak udało mi się w nich uchwycić – może między wierszami? Chciałbym się właśnie tym czymś podzielić z innymi podobnie czującymi świat przyrody i wędkarstwo.

Drogi Czytelniku, jeżeli lubisz wędrówki z wędką, zasiadki na dużą rybę - odwołuję się do Twojej wyobraźni, niech ona domaluje resztę. Wyobraźnia maluje najdoskonalsze obrazy...

Lublin 2016


Andrzej Trembaczowski. Złoty węgorz. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Dariusz Dąbrowski - Metamorfozy





Dariusz Dąbrowski.
Urodził się 23.02. 1983 w Wysokiem Mazowieckiem na Podlasiu, pochodzi z niewielkiego miasteczka Ciechanowiec, absolwent Nauczycielskiego Kolegium Języków Obcych w Łomży oraz Uniwersytetu Warmińsko - Mazurskiego w Olsztynie na kierunku filologia germańska. Od siedmiu lat pracuje jako nauczyciel języka niemieckiego w Zespole Szkół Ogólnokształcących
i Zawodowych w Ciechanowcu oraz jako wychowawca w Internacie przy ZSOiZ. Obecnie zamieszkały w Białymstoku, żonaty.


Na drugi dzień zaraz po szkole razem z ojcem zawiesili kolorowy sznurek na płocie. Masztelakowa jak zwykle poprawiła po swojemu. Ojciec wykosił trawę przy drodze i wokół domu, matka grzebała przy kwiatach, a Piotruś miał później je podlać. Jeszcze wieczorem, gdy szedł nakarmić Szarego, widział jak się krzątała po podwórku. Przesadzała piwonie i floksy, a na sam koniec zmiotła schody. Im bliżej przyjścia, tym większe dawało się wyczuć zdenerwowanie. Dyrygowała ojcem i synem, jakby sami nie wiedzieli co mają robić. Ciągle przypominała, że nie co dzień odwiedza ich Matka Boska i wszystko ma być jak należy. „Jak by to wyglądało, że do naszego domu przychodzi sama Najświętsza Panienka, a my nieprzygotowani?!”, powtórzyła jeszcze cztery razy tego popołudnia.

Przez następne dni Piotruś i cała jego rodzina z samego rana przed rozejściem się do swoich obowiązków oraz wieczorem po skończonej pracy klęczeli przed obrazem Matki Boskiej. Odmawiali modlitwy i różańce. Matka Piotrusia przychodziła też w przerwie swoich zajęć. Piotruś zauważył, że jego ojciec niechętnie stawia się na modlitwy i robi to raczej żeby nie słuchać pretensji matki. Może nie chciał się z nią kłócić jak to było trzy lata temu? Podczas gdy ona i Piotruś głośno powtarzali litanie, on ledwie bezgłośnie poruszał ustami i tylko od czasu do czasu jakby z zamyślenia wyrywało mu się „módl się za nami”. A już najgorzej było wieczorami kiedy w domu zbierali się sąsiedzi. Siadali wokół obrazu z różańcami w palcach i głośno śpiewali. Wtedy Masztelak wychodził na pole do swoich upraw. Gładził dłońmi jeszcze zielone żyto, sprawdzał czy ziemia zbyt mocno nie wyschła lub po prostu siadał na miedzy, zwijał papierosa i patrzył na zachodzące słońce nad lasem. Mały Piotruś chętnie potowarzyszyłby swojemu ojcu w tej przechadzce, jednak matka nie dawała mu wyślizgnąć się z domu. „Jeszcze godzinka i polecisz. Coś taki niecierpliwy?”, często napominała matka syna. A on już nie mógł słuchać rechotu starych bab ze wsi, które jak jakieś manekiny kiwały się w przód i tył i powtarzały w kółko te same modlitwy. Powstrzymywał się żeby nie wybiec z domu, złapać ojca za rękę i pójść tak aż pod las, tam gdzie kończyło się ich pole.


Dariusz Dąbrowski. Metamorfozy. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2013




Paweł Tański - Mikrotony






Paweł Tański – ur. 22 lipca 1974 roku w Toruniu. Adiunkt w Zakładzie Antropologii Literatury i Edukacji Polonistycznej Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor książek: W cieniu poematu. Emigracyjna poezja Mariana Czuchnowskiego (2003), Tradycja i talent. Szkice o poezji emigracyjnej (2006), Sandały Hermesa. Szkice o poezji (2008),
Ja, motyl i inne szkice krytyczne (2010). Redaktor i współautor tomów: Marian Czuchnowski – kronikarz emigracyjnej codzienności (2002), Problematyka tekstu głosowo interpretowanego (I) (2004), Problematyka tekstu głosowo interpretowanego (II) (2006), Problematyka tekstu głosowo interpretowanego (III) (2010), Zajmuje się głównie problematyką kultury XX wieku
i współczesnej (tj. po roku 2000). Artykuły, rozprawy, szkice i recenzje publikował w wielu czasopismach i księgach zbiorowych. Wydał zbiory wierszy: Ukryty pod topolami (1997), Zdania z wiśni (2000), Baśnie, głosy, przedmioty (2001), Ogrody toruńskie (2007). Jego wiersze tłumaczono na język angielski, chiński, czeski i serbski. Stypendysta Marszałka Województwa Kujawsko – Pomorskiego w dziedzinie literatury w roku 2011.





* * *



w głosach kobiet znajdziesz ukojenie,
będziesz szedł przez las i znajdziesz mech,
zaśnij, syneczku, zaśnij, kochany, las to matka,
która cię pocałuje. będziesz krwawił, a ona zaśpiewa
i śpiewać będzie. powietrze w maju, niedziela,
centrum miasteczka, w którym stachura czyścił staw,
drzewa jak głosy kobiet, mostek,
matka idzie o kuli, chłopiec śpiewa,
biegnie jej na powitanie.
żona w sukience. w głosach najbliższych kobiet
znajdziesz mech, połóż na nim głowę, znajdziesz spokój,
blask na wodach czarnej rzeki; słońce zachodzi,

na wodach stawu światło poranka









* * *


układamy z traw
mowę popołudnia
głos kontemplacji
alfabet sensu
to nie mowa trawa
lecz mowa wędrowania
gdy trzymam w dłoni
dłoń
sześciolatka
patrz jaką fajną drogę wybrałem
mówi
i mknie

pod górę


30 lipca 2011 r.




* * *

spędzam teraz dni na placu zabaw
i w lesie
chłopiec ma czerwone spodenki
zieloną bluzkę
lepimy bałwany
z piasku
układamy z szyszek
sztukę współczesną
sztukę zrzucania igieł
z drzewa ciała
wrzucania igieł
w stóg siana
to będzie wyprawa we dwóch
pies namiot ognisko samochód
spędzamy teraz dni w lesie
układamy z igieł
sztukę

dzieciństwa


30 lipca 2011 r.


TAŃSKI Paweł. Mikrotony. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011




Teresa Wierzewska-Wilk - "Tydzień ważniejszy niż życie"


                  


Urodzona w Krakowie w 1945 roku. W 1976 roku wyjeżdża za mężem - nie za chlebem do Austrii, gdzie mieszka do dziś. Pierwsze lata w Wiedniu spędza wychowując dwójkę dzieci i pisząc im bajki. Pragnąc przybliżyć i umilić córkom mowę polską - pisze też wesołe wierszyki na przysłowia polskie o zwierzętach.
Z zawodu grafik.
Pisanie fascynowało ją zawsze, co wyrażało się np. rymowaniem zabawnych wierszy na wszystkie okazje, czyli imieniny, ślub i chrzciny. Dwa lata temu wydała w Krakowie książkę pod tytułem ” Słowne igraszki - imienne fraszki” zawierającą krótkie, pełne humoru wierszyki o imionach polskich.
Następny rozdział twórczości to książki typowo „ kobiece”.
Czekające na wydanie „4M” - Bardzo ciekawa opowieść o losach czterech kobiet - Polek:Moniki, Marii, Matyldy i Marty, które z powodu miłości do obcokrajowców opuściły kraj. Druga powieść „Kundle - czyli na miłość trzeba poczekać !” - porusza losy pokolenia jej córek, wyrosłych lub urodzonych poza Polską, ich problemy nie tylko z tożsamością narodową ale i sercowe.
I ostatnia z nich - ”Tydzień ważniejszy od życia”. Jest to ciekawa opowieść trzy - pokoleniowa o trudnych relacjach między matką a córką i jej skutkach psychicznych w dorosłym życiu, niosących za sobą uczucia zemsty, nienawiści i próby wybaczenia. Jest to też opowieść o miłości wielkiej, ale i bardzo trudnej...


"Tydzień ważniejszy niż życie" - Fragment



W drugim dniu zawarła znajomość z kucharką. Śniadanie podano typowo angielskie, czego nie przetrzymały smakowe zmysły Emilki. Postanowiła zaprzyjaźnić się z kucharką i przez to dostawać takie jedzenie na jakie miała ochotę. Okazało się to nie trudne. Kucharka jak i sprzątaczka lub szumnie powiedziawszy pokojówka pochodziły z pięknej wyspy na oceanie Indyjskim – Maurycius – i chętnie o swym pięknym rodzinnym kraju opowiadały. Emilka słuchała z zaciekawieniem i tym to sposobem zaskarbiła sobie miłość obu pań. Pokojówka Mary była Kreolką, a Zizi Hinduską. Opowiadały, że na ich wyspie żyją w totalnej zgodzie różne nacje i różne religie i nikomu to nie przeszkadza. Przyroda jest tak przepiękna,...
- Nasza wyspa to jak szmaragd na oceanie indyjskim, jest mała bo ma tylko prawie 2000 km kwadratowych, a mieszka na niej bardzo dużo ludzi, połowa to Hindusi, którzy przyjechali tu w dziewiętnastym wieku na plantacje trzciny cukrowej - mówiła Zizi.
- Ale jedna czwarta to Kreoli - wtrąciła Mary
- Tak, tak - kontynuowała Zizi - i jest jeszcze trochę muzułmanów, nie uważasz Emily, że świat od tej wyspy, powinien uczyć się tolerancji? U nas wszyscy żyją ze sobą w pełnej zgodzie. My tzn. moja rodzina, która żyje na Mauryciusie, jesteśmy chrześcijanami, a obok sąsiadka jest buddystką, a z drugiej strony Hindusi wyznający Hinduizmus. I wszyscy żyją w zgodzie i nikt nikomu nie ma za złe.
- A jakim językiem u was się mówi? - zapytała Emilka już bardzo zainteresowana.
- No wiesz, pierwsi przyszli na wyspę Holendrzy, i to oni nadali jej nazwę od księcia Luisa Maurica z Nassu. Potem przyszli Francuzi, którzy swą kulturą tak zawojowali wyspę, że do dzisiaj część jej mieszkańców posługuje się tym językiem. A reszta mówi po angielsku lub kreolsku, bo po Francuzach przyszli Anglicy. Można powiedzieć, że jedni wyspiarze zawojowali drugich. I byli tu bardzo długo. Wprawdzie wyspa otrzymała niezależność w 1968 roku, niemniej jednak premierem został z pochodzenia Hindus i jest bardzo popierany i szanowany przez swoich współmieszkańców wyspy, w 1992 ogłosił wyspę republiką. Jak widzisz dziewczyno z nieznanego północnego kraju, nasza wyspa jest oazą spokoju i radością dla oka. Ma przepiękne krajobrazy - zielono górzyste, ale także wspaniały ciepły klimat, cudowne plaże, kryształową szmaragdową wodę i koralowe rafy. Oprócz tego mieszkają tam ludzie pogodni, rozśpiewani i bardzo gościnni!
- No wiecie dziewczyny, zrobiłyście mi taki apetyt na wyspę, że pierwszy mój urlop to będzie właśnie tam! A poza tym jestem zdziwiona waszymi wiadomościami o kraju!
- A cóż w tym dziwnego, to wszystko wie każde dziecko, bo uczymy się o tym w szkole!

I tak w wielkiej przyjaźni z pokojóką i kucharką jak i jeszcze starszą panią minęło pół
roku przewidzianej wizy. Córka Lady Viktorii, też nienajmłodsza, a nosząca imię, jak łatwo się domyśleć - panującej im łaskawie królowej Elżbiety, zadowolona z Emilki zajęła się tą sprawą.
Tak więc, Lady Elizabeth mająca znajomości wszędzie, załatwiła dla Emilki przedłużenie wizy o rok.

I znów upłynął rok, na spacerach z Lady Wiktorią, rozmowach z nią i czytaniu.
Jeszcze starsza Lady interesowała się wszystkim, tak że pierwszym przykazaniem codziennym zaraz po śniadaniu było czytanie gazet jakie dostarczano. Potem czytanie książki, drugie śniadanie mała drzemka (czas wolny Emilki – godzinka) potem spacer po ogrodzie, obojętnie jaka pogoda.
Po obiedzie znowu drzemka, tym razem dłuższa - dwie do trzech godzin i Emilka mogła wybrać się do Londynu. Szofer podwoził ją limuzyną (stary piękny roys Lady) pod kolejkę, która potrzebowała pietnastu minut, by znaleść się w mieście.
Przeważnie latała po sklepach lub odwiedzała przyjaciół. Potem kolacja, znowu czytanie lub dyskusja i o 11 godzinie Lady szła wreszcie spać i Emilka miała czas dla siebie.
Lecz była tak zmęczona, że po paru telefonach do przyjaciół – zasypiała.
Aż któregoś dnia, Lady Victoria nie obudziła się poprostu ze snu.
Odbył się piękny pogrzeb z pompą i paradą, a Emilka została bez pracy.
Ale szczerze mówiąc, dość już miała Londynu i prac tam wykonywanych, więc postanowiła wyjechać. Nie bardzo wiedziała gdzie i zdecydowała się zostawić to losowi. Dotychczas, los jej dobrze podpowiadał, co potem się działo, to ona sama miała w tym niezły udział i losu za to winić nie mogła. Po wesołym pożegnaniu ze swymi przyjaciółmi, które urządzili dla niej Willi zwany Wilmą i George, po pożegnaniu z dziewczynami z Mauritiusa z zapewnieniem, że napewno tam kiedyś dotrze i odwiedzi ich rodziny - pojechała na lotnisko.
Siadła przed tablicą z odlotami samolotów i zaczęła się zastanawiać w jakim kierunku lecieć. Tęskniła za Polską, za Stenią, nawet za Matką, ale nie mogła tam jechać, nie mogła. Nie wiedziała co zastanie w domu, a nie chciała burzyć szczęścia Matki, już nie chciała. Tak więc gdzie?
- Dokąd to lecimy? - Emilka nie zareagowała, bo nie przypuszczała
że ten młody człowiek zwraca się do niej.
- W jakim języku mówisz? Nie dawał za wygraną, chłopak.
- Ja??? - ze zdziwieniem spytała Emilka.
- Ty, ty - najatrakcyjniejsza babka na 100 km! - zakomplemencił.
Emilka przyglądnęła mu się krytycznie. Nie miała ochoty na nowe znajomości. Chłopak był tak w jej wieku może starszy, może młodszy, ale niewiele, bardzo wysoki, szczupły i przystojny na swój sposób.
- A ty dokąd? – zapytała.
- Dobrze wychowane osoby, nie odpowiadają pytaniem na pytanie, ale za bardzo mi się podobasz, abym chciał cię spłoszyć, więc grzecznie ci odpowiem - jestem Austriakiem, lecę teraz do Wiednia do mojej rodziny.
- A ja jestem Polką i nie mam pojęcia gdzie lecieć, jednego jestem pewna, chcę opuścić Londyn.
- A co masz dość jedzenia frytek z rybą z gazety, czy tych ciągłych wiatrów, mgły i deszczu?
- To akurat mi wcale nie przeszkadzało, a rzadko się zdarzało, abym jadła fish and chips.
- To co cię stąd wygania?
- Powiedzmy, osobiste problemy.
- To leć ze mną! Pomogę ci w Wiedniu, mój stary jest właścicielem Agencji reklamowej, napewno coś dla ciebie znajdzie.
- No, nie wiem, nie znam cię.
- Nazywam się. Kurt Zimmermayer...
- Bardzo mi miło, a ja - i tu Emilka się przedstawiła - ale nie znam niemieckiego!
- Nieszkodzi, nauczysz się, jesteś młoda, a po angielsku mówisz świetnie!
- No nie wiem.... jeszcze się wachała.
- Nie ma co się zastanawiać - idziemy kupić bilet - było jeszcze kilka, kiedy kupowałem - tylko godzina do odlotu, nie zastanawiaj się dziewczyno!
Emilka wstała i poszła za młodym mężczyzną. Co mi zależy, myślała, jak nie będzie mi się podobać to zawsze mogę jechać gdzieś indziej.
Rozdział siódmy – Wiedeń

Bilety jeszcze były. Mieli szczęście. Chłopak chciał koniecznie siedzieć koło niej w samolocie, jednak to się nie udało, bo żaden z pasażerów nie chciał sią przesiąść.
Umówili się po wyjściu z samolotu. Stał tam i czekał na nią. Już razem poszli po jego bagaż, a potem do garażu na lotnisku gdzie Kurt miał zaparkowany swój samochód.
Oczywiście sportowe BMW – jakże by inaczej zaśmiała się w duchu Emilka.
- Gdzie mam cię podwieść? – spytał Kurt.
- Nie mam pojęcia, ty znasz Wiedeń, to zabierz mnie do jakiegoś porządnego hotelu w śródmieściu.
- Do Sachera?
- Wprawdzie nie znam Wiednia, ale o tym hotelu słyszałam, nie jestem książniczką.
- Ale dla mnie jesteś – przerwał jej Kurt.
- No dobrze, jeśli tak uważasz, ale wolałabym jakiś nie tak luksusowy, wystarczy dobry.
- Dobrze.
Pojechali do samego śródmieścia. Emilka podziwiała wszystkie wspaniałe budowle,
które mijali po drodze. Zjechali z Ringu koło opery, potem koło hotelu Sacher i na placu Nowy Rynek zatrzymali się przed hotelem „Europa”.
- Chodź, spytamy czy mają pokoje – powiedział do niej Kurt.
Były. Wzięła swój bagaż i poszła do pokoju. Pomachała tylko ręką na pożegnanie Kurtowi i zniknęła w windzie. Umyła się w pokoju i wyruszyła na miasto. Wiedeń bardzo jej się spodobał. Jak narazie radziła sobie dobrze, bo wielu młodych ludzi znało angielski.
Gdy na drugi dzień siedziała przy śniadaniu, oglądając ulicę, jedną z najładniejszych ulic Wiednia, na którą to wychodziły okna restauracji – Kärtnerstraße, do jej stolika przysiadł się Kurt.
- Dzień dobry jak się spało? – zapytał ją
- Dziękuję dobrze, a co tu robisz o tej porze?
- Jak to co? Obiecałem się Tobą zająć w Wiedniu, nie pamiętasz?
- Pamiętam, tylko nie myślałam, że bierzesz to tak poważnie!
- Jak najpoważniej i chciałem cię zaprosić do moich rodziców na kolację
- Na kiedy?
- Na dzisiaj!
- Jesteś można powiedzieć szybki Bill – powiedziała, niby z podziwem Emilka
- Nie, tylko muszę się przyznać, że bardzo mi na Tobie zależy.
- Ok, ale dlaczego zaraz rodzinne pielesze, chyba nie zamierzasz mi się oświadczyć znając mnie zaledwie dobę?
- Mówiłem ci przecież, że mój ojciec ma firmę i może pomóc!
- A ty nie powinieneś być w pracy?
- Wiesz ja mam też firmę, ale jest ona jednoosobowa, i jak mi się nie chce pracować, to się zwalniam u siebie.
- Bardzo praktyczne, ale jak nie pracujesz, to nie masz pieniędzy, czyż nie?
- No niby tak, ale mój tatko ma ich tyle, że może się podzielić z pierworodym nie?
- Masz rodzeństwo?
- Tak siostrę.
- I co ona robi?
- Jest lekarzem, ale na stażu i jeszcze też mieszka w domu, to co przyjdziesz?
- Ok, jestem ci to winna, w sumie przytargałeś mnie do tego Wiednia, to też odpowiadasz za mnie nie?
- A co nie podoba ci się tutaj?
- Wręcz przeciwnie, jestem oczarowana miastem. I właśnie zaraz się wybieram na zwiedzanie.
- Ok, to do wieczora, czekaj na mnie o szóstrej przed hotelem, bo tu trudno o parking.
- Dobrze.
Pożegnali się i Emilka wyruszyła na miasto. Poszła Kärtnerstrasse do Placu Stefana, obejrzała Katedrę Stefana, potem przez Graben, koło pomnika zadżumionych i dalej przeszła przez Hofburg na Ring do Muzeów. Dalej Parlament, Ratusz i wróciła koło Burgtheater na stare miasto. Kupiła sobie śliczną sukienkę na wieczór. Poszła do hotelu, umyła włosy, wysuszyła i już śliczna, świeża i gotowa czekała na Kurta.
Był punktualnie o szóstej i pojechali do 14 dzielnicy, na jej obrzeża, gdzie prawie w lasku wiedeńskim stały piękne domki w ogrodach. Zatrzymali się na końcu uliczki.
Rodzice Kurta mieszkali w ładnym starym domu jednorodzinnym, zbudowanym w secesyjnym stylu - porośniętym dzikim winem. Oprócz Kurta, rodziców, lokatorką była siostra Kurta - Leopoldyna. Rodzice byli starszymi miłymi ludźmi – matka typowa Hausfrau, ojciec bardzo przystojny szpakowaty pan, a siostra 28 – letnią podobną do matki dziewczyną.
Kolacja była na ciepło, matka miała do dyspozycji starą gosposię, która można powiedzieć należała do „inwentarza”.
Oczywiście, wszyscy byli Emilki bardzo ciekawi i pytaniom nie było końca.
Opowiedziała, że wyjechała do rodziny matki do Los Angeles i pracowała tam jako menadżer, aktorów hollywood – skich, ale oczywiście nie przyznała się, dlaczego opuściła rodzinę w Polsce jak i w Ameryce. Zmyśliła natomiast, że miała w planie zrobić sobie tylko wakacje w Kalifornii, a na studia wrócić do kraju, że praca tam bardzo jej się spodobała i postanowiła zostać jeszcze rok, a gdy już chciała wracać, to w Polsce ogłoszono stan wojenny i nie mogła, czy nie chciała wrócić. Ale postanowiła przyjechać do Europy, by być bliżej kraju. Najpierw wylądowała w Londynie, bo dobrze zna angielski. Tam trochę popracowała, ale nie taki charakter pracy ją interesuje. Jest kreatywna, zdolna i chciałaby do czegoś dojść, a w Londynie nie było to możliwe. Dlatego też zdecydowała się po namowach Kurta przyjechać do Austrii, chociaż nie zna języka. itd.
Nie, nie zna dobrze niemieckiego, ale bardzo chciała by się nauczyć, znaleść pracę
by móc utrzymywać się sama, a nie korzystać z karty kredytowej swojej rodziny.
- Jeżeli nie chcesz korzystać z karty, tylko sama zarobić na swe utrzymanie, to nie powinnaś mieszkać w tak drogim hotelu – powiedział ojciec Kurta.
Stwierdzenie to zdenerwowało i zraziło do ojca chłopaka, chociaż w duchu musiała mu przyznać racją, ale co się pcha z takimi uwagami na wstępie – myślała Emilka, ale na ustach miała piękny uśmiech.

Z matką porozumienie było marne, tylko za pomocą tych paru słów niemieckich, co Emilka znała, a to było mało. Matka niestety nie mówiła - w przeciwieństwie do reszty rodziny - po angielsku. A w tym właśnie języku przebiegała konwersacja ze względu na Emilkę.
- Jesteś miłą, sympatyczną dziewczyną i chętnie ci pomogę – powiedział ojciec Kurta, Stefan - jestem właścicielem dość dużej agencji reklamowej, która ma powiązania z Amerykanami. Twoja perfekcyjna znajomość angielskiego, do tego polski i rosyjski, języki z którymi należy wiązać przyszłość, bo nasze rynki zawężają się i należy przyszłych klientów szukać tam właśnie – predysponuje Cię do pracy u mnie. Mogę przyjąć Cię do nas na razie jako kontaktera z Amerykanami i posłać na kurs niemieckiego - mam takie możliwości.
- A zamieszkać możesz u nas, mamy pokój gościnny z małą łazieneczką – wtrącił Kurt.
- Nie wiem poprostu, jak Państwu dziękować - tak się cieszę – bardzo, bardzo dziękuję – to rozwiązuje wszystkie moje problemy - a za pokój będę oczywiście płacić.
- No, jakoś się dogadamy nie ma sprawy.








Tomasz Pułka - urodzony 21 czerwca 1988 roku, mieszka w Rudniku k. Myślenic, uczy się w IX LO w Krakowie. Interesuje się sobą, ponadto: czyta, śpi, kocha swoją szkołę i swoją Aleksandrę, je. Publikował gdzieś tam, wygrał coś tam, nie umie o sobie pisać, woli pisać wiersze.
"Rewers" to jego debiut książkowy.

Kilka wierszy z debiutanckiego tomiku:



bez filtra

te hasła nie otwierają żadnych drzwi przeciwnie
zapalają zielony neon exit i trzeba wyjść
z ciebie siebie nie rozumiem chciałbym pisać
szeptem kobiecą mruczanką jakąś delikatną nutą
wieszać cię na czwartej linii od góry i zbierać
mak językiem pamiętasz jak to było drożały lizaki
wujek bawił się w złodzieja nie ufaliśmy piosenkom
edyty i książkom jerzego a teraz tylko mgły centymetr
igra z ogniem leci sobie w kulki taki jest plan



Wiersz o podglądaniu

zbyt wielu ludzi w tym mieście ma ciemne włosy,
to takie polskie. mieszkanie na trzecim piętrze,
drzwi pilnuje judasz, na klatce dzieci grają
w kapsle. w każdą noc przed losowaniem lotto
jest spakowany. czeka, albo pije ciepłą wódkę

jeszcze nigdy nic nie wygrał. potrafi za to
łamać chronologię dni, spluwać na przechodniów,
zasypiać na stojąco. tyle doświadczenia, a tak
kiepskie kwalifikacje. sąsiad to przynajmniej
pisze listy do prezydenta, ogląda obrady sejmu

wie co się dzieje na świecie. a tymczasem świat
jest schowany w paczce po klubowych, w gazecie
ze zdjęciem córki. młoda, zdolna pani doktor,
dobrze że ma się choć taką pociechę gdy jedyny
pewnik to palacz w kotłowni, bo telewizor kłamie.

czasem jest wieczór, a czasem pisze na okładkach
książek: dzisiaj nie widać już nawet samolotów,
kości Hanki są cienkie jak światło elektryczne,
mam gorzki oddech, szczekają psy.





kilka słów o mówieniu przez sen

To wyszło z rozmów i grudek ziemi między listami. Z problemów
ze znalezieniem pierwszego słowa. Powinno błyszczeć, a pachnie
jaśminem? Cóż - tyle dróg, a każda niewłaściwa, jak kierunki
wyznaczone przez krzyż wiszący nad łóżkiem. Performance znaków

tańczących na talerzu. I my po przeciwległych krańcach obrazu,
tak znikają wieczory. Mieszają się z farbą, ściekają wprost
w usta. Połknij, zapomnij, odwróć się na pięcie

nie wracaj do domu.





Didaskalia (rallentando)

Zmień obiektyw, trzeba będzie popatrzeć od spodu,
to nie jest takie proste, jakim mogłoby się zdawać,
gdybyś miał latawiec, a nie dwie małe rączki. Tam,
albo i tędy; kierunki nie są wytyczną drogi, najwyżej
podprowadzeniem pod temat, sentymentalnym
wydźwiękiem tamtej drużyny. Co z ciebie za odłamek,
skoro nie pamiętasz? Skoro dobrze wiesz, że mimo tej
ściany, wciąż gonimy cienie. Ty lubisz ruch, ja wcale
nie jestem wybredny, zniesmaczony, starczy porządna

parabola, parabellum, albo choćby złoty strzał
uśmiechem. Drastyczne prędkości przesuwające
przedmioty i jeszcze kilkadziesiąt zgrzebnych słów
na "p"; na przykład poziomka zamiast pistoletowej
kuli, roztańczone sztormy czyli zmysły drgają pod
wpływem przypływu zepsucia, uśmiechnięty rój

łyżeczek, weź jedną, wydłubiemy ci oko. To takie
żarty, nie bój się, przecież nie będę gryzł, ledwie
mogę zjeść jabłuszko. Ta gra będzie grą, jeśli
postawisz mi obiad, a ja znajdę w rozkładzie
pociągów jeden żywy organ.



zwykłym

Był taki dzień po którym ślizgaliśmy się jak ważki
po brzuchu Adriany Sklenaříkovej (najdłuższe nogi
lub najdłuższa droga) Pytałaś mnie o moje fascynacje
urodą czeskich modelek które złocą się w pilsnerze
nie zważając na własne zdrowie Liczy się kompozycja
jaką osiągają chmury zaraz po zgaszeniu gwiazdy
co najmniej formatu Andrija Szewczenki Tak się topi
w słowach tak moczy się nogi w ujściu źrenicy gdzie

jadę wspomagać twój trzeci dzień bez znieczulenia
jest nadzieja że poprawi mu się zaraz po wniesieniu
kwiatów albo po zdjęciu zrobionym przez zagięty
łokieć Tu nie wolno palić listów bo woźna pilnuje
drzwi nadzoruje przepływ kurzu choć mamy marzec
dochodzący do perfekcji w przycinaniu palców i nic
z tego nie wiadomo bo wszyscy mówią i mówią a
przecież jutro będzie wtedy i tylko wtedy

piłaś ze mną czarną kawę a to potrafi przygasić
przestrzeń Zobacz: wabię przygodę krzyczę na rekiny
i wyjmuję ości z twoich warg brudząc pęsetę Wiesz
jak to jest gdy człowieka budzi krzyk Te nakłucia są
konieczne jak to że masz prześcieradło na biodrach

Drzesz się





Tomasz Pułka - Rewers Mamiko, 2006





Hanna Maria Jaworska - Portfolio






Hanna Maria Jaworska (właściwe Małgorzata Pauch)

Emocjonalnie i zawodowo związana z Uniwersytetem imienia Adama Mickiewicza, którego była studentką, by później wykładać język polski dla obcokrajowców.
Od zawsze dynamiczna, wielokierunkowa: gra na pianinie, zna języki obce, była stypendystką programu Sokrates – Erasmus. Pomieszkiwała we Włoszech i w Niemczech, kilka razy odwiedziła rodzinę w Nowym Jorku. W różnych zakątkach świata zawsze widywana z książką lub luźnymi kartkami, zapisanymi jej wierszami. Chyba najmądrzejsze, co usłyszała, to słowa, że „jedni oceniają książkę po okładce, drudzy wierzą krytykom, a tylko nieliczni mają odwagę sami przeczytać treść”.



tajemnica

odebrałam
dziwna sytuacja
na wakacjach
siedział
zbyt blisko
niespodziewanie jej głos
efemeryczny jak trzepot
motylich skrzydeł
są dni
kiedy myślę
że to zdarzenie
nic nie zmieniło
rzemień kaganiec klosz
czy baranek
zjadł różę
to ważne
od tego
zależy
nastrój gwiazd



horror z vacui

w greckim mieście
rozegrał się dramat
bo filozof skłamał
że natura lubi próżnię

nimfomanki mają tendencję
do możliwie
maksymalnego
wykorzystania
wolnej przestrzeni

są niedookreślone
nieschematyczne
czasami
z rzadka
odczuwają potrzebę konkretyzacji


Hanna Maria Jaworska."Portfolio". Nowa Ruda: MaMiko, 2015






MACIEJ NOWAKOWSKI

Baie Dankie, Afryko


(ur. 1965), lekarz medycyny, wyemigrował do Republiki Południowej Afryki.
Przez kilka lat pracował w szpitalu, który zgodnie z zasadami apartheidu leczył murzyńskich mieszkańców
w prowincji Natal, będącej w tym czasie centrum południowoafrykańskiej wojny domowej. W połowie lat
90-tych przeniósł się do Stanów Zjednoczonych i obecnie jest lekarzem, praktykującym w małym mieście w stanie Nebraska. Jego debiut „Baie Dankie, Afryko” jest fikcją literacką opartą na przeżyciach w Republice Południowej Afryki.


8.
    Lisa Hausman była Niemką z Hamburga i już po piętnastominutowej z nią rozmowie, zaczynałeś sobie zdawać sprawę, że jest w stanie porwać mężczyznę do miłości. Różniła się na korzyść od swoich pobratymców, na ogół przecież solidnych i bez kompleksów, rzetelnie pracujących aż do osiągnięcia upragnionej „Deutsche Muede”. Ona stanowiła sobą więcej niż dobrze naoliwiona niemiecka maszyna, więcej niż wiertarka Boscha i dobrze wybrukowana ulica Berlina...
    Wiele volkswagenów jeździ po świecie, a ich właściciele rozpływają się w pochwałach ich niezawodności i prostoty. Prostota opli sprawia, że zawsze znajdują się klienci zach-walający solidność ich stalowej blachy. Nawet plastykowe trabanty mają ciągle swoje fan-kluby; tabuny Ossis wyruszają kawalkadami mydelniczek do Tunezji, dumni, że w śródziemnomorskim upale rdza nie zjada ich karoserii.
    Lisa nie była trabantem ani volkswagenem jettą. Nie była oplem askoną, audi ani nawet mercedesem. Kiedy przejeżdżała cicho obok albo miękko naciskając na hamulce, parkowała na chwilę w twoim „drivewayu”, kilka spojrzeń i krótka rozmowa wystarczyły do sformułowania twojej o niej opinii: Lisa była porsche carrerą.

9.
    Niełatwa jest miłość międzynarodowa, jeszcze trudniejsza jest miłość polsko-niemiecka.
    Nie uciekniesz, bracie, historii; Bismarck ukaże ci się w najmniej pożądanych momentach i spoglądając surowo przez monokl w złotej oprawie, przypomni ci, że słowa „Slave” i „Sklave” podobnie brzmią i podobne mają znaczenie.
    Trudne było moje uczucie do Lisy. Afekt, jakim darzył ją Valachy, był też niełatwy, ale przyczyny jego dramatu były inne i opowiem o nich później.
    Kiedy zakochałem się w Lisie, pragnąłem podzielić się moim uczuciem z przyjaciółmi i poznać ich rady i opinie.
    Kiedy próbowałem wybadać Grzesiuka, co myśli o związku Polaka z Niemką, zaczął wygłaszać mi swoje teorie, wypracowane podczas uciążliwych lat pracy na oddziałach urologicznych w Lublinie, kiedy to gnębiono go w polskim piekle medycznym. Pasją Grzesiuka była historiozofia, a jego widzenie świata miało pewne zabarwienie faszystowskie połączone z wpajanym mu przez lata słowiańskim poczuciem niższości.(...)






Magdalena Lange - Lata po mnie rzeczywistość





Magdalena Lange, podróżuje po drogach, słowach, obrazach, cieszy ją przestrzeń, jazda samochodem, literatura, rozmowa i czerwone wino. Pisze.



pardon, pardon,
donica pęka
i długie wiotkie ramiona łapią ziemię,
za słowa, słowa
przepraszam,
gesty i tak piach zasypie.



Znaleziony bumerang zawsze zaskakuje,
nie przyjął go przemarzły asfalt,
gdy ciepło jego ginęło wstecz,
Rzucający się nie wrócił.



Grawitacja szpitalnej posadzki
zbiera ostre światło.
poplon zamienia sztywną biel
w miękką ciszę.
jak długo przez jak często
dyfrakcja strumienia następować będzie.



Magadalena Lange. Lata po mnie rzeczywistość. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016



Powrót

blekitne.jpg
Janusz L. Sobolewski

misja_mini.jpg
„Misja <Papieskiej Róży>”



Janusz L. Sobolewski, urodzony w 1954 r. w Lęborku, z wykształcenia "menedżer" po Wydziale Organizacji i Zarządzania Przemysłem AGH w Krakowie (1981). Dziennikarz, reporter.

Od września 1997: dziennikarz niezależny
1981 - 1997: dziennikarz w "Dzienniku Polskim", "Życiu Literackim", "Wieściach", "Gazecie Krakowskiej", "Faktach".

Publikacje we wszystkich ważniejszych tytułach prasowych.
Wyróżnienie w konkursie na reportaż "Trybuny Opolskiej" (1989)
Nagroda w konkursie "Prawa i Życia" (1988)
Nagroda w konkursie "Przeglądu Tygodniowego" (1987)
Wyróżnienie i nagroda w konkursach "Magazynu Hutniczego" (1987)
Nagroda Główna Wojewody Zamojskiego za reportaż o problemach Zamojszczyzny (1986)
Pierwsza nagroda w konkursie reporterskim "Kontaktów" (1984)
Wyróżnienie w konkursie "Pejzaże wiejskie" tygodnika "Nowa Wieś" (1984)
Wyróżnienie w konkursie im. F. Gila (1982)
Pierwsza nagroda w konkursie "Prowincja '81" miesięcznika "Przemiany" (1981)
Wyróżnienie w Turnieju Reporterów "ITD" (1979)
Nagroda spec. w ogólnop. konkursie o współczesnych problemach Kaszub i Kociewia (1978).

Publikacje reportaży w zbiorkach współautorskich:
"Gorycz i czar wspomnień" [w:] "Sposób na życie", Warszawa 1989, Wydawnictwo Spółdzielcze
"Sprinter, czyli scenariusz biegu krótkiego" [w:] "Bez retuszu", Kraków 1989, KAW
"Prośba Pyzików", "Czepianie się fraka" [w:] "Drugi bieg sztafety", Warszawa 1988, IWZZ
"Kucharz" [w:] "Bez dystansu II - Niepokorni", Warszawa 1987, IWZZ
"Prestiż w poniewierce" [w:] "Bez dystansu", Warszawa 1986, IWZZ.


„Misja <Papieskiej Róży>” to powieść z pogranicza literatury faktu i political fiction. To powieść akcji z ważką fabułą, ekscytująca, dobrze napisana, oparta na autentycznych wydarzeniach, nie ustępująca w niczym światowym bestsellerom tego gatunku. Szeroki czytelnik znajdzie w niej sensację i wzruszenie.








Marek Pacukiewicz - "Budowa autostrady"






Marek Pacukiewicz – ur. w 1978 r. Kulturoznawca, autor książki Dyskurs antropologiczny w pisarstwie Josepha Conrada; w przygotowaniu Grań kultury. Transgresje alpinizmu. Wiersze i prozę publikował m. in. w „Kreasach”, „FA-arcie”, „Studium”.
W 2011 r. za tomik Budowa autostrady otrzymał wyróżnienie w XVII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina.




TABULA

Pamiętaj, nigdy nie wiesz
Kiedy znajdziesz się w kraju poety.

Po wojnie planowano nawet przenieść tu centrum miasta
Teraz znajdujemy się jednak na zadupiu

Zapomniany bilbord pozostał daleko od uczęszczanych tras
Już dawno niczego nie reklamował, choć przecież kiedyś dużo się na nim działo

Kształtne części ciał opiewały aktywne cząstki życia
Kolorowe cienie przynosiły wieści z odległych utopii

Życie wycofało się stąd jednak. Obrazy powróciły do swych siedzib
Warstwy szarego papieru zdrewniały, płyta pilśniowa powoli wrasta w mur

Poddawana erozji, nieczuła milczy na temat swych mocodawców
Pozostał tylko artefakt o nieznanym przeznaczeniu, skamieniały cień

A może jednak chce nam coś powiedzieć?
Że to milczenie jest przeznaczeniem głębi wywiedzionej z przedmiotu?

A pamięć to tylko przedmiot wypłukany z treści?
Może właśnie w ten sposób opadają zasłony?

Jeżeli więc kiedyś tu trafisz, pamiętaj:
Nie wierz nigdy poecie.


SZCZĄTKI

Kim będę, jeśli odnajdą mnie
kiedyś w tym miejscu
podczas budowy autostrady
archeolodzy przyszłości?
O czym powie im treść
żołądka? Czy kształt czaszki
będzie znaczący? Znajdą mnie
na śmietniku czy na cmentarzu?
Będą to szczątki
wymagające rekonstrukcji,
a może kompletna narracja
przemieniona w minerał?
A potem? Pokroją mnie,
wystawią w gablocie,
pochowają? Prace rozpoczęto
już dawno, a jednak
na razie nie znaleziono
nikogo, nie wiem więc,
czy mogę domagać się
odnalezienia w przyszłości,
skoro dzisiejsza ziemia
dostarcza tak mało.
I skąd ta pewność, że linia
budowy doczeka się realizacji
i połączy z sobą dwa mgliste,
obce sobie plany
łańcuchem przyczynowo-skutkowym
odległego pokrewieństwa.
Na razie, pośród przyszłych ruin,
na placu budowy, nie wiem nawet
z którą z przeplecionych w tej perspektywie
warstw powinienem się identyfikować.
Być może przyszli badacze autostrad
zaklasyfikują mnie po prostu w poczet
budowniczych autostrad. Na razie
to ja jestem w lepszej sytuacji:
wiem o nich więcej
niż oni o mnie.


ARTERIE

Rozmnożone żyły przetaczają drogocenne ładunki
z miejsca na miejsce – przeznaczeniem
jest żywotność układu. Nie wszystkie części
są sprawne, czasami wycieka skądś płyn
grożąc budynkom, niszcząc okoliczne pola,
na szczęście wzrost temperatury przyspiesza
osuszanie asfaltu. Tlen powoli wypełnia tunele
zabezpieczone na wypadek pożaru, dzięki czemu
produkty spożywcze i surowce naturalne
nieustannie krążąc w końcu dotrą nawet
w najodleglejsze rejony.
Pusty śmiech ogarnia
na widok tej taniej podróbki
tablicy anatomicznej: bajpasy, okrężnice,
zaślepione (na razie) wyloty tras, które
naiwnie ilustrują życie. A jednak linie
wzbierają kolorem. Pozbawione powiek
gałki oczne patrzą uważnie. I gdzieś
zaczyna nieść cię to niczyje spojrzenie,
chociaż dobrze wiesz, że zakorkowane arterie
przenoszą tylko piasek a ślepy ruch
omija porzucone ciało.


OPIS AUTOSTRADY

– Gdzie jedziesz? Dokąd się wybierasz?
– Kiedy nocą wyjeżdżasz
na nieoświetloną autostradę,
reflektory zamiast drogi
podświetlają wijącą się nad asfaltem
mgłę. – Kiedy wjeżdżasz
do kolejnych miast i kluczysz
objazdami naprędce sztukowanymi
na życzenie wybiegających w przyszłość
arterii łączących z sobą coraz szybciej,
coraz więcej, zaczynasz
wierzyć w powtarzalność
opustoszałego świata. – Kiedy
mrużysz zmęczone oczy, ciemnieje
wsteczne lusterko i gubi gdzieś
przeczuwaną po bokach przeszłość,
tak jakbyś naprawdę był tylko
bezwładną masą w tym
panteistycznym równaniu na prędkość.
– Kiedy wypatrujesz innych świateł
(„chatynki na skraju lasu”,
„odblasku na słupkach zliczających dystans”,
chociażby „tautologii świateł pozycyjnych”),
czasami niebezpiecznie znosi cię
na pobocze albo lekko wypycha
ku osi jezdni, ale nie stanowisz
większego zagrożenia, twoja obecność
tutaj, na każdym kilometrze, jest
niedostrzegalna, być może z racji swej
przypadkowości – może być przecież
i tak, że po prostu źle skręciłeś
na którymś skrzyżowaniu, zjechałeś nie tak
na rondzie i jedziesz teraz w zupełnie mylnym,
przeciwnym tobie kierunku nawet o tym
nie wiedząc. – Kiedy samochody
wokół ciebie nieruchomieją
uspokojone twoim pędem,
dochodzi cię gwar wskazówek
wnikliwie opisujących twoją sytuację
i miejsce, w którym się teraz znajdujesz:
– „Skąd wracasz?”, „Kim jesteś?”
– mijasz kolejne zjazdy, nie potrafiąc zdecydować,
który wybrać lub decydując za późno.


Marek PACUKIEWICZ. Budowa autostrady. Nowa Ruda : MaMiKo, 2012





Piotr Stankiewicz - "Elementarz"






Piotr Stankiewicz, urodził się w 1983 roku. Mieszka pod Warszawą, tęskni za żeglarstwem. Nie pije. Pisze.



Impresja

wschód słońca
wybieg wyobraźni

rzadka chwila kiedy do oczu
zniża się gwiazda

oto – ­­mówię wesoło –
teraz jesteśmy równi sobie

ja już nie taki maleńki
ona nie niedosiężna

przechadzam się z nią pod rękę
przyglądam się ciekawie

a potem zamykam oczy
stajemy twarzą w twarz

i karmię się gwiazdą




Widzenie z malowidłem

błądząc w labiryntach Kapadocji
spotkałem Chrystusa na tureckim kazaniu
i na turecką modłę

przebitego w sercu skały
w jaskini-świątyni
z zaczynu epoki
z której nie zostało już nic

Panie Boże! – najdawniejszy i karygłodny
Pantokratorze nic niemogący

wiara będzie trwać dotąd
dopóki nie zetrą cię z ciemnej ściany
błyski fleszy

a więc niedługo

jak zagubiony w katakumbie Tomasz
wyciągam dłoń uzbrojoną w Nikona
i przykładam rękę




Most Brooklyński

nad East River w obcozwańczej stolicy
która widziała już wszystko
i której nikt nie zdziwi
dotarłem wygodnie
bez cienia potu na czole
samolotem kilka przystanków metrem

nie przyszedłem sam
przeciwnie jestem jednym z bardzo wielu
roztopiony w dziesięciu milionach Latynosów Chińczyków i Włochów

z których każdy wiedzie tutaj za nos
swoją pamięć i swoją niepamięć
cały swój świat
pod nieskończone przęsło

Amerykanie wzruszają na to ramionami
nie mają pojęcia
a mają siłę nie mieć



Stankiewicz Piotr. Elementarz. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2013.



Tom „Elementarz”. Opinie.


Karol Maliszewski

Stankiewicz pisze tak, jakby rewolucji w języku poetyckim ostatnich dwóch dekad nie było. Jakby tego typu rewolucje wcale nie były potrzebne, a istota poezji pozostała klarowna i niezmienna. Czystość i jasność to główne cechy wiedzionego przezeń monologu. Jest w tym szacunek dla odbiorcy zatracającego się w ideowym i artystycznym chaosie współczesności, coś w rodzaju podania ręki i wyprowadzenia z ciemności. Na szczęście tej prostocie udaje się nie osunąć w banał i nie popaść w dydaktyzm.

Józef Baran

Uważam, że zbiorek "Elementarz" (na razie w maszynopisie) Piotra Stankiewicza jest wart publikacji, a autor staje się coraz bardziej rozróżnialny w tłumie początkujących poetów. Przede wszystkim nie rozrzuca bezmyślnie słów na wiatr, w najlepszych utworach ma pomysły (co jest rzadkie w dzisiejszej młodej poezji), trzyma się konkretu, a równocześnie nie rezygnuje z refleksji. Intelektualny tok wiersza, uporządkowanie, kondensacja wyrazu mogłyby być zbyt monotonne, gdyby młody poeta nie przerzucał akcji wierszy to tu, to tam, nasycając je - egzotycznym dla nas - lokalnym kolorytem zwiedzanych miast i miejsc.
Jestem za, choć proponowałbym usunąć parę mało wyrazistych i na mój gust zbyt abstrakcyjnych wierszy.



Leszek Żuliński

Skomponowany przez Piotra Stankiewicza tomik pt. Elementarz byłby jego debiutem książkowym. Autor pisze od wielu lat, wiersze publikował w prasie, otrzymywały one liczne wyróżnienia na konkursach poetyckich itd. Ta inicjacja książkowa mogłaby – moim zdaniem – mieć miejsce już dużo wcześniej, więc dobrze, że autor w końcu doprowadził jej projekt do finału.
To bardzo solidna i dojrzała propozycja. Stankiewicz ma jasny styl, jest komunikatywny i powściągliwy w środkach wyrazu, waży słowa, nie popada w pułapki typowe dla debiutantów i umie panować nad żywiołem języka. Dzięki temu warsztat jego twórczości nie budzi uwag krytycznych, raczej imponuje swoją klarownością.
Najistotniejsze jest jednak to, że Stankiewicz ma w swoich wierszach sporo do powiedzenia. Jest wyczulony na liryzm, dzięki któremu w końcu poezja istnieje, ale równoważy tę cechę z baczną obserwacją świata i wmyślaniem się w to wszystko, co frapuje ludzi wrażliwych. Innymi słowy mówiąc, sądzę, że są to wiersze spostrzegawcze i myślące; ich ciężar refleksyjny jest intrygujący, zaskakujący wieloma wnikliwymi spostrzeżeniami. To cenny przymiot współczesnej poezji: ona nie tylko ma nas wzruszać, zapewne bardziej zmuszać. Do czego? Do myślenia nad zwyczajną fakturą codzienności, w której poeta odkrywa sensy ukryte, dodatkowe i nowe... Tak właśnie się tu dzieje.
Dlatego polecam ten tomik do druku; w przekonaniu, że nowa poezja i nowy autor wpiszą się w dorobek poetycki naszego czasu dobrym, osobnym i rozpoznawalnym walorem.



Kazimierz Rink

...bez wahań, Panie Piotrze - książka może z powodzeniem trafić do drukarni i wydawnictwa. Doprawdy nie ma się do czego przyczepiać. Przede wszystkim widać tu wykrystalizowany i przejrzysty warsztat poetycki, swoistą eklektyczność drążonych wątków i tematów, świeżość pomysłów, oryginalne puentowanie tekstów. Nie ma werbalnych "przesłowień", za to wiersze - takie odnoszę wrażenie - są nie tylko sensownie napisane, ale od strony epicko-fabularnej bardzo dobrze, logicznie i precyzyjnie opowiedziane. Widać, że szuka Pan własnego, dla siebie niezwykle istotnego charakteru "poetyckiego pisma" i to jest cała rzeczy istota.

Nie wiem czy to książka debiutancka, bo jeśli naprawdę to byłby to debiut z doprawdy wysokiej, by nie powiedzieć górnej półki. Nic nie daje się też zarzucić "chronologii wewnętrznej" i kolejności ułożenia wierszy w ramach całości. Mam wrażenie, że dość starannie Pan to wszystko przemyślał. Nie wiem co powie o tych wierszach inny pruszkowianin, lew krytyki polskiej Leszek Żuliński, mnie najzwyczajniej przypadły one do gustu i czytałem je z wyjątkową wprost przyjemnością. Przede wszystkim dlatego, że są to za każdym razem wiersze o czymś, a nie oparte na jakichś subiektywnych, irracjonalnych abstraktach. Cóż mi wypada? Życzyć tylko powodzenia!






Grzegorz Kwiatkowski- "OSŁABIĆ"




BIO

Rocznik 1984. Mieszka w Gdańsku. Poeta, muzyk. Wydał tom wierszy "Przeprawa” (2008) oraz "Eine Kleine Todesmusik” (2009). W przeszłości muzyk na ulicach Liverpoolu. Obecnie członek zespołu Trupa Trupa. Zgłoszony do Paszportów Polityki (2009). Laureat Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Twórców (2009). Stypendysta Fundacji Grazella (2009). Stypendysta Miasta Gdańska (2010). Laureat ogólnopolskich nagród poetyckich (m.in. Władysława Broniewskiego, Witolda Gombrowicza, Złoty Środek Poezji). Dwukrotnie nominowany przez Gazetę Wyborczą do nagrody Sztorm Roku (2008, 2009). Nominowany do nagrody Splendor Gedanensis (2009). Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Gazecie Wyborczej, Dzienniku, Lampie, Dwutygodniku, Toposie i Odrze.


sprawcy

zabili im dziecko
ale mieli wciąż swoje ciała

zdjęli z siebie ubrania
i zaczęli się kochać

będą mieć nowe dziecko
mocno w to wierzą

ich ruchy są rytmiczne
są czystą energią

ich ruchy są rytmiczne
są czystym spalaniem

Alfa i Omega
Diter i Uve
sprawcy pogrzebów i wojen



słońca

w sobotnie poranki
wsiadali na rowery
matka zakładała na ich głowy akwaria
i jechali do lasu
by ciosać drzewa

pewnego dnia zaparł się ojca
i nie założył na głowę akwarium
bo w jego życiu pojawiła się kobieta

w piwnicy na półce opalizują
atrybuty ich dawnej miłości:

dwa zakurzone akwaria
dwa dłuta
dwie siekiery
i dwa drewniane słońca



kwilenie

wystawili trumnę przed dom:
była wyściełana różowym płótnem
i wyglądała jak magnolia
i robili sobie z nią zdjęcia

nie było płaczu ani much
ktoś puścił arię śpiewaną przez Enrica Caruso
a kiedy zaszło słońce i zrobiło się całkiem ciemno
zapalili lampiony i zawiesili je na drzewach

a potem wyjęli z trumny ciało i zaczęli z nim tańczyć

jego żona jak zwykle nadeptywała mu na nogi
i powiedziała z wyrzutem i z przejęciem:
czemu nam to zrobiłeś
jak mogłeś
jak mogłeś

a on jej odpowiedział:
umarłem abyście znowu mogli w coś wierzyć
wasza nabożna radość i zabawa
to dla mnie największe wynagrodzenie
za godziny w których słabł mi puls
i słyszałem wasze kwilenie


KWIATKOWSKI Grzegorz. "OSŁABIĆ". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska)
ISBN 978-83-60224-57-1





Robert Migdał – „Fader„

            




Robert Migdał. Lat 33. Jedna żona, 1 dziecko i 1 napisana książka (jak na
razie, bo kolejna w drodze).
Urodził się w Głogowie na Dolnym Śląsku, od 14 lat mieszka i pracuje we
Wrocławiu. Ukończył stosunki międzynarodowe na Wydziale Nauk Społecznych
Uniwersytetu Wrocławskiego, ekspertyzę dokumentów na Wydziale Prawa i
zarządzanie zasobami ludzkimi w Wyższej Szkole Bankowej.
„Fader” to jego debiut literacki, choć w swoim życiu napisał tysiące
artykułów i dziesiątki reportaży. Przez 8 lat pracował jako reporter „Super
Expressu” z Dolnego Śląska, następnie przez dwa lata był wydawcą wydań
codziennych gazety „Słowo Polskie – Gazeta Wrocławska” a od 2007 roku jest
szefem działu Opinie i wydań magazynowych dziennika „Polska – Gazeta
Wrocławska” we Wrocławiu.
Poza pisaniem uwielbia godzinami słuchać piosenek Izabelli Skrybant –
Dziewiątkowskiej z „Tercetu Egzotycznego” i Violetty Villas oraz łazić po
wrocławskim ogrodzie zoologicznym – przy wybiegu dla żyraf może stać
godzinami. Poza tym chyba nie odstaje od normy. No, może z małymi wyjątkami:
nienawidzi zielonego groszku za to filmy Pedro Almodovara może oglądać na
okrągło. Nie cierpi jazdy samochodem, za to uwielbia rejsy statkiem po Odrze
(zwłaszcza po zmroku).


Mecenat: Marek Łapiński Marszałek Województwa Dolnośląskiego

Książka dofinansowana przez Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucję Kultury Samorządu Dolnośląskiego


Patronem medialnym książki jest Polska - Gazeta Wrocławska.

Debiutancka książka Roberta Migdała ukazała się w kwietniu 2009 roku.

Fragment :

***
Fader prawie od razu po przyjeździe do nowego miasta (już po
paru tygodniach) ściągnął do siebie rodzinę. Zapakował prawie cały
dobytek na ciężarówkę (taką od przewożenia kurczaków z fermy do
fabryki pasztetów), mamę z wielkim brzuchem usadowił w szoferce
(włożył jej poduszkę pod pupę, żeby było wygodniej).
Pierwszych minut, zaraz po przekroczeniu granic miasta, na pewno
nie zapomną do końca życia.
Mama dostała bólów porodowych. Ostrych. Takich co cztery minuty.
Czop śluzowy pokryty krwią wypadł na podłogę szoferki (bo
mama dla wygody bez majtek jechała).
Wody płodowe jej odeszły (tacie chlupało pod nogami). Rozwarcie
zrobiło się jak trzeba. Wzorcowe. Takie, o jakich się czyta
w książkach. Potężne. Duuuże.
Zacząłem się po prostu uparcie pchać na świat. Jakbym nie mógł
poczekać aż się rozpakują, nacieszą nowym mieszkaniem...
– Do szpitala. Kurwa szybciej. Do szpitala. Bo czuję już główkę
dziecka, jak mi się mizia między udami – darła się mama ściskając
ojca za nogę tak, że potem miał krwiaka jeszcze przez kolejnych kilkanaście
dni w tym miejscu. – Kurwa ruszaj się szybciej tym gruchotem!
– przeklinała jak szewc, choć nigdy wcześniej ani później nie
klęła. Taka sytuacja. Tato był tak samo zestresowany jak i ona. Cisnął
gaz do dechy tak, że o mało co nie wcisnął pedału gazu w podłogę.
Pędził jak wariat.
Lekarzom (którzy kopcili „klubowe” przed wejściem do szpitala)
oczy wyszły na wierzch, gdy zobaczyli, jak pod izbę przyjęć zajeżdża
ciężarówka wypakowana po brzegi stołami, krzesłami, z boku wisi
lampa, a z szoferki dobywa się krzyk kobiety: „Rooodzęęę!
Rzucili pety na trawnik. W try miga skombinowali szpitalne nosze
i jak na sygnale gnali na porodówkę.
To były dla mnie (i rzecz jasna dla mamy) sprawy sekundowe.
Kilka szybkich parć i już widziałem światełko w tunelu.
Waga 5,40, wzrost 64 centymetrów. Kawał chłopa. Wyskoczyłem
na świat zaraz po przekroczeniu drzwi sali porodowej. Szybki byłem.
Tacie nie dali wejść na salę porodową. Nie to co teraz. Pokazali
mu mnie (takiego różowego, z czerwonymi plamami na buzi, z przymrużonymi
oczkami) przez małe okienko w zamkniętych drzwiach
prowadzących na oddział. Parę sekund na zapamiętanie jak wyglądam.
– Syn – rzuciła pielęgniarka położna zniecierpliwionemu tacie,
który przestępował z nogi na nogę
– Zdrowy? – darł się tato przez zamknięte drzwi. Emocje go rozsadzały.
Pot zalewał mu oczy i ciekł po buraczanych policzkach razem
ze łzami.
– Jak byk. Wszystko ma na swoim miejscu. Dziesięć paluszków
u rąk, dziesięć u nóg. I dużego kutaska. Chłopak jak malowany –
uśmiechnęła się położna i zabrała mnie do mamy. Tata się popłakał.
Tak bardzo chciał mieć syna. Tak bardzo na mnie czekał. Zamiast
kupić mamie jakieś kwiaty, czekoladkę, przyniósł jej do szpitala...
żółtą bluzkę. Z krótkim rękawkiem, rozpinaną przy szyi na trzy guziczki.
Mama miała ją na szczególne okazje, nigdy jej nie przypaliła
żelazkiem, nigdy nie poplamiła barszczem.
Ma ją do dzisiaj. I choć się w nią już dawno nie mieści, to trzyma
na półce, w dębowej szafie. Ukrytą w pudełku wyłożonym miękkim
pluszem.
– Dobre wspomnienia z nią mam: o tobie, o tacie. Nie mogłabym
jej ot, tak wyrzucić – powtarza mama.

* * *
O mały włos mama umarłaby przez mnie. A raczej przez lekarzy,
którzy nie dopilnowali jej po porodzie, żeby urodziła do końca łożysko.
Z objęć śmierci uratowały ją... śliwki sąsiada.
Mama bardzo długo dochodziła do siebie. Była bardzo słaba. Czuła
się nieswojo. Temperatura. Brzuch bolał ją masakrycznie.
– Tak to jest po urodzeniu dziecka. Urodziłaś. I brzuch cię będzie
bolał. I cipka. Przecież przez twoją malutką wielkości śliwki matka
natura przecisnęła potężnego arbuza. Musi boleć... – mówiły jej koleżanki
i szły do domów gotować grochówkę.
Przyczyna była jednak inna. Mama dostawała z godziny na godzinę
zakażenia. Łożysko gniło w jej brzuchu. Jeszcze dzień lub dwa i śpiewała
by razem z Aniołami w chórze u świętego Piotra.
Jednak wcześniej zjawił się inny anioł. Sąsiad. Pan Tadeusz spod
„osiemnastki”. Stary kawaler. Wiek emerytalny osiągnął już tak dawno,
że nie pamiętał kiedy, może nie chciał, a może to już Alzheimer go
ukradkiem atakował. No i zapalony działkowiec.
– Witam sąsiadko – rzucił od progu. – Słyszałem, że się syn urodził,
to śliwek sąsiadce przyniosłem na kompot – uśmiechnął się od
ucha do ucha pokazując swoje dwa złote zęby.
Wręczył mamie dwudziestolitrowe wiadro soczystych śliwek
„srujek” – jak je nazywaliśmy. Takie małe, żółte. Nierobaczywe. Bo
u pana Tadeusza robaków na działce nie było.
– Choć nic a nic nie pryskam chemikaliami – bił się w piersi.
No i mama chcąc nie chcąc, choć padała z nóg, musiała zrobić
kompoty, dżemy i soki. Żeby się śliwki nie zmarnowały.
– Szkoda by było, a i panu Tadziowi bym przykrość zrobiła, jakby
jego srujki w koszu wylądowały. Przecież nazrywał. Dał z dobrego serca
– tłumaczyła sobie i gotowała. Najpierw zmęczyła się myjąc każdą
śliweczkę z osobna. Najbardziej jednak dało jej w kość bieganie z mieszkania
do piwnicy i z powrotem, tak z pięć kursów, po słoiki na kompot.
Tak się rozruszała tymi przygotowaniami, że gdy robiła ostatni
kurs objuczona słoikami typu „twist” usiadła na schodach na pierwszym
piętrze.
Zrobiło się jej słabo. Mroczki pojawiły się jej przed oczami. Po
chwili gwiazdeczki, aż zobaczyła całą konstelację. I tę widoczną
z półkuli północnej, jak i południowej.
Nagle, spomiędzy jej ud, zaczęła płynąć mocnym strumieniem krew.
– Krwotok – zdążyła tylko pomyśleć i zemdlała.
Krew lała się z niej szybko i miarowo.
Mamę znalazła sąsiadka z II piętra, panna Petronela. Wracała akurat
ze swoim pudelkiem „Miu miu” ze spaceru. Wszczęła alarm swoim
piskiem tak głośnym, że kto żyw wyleciał z domu na klatkę schodową
(swoje super wysokie „C” zawdzięczała 37-letniemu śpiewaniu w chórze
kościelnym jako solistka w parafii pod wezwaniem św. Mikołaja)
Karetka zabrała mamę na oddział reanimacyjny.
Mama nie słyszała wycia syren. Krzyków lekarza nawołującego
pielęgniarki. Świateł migających nad jej głową, gdy na podkutym kołami
łóżu pędzono z nią na salę operacyjną.
Zabieg trwał kilka godzin. Usunięto jej łożysko, zatamowano
krwotok, kilka razy przetaczano krew.
Do tego, po dwóch dniach, bo nadal było z nią kiepsko, wycięto jej
wszystkie kobiece narządy wewnętrzne (macica, jajowody i życiodajne
jajniki wylądowały w kuble, a potem w piecu, w szpitalnej spalarni).
Byłem więc jej ostatnim dzieckiem w życiu, jakie mogła urodzić.
Po tygodniu wyszła ze szpitala. Dochodziła jeszcze do siebie przez
miesiąc. Fizycznie. Psychicznie przez kolejne pół roku.
Tato nigdy nie dał jej odczuć (po powrocie do domu), że jest dla
niego mniej kobieca (a nawet niekobieca) przez tę operację. Inna.
Całował ją czule. Tulił. Stanął na wysokości zadania. Był cudowny.
Jak prawdziwy facet, który dba o swoją kobietę.
– Nawet jakby ci cycki obcięli to by to nic nie zmieniło. Kocham
cię. Po prostu cię kocham – szeptał do niej, a łzy płynęły jej takim
strumieniem, że dławiła się łykając je.
Przez ten wypadek mama straciła pokarm w piersiach. Tak więc
od małego byłem karmiony mlekiem w proszku z butelki (trzy miarki
na 90 mililitrów schłodzonej wody co 2-3 godziny w ciągu dnia i co
4 w ciągu nocy), zamiast ssać błogo i beztrosko mlekodajne cycuszki
(badania różnych mądrych tego świata dowodzą, że inteligentniejsze
są dzieci karmione piersią. A ja mówię, że to gówno prawda.)
Sąsiad Tadeusz stał się ulubionym sąsiadem moich rodziców. Często
gościł w naszym domu na porannej herbacie z mlekiem (rzygać mi
się zawsze chciało na sam zapach „bawarki”)
Zapraszana była też panna Petronela z „Miu miu”.
Oboje wybawcy mojej mamy zbliżyli się z czasem do siebie (i to
dosłownie).
Panna Petronela chodziła na działkę do pana Tadeusza (oglądać
jego pnące róże wcale nie w różowym kolorze), on do niej na balkon
podziwiać pelargonie (ich zapach dusił wszystkich w całej okolicy).
Razem zaczęli jeździć do sanatorium (Duszniki-Zdrój leżały u ich
stóp). Chodzili na długie spacery, nikt nie wie do dzisiaj, czemu na
miejski stadion. Oboje przecież nie pasjonowali się piłką nożną. Może
ze względu na zieloną murawę?...
Gdy miałem 2 latka pobrali się. Ślub wcale nie był skromny. Prawdziwe
emeryt-party. Setki balonów. Latające kolorowe serpentyny.
Konfetti (którego kilogramy wycięła własnoręcznie – dziurkaczem
– moja mama ze stosu kolorowych gazet). W głośnikach królowali
Santor i Fogg. Wino się lało strumieniami (nikt się nie porzygał, choć
wielu się spiło). Tort był trzypiętrowy, makowe pierwsze piętro, drugie
czekoladowe, a trzecie pełne wiśni w alkoholu.
Hitem na stole (oprócz bigosu z dużą ilością suszonej śliwki i sałatki
jarzynowej – bez cebuli i pora) były brzoskwinie faszerowane
mięsem mielonym z kurczaka z dodatkiem orzechów.

***

Robert MIGDAł. Fader. Wydawnictwo MaMiKo, 2009. ISBN 978-83-60224-32-8





Mateusz Wabik - "Porażki poety z rynkiem pracy i kobietami"








Mateusz Wabik (ur. 1975) – poeta, krytyk. Ukończył filologię polską na UJ. Publikował w czasopismach m.in.: „Lampie”, „Kresach”, „Zeszytach Poetyckich”, „Trismegiście”, „Lasombrze”. Wydał dotąd 5 tomów wierszy: „Próba głosu” (Kraków, ZLP 1999), „Przestrzeń lokalna” (Kraków, STAL 2003), „Spisek” (Nowa Ruda, Mamiko 2009), „Marzenia słów” (Kraków, Miniatura 2012), „Czarne msze za rzeczywistość” (Nowa Ruda, Mamiko 2013). Były redaktor „Megalopolis” i „Nowego Wieku”. Wydaje zine&#8217;a o muzyce metalowej „Killing Technology”. Mieszka w Krakowie.


antykwariat

w przepełnionym książkami
krakowskim antykwariacie
starszy pan z siwą brodą niczym
św. mikołaj w zaprzęgu reniferów
długo się przyglądał mojemu cv
które było prawie nienaganne

każda sekunda przybliżała mnie
do upragnionej pracy choć trwała
dłużej niż zwykła podczas czekania
na przystanku na autobus
kiedy się nie ma zegarka

przypatrywałem się działom starym
zakurzonym książkom widokówkom
książkom nowym dopiero co wydanym
i wydanym całkiem niedawno
były tam też stare kartki pocztowe

w końcu spojrzał na mnie właściciel
i powiedział „jest pan poetą
a poetów nie przyjmujemy

do pracy, bo poeci chodzą”



empik – dział muzyczny

zbito grupę w małej sali i 6 osób obserwowało
poszukujących pracy i słuchało ich wypowiedzi
kiepsko szło mi z przedstawieniem się
i mówieniem o swoich pasjach w gronie którego nie znam
także przegrałem walkę o niepracowanie w święta
i sylwestra podczas symulacji test poszedł najgorzej
bo nie znam się na dziale nowe brzmienia poza tym
nigdy nie miałem swojego ideału dyrektora jak
to usłyszałem to zaniemówiłem na parę dni


hurtownia książek

pojechałem na podgórze bo poszukiwano
sprzedawcy książek do księgarni
szukano kogoś odpowiedniego z doświadczeniem
albo bez ale ze znajomością fachu ktoś
już obsługiwał komputer czekałem bo kierowniczka
była zajęta rozmową przez telefon
książki się piętrzyły były wszędzie
na podłodze półkach zapakowane i nie
rozmawiałem z nią zostawiłem cv
nie dostałem się


szkoła prywatna

wszedłem do szkoły w podartych spodniach
bo nie miałem na nowe wszyscy
uczniowie byli wbici w garnitury choć nie
było kościelnego ani państwowego święta
posadzka lśniła niczym w rosyjskim
muzeum ermitage idąc po schodach
słyszałem z dyżurki głos odstawionej
woźnej niczym biznes woman w domu maklerskim
„proszę stąd wyjść proszę stąd wyjść”
udało mi się dobrnąć na pierwsze piętro
pod ciężarem ataku werbalnych wyproszeń
prawie że wbiegłem do sekretariatu i położyłem
teczkę z cv na blacie stołu sekretarki która
powiedziała dziękuję i wyszedłem z pokoju wybiegłem
ze szkoły wbiegłem do autobusu wróciłem
do domu



stróż nocny

w końcu ktoś oddzwonił
z firmy poszukującej stróża
nocnego do komisu samochodowego
mimo że nie mam samochodu
i nie znam się na ich myciu szef
wyznaczył termin znalazłem komis
samochodowy na os. kolorowym
srebrne karoserie odbijały mdłe światło
słoneczne pod butami chrzęścił żwir
wszedłem do kontenera przerobionego
na stróżówkę sekretariat i stołówkę
miałbym pracować od osiemnastej do
dziewiątej rano co drugi dzień pytałem
o to co robić jak się włamują pokazano mi
przycisk antywłamaniowy szef nie zadzwonił
bo mieli już kogoś na to miejsce


dom kultury na wietora

zaniosłem cv do domu kultury
na kazimierzu na ulicę wietora
było ciepło choć jesiennie
chciałem prowadzić warsztaty
literackie pani przyjęła
entuzjastycznie moje cv choć ją
bardzo dziwiło wyrównanie
do prawej strony uśmiechnęła się
powiedziała na koniec „jest pan w
komputerze”



napisy na taśmie klejącej

firma produkująca napisy na taśmie
klejącej wyraziła zainteresowanie
mną w charakterze magazyniera
szef firmy liczył na dwie dotacje
na uposażenie wiadomo nowa szafa
kasa pancerna stół krzesła się
przydadzą a także na zatrudnienie
bezrobotnego podpisałem umowę
mówił mi że ma córkę na rozmowie
kwalifikacyjnej na której więcej
słuchałem niż mówiłem ale po paru dniach
oddzwonił że musi zerwać ze mną
umowę że muszę przyjechać
do urzędu pracy bo oni nie chcą
bym miał pracę kazał mi podpisać
zerwanie umowy zwyzywał sekretarkę
bo nie było szefa podwiózł mnie jeepem
jeden przystanek i tyle popracowałem
parę dni później pytałem jak tak
można w urzędzie pracy czemu
ten ktoś nie ponosi odpowiedzialności
za zerwanie umowy powiedziano
mi że gdyby karali pracodawców
nikt by nie przysyłał do nich
ofert pracy




Marta Kucharska - Saudade




Marta Kucharska – ur. 22.05.1984. Do tej pory prozę i poezję publikowała m.in. w Odrze, Toposie, Twórczości, Akcencie, Ricie Baum, Wyspie, Latarni Morskiej, internetowej stronie Biura Literackiego. Finalistka jednego z Połowów organizowanego przez Biuro Literackie, wyróżniona drugą nagrodą w konkursie TVP 2 „Dolina kreatywna”. Wydała do tej pory zbiór opowiadań „Kino objazdowe” i tomik wierszy „Abisynia”, nagrodzony 2 nagrodą w ogólnopolskim konkursie Złoty Środek Poezji za debiut poetycki. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.



Czyściec

Czyściec polega na tym, że nie ma w nim ciebie. Chodzę jego ulicami, taki blady i senny, mijam naszych wspólnych znajomych, witam się z krewnymi, którzy odeszli kilka lat przede mną. Są mili i gościnni, zapraszają mnie na niedzielny obiad, oprowadzają po mieście i opowiadają długie i nudne historie, jak na nowo ułożyli sobie życie. Częstują mnie też setkami dobrych rad, na przykład co zrobić, by ukrócić sobie męczarnie w czyśćcu albo dostać kredyt na życie wieczne w niebie (póki co, moja zdolność kredytowa jest żadna, jak oświadczył wysuszony anioł-urzędnik w banku „Gloria e Stefan”). Słucham ich jednym uchem, bo wcale nie jestem zainteresowany niebem, w przypadku, gdy nie znajdę tam ciebie, a przypuszczam, że od razu do nieba się nie dostaniesz, niezłym przecież byłaś ziółkiem. Stąd raczej poczekam.

Tak więc jest całkiem czysto i miło. Nieustannie kwitną drzewka migdałowe i bladoróżowe magnolie, które wydzielają z siebie delikatny, mydlany zapach. Gdy wychodzi się na miasto, zapach ten miesza się z kropelkami, jakie nadciągają ze strony oceanu, i idąc ulicą co chwilę odnajduje któryś z zapachów, jakim pachniałaś: Giorgio Armani, Coco Chanel, Chloe. Niestety, nawet gdy odnajduję twój zapach, i z bólu zaczynam wyć do ciebie, nie jestem w stanie sobie ulżyć, gdyż nie mam prawej ręki (na tym między innymi polega piekło czyśćca).

Ale poza tym nie jest źle. Mam tu swoich przyjaciół, z którymi regularnie umawiam się na karaoke, choć nadal nienawidzę śpiewać (pewnie dlatego, że mój głos jest ciągle piskliwy jak u kastrata, a w dostępnym w konkursach karaoke repertuarze nie ma nic nad religijne pieśni i kilka utworów Amalii Rodrigues). Co jakiś czas chodzimy też na paintballa albo do kasyna, co akurat jest nielegalne, i gdzie można przegrać wszystkie swoje grzechy za cenę czyichś dobrych uczynków. Hazard tu jest ryzykowny, a to ze względu na panujące w czyśćcu obostrzenia, zabraniające gier pod karą dostania „zawiasów” na najmniej sto następnych lat, jak i możliwość przejęcia po kimś rozmaitych grzeszków, co wydłuża czas oczekiwania na przelot do raju (czy wiesz, że tutaj również pracuje Lufthansa i British Airlines? Swoja drogę ciekawe, jak wysoki musieli zapłacić okup, by wygrać ten przetarg?), mimo to chętnych nie brakuje. Korzystam z tej rozrywki rzadko, i wolę już wypady do kina „Sant Gabriel”, gdzie nieustannie wyświetlają Casablancę, albo do kawiarni „Verandas”, która wygląda niemal tak samo jak nasza, tyle, że nigdy nie spotkałem tam ciebie, a ty przecież nigdy nie stroniłaś od mocnych trunków.

Powiem ci coś jeszcze, choć może nie powinienem. Mam tu nawet swoje kochanki. Spotykam się z nimi co jakiś czas, idziemy na spacer do Miejskiego Ogrodu, gdzie wszystkie drzewa mają ciepłe, pożółkłe liście, tak jak lubisz, a koło fontanny Świętego Szczepana stoi ojciec Roberto (on też najwyraźniej musi coś mieć na sumieniu, skoro od razu nie poleciał do raju, lecz nie miałem odwagi zapytać go co. Złośliwi jednak mówią, że jest tu już od stu dwudziestu lat i nie zapowiada się, by miał stąd na dniach odlecieć). Ma on tu własny kram, w którym sprzedaje jadalne kasztany i cukrową watę. Te kochanki bardzo lubią, gdy kupuję im słodycze, zupełnie jakby były małymi dziewczynkami. Potem idziemy do „Verandas” albo „Casa dos biscos”, zamawiamy duże ilości alkoholu, tańczymy. Jedziemy do niej albo do mnie, albo do któregoś z hoteli, które pracują równie nielegalnie jak kasyna.

Choć spotykam się z pięknymi kobietami, nie wyłączając modelek, jakich we wczesnochłopięcym wieku wycinałem fotografie, nigdy nie przeżyłem tu orgazmu. Z tego co mówił mi mój zaufany przyjaciel, na tym polega między innymi piekło czyśćca. Stąd po pewnym czasie wszyscy stają się wykastrowanymi aniołami, eunuchami, o załzawionych oczach, podobnymi do chorych z zespołem Marfana. Dlatego też spotykam się tu z innymi kobietami. By, gdy się pojawisz, być gotowym cię objąć. I pamiętać, jak to się robi.

O ile w ogóle się pojawisz, bo póki co czyściec polega na tym, że nadal nie ma w nim ciebie. Nie dostałem telegramu, że może być inaczej.

Marta Kucharska. Saudade. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Krzysztof Rytka - Heretycy





Krzysztof Rytka, ur. w roku 1952 w Śremie, mieszkał od 1954 do 1979 we Wrocławiu. W roku 1977 ukończył studia archeologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim i uzyskał w roku 1989 doktorat
w Niemczech w Würzburgu, gdzie obecnie mieszka. W latach 70-tych był członkiem teatru studenckiego „Kalambur” i wioślarzem wrocławskiego AZS-u. Oprócz publikacji fachowych i reportaży z podróży (m.in. Australia 1989) pisze wiersze i opowiadania. K. Rytka jest również autorem komentarza w katalogu do wystawy fotografii Andrzeja J. Lecha „Dziennik podróżny Ameryka” 2001, który przedrukowany został w „Przeglądzie Polskim” (nowy dziennik, New York 1.2.2008).
Jego wiersze publikowane były we własnym tłumaczeniu w niemieckich antologiach poetyckich: „Autoren Werkstatt 51” (R.G.Fischer Verlag, Frankfurt/Main), „Ly-La-Lyrik Edition 1996” (Frieling Verlag, Berlin), Edition „Gedicht und Gesellschaft” Goethe-Gesellschaft Frankfurt/Main 2001 oraz w würzburgskim kwartalniku artystycznym „Quer”.
W Polsce mały wybór jego wierszy ukazał się w r. 2002 w antologii poezji miłosnej szczecińskiego Wydawnictwa „MAK”. W kwietniu 2008 K. Rytka otrzymał wyróżnienie w kategorii poezji w konkursie im. Zbigniewa Herberta w Londynie. Wyróżnione wiersze ukazały się w miesięczniku „Rzeczpospolita Kulturalna” 4/2008 (Br@ndBook London Publishing). W styczniu 2010 ukazał się we frankfurckim wydawnictwie Haag& Herchen we własnym tłumaczeniu na niemiecki tomik poetycki K.Rytki pt. „Aus dem Tagebuch” („Z notatnika”), zaś zbiór wierszy „Zapiski w brulionie&#8220; został wydany w 2015 roku (MaMiKo).
Pojedyncze opowiadania (Kochankowie, Kondor, Kurduple i wielkoludy, Latarnik, Napalona opalona) drukowane były w „Rzeczpospolitej Kulturalnej” 5/2008. We wrześniu 2009 wrocławskie wydawnictwo Astrum wydało autobiograficzną książkę K.Rytki pt. „Opowiastki wrocławskiego urwisa”. W roku 2015 wydawnictwo MaMiKo wydało także powieść K.Rytki pt. „Pionek”.



Wielkie, masywne, okute żelazem drzwi otwarły się ze zgrzytem. W wejściu pojawiła się grupa mężczyzn. Na przedzie podążali strażnicy z pochodniami, za nimi stąpali jacyś duchowni, a wśród nich ubrany w purpury jegomość, jakby biskup lub zgoła kardynał.

Krętymi schodami zeszli do obszernej piwnicy, oświetlanej płomykami licznych kaganków, zamocowanych na ścianach. W rogu żarzyło się duże palenisko, przy ścianach stały wielkie regały pełne różnych narzędzi służących do torturowania więźniów, wisiały łańcuchy zakończone okowami. Pośrodku piwnicy, na wielgachnych drewnianych stołach, widać było rozciągnięte ciała dwóch osobników. Ich ręce i nogi przywiązane były do kołków na narożnikach stołów.

Przybysze podeszli do pierwszego stołu. Leżał na nim, co prawda rozebrany do naga, ale nieszpetny z wyglądu jegomość w średnim wieku. W ubraniu musiał się zapewne wspaniale prezentować i nikogo by nie zdziwiło, gdyby w salonach był ulubieńcem pań, a zwłaszcza panienek, co zresztą miało miejsce, zanim go pojmano. Tu jednak nie miał szans na wzbudzenie sympatii u przybyłych duchownych dostojników. Wręcz odwrotnie. Z Komisją Śledczą Przenajświętszej Wielkiej Inkwizycji nie było żartów i nikt z nią jeszcze nie wygrał.
Osobnik w purpurowych szatach pochylił się nad więźniem i zasyczał jadowicie:
- Przyznajesz się złoczyńco?
- A do czego? – zapytał leżący.
- Do wszystkiego!
- Do wszystkiego nie mogę...
Purpurowy osobnik, zwany Wielkim Inkwizytorem, odwrócił się do stojącego obok ubranego na czarno Pierwszego Inkwizytora i powiedział:
- No to jedziemy według listy. Czytajcie, bracie Marcelianie.
Ten wyjął spod pachy Wielką Księgę Protokolarną Inkwizycji.
Mężczyzna leżący na stole tortur roześmiał się:
- Chcecie mi bajki czytać?
Wielki Inkwizytor wściekł się:
- Słuchaj no, Giacomo, błaźnie, coś ty wygadywał na statku „Burchiello&#8220;, jak płynąłeś ze swoją rodzinką do Padwy?
- Nie pamiętam, byłem jeszcze wtedy taki mały, malutki, tyci...
- Mam ci przywrócić pamięć, ty nędzna kreaturo? Cesare! – zawołał Wielki Inkwizytor do kata – Napnij no nieco sznura!
Kat zakręcił korbą, sznur skrzypnął złowieszczo, ale Giacomo zawołał radośnie:
- O, stretching, stretching!


Krzysztof Rytka. Heretycy. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Antoni Olgierd Misiak - Teoria przemian





Antoni Olgierd Misiak
Urodził się w 1939 roku; zapisuje notatki od chwili przerwania studiów na Politechnice Wrocławskiej. W 1976 debiutuje w "Życiu Literackim" opowiadaniem "Polowanie". Wyróżniany w konkursach poetyckich, m.in. w gdańskiej "Czerwonej Róży", "Odgłosach"
i dwukrotnie w turnieju "O Laur Gryfa Słupskiego". Po przejściu na emeryturę wydał "Piątą wyprawę Krzysztofa Kolumba". Przygotowuje do druku "Metropolię" i "Santiago".




TEORIA PRZEMIAN

Cień Autora tańczył na białych ścianach. Światło kołyszącego się kandelabra zawieszonego przed głównym ołtarzem wprawiało go w ruch razem z cieniem wiszącej obok kadzielnicy.

Złudzenie tańca było tak sugestywne, że wizja ogrodu, którą przywołał widok bluszczu oplatającego pień starej lipy rosnącej przy kościelnej bramie ukryła się ponownie w podświadomości.

W bocznej kaplicy Proboszcz opowiadał kilku znajomym o skrzyni znalezionej w ruinach Spalonego szpitala. Swoje opowiadanie urozmaicił demonstracją przeraźliwego głosu rozlegającego się przy otwieraniu skrzyni. Głos zagłuszył organowy koncert Bacha grany przez studenta konserwatorium .

Scena ta w połączeniu z fragmentami zapamiętanej rozmowy stanowi kanwę opowieści. Autor umieszcza w niej dodatkowo zauważone w miejskim muzeum zdjęcie zmumifikowanych koni odkrytych po osunięciu klifowego brzegu. Opis przy zdjęciu głosi, że sądząc po uprzęży mogły to być konie Saracenów. Autor zapisuje kilka podyktowanych wyobraźnią zdań mających rozpocząć opowiadanie;


Widziano konie Saracenów wchodzące w morze. Za nimi była łuna pożaru barwiąca wodę i mgła idąca do brzegu, jeźdźców nie było. Może jakieś cienie na plaży dawały złudzenie ruchu. Dzwonił dzwon Jakuba, ale nikt nie śmiał wyjść do pożaru. Świtem ogień sam zgasł. Ucichł też straszliwy krzyk pochodzący nie wiadomo skąd. Ludzie wyszli z domów. Klasztor nie spłonął. W gwiazdozbiorze Kasjopei zapłonęła nowa gwiazda.
Potem już po poznaniu Narratora, Autor włącza do opowiadania jego tekst i nim rozpoczyna opowieść;

Graliśmy w brydża ktoś powiedział zaraz spadnie deszcz. Tak napisał Narrator czternastego czerwca na rachunku za kawę i mineralną wodę, odruchowo dodając; Do dziesiątej brakowało dwunastu minut.

W pobliżu jakiś dzieciak grał na skrzypcach powtarzając tą samą melodię. Nad lasem widać było burzową chmurę. Dziewczyna z wiklinowym koszykiem po-śpiesznie dopijała kawę. Wędrowiec z muszlą na szyi czytał zdjętą z wieszaka gazetę. Plakat z reprodukcją portretu Jacqueline1 przyklejony taśmą samoprzylepną na szybie drzwi kawiarni zachęcał do obejrzenia wystawy sztuki dwudziestego wieku. W okiennej wnęce ratuszowej wieży wędrowny sokół rozszarpywał gołębia. Stado przerażonych gołębi krążyło nad wieżą. Na pobliskim placu robotnicy wyciągnęli z ruin kolorową skrzynię.

Narrator łączy z tym zapamiętany z porannego spaceru obraz koni wynurzających się z mgły i jeźdźców osłaniających kapturami twarze przed chłodem.

Autor czytając tekst Narratora zatrzymuje się na postaci dziewczyny. Wyjmuje ją z tekstu, łączy w wyobraźni z czytającym gazetę chłopcem / bo tak dostrzega osobę wędrowca/. Spojrzenia dziewczyny
i chłopca spotykają się . (...)

MISIAK Olgier Antoni "Teoria przemian". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. ISBN 978-83-60224-55-7






Halszka Podgórska-Dutka - "Córcia"





   Halszka (Halina) Podgórska-Dutka urodziła się w Tarnowie, w inteligenckiej rodzinie kresowych emigrantów. Posiada wykształcenie artystyczne i uniwersyteckie. Prawie od zawsze związana z Krakowem, gdzie mieszka i pracuje, zajmuje się wieloma dyscyplinami sztuki. Współpracuje z kilkoma grupami twórczymi i bierze udział (indywidualnie i zbiorowo ) w wielu wydarzeniach artystycznych, kulturalnych i promujących poprzez sztukę świadomą integrację społeczną.
   Publikując od lat osiemdziesiątych, jest autorką sześciu zbiorów poezji (wyd. Miniatura), zbioru myśli, opowiadań oraz innych form prozatorskich (m. in. niedawno wydanej w wyd. Mamiko pozycji „Miłość ze słońca”).
   Obecna pozycja książkowa -„Córcia”, zawiera krótkie, odrębne utwory prozatorskie ( za wyjątkiem dwóch cyklicznych) o różnorodnej charakterystyce formalnej i tematycznej. Ich cechą wspólną jest zarówno obecność elementów autobiograficznych, jak i bogate tło myśli egzystencjalnej i filozoficznej, co wytwarza tu samorzutnie poniekąd rodzaj medytacji intelektualnej. Zawsze jednak chodzi o bezpośrednie, pełne czucia, pojemne widzenie świata, które pozwala równoważyć obecne destrukcyjne tendencje świadomości za pomocą wybranych idei syntetycznie nawiązujących do przeszłości i lepiej strategicznie dostosowanych do ducha czasu- poprzez intuicyjną wiedzę harmonizującego aktualne wektory dążeń credo współczesności.


                               "Wołyński poker"

       Czy coś z tego wynika, że ktoś urodził się nieco na północ od Lwowa, a może i jeszcze trochę na wschód? Nie wiadomo - ale przecież, przecież lwowianie byli świadomi swego usposobienia, nieco lekkomyślnego, kruszejącego wobec aprobaty niczym gęś w winie, byli pewni swego duchowego zaczynu, którego lekkość mogła być jeszcze wzmacniana poczuciem humoru, optymizmem, zapałem. A ci, a my? Czy oni, wołynianie, byli pewni swego usposobienia, czy w ogóle takowe było w jakiś sposób wymierne? Każdy przecież siedział z sobą, jak z tajemnicą, która go w dodatku zbytnio nie obchodzi.
      A przecież gdy ruszały niegdysiejsze pielgrzymki, spontaniczne, jakby iliańskie, rozedrgane piskiem obserwujących dzieci i spazmami kobiet rozmodlonych od widoku proroczych białych głów przywódczych charyzmatyków, nie miały pewnie zbyt wytyczonych traktów, szczególnych bożych oznajmień i zadań -i dokąd szły, tam szły, na wzór świętego Ducha? &#8230;.Przesuwały się barwną tęczą na horyzoncie, z chorągwiami wizerunków wszystkich świętych przynależności, a te które kryły się w nich samych, kto wie czy nie były jak chorągwie słynnego zakopiańskiego Hasiora-prosto z niepojętości wyskubane z piór i gałęzi, z nieznanego, z anielskich przybrań zszywane wewnętrzną gotowością zaświadczenia o wszystkim. Tak. O wszystkim&#8230;
      Prawie jak w świętej ziemi. Tylko jakby myśl trudniej się dobywała. Bo też z jednej strony, tu właśnie na Wołyniu najłatwiej o kompletność, o wszystkość, lecz znów z innej strony, też i o nagłość i o nieprzewidywalną nawet klęskę, nieodwracalny napad, zdradliwą zasadzkę. To co piękniejsze jednak, to fakt, że nietrudno tu o ducha na miarę zadań: weźmy choćby pod uwagę np. czysty, oderwany, niemal nirwaniczny, choć zarazem i nieco grecki kontrapunkt madonny poczajowskiej, mówiącej chłodno i obiektywnie do szczęściarzy zawsze coś zaskakującego. Bo z natury obiektywna, naturalna owa rzecz sama, jest chcąc nie chcąc wołyńskim przywilejem. I zawsze się tu pokazuje z lepszym czy gorszym skutkiem.
        A typy tu i też rozmaite-przebiegało mu przez myśl-wszelakie, zawsze dziwnie namaszczone, zuchwałe i zamyślone, wewnętrznie napędzone do ostateczności swoją kwestią, sprowadzające sobą wszystkie środki żywej równowagi materii ludzkiej na ziemię. O nią to bowiem-równowagę, chodziło tu najbardziej.
        Bo choć życie tu wprawdzie i przywoływano i goszczono, ale czy nim się zajmowano? Tak jak i wszystkim- po trochu. Tak też i po trochu wyższa siła się i objawiała, a i nikt niczego czystego i pewnego nie wypatrywał. Ani też nie określał strony, z której mogła nadejść pomoc, cud, czy dar. A że ten tu rozmaitymi się salwował ideami, wyjawiać się też musiał różnymi wybitnymi ludźmi, naznaczonymi od urodzenia pechem czy też misją, a nawet prorokami, czy wodzami. A z cech –przejawiał się miłością przede wszystkim. Choćby i była jak kozy Labana, nakrapiana, zawsze była mocna, zmieszana z bogami, nieprzerwanie tworząca swój mit korespondujący. I wszystkim wyraźna jak płótna mistrzów. Nie na żarty i nie na zbawienie, bo zbyt ze wszystkim zmieszana ziemią, piorunem, ciepłymi wymionami, podziemną gędźbą, matką Boską- poddana nierozwiązywalnym tajemnicom, oraz względem samej siebie niemal bezbronna -wobec stałej groźby samozniszczenia. I tak też była nastrojona rozległa doświadczalność-to tym, to owym –gotowa wszystkim zeznać w razie czego.
       Już rano jak wstawał i wychodził przed dom na „dzieńdobry”, też wydawało się, że nie wszędzie ład boski panuje, coś szło w zakos, przebiegało nieopodal drogę, chowało się w krzaki, wyraźnie czuł, jak się otoczenie chwieje-oprócz niego, który istniał choć i niewesoły-to jakże jednak krzepki i mocny! Gdy szedł do zagonu-żona często z upodobaniem obserwowała i czuła, jak ziemia drży pod masywnymi krokami mężczyzny, w ten sposób potwierdzając prawdę jego samego i jego całego życia- jak niegdyś może sprawiło to dotknięcie ziemi przez Buddę na znak przymierza i pełnej gromu zgody. Ale żeby się to wszystko tu miało łączyć w coś wyraźnego, przygotowywało do wyższego, rozstrzygało w umyśle-skądże znowu! Droga do drewutni wydawała się być coraz bardziej żmudna, wyczerpująca od tego nie-myślenia, podobnego do wichru, nadchodzącego nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd odchodzącego. Nie iluminując a jedynie niepokojąc czymś z nieznanych ostępów duszy. Zostawiając za sobą ciemność za ciemnością, ciężkie przeczucia za przeczuciami. I gdyby nie inwentarz, nic by jego, człowieka, nie utrzymało, nie uczyniło go naturalnie skupionym, jego, przykutego niczym wiejski Prometeusz do przeżywania chwili po chwili, po kolei, bez wytchnienia. Nic by go nie odciążyło w przeżywaniu życia.
        Jak to –bez wytchnienia-pomyślał i poniekąd się zganił. To niesprawiedliwe- a te letnie wieczory, gdy czapka lub kapelusz opadały na bakier, na bez miary rozsłodzoną i zabraną do jakichś cieplejszych rejonów duszę, a to śpiewem, a to dowcipnymi pogaduszkami, czy graniem na gitarze, mandoli, czy wreszcie niewymuszonymi pląsami. Miękko, miękko, miękkusieńko duszy –ani śladu uciskającego ziarenka grochu. Taka ci to księżniczka-ta dusza&#8230; Taka uległa od śpiewów i muzyki.
       Coś jednak było w powietrzu. Nikt nie chciał i nie umiał być nieprawdziwy. Ale tych prawdziwości przeważnie nikt też nie umiał zgłębiać prócz nielicznych wiejskich i małomiasteczkowych mędrców, odmieńców, pustelników czy charyzmatyków, starców i wytrawnych żydów, cadyków czy rabinów. To ci, byli nieraz i milczącą lecz i niezrównaną gwarancją tego, że coś się naprawdę zdarza, a zdarzając wychodzi poza pospolite, powtarzalne; mało tego- zostaje już z człowiekiem, dając mu zasadniczą pewność istnienia i jego sprawdzanych przez wieki transcendentalnych pozycji wsparcia.
       Ale i ci najwnikliwsi ulegali urokowi i klimatom miejsca. Bo tu wszystko było nastrojowe, rozległe, sam Bóg wie jak bezpośrednio przemawiające; a gdy to spostrzegali, to i sami się dziwili i oświadczali, to tym podejmowali to tamtym, a tak ktoś przemawiał że wszyscy płakali i zwolna tworzył się pochód nowego w duszach porządku. Któż by to zliczył –ile było ku temu dobrych chęci, pragnień ostatecznej rozprawy, myśli wysyłanych prosto do nieba!; ale po kątach coś jeszcze się żaliło, płakało z niedomówienia. Zawsze jeszcze coś zostawało, jakaś przeklętość, niezborność, jakaś niepiękna tajemnica... Widocznie nie był to jeszcze czas na rzeczywisty dzień pojednania, który wszystkich połączy i optymalnie skonfrontuje, przydając na dalsze wspólnego wzroku.
       Kto był szczery-był stale niespokojny, a co gorsze zdany na zmieniające się stany, podobne do chmur, to łagodne, to rozdarte, to burzowe, to znienacka zanikające, to znów nagle powracające, zawsze inne, czasem straszne, zmieniające się w ponadludzkim czasie, nie do prześledzenia, tylko podległe wiatrowi. Kto mógł odpocząć, wystarczy, że się zanurzył we wszystkim, w dzwoniącym od wrzawy wnętrzu i zapominał o bożym świecie, wytrącany dopiero przez karcące przywołanie. Czy był na innym, lepszym świecie? Wątpię. Ale w nim siebie przeżywał, w nim się zagłębiał, nim siebie drążył i jego mocą marzył. Nim się też i przemieszczał we śnie i jak we śnie – często będąc w stanie osobistego transu. Gdyby wołynianie byli świadkami Kalwarii, z pewnością nie graliby o szaty, aby przyśpieszyć i określić-co będzie, bo w ogóle nie mieli zwyczaju tego sprawdzać czy narzucać. Ale czy to znak zaufania do losu? Czy jakiś pełen ryzyka nierozdzielny trakt innego -wilczy fechtunek swojego; nie wiadomo czy to życie czy droga, może tylko napaść?
        To ostatnie mogło być w ogóle przy tak bliskim obcowaniu ze światem medialnym wcale niezauważalne. Zawsze się coś tam we wnętrzu tworzyło, czasem radowało, obiecywało coś wyjątkowego, czy też i groziło niewyartykułowanym mową napięciem, ciosem bez zrozumienia. Tak jak on czuło wielu, czuło i więcej widziało w sobie i w innych, przybliżając się we mgle uczuć do tajemnych znaków, które przenikały ich pełne przeczuć, uduchowione choć mroczne ciała. Summa summarum –wiele cierpieli; czyż nie były cierpieniem choćby i były charyzmatyczne, bóle kończyn, mogące równie dobrze być wyrazem kontaktu z zaświatami, czy wołaniem o odpracowanie bolesnej historycznej rzezi, bitwy pod Beresteczkiem po której wszystkie okoliczne potoki spłynęły krwią?
       Jednak nikt o tym nie myślał. Nawet on-mędrzec wiejski, choć nie rabin, ale też i licho wie kto. Z garbatego nosa, wyniosłej i gwałtownej postawy-watażka, ze znawstwa wzniosłej pracy wiejskiej -ekspert, z mądrości czoła- samorodny żyd, z instynktu obiektywnej strategii-na dziko -archanioł. A co jeszcze: z pedanterii służbowej-urzędnik, z historycznego zmysłu-wytrawny badacz, z zawadiackiej zalotności-może i frajer; ale w oficerskim mundurze z błyszczącymi guzikami, może by się i komu pokazał jako wódz, jeśli życie dopisałoby tę sytuację.
        A smagłą urodą w młodości przypominał przecież poetów hinduskich, którzy mogli dniami i nocami nadsłuchiwać własnych głosów z każdego kierunku lubej samotności; pełni twórczego zapału i fantazji mogli być i ściśli, bo zarazem i identyfikujący się z wielką istotą „bez drugiego”. Na Wołyniu –już było się kimś od razu, coś już od kołyski zaczepiało, obciążało, nawijało, wyprawiało w przód i oświadczało za sprawą jakiejś często nieodgadnionej tęsknoty. A czasami też i wciągało do rzeczy ryzykownych lub i nawet nieco świętych.
         Nie jest tajemnicą, że tu, na wschodzie, po burzliwym życiu, często zawadiackim i niekiedy nawet pełnym gwaru bitewnego, opatrzność szła na kompromis i ciało po śmierci pachniało, przykuwając uwagę potomnych do jakiejś cechy, szczęśliwego wydarzenia, które torowały nowy, choćby mały kawałeczek przyszłego, jako echo przyszłej rajskiej przynależności. Nic dziwnego, że i same znaki tego były drogie i nie gasły ludziom jak to nieraz gwiazdy w sierpniu. No, ale jak sobie to wytłumaczyć, jak sobie to wytłumaczyć-coś do siebie długo szeptał i przemawiał. Nikt nie wiedział co, a może czasem i wiedział, gdy głos nagle się i wydobył z jakiejś przyczyny. Może i wszyscy nieraz i tak myśleli, że za wyjątkowymi cechami i wydarzeniami kryje się jakieś posłannictwo, misja, która jeśli nie ma być przekleństwem, może potrzebować kogoś, kto na bieżąco przedrze się przez pozór skończonego; kto biegłą myślą prześwietli nagromadzenia złych i dobrych cudów, eony czasu starych i nowych czynników, dominant i imperatywów.
       Gdzieś w głębi myślał, że może by się i tu wszystko mogło jeszcze odnowić, przywrócić czy czymś innym zabłysnąć, może i udał by się armagedon i był pomyślny jednako dla każdego..i dla żyda, niemca, czecha czy greka. A może głęboką nutą pieśni przywołało by się i ałtajskich szamanów i lamów buriackich i zło się by już do nikogo nie przyczepiło całym ciężarem bezrozumnie, teraz trzymane i ujarzmiane niezwyciężonym, wspólnie ćwiczonym duchem.
        Może któryś z duchownych ortodoksyjnych wyjaśniłby tajemnicę fresków kaplicy zamkowej w Lublinie. Wtedy nikt by się z Chrystusa muzykowaniem nie naigrawał, bo idąc nawet za świeckim oglądem wizji K.Stockhausena- każdy emitowałby z serca do serca, z ucha do ucha, niewidzialny i słyszalny jedynie absolutnym umysłem zrozumienia zrąb informatycznej, poczętej w rozległości melodii, która służy chwalebnemu i powszechnemu rozrządowi. Temu, który niesiony anielskimi dźwiękami wszystkim optymalnie działa w zbudowanej łączności sceny wystawienia, która dozwala przejść, przechodzić dalej...

Halszka Podgórska-Dutka. Córcia. Nowa Ruda : MaMiKo, 2013






Zdzislaw Lipiński - "Na cyferblacie piasku"


Notka Biograficzna
Zdzisław Lipiński urodził się w 1962 roku w Sopocie, gdzie zamieszkuje do dziś. Pierwsza poetycka publikacja ukazała się w 1980r. w Dzienniku Bałtyckim. Pierwszy tomik poezji zatytułowany „Skamieniałe morze” ukazał się w 1999r. Publikował też wiersze w „Toposie”, „Przeglądzie Artystyczno- Literackim”(PAL) oraz „Tyglu Kultury”. Przez kilka lat współpracował z dwumiesięcznikiem literackim „Topos”.



dom

przespałem swoją godzinę
na prawym boku złudy
przyśniłem białe góry
na jawie mgłą okryte

za podwójnym oknem
za otwartymi drzwiami
rzeczywistość moich
zasypanych śladów


Statki

zostawałem na brzegu
ilekroć w morze
wypływały moje nadzieje
i nikły na horyzoncie

kładłem się na piasku
patrzyłem w niebo
w powietrzu latały ptaki
muszle błękitu

patrzyliśmy sobie w oczy
z ptakami wzajemnie
zazdroszcząc przestrzeni
i ziemi spokoju


poezja


na białej kartce
kilka
rozrzuconych
ziaren
prawdy


*
na czterdziestym
kilometrze życia
o krok od pułapki
wieku średniego
patrzę jak
na krawędziach obłoków
przeciera się
niebo



*

wszystko co mam to
rytmy serca wolne lub
szybkie oddech życiodajny i
nadzieję że to i tamto naprawdę
istnieje






Krystyna Łukasik - "Znowu prawda"




Kilka wierszy z wydanego tomu:


Krystyna Łukasik
5. I. 2011
Upragniony wiersz

Najbardziej pociąga mnie wiersz
jeszcze nie napisany
ale już wschodzący w wyobraźni
Z porozrzucanych pomysłów
zawołań pojęć
Najlepiej o tym
czego jeszcze
nikt nie napisał
czego jeszcze nie było
ale już się zaczęło
wydarzać
Gdy złoży się elementy
przeczuć i zawiedzionych nadziei
ukarze się rząd słów
które wyjawią to
co pć napisane
a kryją to o czym
nie powinno się pamiętać






Krystyna Łukasik

29. XI. 2009
Rodzaje wierszy
Są trzy rodzaje wierszy
dla siebie
dla Czytelników
i dla Krytyków
pierwsze to odkrywanie
prawd o sobie
które powinno się
zachować w szufladzie
Drugie to prawdy o innych
którym życie spłatało
niejednego figla
Trzecie to wielosłowie
z usilnym wysiłkiem
by nic z niego nie wynikało
Węzły zdań nie do rozsupłania
Meandry zawiłości
udające kompetencje
Mocne słowa
Miast mocnych przekonań
Zbitki pojęć
przeczących sobie na- wzajem
Słowa wyjęte ze słowników
wyrazów obcych
lub przepisane z akademickich
podręczników co przestały być
królowymi mądrości
Sztuka polega na tym
by wyglądały na skomplikowaną
filozofię bytu i niebytu
Który krytyk zaatakuje
takie cuda?



Krystyna Łukasik

II.XI. 2011
Vivat Latina
Łacina – matka wielodzietna
Nauki i sztuki wszelakich
Matka bliźniąt- medycyny i farmacji
Matka języków – włoskiego, francuskiego
hiszpańskiego
Przyjaciółka Cicerona
Dantego Kopernika
Miłośniczka muzyki
niegdyś grzmiała forte
Dziś skromnie – piano
Ukrywa nie jedną tajemnicę
Abnegacja barbarzyńców
dawnych i współczesnych
ukróciła jej wpływy
pochowała nie jedną mądrość
i wiedzę o świecie
nawet w obrzędach kościelnych
Jej erudycji i elegancji
nie zastąpi żaden język
O tempora o mores
Łacino wróć!




Marzenia

Gdy marzyłem o misiu
kupowali mi klocki
Gdy marzyłem o sankach
kupili mi hulajnogę
Gdy marzyłem o rowerze
kupili mi sanki
gdy obdarowali rowerem
śniłem o aucie

Czas płynął
Dostałem pracę
w przemyśle samochodowym
by stale o niej nie myśleć
podróżowałem samolotami
Bywałem na przyjęciach
wyścigach konnych rautach

Luksus tak mi spowszechniał
że zapragnąłem innego życia
Sprzedałem duży dom ogród
basen wytworne meble
Wyjechałem na wieś
kupiłem skromny domek
wśród lasów łąk
krów baranów i kaczek

Jestem wreszcie szczęśliwy
Nareszcie wiem co ziarno a co plewy




Krystyna Łukasik styczeń 2004
Śmiej się Narodzie

Ulicami suną korowody
chudzi grubi mądrzy
głupi biedni bogaci
/jedynie w utopii
wszyscy piękni i młodzi/
Obserwuję ich miny:
kwaśne smutne nieszczęśliwe
Jednak gdzieniegdzie
słychać głośny śmiech
To śmieje się młodzież
przeważnie najgorsi uczniowie
- tak nadrabiają kompleksy
Weseli są też pijacy
- podnoszą dane statystyczne
zadowolenia narodu
/oraz nielicho zasilają
kasę skarbu państwa/
Radośni też są upośledzeni
-dobrze że choć oni cieszą się
z dobrobytu kraju
Ja gdy się śmieję
- to głównie z siebie
-tyle razy dać się
wystawić do wiatru
To potwierdza zresztą
moje oczytanie
wszak Gogol powiedział:
„z kogo się śmiejecie?
z siebie się śmiejecie”
I tak trzymać!
Wtedy będziemy
weselszym narodem





Krystyna Łukasik


16.V.2008

Ballada o prawdziwych mężczyznach
/ku przestrodze/

By być w pełni mężczyzną
trzeba posadzić drzewo
spłodzić syna
postawić dom
Zawsze byłem pracowity
więc bez problemu
przez kilkanaście lat
posadziłem las dębów
postarałem się o pięciu synów
/córek nie liczę/
postawiałem chałupę
z wielu sążni
Miałem autorytet
więc synowie poszli
moim śladem
i też mają
po pięciu synów
/nie licząc córek/
dębów nie sadzili
bo już istniejące
tak się rozrosły
że nie widać promyka słońca
Za to poszerzyli dom
który jest przeludniony
pełen wrzasków i awantur
tak że mieszkam w piwnicy
a i tu wnuki
/nie licząc wnuczek/
nie dają mi spokoju
rzucają we mnie żołędziami
-owocami dębów
Moja trzecia żona
/nie licząc przyjaciółek/
ma nowego męża
który wie że 100-procentowy
mężczyzna ma posadzić drzewo
spłodzić syna i postawić...
a tu problem
jej nowy mąż nie widzi potrzeby
budowy nowego domu
więc mieszka ze mną w piwnicy
dzięki czemu mam
odpowiednie towarzystwo
Jego synowie/nie licząc córek/
i dęby wyrosły
Ci synowie choć nie moi
wzięli do serca moje zasady
i chcąc zrealizować co powinni
/mojej ziemi do kupna nie było/
musieli naprzód wyciąć
las moich dębów
i rozebrać dom
Gdy pojawiła się obszerna
polana pełna słońca
wpadli w taką euforię
że postanowili nic nie budować
i niczego nie sadzić
W miejscu domu posadzili
kilkanaście namiotów
i palą ogniska
Nastrój jest radosny
założyli orkiestrę
i grają od rana
Część osób tańczy
inni wylegują się na trawie
Wieczny piknik
W najnowszej gazecie
przeczytali radę medyczną
że najzdrowiej żyje się
na świeżym powietrzu
To przypieczętowało ich decyzję


Krystyna ŁUKASIK. "Znowu prawda". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2012
ISBN 978-83-60224-81-6




Joanna Kern * Ewa Parma - "Hajer Blues i inne historie"




Ur. 1948. Absolwentka filologii polskiej na WSP w Opolu. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego, do wprowadzenia stanu wojennego również w miejskiej komisji „Solidarności” jako przedstawicielka oświaty. Od roku 1983 przebywa w Niemczech. Po ukończeniu gerontopsychiatrii pracuje jako terapeutka ludzi w podeszłym wieku. Publikowała w polskiej prasie codziennej, „Śląsku”, a w Niemczech w kwartalniku "Wilhelmshofer Bote". Jest aktywnym działaczem kulturalnym: organizuje wystawy malarskie, prowadzi grupę teatralną. Mieszka w Krefeld.

Ewa Parma

Ur.1961. Anglistka. Debiutowała w roku 1987. Publikowała poezję, prozę i tłumaczenia poezji w polskich i amerykańskich magazynach literackich. Wydała tomiki "Tylko dla modliszek"(1991) i „W strefie ognia” (Mamiko 2010). Mieszka w Katowicach.



Jankesi w Katowicach

Dla Lindy i Tony'ego Foster

Jest kwadrans po północy, Rondo
zabijamy czas do przyjazdu pociągu
Warszawa-Wiedeń, którym wraca
zagubiona kamera Tony'ego
- taki mały cud
Kręcimy się pod pomnikiem,
próbuję tłumaczyć Lindzie
o co chodzi z tymi skrzydłami,
używam do tego Yeatsa
i mojego dziadka,
zaprzęgam do akcji metafory,
bo wiesz, Linda, to jak wasza frontier,
pogranicza, co dzielą i łączą,
kiwa ze zrozumieniem
i opowiada swoją rodzinną historię,
ale mam jej nie ruszać, to jej wiersz
Tony robi zdjęcia moim aparatem,
żadne nie wyjdzie, po co,
magia jest tylko tutaj,
pomiędzy słowem a skrzydłem,
Grand Rapids a centrum Katowic,
gdzie właśnie teraz,
w strumieniu czasu, aut
i naszych świadomości
z dwu skrajnie różnych miejsc
odkrywamy nić przewleczoną
przez losy tak podobne
jakby ktoś pisał monodram
zachowując jedność
czasu, miejsca i akcji,
To jakby pić colę z Frankiem O'Harą
w McDonaldzie na Stawowej,
śpiewać siebie z Waltem Whitmanem
na ławce w Parku Kościuszki,
stać na Rondzie z Lindą i Tonym
kwadrans po północy
- taki mały cud

18.02.2012




Radio Katowice

Zajrzę tam we wtorek
wieczorem od niechcenia
udam że pomyliłam godzinę
jedenastą z dwudziestą trzecią
pomarudzę w galerii a potem
chyłkiem wyjmę z ram płótna
owinę się w pary sklejone plecami
ważki magnolie i lokomotywy
zasnę w zapachu terpentyny
i popatrzę jak z sal wychodzą
niewyraźne postacie
Krystyna w kapeluszu
Rysiek z Panią Whisky
Karlik z ostatnim „Kocyndrem” pod pachą
Na piętrze kowadło zacznie samo stukać
mikrofony w studiach ustawią się same
jakby ktoś właśnie usiadł do nagrania
będzie słychać głosy śmiechy i melodie
cały kosmos dźwięków co osiadł
na ścianach odkąd ktoś miał potrzebę
by głosem dać sygnał że jest tu i czeka
i że koniec spania w tym Domu

24.03.2012




MOJA PIĄTA STRONA ŚWIATA



Pokażcie mi jednego Ślązaka, który po przeczytaniu książki Kutza nie zaczyna zastanawiać się nad historią swojej własnej rodziny. Najpierw po trochu, z grubsza, tak jak ja to teraz robię, ale z czasem przypomina się nam coraz więcej. Wracają obrazy i ludzie już dawno umarli, wracają z zakamarków pamięci „berania” babek o utopcach i meluzynach. Sięgamy po albumy z pożółkłymi zdjęciami, po książki o Śląsku, w których odnajdujemy te same ślady, co u Kutza, idziemy do Teatru Korez, aby pośmiać się i popłakać „na Cholonku”.
Historie śląskich rodzin, w których tak do końca nic nie jest naprawdę białe, ani nic nie jest tak naprawdę czarne.

Mój pradziadek ze strony mamy, jak głosi rodzinny przekaz, służył u Wilusia, a że był wysoki, postawny i przystojny, służył w gwardii dworskiej. Był poddanym księcia pszczyńskiego i gdy ten był kiedyś w odwiedzinach na dworze, podobno sam cesarz powiedział mu, że ma w swojej gwardii człowieka z jego włości. Książę wezwał pradziadka do siebie i w nagrodę dał mu ziemię – tyle, ile był w stanie zaorać w jeden dzień. Na tej ziemi postawił dom i założył rodzinę. W tym domu przyszła na świat moja babka, moja mama, a potem ja. Dom po licznych przeróbkach, dobudówkach, łataniu i spinaniu ankrami przez kopalnię Boże Dary, wygląda oczywiście teraz inaczej, niż ten sprzed ponad stu lat. W piwnicy nie ma już też chlebowego pieca, na jego miejscu stoi nowoczesny piec centralnego ogrzewania, ale węgiel z kopalni Boże Dary dalej leży w tym samym kącie.

Pradziadek po powrocie ze służby u Wilusia uprawiał ziemię i dbał o porządek wokół zameczku myśliwskiego księcia w Promnicach, gdy ten przyjeżdżał tam na wypoczynek po polowaniu. Moją mamę, gdy była małą dziewczynką, zabierał czasami jej dziadek ze sobą do Promnic i wtedy miała okazję zza budynków gospodarczych podglądać lepsze towarzystwo. Od tamtego czasu chyba jej zostało, że najbardziej lubiła czytać książki o wyższych sferach i nie miało znaczenia, czy to była "Trędowata", czy też poważna biografia królowej angielskiej.

Gdy przyszła pierwsza wojna światowa, ojciec mojej mamy, a mój dziadek, jako poddany Wilusia, powędrował w prusackim mundurze i w pickelhaubie na głowie na wojnę, z której cudem udało mu się wrócić. Zaraz potem wybuchły powstania, więc poszedł spełnić swój obowiązek i też udało mu się wyjść z tego cało. Moja babka, jak inne żony, nosiła mu jedzenie do murckowskiego lasu i popędzała do szybszego przegonienia Niemców, bo w domu czekała robota i głodne dziecka.

Także drugi mój dziadek, ze strony ojca, brał udział w powstaniach. W przebraniu kobiety furą przewoził powstańczą broń, a między powstaniami często korzystał ze schowka pod podłogą, w izbie naprzeciwko drzwi wejściowych z sieni, kiedy to do domu zbliżała się policja. Dom dziadków w Moszczenicy znajdował się w nie bardzo sprzyjającym takim akcjom miejscu; po prostu z kuchennego okna nie było widać drogi i opuszczenie domu w ostatniej chwili było najczęściej już niemożliwe. Schowek był na tyle przydatny, że jeszcze zdążył z niego skorzystać w 1939 roku mój ojciec, nim wyjechał ukrywać się przed poborem do Wehrmachtu do znajomego gospodarza w innej wsi. Ale gdy Niemcy zagrozili wywiezieniem całej rodziny do obozu, jakby powiedział Kutz, było po ptokach. Ojciec dobrowolnie wdział niemiecki mundur i poszedł na wojnę. Na szczęście na front zachodni, w kompanii takich jak on "Niemców". Gdy w marcu 1945 zobaczyli pod Moers pierwszych Amerykanów, rzucili broń i poszli do niewoli. Miesiąc siedzieli w obozie jenieckim we Francji, na łące otoczonej drutami kolczastymi, bez zabudowań i jednego źdźbła trawy, bo wyjedli ją z głodu. Po miesiącu w obozie zjawili się polscy oficerowie, wywołali Ślązaków i bez objaśnień wywieźli do portu Calais, a stamtąd do Anglii. Tam ubrano ich w polskie mundury i wcielono do armii Maczka. Po zakończeniu wojny, ojciec pierwszym transportem wrócił do Polski, a potem na polskim Śląsku nieraz odpokutował ten Maczkowy mundur.

Mama miała trzech starszych braci i ci też byli w chwili wybuchu wojny w wieku poborowym. Najstarszy z nich był franciszkaninem, pierwszym księdzem z naszej parafii. W tym czasie przebywał w klasztorze w Piotrkowie. Gdy zamknięto polskie szkoły, młodzież z gimnazjum przychodziła na tajne komplety do klasztoru. Na tych kompletach ujek Manek uczył greki i łaciny. Gdy klasztorem zaczęło interesować się gestapo, wyjechał do Krakowa.

Dwóch młodszych spotkał ten sam los, co innych tutaj urodzonych. Jeden w niemieckim mundurze zawędrował aż pod Kursk, gdzie został ranny w nogę i tylko dzięki temu ocalał, bo poszedł na tyły do lazaretu, a drugi z kolei walczył na terenie byłej Jugosławii i w Grecji. Z narażeniem życia wykradał jedzenie z niemieckich magazynów i rozdawał tamtejszej ludności, która cierpiała straszliwy głód. Sceny, które oglądał na okupowanych przez Niemcy terenach, śmierć dzieci, które jego "koledzy" zabijali roztrzaskując im główki o mur, tak głęboko zapadły w jego pamięć, że gdy był w podeszłym wieku i nie bardzo już pamiętał, co jadł rano na śniadanie i którędy idzie się do kościoła, zaczął po raz drugi żyć w tamtym świecie; dla niego ta wojna nigdy się nie skończyła.

Moja rodzina miała szczęście. Wszyscy z wojny wrócili do domu, w czasie wyzwolenia mojej mamie i ciotkom też "się upiekło", ruscy nie narobili w naszym domu zbyt wielu szkód, bo po prostu nie było co wynieść. Podobno tylko jeden z ruskich stłukł lustro, bo widząc w nim swoje odbicie myślał, że mu się diabeł pokazuje. Bogatsi sąsiedzi byli bardziej poszkodowani. Sąsiada o niemieckim nazwisku Fitzek , który mówił po niemiecku, a któremu parę osób na pewno zawdzięczało życie - wybronił ich w urzędach i dlatego ominął ich Auschwitz - wywieziono w głąb Rosji. Wrócił po kilku latach, wrak człowieka, i wkrótce też umarł. Jego żonę, tak jak stała, wyrzucono wtedy z mieszkania na ulicę. Przygarnęła ją moja babka, chociaż w naszym domu też powoli robiło się ciasno. Mieszkała u babki do śmierci. Fitzkowa pochodziła z Ukrainy i dzięki niej poznaliśmy smak pierogów, barszczu ukraińskiego i kulebiaków.

W naszym domu, tak jak u Kutza, też od zawsze panował matriarchat. Moją prababkę znam tylko z opowiadań, ale to ona rządziła w domu, potem babka, no a później moja mama. Określenie Stara Demokracja u Kutza tak bardzo dla mnie znajomo zabrzmiało, że musiałam sobie „pobeczeć”, bo tak czasami mówił mój ojciec o swojej teściowej lub o swojej żonie, gdy mu te babskie rządy już bokiem wyłaziły.

Od kiedy pamiętam, dom był zawalony książkami. Babka czytała po niemiecku, bo w tym języku czytać się nauczyła, mama już po polsku, bo urodziła się w czasie, kiedy jej ojciec gonił Prusaków po murckowskim lesie i kiedy poszła do szkoły, była to już szkoła polska. Gdy parę lat po wojnie urodziłam się ja, a potem jeszcze moje dwie siostry i brat, ta tradycja czytania przetrwała. My, dziewczyny, dostałyśmy obligatoryjnie na któreś tam „Dzieciątko” po lalce, no bo tak się należało. Z tymi lalkami nasz wujek w habicie, Manek, zrobił nam zdjęcie i na tym był koniec zabawy. No, bo ile można się bawić jakąś durną lalką? Więc siedziały te wystrojone lalki na zasłanych łóżkach i robiły za dekorację. Obowiązkowym prezentem na wszystkie okazje i bez okazji były książki. Czytało się w każdej wolnej chwili, a w nocy pod pierzyną, przy świetle latarki.

Książki, których dzieci nie powinny były czytać, stały na najwyższej półce w komórce, nad krauzami z kompotem. I te nęciły najbardziej. Gdy rodziców nie było w domu, na stołku przyciągniętym z kuchni stawiało się ryczkę i wyciągało kolejną książkę. W ten sposób w wieku 12 lat miałam zaliczoną „Trędowatą” i wiele innych tego typu romansów. Pamiętam do dziś, jak szlochałam nad losem Stefci i ordynata Michorowskiego, czytając o ich wielkiej miłości na łące pod kasztanem. Przestudiowałam też wtedy dokładnie, ze szczególnym uwzględnieniem rozdziału o położnictwie, poważne dwutomowe dzieło naukowe z zakresu medycyny. To nie były czasy, kiedy rodzice czy szkoła uświadamiały dzieci, robiliśmy to na własną rękę. Dzięki tej książce przestałam wierzyć w bociany. Kiedy miałam już 18 lat i mama usiłowała mi jednak coś tam wytłumaczyć, serdecznie się uśmiałam i przyznałam do lektury tego skrzętnie przed nami chowanego dzieła.

Gdy szłam do Liceum Ogólnokształcącego w Ochojcu, miałam już zaliczonych Trzech Muszkieterów, Hrabiego Monte Christo, rycerzy Okrągłego Stołu, a także „Wichrowe Wzgórza” Emily Bronte i będącego na indeksie kościelnym „Szerszenia” E.L. Voynich. Pierwszą dwóję w życiu dostałam z klasówki z języka polskiego, bo polonista posądził mnie o ściąganie. A ja po prostu dzięki książkom nie miałam trudności z wysławianiem się po polsku.

W dzień balu maturalnego, wraz z przyjaciółką, zostałyśmy przyjęte do Koła Młodych Literatów, któremu przy Pałacu Młodzieży w Katowicach patronował Wilhelm Szewczyk. Koło powstało w wyniku konkursu literackiego ogłoszonego przez Trybunę Robotniczą. Moje opowiadanie o Ślązakach i gorolach zakwalifikowało mnie do finału konkursu i zdecydowało o przyjęciu do koła, jednakże moje kontakty z nim urwały się po kilku miesiącach, bo zaczęłam studiować w Opolu. Dla mnie od początku było jasne, że to będzie polonistyka.

Na uczelni zetknęłam się z profesor Simonides i ta zaraziła mnie swoją śląską pasją. Uświadomiła mi, że nie muszę wstydzić się śląskiej gwary, bo to język naszych pradziadów, nasze korzenie, a nie pokręcony niemiecki, jak niektórzy usiłowali nam wmawiać, upokarzając nas przy tym. Profesor Simonides stworzyła na uczelni śląskie koło naukowe i z nią jeździliśmy po opolskich wsiach, nagrywaliśmy i spisywaliśmy śląskie opowieści. Cztery z nas z tych materiałów napisały prace magisterskie; tytuł mojej brzmiał: „Oleska anegdota ludowa”. Moje nazwisko figuruje też w spisie narratorów w pierwszych wydaniach „Berów śmiesznych i uciesznych” Simonides.

Po studiach rozjechałyśmy się w różnych kierunkach, ale dwie z nas, które pozostały na Śląsku, prof. Simonides namówiła na dalsze zbieranie materiałów i kontynuowanie pracy; miała ona zaowocować doktoratem. Mieszkałam wtedy w Raciborzu, więc teren do zbierania materiałów folklorystycznych był idealny.
Ale jak powiedział też w książce Kutz, Ślązak mógł podskoczyć tylko do pewnej wysokości, a potem było finito - pokazywano mu, gdzie jego miejsce i upadek bywał dość bolesny.

Po opublikowaniu przeze mnie chyba piątego już z kolei artykułu, dziekan wydziału, Walenty D., który przywędrował na Śląsk z Mazowsza, oznajmił prof. Simonides, że nie ma społecznego zapotrzebowania na tego typu rzeczy i że nie zgadza się na otwarcie przewodu.

A może to zemściła się na mnie moja złośliwość? Pana D. nie trawiłam już w czasie studiów, jego świntuszenia na ćwiczeniach i wykładach, zresztą nie tylko ja jedna, więc pluszową świnkę maskotkę, którą miałyśmy z koleżanką w pokoju w akademiku, nazwałyśmy jego imieniem. No i w ten sposób Walenty zakończył moją naukową karierę.

Jednakże ziarno posiane przez prof. Simonides już zakiełkowało i rosło.
Uczyłam w szkole średniej, większość moich uczniów pochodziła ze śląskich lub niemieckich rodzin, od pokoleń zasiedziałych na raciborskiej ziemi, na korytarzach i podwórzu szkolnym słyszało się przeważnie gwarę, wielu miało rodziny w Niemczech. Ich światopogląd był już mniej więcej ukształtowany, szkoła nie mogła tu już wiele zepsuć. To matki i babki mówiły i pokazywały im, kim są.

Wiedziałam o tym, przecież wywodziłam się również z takiego domu, tak więc lekcje o patriotyzmie to były przede wszystkim rozmowy o przywiązaniu do miejsca, w którym się urodziło i w którym się żyje.

Naturalną konsekwencją tego było też, że kiedy nauczycielka historii urządziła w szkole Izbę Pamięci Narodowej, powstańczy mundur mojego dziadka z Moszczenicy i jego odznaczenia znalazły sią tam w roli eksponatów. Do nich był dołączony napisany przeze mnie jego życiorys.

Z kolei nazwisko dziadka katowckiego widnieje na pomniku upamiętniającym powstania i uroczystość objęcia Górnego Sląska przez rząd polski w lipcu 1922 roku. Pomnik ten stał początkowo między Piotrowicami i Kostuchną, w 1939 został zniszczony przez Niemców. Jego replika stanęła w 2002 roku na skwerze przed kostuskim kościołem. W rodzinie mówimy – „nasz pomnik”.

Gwara była naszą „Muttersprache” . Ta niemiecka nazwa języka ojczystego jest chyba najtrafniejszym tego określeniem. Muttersprache – matczyna mowa. Do pójścia do szkoły posługiwaliśmy się tylko gwarą i tak było w każdej śląskiej rodzinie. Nauka języka zaczynała się od alamakota i to tak mocno siedzi w naszych śląskich zakutych łbach, że założę się, że nikomu z nas nie przyjdzie do głowy dzisiaj powiedzieć Ala mo kota. Tak więc języka polskiego uczyliśmy się dopiero w szkole. To był język, którym posługiwaliśmy się tylko poza domem, bo w domu mówiło i do dzisiaj mówi się gwarą. Chociaż w ostatnich latach zauważyłam, że najmłodsze pokolenie też w domu coraz częściej mówi „czysto po polsku”. Zjawisko jest na tyle zaskakujące, że rodzice przecież dalej „godajom”.

Tłumaczę to sobie faktem, że dzieci nie tylko w szkole mają do czynienia z językiem polskim, siedzą przecież godzinami przed telewizorem i komputerem i to powoduje, że tych parę zdań wypowiedzianych gwarą przez rodziców wpada gdzieś do jakiejś szufladki i w niej pozostają zamknięte. Gwara staje się tym, co nazywamy bierną znajomością języka – dziecko rozumie, co się do niego mówi, ale samo już mówić nie potrafi. A szkoda.

Bo jak powiedział Goethe: „Tyle razy jest się człowiekiem, ile zna się języków”.



11.03.2010


Joanna Kern




Pejzaż ze śląskiego podwórka



Najważniejszy jest płot.
Można się na nim oprzeć łokciami,
wieści ze świata nasłuchać,
pranie wysuszyć i garnki;
na ławce usiąść z sąsiadem,
pogadać, kufelek wypić.

Za płotem ciemny las,
za lasem wielki świat,
co zjawia się czasem
wraz z dzwonkiem u roweru
Antka - listonosza,
w kopercie z cudzoziemskim
znaczkiem barwnym
jak diabelska czapka.

Wiatr wtedy w brzozach się zrywa
i sroki odlatują spłoszone,
gospodarz po trzykroć się żegna
i szczelniej domyka furtkę,
by złe dostępu nie miało
do jego skrawka nieba
i zostało za płotem.

Katowice, 30.05.2007.



Ewa Parma





Tomasz Hrynacz - „Praski raj”



                  

Tomasz Hrynacz
urodził się w 1971r. Autor książek poetyckich: „Zwrot o bliskość” (Kraków 1997), „Partycje oraz 20 innych
wierszy miłosnych” (Sopot 1999), „Rebelia” (Wrocław 2001), „Enzym” (Nowa Ruda 2004), „Dni widzenia”
(Jugowice 2005). Jego wiersze przetłumaczono m.in. na język angielski, chorwacki, czeski, francuski, niemiecki
i serbski. Mieszka w Świdnicy Śl.


Wiersze pochodzą z wydanego tomu „Praski raj”.


Nic nie obraca się


Bez przyczyny przeciw tobie.
W końcu słońce przecież ożyje
i spali skrzep bieli.

Na powrót w tym głosie
przeważy modlitwa wszystkich
dziennych spraw,

bo to jemu powierzasz swoje
jutro. A ono obraca się
przeciw tobie.

Teraz zmącone oko
przygasa i deszcz się
kończy,

co się więc widzi, kiedy
patrzy się bez
przyczyny ?

Na powrót powziąć rany
i ciernie, do reszty zakopać
groby,

pokochać popiół, by
w zmartwychwstanie
uwierzyć.




Marcowa krucjata


Szturm wody i wiatru.

Tak może się zdarzyć,
że pozostaniesz w tej
mętnej wodzie do końca,

gotowy czekać na sen biały
i lekki, czując jak pod językiem
rtęć wędruje ku twierdzy serca.

I nie ma powodu, by sądzić, że
stać cię na cud, bo dokądkolwiek
byś nie wyruszył i tak będziesz

wobec wieczności odległy.






Starsze panie nie farbują włosów


Dwuznaczne milczenie podrażnia nerwy.
Ale, nie dlatego, nie zostanę na noc.

Masz mnie a ja ciebie. Tak nagle gwar ulic
odcina cię od wspomnień. Zwalniasz krzesło

i za plecami zostawiasz jedynie cień ulic.
To, co zaoszczędziłaś w pamięci, rozmieniasz na

drobne smutki. Słońce wyrasta przed tobą, a to
bynajmniej nic nie oznacza. Po prostu czujesz się

zbita z tropu. Namierzasz wszystkie dni,
w których miłość umocniła cię, a śmierć

nie zaglądała pod powieki. Dobrze, niech
trwa fala radości, niech sytuacja dopasuje się

do chwili bardziej niż zwykle. Włos dzielisz
na czworo, nakładasz złudzenia farbę.

Nowe dni rozbłysną, roziskrzy się w tobie
duch, pozostaniesz naprawdę wolnym ptakiem.

Promień przyciąga, wiedzie na pokuszenie
jutra szybciej niż głos anioła stróża.

Uznajmy to za przejaw braku poczucia sensu.
Takie czasy, kiedy starsze panie nie farbują już włosów.

A ciepłe sny coraz częściej poddawane są ulewie
niechcianych pobudek. Rodzi się wszechogarniające

uczucie, że polecone słowa nie sprawdzą się
i znów położysz się spać z otwartymi oczami.

Zatem nie mówmy o tym, co potem, porozmawiajmy,
jakby tu zagrać flipa, by nie nadwerężyć ręki.



HRYNACZ Tomasz. Praski Raj.
Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2009. -89 s.
ISBN 978-83-60224-34-2
(Poezja polska)







"Maraton" Piotra Saługi
okladka.jpg
okladka.jpg


Książka mianowana do nagród i wyróżnień w 41 konkursie: Najpiękniejsze Książki Roku 2000 organizowanym przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek.
Pisarz urodzony w 1964 roku w galicyjskim Jaworznie. Dzieciństwo i młodość spędził wśród miejskich blokowisk, pól i hałd.
Pisał od zawsze. Zdecydował się wydawać dopiero w Nowym Tysiącleciu. Oprócz pisarstwa zajmuje się twórczością plastyczną. Kocha góry.
Pasjonat historii. Od dziecka chciał zostać królem. Od lat nie ustaje w poszukiwaniach legendarnego diademu Bolesława Chrobrego - korony koronacyjnej królów Polski, zaginionej w końcu XVIII wieku. Poszukiwania przywiodły go - spod Wawelu i Tatr, przez piramidy, magiczne miejsca Ziemi Świętej, prerie Ameryki i wieże Manhattanu - z powrotem na łono Ojczyzny. Doświadczenia owych poszukiwań opisuje częściowo na kartach niniejszej książki.
Po powrocie z Ameryki osiadł w Krakowie. Jest pracownikiem Polskiej Akademii Nauk
Drodzy czytelnicy życzę przyjemnej lektury. Opinie na temat książki przysyłajcie na adres wydawnictwa. Najciekawsze zamieszczę w drugim i następnych wydaniach. Opinie







Zyta Bętkowska - Dwa chutory






Zyta Bętkowska, urodzona w 1966 r. w Sanoku. Zakochana w bieszczadzkich zakamarkach - miejscach swojego dzieciństwa. Od 2004 roku pisze i publikuje wiersze w internetowych portalach poetyckich.


***
Zamieszkałam w papierowym mieście, ktoś mi powiedział:
- Atrapa, to brzmi dumnie - niech ja go znajdę!
Stoję, ludowa Niobe, która nawet skamienieć nie potrafi.
Mogłam stekturzyć się, zbibulić, przyglucić płasko
do sztucznego muru, jak przeceniona tapeta w głupawe
potworki. Dogasa wysycona emulsją galeria, w dali
fatamorgana. Tłumy pobiegły właśnie w tamtą stronę.
- Oaza, to brzmi dumnie! - już mnie nie nabierzesz.



eden?
Drobiowy przystojniak nigdy nie daje za wygraną, świta
w głowie chaos. Na krzywej bradrurze wyświechtana chochla
kołysze soplowaty zarost, cuchną bety krochmalone szronem,
filtruję mętny oddech przez rękaw piżamy. Nie wstanę
pierwsza. Może później. Tu słońce jest cząstką sztafety
światła. Latarnie, neony, pęknięty reflektor tramwaju
z koszmarnym wav&#8217;em na zakręcie. Walczę. Przegrywam.
Nigdzie nie będę szczęśliwa, jeśli zabiorę tam siebie.



za/nim
Suniemy amfiladą zdarzeń. Próbując zyskać - tracisz
mnie z oczu. Nie chcę wołać, biegnę, a ty przystajesz
na to. Widzę, jak ślizgasz się spokojnie na filcu
muzealnych kapci. Nie boisz się dotykać eksponatów
w sąsiedniej sali. Tłoczno. Ucichły słowa przewodnika.
Nerwowo wertuję paginy prospektów. Tyle tu jeszcze
można by zobaczyć, znaleźć. Fiksacja nagle przechodzi
w olśnienie - zbuduję ci lunetę do bliży. Zobaczysz!


Zyta Bętkowska. Dwa chutory. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Jakub Domoradzki - Wiersze, których nie lubi mój tata





Jakub Domoradzki – ur. 13 XI 1992 r. Student filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Członek Stajni Literackiej SPP w Warszawie. Miłośnik kina, gór i historii. „Wiersze, których nie lubi mój tata” to jego debiut.



*

Co robi poeta
w galerii obrazów? –
spytałem sam siebie
patrząc na Rembrandta.

Onieśmiela mnie
ich wzrok na obrazach –
bo oni tu pracują,
są w trakcie czytania,
kolacji
i tak od setek już lat,
a ja,
gorzej niż intruz,
nie mogę nawet
zapukać do drzwi
i spytać czy mogę.
„Ja tylko na chwilę,
początek wiersza
choć podpowiedzcie,
resztę dokończę sam –
wśród moich ścian bez obrazów”.
Nie słuchają.
Tylko koń w oddali
zdaje się mnie nie słyszeć.
Wodę piję.
Tę samą, która sztormem
statek przewraca
w obrazie obok.
„Może pomóc?” –
wołam do kapitana.
„A po co nam poeta?” –
odpowiada zziajany głosem Veldego.
Już odwracałem się stamtąd
na pięcie –
ale akurat mleczarka
przygotowała ciepłe mleko
do kolacji –
chociaż nie znała mojego imienia
(ja wiedziałem tylko kto ją namalował)
i tak czułem,
że muszę z nią chwilę posiedzieć.
I tak siedzieliśmy.
Mleko wystygło,
a ona nawet pieca nie miała,
aby je podgrzać.

Jaki artysta
zostawia kobietę bez ogrzewania
na tyle stuleci?
A ona –
przyzwyczajona chyba do tych
długich zimowych wieczorów
odrzekła z mądrością
czerpaną przez wieki:
„I po to poeta,
żeby dokończyć to,
o czym malarz zapomniał.”

Jakub Domoradzki. "Wiersze, których nie lubi mój tata". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Exodus - Arkadiusz Sann


      Pasją Arkadiusza Sanna (ur. 1959) jest pisanie. Literatura, to jego idee fixe. Pisze od 21 roku życia. W 1982 roku tygodnik Na przełaj przyznał mu w konkursie &#8220;Fragment życiorysu” III miejsce za reportaż Kanał 1980. Jego właściwy debiut nastąpił jednak w 1991 roku na łamach miesięcznika Easy Rider, gdzie ukazało się jego opowiadanie Plebejusze.
      Przez 10 lat pracował jako robotnik. W 1992 roku wyjechał do Holandii, gdzie przebywał 8 lat. Zebrane tam obserwacje i doświadczenia zawarł w powieści EXODUS.
      A. Sann jest autorem również dwóch zbiorów opowiadań (w tym jednego dla dzieci i młodzieży) oraz obszernej powieści z gatunku Entwicklungsroman - wszystkie te utwory są obecnie przygotowywane do druku.

Exodus - Arkadiusz Sann Mamiko, 2002










Tamara Hebes - Błąd paralaksy





Dessous

Jest taka czerwień, której można dotknąć.
Wybija się spod warstwy soczystego nieba,
a potem okazuje się, że to odwrotna strona
światła. Jego brak sprowadza głęboki sen,
niespokojny. Za każdym razem taki sam,
bo ogień spala krew, która raptem stężała.

Jest taka czerwień mistyczna, kołysząca się
jak maki wbite między źdźbła dojrzałego zboża.
Ona wymusza prośbę, ale usta są suche, bezradnie
nieruchome. Tylko oczy błagają czernią źrenic.
A czerwień nie ustępuje. Wcina się w twarde mięso
zmysłu i zaczyna się podróż przez mosty zwodzone.

Jest taka czerwień nabrzmiała delikatnością,
wypchana ciepłem, które tylko wzmaga pragnienie.
Każda ucieczka zawsze kończy się powrotem do miejsca,
gdzie dreszcz porusza niewidzialnym płomieniem.
Jeszcze ta przestrzeń oddychająca rytmicznie i
ruchliwość wciągająca w siebie drobiny czasu.

Jest taka czerwień, dla której pamięć
otwiera się na oścież, a pory roku nie niosą
ze sobą żadnych zmian. Dla niej chciałoby się
być podobnym do gąbki i chłonąć, chłonąć
ten nektar ściekający jak antyczne wino.
Ale nic z tego, bo wszystko ma swoje granice.

Jest taka czerwień pachnąca nagością doskonałą.
Ona korzenie swoje zapuszcza w głębinę ciała
i w stronę krzyża wiedzie korytarzami kosmosu.
Jest jak szkło rozlewane do form bezbarwnych.
To kokon kryjący w sobie niezliczone ziarna
znaczeń, to głód, którego nie można zaspokoić.


Preludium

To nie powinno było się zdarzyć.
W matematycznym wzorze istnienia
przypadek ustępuje konieczności.
Kruszy się tępy upór. Hodowany
latami trzeszczy. Twardo udaje,
że panuje nad zaistniałą sytuacją.
Teraz&#8230; słabość przybiera na sile
i język gestów obrasta w znaczenia
nieznane mi do tej pory. Uwiera. Boli.
Wykluwa się pragnienie, żeby móc
gładzić pióra twoich skrzydeł
złożonych w hangarach piersi.

To nie powinno było się zdarzyć.
Ślepy mechanizm instynktu
wodzi po dzikich przestrzeniach bycia.
Każde spotkanie wypala wyraźny
ślad w pamięci, która zwykle zawodzi.
A sny stają się złośliwe. Puste.
Nie pozwalają ci wejść, nie dają
przyjrzeć się rekwizytom rozrzuconym
po całej onirii. Za to gorączka wyobraźni
infekuje z zadziwiającą sprawnością
i żadna modlitwa nie rozpuści tego
kamienia, który krąży w krwiobiegu.


Tamara Habes. "Błąd paralaksy". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015





Tomasz Dalasiński - "Porządek i koniec"



Tomasz Dalasiński – ur. 1986. Twórca tekstów poetyckich publikowanych na łamach
m.in. „Kresów”, „Toposu”, „Czasu Kultury”, „Odry”, „Tygla Kultury”, „Frazy”, „Zeszytów Poetyckich”, „Opcji”, „Rity Baum”, „RED-a” i „Portretu”. Laureat X Tyskiej Zimy Poetyckiej (2010), nominowany do nagrody głównej w OKP im. J. Bierezina (2008). Dwukrotny stypendysta Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego w dziedzinie kultury,
doktorant w Zakładzie Polskiej Literatury Współczesnej UMK. Mieszka w Sędzinie i Toruniu. Zbiór wierszy porządek i koniec uważa za swój właściwy debiut książkowy.



Kilka wierszy z wydanego tomu:



ponad wszelką wątpliwość


udowodniwszy sobie, że wszystko można podać
w wątpliwość; podawszy to
na tacy z półwytrawnym winem, winę

wziąwszy na siebie; wziąwszy
to sobie do serca i wziąwszy się w garść
na końcu przetłuszczonej od słońca ulicy,
idziemy i patrzymy na zapadające
się w siebie tu i ówdzie widoki, co chyba

nie jest jeszcze najgorszym widokiem
na przyszłość.





cały czas


pod przykrywką własnej skóry. nie mam zdania
prostego, musi być złożone
z krwi i kości, lub chociaż z ulicy i

deszczu, który pada z wściekłością
szczegółowych pytań. tak łatwo jest przesiąknąć
przekonaniem o czymś, co ma znaczyć
to wszystko? wszystko
jedno, skoro

ten deszcz kiedyś ustanie,
a pytania nie.




czy ja wiem


coś o zdjęciach i śmierci na skutek
(chciałabyś się rozmnożyć w związku
z tym, co wyżej?). fotograficy, pijani

grabarze, skąd takie połączenie
między neuronami? jeżeli to możliwe,
zacznij być jadalna, zdjęcie
ubrań to wszystko, co należy zrobić
ażeby się oczyścić? dajmy na to,
w saunie: para rozszerza pory, w porach
lepszych warto
podejmować czynności mające na celu. cele,
ciemne i zimne, w których zakonnice
oddają się cichemu obcowaniu z panem

et circenses, widzisz? do czego to
doszło.


[Elwirze Wilczyńskiej]






daję słowo,


do-
słownie: z ust do ust, przy
stole, przy-

najmniej tyle mogę
zrobić, zanim język
zanurzy się w sałatce z kurczakiem
i piwie, to znaczy, zanim z resztą

albo, zresztą, bez, zabiorę, jeśli można,
zdanie w kwestii smaku.


[Aleksandrowi Madydzie]






w rezultacie


tkwi sedno wszelakich czynności. za czym
trzeba podążać, żeby dojść
do siebie? myślę o

i „więc jestem”
na pustym przystanku, na tym
w końcu stanęło, ale po co
język? w rezultacie
tramwajem w stosownym kierunku, ruch

ust w przeciwną stronę z przerwą
na, to wszystko.


DALASIŃSKI Tomasz. Porządek i koniec. Nowa Ruda : MaMiKo, 2011. -(Poezja polska)








Agnieszka Ziętara - ur. w 1973r. Absolwentka zarządzania i marketingu, pedagogiki. Publikowała m.in. w "Magazynie Materiałów Literackich Cegła", w antologii "Harmonia dusz". Nagrodzona wyróżnieniem w ogólnopolskim konkursie poetyckim. Mieszka i pracuje w Lidzbarku Warmińskim.


odrobina człowieka


z postaci wyszło nieuniknione
płaskie
grudka człowieka
w człowieku

a my leżeliśmy
byliśmy wszystkim
wszystkim tym
czego nie widać

potem ubraliśmy ciała
to takie głośne
bycie i nie bycie
człowiekiem
myślenie w sposób
niebezpiecznie martwy
niebycie w byciu
wyłuskiwanie z łuski
źlenie po dobrym
dobrzenie po złym
gubienie w odnajdywaniu
chcenie
kwilenie
kwilenie

oszukiwanie
że naprawdę
że potem
i długo długo później
przyglądanie się
wszystkim pustkom
pytanie czy płynie
czy tylko zastyga
a może wrze
wycieka w niewidocznym
ułamek ludzkiego
Ja
skowyt po skowycie
ta głębia
głęboko można zasnąć
uciec głęboko przez sen
sen
z pootwieranymi oczami

jak to się myśli
jakie gałęzie
to czują



ciało


ciało jest jak wołanie
nic nie jest bliżej
niż chłód
włożyć ręce w cokolwiek
włożyć serce w człowieka
obudzić się w obcym ciele
urwanym
ssać gruby głos
poszukujący właściciela
mówić jak ciało
które kupiło inne ciało

jak stare są ramiona
które od siebie odstają

zdarzyć się może
każdemu wszystko
zakrywają zwierzęciu oczy
kiedy je zabijają



miał oczy wilgotnego psa


życie jest krzykiem
każdy ma powód
by się obudzić
nazwa jest tylko nazwą
zastawką na niebytym

widziałam płacz pękających luster
dłonie zanurzane pod nieobecność

widziałam śmierć
która zeszła
by się przywitać

widziałam dzieci pod murem
nie pytały o nic
grzebały w ziemi
martwe pisklę




Agnieszka Ziętara."Stacja o niczym". Nowa Ruda: MaMiko, 2014











Leszek Sobeczko – poeta; rocznik 1961; zodiakalny Strzelec; mieszka w Rydułtowach. „Nieautoryzowane” jest jego debiutem. Do tej pory drukowany w prasie, w almanachach, przy okazji Rybnickich Dni Literatury, a także w publikacjach pokonkursowych. Przez dwa lata pełnił funkcję redaktora poezji w serwisie literackim – www.portal-pisarski.pl

Kilkakrotnie jego wiersze były prezentowane na antenie Polskiego Radia Katowice w audycji „Poczta Poetycka Macieja Szczawińskiego”. W 2014 roku zdobył główną nagrodę XXXIII edycji ogólnopolskiego konkursu artystycznego Konfrontacje 2014 w Lesznie. W XX wieku był członkiem grup literackich: „Misterium” w Wodzisławiu Śl. i Grupy Literackiej „ROW” z Rybnika. Aktualnie jest związany z Rydułtowską Grupą Literacką „Zwrotka” oraz współtworzy „Przewoźny Klub Literacki” w Rybniku.

leszek.sobeczko@o2.pl




Grzech zaniedbania. Zapiski w trakcie


Ludzie są niepoprawni – mówię ci w odpowiednim momencie
nie podzieliło się po równo – pomyśleć tylko –
przywrócenie do pierwotnej gliny w żuwaczkach robali

być może zbyt zawile splątałeś nić mistycznego dzieła
w siatce na motyle ubywa idei nieba
jak spirytusu z niedokręconej butelki

ponadto nikt nie zauważa ducha w martwym odwłoku
gdyż mamy podobną wrażliwość na wypluwanie się z tła
wprost w kontekst wypowiedzi
kół samochodu albo innej ruchomej części
zdania gdzie żebro to podmiot nadto liryczny

posiadając usta sporadycznie zaspokaja pragnienie
scalenia na moment z innym żebrem – przyznaj
raz jeszcze czy wypada być świadkiem
tych poważnych figli


albo milcz jak dotychczas
ale później nie miewaj pretensji.


Spacer na smyczy. Zapiski w deszczu


Tak naprawdę to już tu byliśmy tylko pamięć
zawodzi jak pies do księżyca deszcz jest gestem
wody którą dostrzega kiedy go przemoczy

starzenie ma w sobie element zapadania
– biologiczny kolaps –
jeszcze widzi horyzont a już przestaje być

wyraźnym obrazem dźwięki przepływają obok
są wiatrem którego nie sposób w dłoniach zatrzymać
przeczuwa więc że nie będzie następnego razu

przyzwalając wodzie na intymne objęcia
nieśpiesznie idzie by wypełnić słowa
albo na nic się nie godzi co i tak jest

bez znaczenia
moknie.


Leszek Sobeczko."Nieautoryzowane". Nowa Ruda: MaMiko, 2015







Przemysław Zawal - " Komunikacja miejska"





Kilka słów o sobie: nazywam się Przemek Zawal, urodziłem się w 1979 roku.
Dotychczas publikowałem w Undergruncie, Toposie, Potrecie, lokalnych
dodatkach Gazety Wyborczej oraz kwartalniku internetowym Przesuw. Mieszkam w
Olsztynie, uczę języka angielskiego.



NEIL YOUNG

Gdybym mówił wszystkimi językami
ludzkości, a gitary bym nie miał,
byłbym Nietzche'm.



BOHUMIL HRABAL

Jestem uległy, dlatego piszę.
Ciągle proszą mnie o jakieś
nowe historyjki o tatuażach,
pierdzeniu i bekaniu.

Podtrzymuję więc wątek, tę wątłą nić.
Nie mam siły odmawiać. Jestem stary,
zmęczony, już powoli zaczyna oślepiać
mnie to słońce. Śnię koty, kolejowe stacje,

karmię gołębie. Potem napiszą, że wypadłem.


TYMOTEUSZ KARPOWICZ

Kim jest Zbigniew Machej? Dlaczego
mną się zajął? Czy zajął się, bo się
zapalił? Czy przy tym zajęciu palił
papierosy? A jeśli tak, to jakiej marki?
Polskie czy zagraniczne? Czy jeśli palił
polskie, to czy teraz Polska? A jeśli
zagraniczne, to czy teraz zagranica?
Czy kwestionariusz to polskie słowo?
Dlaczego właśnie ono? Czy chce
osiągnąć przez to jakiś cel?
Czy jest to cel satyryczny, artystyczny
czy statystyczny? A może trzy w jednym?
A jeśli tak, to może nie napisał wiersza,
tylko stworzył proszek albo szampon?
Czym się więc zajmuje? Jest li poetą?
Pisze stylem wysokim czy niskim?
Czy chce, by poezja trafiła pod strzechy?
Jeśli tak, to dlaczego moja? Dlaczego
więc nie napisze recenzji? Czy mu się
nie chce, czy nie rozumie? A może
rozumie i nie chce podzielić się wiedzą?
A jeśli już wszyscy zrozumieli? Skoro tak,
to dlaczego siedzą cicho? Czy posłuchali
prezydenta Francji? Czy czytał on moją poezję?
Jeśli tak, to czy się zląkł i dlatego grozi innym?
Czy kazał Machejowi napisać o mnie wiersz?
A może polecił to Czechom? Czy ci się
wymigali? Czy przeszli nad tym do porządku
dziennego? Czy zlecili to Machejowi?
Gdzie on właściwie mieszka? Tu czy tam?
A jeśli i tu, i tam, to skąd ja się tam wziąłem?
Dlaczego nie napisał do mnie listu? Czy zapłacono
mu za druk? A jeśli tak, to czy od linijki mu płacono,
czy od książki? A może wszystko, co mu zapłacono,
zjadły podatki? Czy kwestionariusz umieszczony
w internecie podlega opłacie podatkowej?
Co na to Minister Finansów? A co Komisja
Kultury? Dlaczego nie interweniują? Dlaczego
Gazeta Wyborcza nie umieściła przedruku?
Dlaczego Machej napisał ten "Kwestionariusz
Karpowiczowski"? Czy potrzebne mu są
odpowiedzi? Czy może jednak pytania?
Dlaczego nie ma odpowiednich rubryk,
aby je wypełnić? Czym jest jego poemat,
a czym mój? Żartem? Poematem korelatywnym?
Czym to tłumaczyć? Medytacją? Metafizyką?
Metą? Kim jest Zbigniew Machej?

Przemysław Zawal - "Komunikacja miejska" Mamiko







Patrycja Paterak - była.




Patrycja Paterak (ur. 07.11.1985r.) kobieta trudna do rozszyfrowania, odpychająca od siebie negatywy drugiej osoby gdyż z pewnością chłodniej bez nich zamrożonej artystce. Podziwia podobno lekceważące i boi się „wszystkiego w porządku”. Nie znosi kurewskiej mazi dorzucanej do sekretów. Z mikro-ekspresją zapiernicza w przestworzach, gubiąc najczęściej zasięg. Mieszka w Tarnowie.


Rozcięta pomarańcza, odkrojony ogonek wiśni czy gruszki, obrany banan ze skórki, usunięte włoski z kiwi, odcięta kiść winogrona, poprzecinany wzdłuż i wszerz granat to tylko namiastka tego, co sami sobie i z sobą robimy, kim jesteśmy, czym jesteśmy w tym byciu kimś, kim jesteśmy w tym byciu czymś, czymś, w czymś, kimś w kimś...

Patrycja Paterak. byla.. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Zofia Mikuła - Nie goń mnie Alafufu




Zofia Sofim Mikuła - autorka zbioru wierszy Kuriozalnie z szypułkami. Publikowała między innymi w Autografie, Dzienniku Polskim, Kozimrynku, Znaj, Angorze, a także w wielu antologiach i almanachach. Laureatka ogólnopolskich konkursów literackich. Współpracuje z pismem społeczno-kulturalnym Własnym Głosem. Odznaczona odznaką honorową Zasłużony dla Kultury Polskiej MKiDN (2015). Więcej o autorce na stronie: zofiamikula.manifo,com



reakcja alergiczna


schniemy w słońcu.
ty trzysta trzynaście metrów nad poziomem morza. ja na nizinie.
gdyby dodać twoje szóste piętro byłoby trzysta trzydzieści trzy.
lubisz trzynastkę. lubisz też trójkę. trójkę wygrałam kiedyś w totka.
nigdy więcej mi się nie zdarzyło. tobie zdarzyły się trzy ważne kobiety.
przelotne romanse zjawiają się często
romans z kokardą przychodzi z rzadka niespodzianie.

schniemy w słońcu.
ty nad górską rzeką ja w dolinie wisły.
opuchlizna powoli schodzi z twarzy jeszcze tylko oczy podkrążone
nieznacznie. nie wiedziałam że jestem uczulona na salicylany i na ciebie
w obu przypadkach należy zachować ostrożność.
nawet niewielka dawka powoduje stan nadwrażliwości.

schniemy w słońcu.
jedziesz z mamą na zastrzyk odwiedzasz siostrę w samotności.
moja siostra bierze chemię i traci pamięć.
schniemy w słońcu. jeszcze nie wiemy kiedy zacznie się odczulanie.




mandarynki to chiński talizman


rozsuwamy zasłony na panoramę miasta. antrakt a może krótka pauza.
w głowie mrowie aktów. uwolnione wzlatują wprost w neony ulic
za moment przepadną wszystkie pozostaną tylko ciemne myśli.
będą tłuc się po zakamarkach pokoju uduszą brzuszny lot trzmiela

podpalą różowe okulary. noc w hotelu felix jest z zasady łatwopalna
to o niej pisał niejaki l.ż. zamykamy miasto. cisza przebija na wskroś.
pozornie odchodzimy od siebie lecz tak naprawdę wracamy.
mistyczny czas jeszcze nie przebrzmiał.

za cztery pięćdziesiąt (na więcej nie stać młodych amfitrionów)
tworzymy zimny wodospad wody mineralnej i skałki mandarynek.
chłód strumienia zaprzecza że tylko ciepło pobudza erotycznie.
mandarynki to chiński talizman miłości
i nie ma znaczenia że nie mówimy o mandarynkach.


Zofia Mikuła. Nie goń mnie Alafufu. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Paweł Nowakowski - Między innymi




Oto mamy książkowy debiut poetycki Pawła Nowakowskiego, który w zadziwiający sposób dysponuje darem autorozproszenia oraz troistością poetyckiego, biologicznego i metafizycznego namysłu nad tworzeniem. Prawdopodobnie jest to poetycka propozycja, która stawia czytelnika w sytuacji biernego palacza, który zostaje spętany przez dym poetycki zawierający ponad siedemdziesiąt siedem groźnych substancji dla zdrowia i życia. Czy tak można zamieszkać w światach języka? Jestem pewien, że książka ta pozostawi odbiorców w pewnym rozkroku: zmęczy, ale także każe wyczekiwać ciągów dalszych. Pojawia się szansa na wkroczenie w nieskończoność prawd, choć prawdopodobnie i tym razem ją zmarnujemy. Niestety.

Waldemar Jocher



Paweł Nowakowski (ur. w 1992 r. w Sieradzu) – poeta, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Opolskiego. Laureat m.in. OKP im. R. Wojaczka (2014), jeden z finalistów 10. edycji Połowu organizowanego przez Biuro Literackie (2015), nominowany również do nagrody głównej w OKP im. J. Bierezina (2015) oraz w II Konkursie im. Tymoteusza Karpowicza (2016). Wiersze publikował na łamach 2Miesięcznika, Arterii, Opcji 1.1., Wakatu oraz na stronie internetowej Biura Literackiego w ramach BiBLioteki. Między innymi to jego debiut książkowy. Mieszka w Poznaniu.



Próg (1)

choć pozorny zabieg, nawet niewystarczający i raczej domyślny
niż rzeczywisty, powoduje utratę materiału (zachowując w stanie
niezmienionym próg dotyku na długość zarysowanego dystansu
i ten wybór jest wolą bez niedomówień i rozczarowań); choć nikt
nie potrafi tego wyjaśnić, mijamy odstęp jak kamienie w wąskich
korytarzach, a szerszy kontekst stanowi część odmienną od intencji,
w której oczekujemy pozostałych warunków na krawędzi wpływu.



Dialekt

od nowa zacieramy ślady, powstałe w wyniku ograniczenia swobody przepływu.
jak nosicielka, pojedyncza i ujednolicona, deklarujesz wtórność niezgodnej symulacji:
izolacyjny środek, w którego okręgu przybierasz formę dokładnych starań, redukuje

wówczas stan napięcia, organicznie dociera do przyczyny wstrząsów. odkładam na bok
zwyczaj natychmiastowej wykonalności karcenia, wystrzegając się znaków szczególnych
jak w rysopisie. uzasadnione definicje są nieprzekraczalne, ale przywracalne; zachowują w

mocy stan deklaratoryjnej zapowiedzi skracania dni płodnych, odrzucają koncepcję nabycia
przez kreację. podatny na sugestie buduję dwuinstancyjny zbiór błędu, którego wymiar jest
podstawą więzi ulotnej na wyłączność i utraty kontaktu z powierzchnią w państwie środka.

Paweł Nowakowski. Między innymi. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





              


Iwona Mesjasz urodziła się 21 grudnia 1969 r. w Świdnicy. W roku 1994 ukończyła studia polonistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, a w latach następnych uzyskała międzynarodowe certyfikaty z języka angielskiego. W 2002 r. skończyła we Wrocławiu studia podyplomowe z metodyki nauczania języka angielskiego. Jej teksty znalazły się w antologiach: „Cień serca” (Świdnica 1995), „Imiona istnienia” (Wrocław 1997), „Almanach Wałbrzyski” (Wałbrzych 1997) i „Czas opowiadania” (Wrocław 1998) oraz w zbiorach towarzyszących imprezom poetyckim (Noworudzkie Spotkania z Poezją, Den Poezie w Broumovie). Nagrodzona na konkursie literackim w Świdnicy (za prozę) i w Gliwicach (za wiersze). Jej publicystyka ukazywała się we „Wiadomościach Świdnickich”, „Sudeckich Wiadomościach Gospodarczych”, lądeckich „Wiadomościach Lokalnych” i w „Nowej Szkole”, a recenzje i eseje w „Stronicy Śnieżnickiej”. Pracuje jako nauczycielka Szkoły Podstawowej i Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Stroniu Śląskim; mieszka w Starym Gierałtowie.



Jolanta Rybczyńska urodziła się 15 grudnia 1968 r. w Wolsztynie. Od 1991 do 1993 r. studiowała w Akademii Polona Artium w Monachium u prof. Jacka M. Rybczyńskiego i prof. Leona Jończyka (grafikę i rysunek) oraz gościnnie na Uniwersytecie Johannesa Gutenberga w Moguncji (grafikę i szkło artystyczne). Od 1994 r. studia na Uniwersytecie J. Gutenberga w Moguncji (grafika, typografia, rysunek, papier i tkanina artystyczna) zakończone dyplomem w 2002 r. Wystawy indywidualne w Moguncji, udział w przedsięwzięciach artystycznych związanych z Wapiennikiem „Łaskawy Kamień” w Starej Morawie (m.in. Międzynarodowe Spotkania Graficzne w 1998 r.) oraz w dorocznych Salonach Sztuki w Kłodzku. Mieszka w Starej Morawie i w Moguncji.










Michał Sobol - "Działania i chwile"






Urodziłem się w roku 1970, publikowałem w "NaGłosie", "Twórczości",
"Kresach", w roku 2001 wydałem tomik "Lamentacje" wyróżniony nagrodą
Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy książkowy debiut poetycki roku.
W tym roku brałem udział w festiwalu poetyckim "Poznań poetów".

Bardzo dziękuję burmistrzowi Niepołomic, Panu Stanisławowi Kracikowi za pomoc w wydaniu książki "Działania i chwile"


Kilka wierszy z wydanego tomiku:


Wycieczka


Do skałek pod Niekłań przybyliśmy prawie bez słów
kto chciał pić miał obmurowane źródło
kubek po lodach albo złożone ręce

Miasto zostało za nami nie poznane nigdy do końca
bo i jak kiedy - nie było czasu
w rozkładaniu motyli na piance w budowaniu z liści

Nic się nie zaczęło i splot ulic zawsze znajdował
wyjście przestrzeń łąki jakiś nieużytek na którym ludzie
przypominają instalacje naftowe opuszczone lecz sprawne

Na skałkach jak pączki robiliśmy zdjęcia
staliśmy w oknach wypłukanych przez wodę
próbowaliśmy skoku z wieżowca na dach katedry



brat weterynarz i ja


chwila dzikiej pogody i już czuć terpentynę na odcinku wzdłuż bloków
chociaż nie powinno nie ma żywicznych krzewów w żadnym żywopłocie
a nawet gdyby nie ruszają zaraz po pierwszej dawce mocniejszego światła

pamiętam podobną nad rzeką kiedy opona grzęzła w rozmarzniętej ziemi
kołysząc motorower na którym mój brat ja i wędki jak piki z Sienkiewicza
ale gdzie tam grzbiet konia za niski nogi skurczone my owady w locie

a wszystko że czasu mieliśmy za mało nie rozpasanie zmysłów całym dniem
lecz jedna godzina z brakiem upatrzonego wcześniej stanowiska
i przy wyborze wracania po ciemku mimo to wystarczyła by się uporać

uciec przed męką spania po czterech w pokoju czy gminnym pomorem
kur - Panie doktorze - Nic się nie da zrobić - żółtą szczepionką
na żółtym fartuchu bo na sprzątaczkę zabrakło funduszy i miejsca

tutaj inaczej te same są tylko nazwy zakrętów w lewo i w prawo
uwaga na duży ruch ostrzejsza noc mniej nagła zapalaniem lamp
domy w ścianie większa liczba sąsiadów i sen
o wielkim braniu rano



brat hydraulik i ja


że musiała tam być wiedzieliśmy plany takie jak te nie kłamały od dawna
kanalizacja zakończyła już fazę bujnego rozkwitu i jej przyrost
wyznacza jedynie budowa osiedla domków gdzieś na peryferiach miasta

ale na razie suche trzaskanie łopaty krojenie ciężkiej jak buty ziemi
o strukturze bloku którego wypiera się udając zdziwienie cukiernik
jakbyśmy od dzisiaj grzęźli w wykopie i nie wiedzieli czego nam trzeba

więc o głodzie dalsze przecinanie warstw sprasowanych szczątków
organicznych i tych bez życia wracających najczęściej do stanu rud
albo niżej farbki potrzebnej tylko popołudniami przy zabawie w indian

by wreszcie zobaczyć w źrenicach spoglądających na nas okien
frontowe ogródki boisko drogi wyłączonej z ruchu w mozaice napisów
i gier nie rozstrzygniętych na szkolnej przerwie lecz to najkrócej

bo zaraz poślizg stępionego ostrza na kamiennej czterdziestce rutyna
kolejnego przyłącza jeśli jutro chcemy odpocząć gruchot zasypywania
a potem narzędzi o drewniane dno wozu i nowe zadania bez powrotu myśli



brat pszczelarz i ja


żadne opuszki palców czy wargi w cukrze zgwałcone
- te same gumowe rękawice do miodu i pszczół
jeśli zużyte przestały służyć w zakładzie
nam się jeszcze przydadzą

tu w nienormalnie otwartej przestrzeni przypominają
opary cynku zakazane dla płuc naszego brata
i galwanizowane odlewy o rzeźbie współczesnej - upadła
drobna wytwórczość została historia wybrzuszeń

i ślady kamieni rozbitych o mur ale dla nas
to już wczorajsze napisy jak mapy wyśnionej Ziemi
rysowane kredą niespełnione projekty lepszych sojuszy
łatwej wygranej w miejsce układu Start - 2

bo kolejny kryzys w stosunkach supermocarstw oddalało
połączenie stacji Mir i Apollo jak uścisk dłoni
wydanie pocztowego znaczka - a metal księżyca
widzimy nawet w dzień nad łąką

w porze pierwszego podbierania kiedy dźwigając pełne ramki
trzeba uważać bardziej na nierówności terenu
spod ochronnej wyostrzającej obraz siatki - dla nas
znienawidzone partie trutowego czerwiu



las i my


język ptaków śpiewających nie wymaga przekładu
drży na piersiach a potem między łopatkami
przyzwyczajeni do wyzwisk nasłuchujemy tylko
kroków na ścieżce i dokładniejszych informacji
o miejscu gdzie wysypały prawdziwki

inaczej kto by wytrzymał niewolę zakręcających
kolein miękkich od deszczu i traw - naszą pamięć
o nich potrafi zachować jedynie konkretny cel
nie całkiem legalny po którym próżne butelki
zakrętki błyszczące jak nowy pieniądz w słońcu

zawsze musieliśmy szukać namacalnych śladów
które zmieniają ścianę splecionych gałęzi i pajęczyn
w fasadę pustki nasz wypad w kontynuację - mocny kij
udomowiony kilkoma ruchami noża czy grupa dębów
granicząca z łąką uznana za starych przyjaciół

czynią coraz mniej groźne ciemnienie igliwia i liści
a odwrót ciągle możliwy
i kiedy idziesz las odkleja swoje przejścia
na to przybycie jak wcześniej na moje zachowując
nienaruszone ciepło i czystość dla obydwu



Michał Sobol - "Działania i chwile" Mamiko, 2007





Grzegorz Świątoniowski - Sód i Potas, Wierzę w Niespodziankę





Grzegorz Świątoniowski – urodzony 01.05.1969 we Wrocławiu. Autor Cykli lirycznych, prac z zakresu filozofii (pod wspólnym tytułem Opera et artificia) oraz licznych publikacji w dziedzinie onkologii. Żonaty, dwoje dzieci.



Cień Boga żywego

Poszukuję teorii lepszej, pełniejszej,
która opis świata zamknęłaby w kilku strzelistych równaniach,
gdzie wszystko jest dane.

A gdyby nawet dopuścić jakąś niewiadomą,
to doprawdy nie ma potrzeby
przydawać jej cechy Bóstwa:
niech iks pozostanie iksem.
Jest to zarówno bardziej eleganckie,
jak i – niewątpliwie – uczciwsze.
Ponadto iks nie stanowi dobrej podstawy
do budowania przewrotnych systemów,
które stwarzają różnicę
tam, gdzie jest tylko punkt widzenia.

Wiem, że wiele upłynie czasu
zanim to wszystko zacznie układać się w spójną całość
ale nadzieja barw, rozwiązań obcych naszemu światu,
pobudza mnie do coraz cięższej pracy.

Nie bluźnię – mam to za sobą,
zresztą charakter i łagodność właściwa niemłodemu już wiekowi
oddalają mnie od tego. Idę przed siebie.

Wiem, że przyzwyczajenia trzymają się mocno
a dawne zaklęcia krążą pomiędzy krwinkami
jednak to, co nadchodzi, ogarnia wszystko.

Spokojnie majstruję przy myślach.
Zapowiadam świt.


Wstaję rano i kornie odmawiam pacierze,
chociaż w Boga pacierzy dawno już nie wierzę.
Co rozmyło się w mroku, znikło w nieistnieniu
cierpką kulą u nogi zawisło stworzeniu.




Dziwnie będzie

Dziwnie będzie: nie istnieć
i – na leśnej drodze –
zostawić siebie.
[Oby była to leśna droga
a nie brudne łóżko.]

Byliśmy układem sił, które zawsze grały
do jednej bramki.
Teraz zagrają inaczej.
Inaczej niż zawsze – co nazywa się śmiercią.

Jeżeli nazwa ta jest nieco na wyrost
(jako, że na wyrost może być nazwa: życie),
nie bądźmy wobec siebie zbyt surowi.
Dezintegracja – kto ją widział –
zrozumie.

Byliśmy bowiem gwałtem:
wydarciem siebie spośród wszystkiego, co wokół.





Dziwnie będzie: nie istnieć.
Potęga tego założenia
przypala skrzydła aniołom tak,
że spadają nisko.
Niewątpliwie jednak nawyki całego życia
wezmą diabli. Nie anieli.

Nawet walizki nie trzeba spakować
na tę drogę.
Niby nic, a jednak –
– niespodzianka –

Zresztą droga jest mylącym określeniem,
ot takim pitu – , pitu – ,
gdy gaśnie gwałt, czyli ja, czyli ty.

Nauczyliśmy się żyć – nic na to nie poradzimy.

Dziwnie będzie: nie istnieć,
bowiem dla tych, co do bycia przywykli
niebycie jest stanem skrajnie nienaturalnym.




Wiersz o przemijaniu

Wszystko przemija – zatem –
niczym jest przemijanie

Wiecznie biadać będzie
nad marnością rzeczy
kto tego nie pojmuje

piewca tradycji
zbieracz rozbitych garnków
i ten któremu po drodze z Diabłem

Ty zaś jesteś skałą
na której nic nie będzie zbudowane

Jesteś skałą – chłopcze!


Grzegorz Świątoniowski. Sód i Potas, Wierzę w Niespodziankę. Nowa Ruda : Mamiko, 2013






Tadeusz Chabrowski - "Zielnik Sokratesa"





Tadeusz Chabrowski, ur. w 1934 r. w Złotym Potoku koło Częstochowy. Studiował w Instytucie św. Pawła w Krakowie. W roku 1961 wyjechał do USA. Debiutował w 1960 r. w „Tygodniku Powszechnym”. W Londynie, nakładem „Oficyny Poetów i Malarzy” ukazały się jego Madonny (1963) i Lato w Pensylwanii (1965). Następne zbiory wierszy to m.in. Drzewo mnie obeszło (Warszawa 1973), Wiersze (Kraków 1975), Drewniany rower (Brooklyn 1988), Panny z wosku (Lublin 1992), Miasto nieba i ziemi (Częstochowa 1994), Gałąź czasu (Lublin 1996), Kościół pod słońcem (Lublin 1998). Dwukrotny laureat Nagrody Fundacji Kościelskich w Szwajcarii. Publikował w paryskiej „Kulturze”, londyńskich „Wiadomościach” i warszawskiej „Więzi”; od kilkunastu lat związany jest z lubelskim „Akcentem”. W Nowym Jorku znany jako animator życia kulturalnego społeczności polskiej.


Kilka wierszy z wydanego tomu:



Wilcze łyko

Będę cię nawoził badylu
podartymi kartkami z podręcznika biologii,
torfem z bagien o herbacianym smaku,
ciepłym deszczem i otrębami.

Wyrośniesz wysoko jak krzak janowca
cierpiący na zawroty głowy,
z pióropuszem dymu zamiast aureoli.
By w ciszy lasu deptać
po trzeszczących szyszkach i żołędziach.

Chwila poprzedzająca następną chwilę
będzie spływała po twoich liściach
razem z żywicą
i glikozydem kumarynowym.





Zagorzałka wiosenna

Cieszą mnie skrzekliwe śmiechy leśnych
straszydeł, jednodniowe istotki,
które wolałyby nie urodzić się, nie zaistnieć,
być niczym.

Muszą same siebie chcieć,
bo nie wiedzą dlaczego jest raczej coś niż nic,
dlaczego od dzikich podniet wolałyby
wzlecieć tańcząc w powietrze,
z krainy snów już nie wracać na ziemię.






Porzeczka czarna

Gubię się, więdnę z przygnębienia.
Heraklit miał rację, że nie można
zakwitnąć dwa razy tym samym kwiatem.

Z nietrwałych widm (-) lepię świat,
w głębi wnętrza krzeszę iskrę chwili,
która przeminie.
Różdżką czarodziejską łapię w sidła
fioletowe oczy gwiazd
i delikatnie namaszczone skrzeniem słońce



Tadeusz Chabrowski - "Zielnik Sokratesa". Nowa Ruda : MaMiKo, 2012




Sławomir Matusz - "Pieśni odejścia i powrotu"




Sławomir Matusz (ur. 1963 w Sosnowcu) - poeta, eseista, krytyk literacki. Stypendysta Zarządu Województwa Śląskiego w 2008 roku. Jest autorem tomików wierszy Nie podaję nikomu ręki (1985), Mistyka zimą (1990), Szare mydło (1993), Podtrzymanie, podniesienie (1994), Wakacje (1995), Przewrotka aniołów (1999), Elegia transgeniczna/ Transgenische Elegie (2000), Mięśnie twarzy. Wybór wierszy z lat 1983-2001 (2002), Serdeczna mammografia (2003), Cycek Boży (2007), 5.31. Ojciec Konrad (2008) oraz zbiór Narkoeseje (2004), Pieśni odejścia i powrotu. (2010).
Przygotowuje do druku tom Licznik Geigera. 20 najważniejszych współczesnych wierszy polskich w interpretacjach – publikowany we fragmentach w „Migotaniach, przejaśnieniach” i „Akcencie” oraz tomik wierszy Piosenka o okienkach.

Wiersze, artykuły i szkice publikował m.in. w „Twórczości”, „Toposie”, "Akcenie", kwartalniku „44”, "Migotaniach, przejaśnieniach", „Czasie kultury”, „Portrecie”, „Opcjach”, „FA-arcie”, „Kartkach”, Śląsku”, „Undergroucie”, toruńskim kwartalniku „Teka”, „Zeszytach poetyckich”, „Akcencie”, „Pro Arte”, „Kulturze”, magazynie „Teraz” (Filadelfia), „Gościu Niedzielnym”, „Gazecie Wyborczej” i wielu innych. Prezentowany w antologiach „Macie swoich poetów” (1996), „antologia nowej poezji polskiej” (2000), „Zagłębie poetów” (2002) "Zderzenia poetyckie 2009" (2009). 
O twórczości S. Matusza  pisali między innymi: Krystyna Kłosińska, Marian Kisiel, Edyta Antoniak, Karol Maliszewski, Piotr Bratkowski,  Janusz Drzewucki, Bożena Budzińska, Grzegorz Olszański, Maciej Szczawiński, Paweł Dunin-Wąsowicz.
Stanisław Burkot (UJ) zaliczył trzy tomiki S. Matusza do najważniejszych książek poetyckich lat '80 i '90 (St. Burkot Literatura polska po 1939 roku, PWN 2006). 

Wiersze S. Matusza tłumaczono na niemiecki, angielski, szwedzki, słoweński i czeski. Był Stypendystą Zarządu Województwa Śląskiego w 2008 r. Jest autorem nazwy i formuły Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Przeciw poetom” im. Witolda Gombrowicza. Należy do Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego.


Strona autorska:
www.poezja-slask.webpark.pl
Sławomir Matusz



Pieśni odejścia i powrotu



Druga elegia dla Edyty


Będę Cię szukał wszędzie –
bo moje szukanie jest pełne
prawdy i miłości. Będę błądził,
bo błądzenie jest szukaniem Ciebie.
Szukał w zapoznanych kątach domu:
szufladach ze zdjęciami, na twardym
dysku, w zapomnianych ulicach miasta
– gdzie koty nie chodzą, miejscach
spacerów i spotkań, listach, wspólnie
czytanych książkach, szafach z ubraniami,
koszulce na oparciu krzesła i niebieskim
staniczku pachnącym piersią.
Szukał w kwiatach na oknie
i ziołach w kuchni, wylizanych
garnkach, a pobielonych pleśnią.

Będę znajdował Twoje ciepło –
w poręczy schodów, poduszce, solniczce,
słuchawce telefonu, filiżance z nie dopitą
herbatą, łyżeczce którą musnęłaś ustami,
pasku od sukienki, odbiciu na obrączce
– bo dobry Bóg daje znaleźć szukającym.

Będę wertował słowniki, podkreślał
zaklęcia i słowa, które słyszałem od Ciebie,
głoszone z miłością, nadzieją, dobre słowa,
pisane na urodzinowym bileciku:
By powoli porządkować kochając;
w powieści Nabokowa: Ufając Tobie
zawierzam Bogu, że „szach i mat”
w grze o tę miłość należy do nas...
Na nowe życie z prawdą i miłością. Damy radę.

Damy radę. Będę pisał na wodzie,
palcem na piasku, na skałach, na murach
kościołów, na murach tego miasta –
aż do krwi, aż do kości. Żłobił aż miasto
zrozumie tę miłość. Damy radę – będę
pisał na kamieniach polnych w drodze
do Lisowic, szukając Ciebie, prosząc ojca.
Moje szukanie jest pełne prawdy i miłości.
Będę szukał wszędzie Twoich ust i słów,
Twojej rady i śmiechu. Twojej ręki, zawstydzenia,
radości i stóp do całowania w zimnej pościeli.

Będę rwał zęby smokom, wypalał cegły,
nosił wodę, karmił wspólnie łabędzie, całował
szyję i oczy, i usta, nosił ciało nadziei – całował
pępek świata i strugał kołyskę. Mojaś Ty, Plenna –
odbiorę owoc, jaki dasz. Będę Cię szukał

w trzewiach i trzewikach,
rozłożonych udach, w kwileniu,
bólu, odurzeniu sobą, we włosach i duszy,
w splątaniu ramion, losów i uczuć,
pieśni razem śpiewanych – aż zaplotą
się w jedną pieśń, której słowa: damy radę.

Będę szukał wszędzie, bo moje szukanie
jest pełne prawdy, miłości, zawierzenia i płaczu.
Bo moje szukanie jest pieśnią, płaczem, jest życiem.
Po śmierci Matki nie płakałem tak, jak
teraz płaczę, bo zostawiła mnie z Tobą.



15 i 16 czerwca 2009 r.




Zmarła 10 marca 2007 o godz. 5.31

                                                       pamięci Matki

Chciałem, żeby jeszcze zaznała radości, żeby coś zobaczyła pod koniec życia - zobaczyła jeszcze raz Kraków, pojechała do Pragi, pojechała na południe Europy - nigdy nie była za granicą a zbierała pocztówki; żeby przestała palić i była zdrowsza, mniej się kłóciła, żeby nie jadła tyle białej chemii.
Chciałem, by przed śmiercią zobaczyła Barnabę, by zobaczyła, że mnie się zaczyna układać. Cieszyłem się, że zaprzyjaźniły się z Edytą.
 
Że mogą ze sobą gadać po 2-3 godziny - podczas kiedy ostatnie parę lat my ze sobą nie mogliśmy wytrzymać 10 minut. Była harda, w ostatnich latach nieprzystępna. Liczyłem, że pierwszy kryzys chorobowy ją zmieni - że zrozumie i poczuje potrzebę opieki.
 
Że to zauważy i jeszcze raz doceni. Naprawdę tego chciałem - myślałem o tym.
Cieszyła się "Cyckiem Bożym" - choć nie wiem czy go czytała - żartowała z Edytą, że sam jestem taki Cycek Boży. Mnie tego nie mówiła.
 
Miałem nadzieję na to, że doczeka jeśli nie jakiejś mojej nagrody, to przynajmniej nominacji do Nike. Że będzie dumna, chociaż przez chwilę. To miało być dla Niej i dla Barnaby. Nawet jej nie zdążyłem o tym powiedzieć.






Modlitwa

                                                       dla Edyty Antoniak


Panie Boże pomóż abym nie zmarnował
żadnego dnia i jej uczucia. Abym pamiętał
o jej dwunastoletniej tułaczce i nie zaniedbał
niczego, aby stworzyć jej dom. Abym ręki
nie podniósł, nie skrzywdził słowem i ścierpiał
gorzkie żale – lepiej ją rozumiał. Aby nie cierpiała
biedy i poniżenia ze strony głupich i złych ludzi.
Aby mogła być szczęśliwą matką i nie doświadczyła
więcej samotności. Bo każdy człowiek złożony jest
i prosty zarazem – w czystości serca pragnie prostych rzeczy
błądząc często. Tak ja pobłądziłem pragnąc tego,
co ona, dla niej. Otoczony chmarą złych ludzi, którzy
czynili krzywdę jej i mnie, trwoniłem czas – wdając się
w próżne dyskusje z nimi, miast ją ratować – serce szczerze
mnie kochające. Sam tułacz, porzuciłem knajpy i tawerny,
ale nabrałem złych manier człowieka który śpi z zawiniątkiem
pod głową – by w razie niebezpieczeństwa szybko się oddalić.
Wiedziałem co to dom – ale prawie go nie zaznałem
nosząc swoje rzeczy pół życia na kiju. Uwolnij mnie
Panie Boże od koszmarów dzieciństwa i wieku młodego.
Uwolnij od pomyłek w wieku dorosłym. Uwolnij od tytoniu.
Uwolnij moje oczy od pokus, na które tracę czas. Uwolnij mnie
od nieprzyjaciół. Abym mógł okazać wdzięczność Mojej Pani
i dać to, na co zasługuje – miłość, bezpieczeństwo
dostatek, macierzyństwo, spokój. Aby stał się DOM,
o którym oboje marzyliśmy. Aby zdziercy i oszuści,
poborcy podatków i komornicy go nie nachodzili, a nasze dzieci
rosły szczęśliwe. Abym widział uśmiech, a nie lęk
przed kolejnym dniem na jej twarzy. Panie Boże, daj nam miłość
w całej krasie i okazałości – pozbawioną leków, lęków i poniżenia.
Miłość może być głęboka ale i głodna, zagubiona.
Spraw, aby nasza miłość nie była bezdomna i przepełniona
trwogą. Panie Boże spraw abym nie zapomniał tej modlitwy,
a ona odmawiała ją ze mną codziennie, i nie brakło nam siły,
i bym nie zmarnował kawałka kamienia i grudki gliny
tak nam potrzebnych, by zbudować dom.
Tak mi dopomóż. Jak możesz, dopomóż nam więcej.


MATUSZ Sławomir. Pieśni odejścia i powrotu. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska). ISBN 978-83-60224-46-5





Piotr Barański - Lekkie piosenki




Piotr Barański (ur. 1986) Autor. Grzeszy częstotliwością wydawania książek; wie, że to nieładnie, że tak się nie powinno, nie wie, czy się poprawi – być może. No dobrze, poprawi się. Za swój debiut uważa tomik wierszy pt. Nocne południe. Za swoją drugą książkę uważa tomik wierszy pt. Poziom morza. Za swoją trzecią książkę uważa tomik wierszy pt. Lekkie piosenki, tj. ten tomik. Przed Nocnym południem opublikował też Skrajności i Drogi oddechowe. Wszystko to, oczywiście, kupować poleca (a kupować w celu przeczytania polecałby subiektywny debiut i kolejne książki, gdyby miał siebie polecać). Jest samokrytyczny. Pyszni się tylko swoją fenomenalną, ukrytą przed światem grą na gitarze. Poezja, muzyka i proza drogie mu są. Mieszka w Warszawie.



Niegodne części ciała


Miejsca, którymi
nie można ukraść.
Miejsca, którymi
nie można być dziwką.
Miejsca, którymi
nie można grzeszyć.

Nie zasługują
na świętość.



Domy poprawcze


Hotele, które wstydzą się pokazać
ile dostały gwiazdek.
Hotele, w których nie ma śniadania
w formie szwedzkiego stołu.
Hotele, które każą zostawiać klucz w recepcji
przy wychodzeniu.
Hotele, których pokoje wyposażone są
w czternastocalowe telewizory Elemis.
Hotele o zapachu papierosów.
Hotele, w których nikt się nie kocha.

Jeszcze będą nas miały.
Jeszcze naprawią.



Słyszałem T.Love Alternative, kiedy pisałem ten wiersz


Jesteśmy w stanie
zrobić prostą miłość,
którą docenią
krytycy.

Jesteśmy w stanie
zrobić dobrą miłość,
mimo że nie umiemy
jej robić.

Miłość z przekazem.
Miłość z garażu.

Alternatywa.




Piotr Barański. "Lekkie piosenki". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Feliks Netz - "Poza kadrem"




           


FELIKS NETZ – (1939) poeta, prozaik, twórca słuchowisk (m.in.: Pokój z widokiem na wojnę polsko-jaruzelską), felietonista, krytyk filmowy, tłumacz. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, gdzie stale mieszka. W ostatniej dekadzie wydał m.in.: Urodzony w święto zmarłych (powieść1995), Wielki zamęt (felietony 1996), Róg Ligonia i Królowej Jadwigi (opowieść dokumentalna 1997) Dysharmonia caelestis (powieść 1994, nominowana do nagrody NIKE). Znawca, komentator i tłumacz dzieł Sándora Máraiego (Żar, Księga ziół, Występ gościnny w Bolzano, Krew świętego Januarego).



KAZIMIERZ KUTZ:

Feliks Netz jest kimś oryginalnym i wybitnym w śląskim pejzażu intelektualnym. Jest także chorobliwym kinomanem, co potwierdza niniejszym zbiorem. W kinie przesiedział co najmniej 1/3 życia, i pisze o filmach z namiętnością,. ale jest przy tym rzetelny i kompetentny; porusza się w historii kina światowego - i kina naszego – ze swobodą godną zazdrości. Felek jest w tej dziedzinie fenomenem, bo na dodatek nie zanudza.

LECH. J. MAJEWSKI:
Recenzje filmowe Feliksa Netza należą do elitarnej grupy. Celne. Penetrujące. Merytoryczne. Kto dzisiaj tak pisze? Kto ma odwagę myśleć za siebie i nazywać rzeczy po imieniu? Wystarcza palce jednej ręki. A ten, kto chciałby, musi wpierw, jak Netz, urodzić się poetą.

HENRYK WANIEK:

Pamiętam te sprzed wielu już lat, tak zwane przedpremierowe pokazy, na których zwykle spotykałem Felka Netza. Zachował swoją miłość do filmu, podczas gdy ja zmarnowałem szansę. Ale nie żałuję. Mogę dzięki niemu czytać. Lubię to. Czasem bardziej niż wysiadywać w kinie.

KRZYSZTOF SIWCZYK:

Filmowe egzegezy Feliksa Netza wykraczają daleko poza rutynową krytykę filmową, przyznająca filmowi odpowiednio dużą lub małą ilość gwiazdek. Netz nie pozwala sobie na pobieżne ferowanie sądów. W stosunku do opisywanych przez siebie dzieł, zachowuje postawę cierpliwego interlokutora o wyraziście ukształtowanych preferencjach estetycznych. Tylko takie podejście do języka filmu daje szansę usłyszenia argumentów płynących z wielkiego ekranu. Dla takiego widza warto zawsze robić filmy, a czasem nawet w jakimś zagrać.



JANUSZ STYCZEŃ:

Recenzje Feliksa Netza są głębinowe. Feliks Netz umie wejść w sanktuarium danego filmu, jeżeli ten film jest dziełem artystycznym. Netz umie też pokazać, że dany film owego sanktuarium nie posiada i nie zasługuje na miano dzieła.


Fragment książki "Poza kadrem" Feliksa Netza. Książka ukaże się przed Bożym Narodzeniem 2006 roku.

PORNOGRAFIA


       Film pt. „Pornografia” jest dowodem na to, że reżyser, który nie lubi (a więc chyba nie ceni) pierwowzoru literackiego, nie powinien go przenosić na ekran. Po pierwsze, dlaczego akurat wybrano „Pornografię”? Bo to świetny tytuł? Otóż ten tytuł nie ma żadnego związku z filmem J.J. Kolskiego, ponieważ to, co Gombrowicz nazywa „pornografią”, nie mieści się w potocznym rozumieniem tego słowa. Najgłębszą istotą tej powieści jest uwiedzenie i wiele oficyn zachodnich wydało „Pornografię” pod tytułem „Uwiedzenie”. Jednakowoż jest to uwiedzenie szczególne. Intryga zostaje zawiązana po to, aby młodych, czyli Henię i Karola „popchnąć do grzechu”, ponieważ młodzi-niewinni są dla „starych”, czyli Witolda i Fryderyka – niedostępni. Co to znaczy: niedostępni? Między innymi to, że młodość jest nie do przebicia! I nie ma żadnych połączeń pomiędzy starością i młodością. Jest to oryginalna teza Witolda Gombrowicza, być może lepsza niż jej opracowanie czysto beletrystyczne.
       Fryderyk tak kieruje zdarzeniami, aby doprowadzić do, jak to nazywa, „sparzenia młodych”. To spoufaliłoby obie pary, bo Fryderyk i Witold to także para „(..).nasze podniecenie nie miało na czym się wyładować, i ono teraz grasowało między nami... nic teraz nie pozostawało nam, prócz nas samych... i, brzydząc się sobą, byliśmy jednak ze sobą w tej zmysłowości naszej, rozbudzonej”, ale jakby przed decydującym krokiem, który by z nich zrobił kochanków. Leży między nimi coś, jakby kłoda, która uniemożliwia im zaspokojenie seksualnych apetytów, nie zaspokojenie wzajemne, bo mimo wszystko „brzydzą się sobą”, czyli swoją „starością”; obiektem ich seksualnej fascynacji jest szesnastoletni Karol, dla nich niedostępny, więc posiąść go mogą w ten jedyny sposób, iż za ich poduszczeniem uwiedzie go Henia. Innymi słowy: Henia uwodzi Karola „zamiast”. Albo inaczej: dla Fryderyka i Witolda. Brzmi to cokolwiek trywialnie, a jeśli dodać, że wszystko to dzieje się w Polsce okupowanej przez nazistów w roku 1943, nie dziwi, iż Artur Sandauer w szkicu „Witold Gombrowicz – człowiek i pisarz” (1965, druk w warszawskiej „Kulturze”) napisał o ostatniej wówczas powieści Gombrowicza: „...ta niesmaczna ramota, gdzie pod zadymionym przez krematoria niebem dwaj panowie dają upust swym wyszukanym gustom”.
       Film J.J. Kolskiego również dzieje się w roku 1943 w „okupowanej Polsce” (cudzysłów jest tu konieczny, ponieważ Gombrowicz uprzedził we wstępie do powieści, że „jest to Polska imaginacyjna”; (Czesław Miłosz zauważa, że kto myśli, iż takiego dworu w okupowanej Polsce nie było, ma o okupowanej Polsce naiwne wyobrażenie!), dwaj panowie (grają ich Krzysztof Majchrzak i Adam Ferency), dobrze pod pięćdziesiątkę, przyjeżdżają na wieś, do majątku znajomego Witolda, aby wyrwać się z warszawskiego środowiska artystycznego i niejasnych interesów (pokątny handelek), ale nic nie wskazuje – w przeciwieństwie do powieści - że Fryderyk i Witold są parą homoseksualistów. I to jest dziw nad dziwy w całej tej filmowej opowieści: bo po co oni prowokują owo „sparzenie młodych”? Jeśli odebrać ich dziwnemu postępowaniu walor okrutnego pretekstu, jaki jest obecny w powieści, to wówczas to, co robią jest nie tylko niesmaczne, ale niedorzeczne i niczym nie uzasadnione.
       Scenarzyści filmowej „Pornografii” popełnili zasadniczy błąd: z Witolda uczynili mdłą figurę, w której żadną miarą nie rozpoznajemy Gombrowicza, a przecież narrator mówi o sobie wprost: „Ja, pisarz polski, ja, Witold Gombrowicz”, i to czytelnikowi wystarczy, ponieważ czytelnik wie, że to jest – w czasie. gdy toczy się akcja filmu - autor „Pamiętnika z okresu dojrzewania”, a zwłaszcza powieści „Ferdydurke” i sztuki „Iwona, księżniczka Burgunda”, już wtedy ktoś bezwarunkowo wybitny. Natomiast Fryderyk jest upersonifikowanym Złem, Gombrowicz nienachalnie, lecz wystarczająco sugestywnie diabolizuje swojego bohatera, każe nam widzieć w nim wcale nietuzinkowe wcielenie Mefistofelesa.
       Ale przecież Jan Jakub Kolski z Krzysztofem Majchrzakiem nie przenoszą na ekran „Pornografii” Gombrowicza! Oni robią film zupełnie obok Gombrowicza. Owszem, jest to uprawnione podejście do ekranizowanej literatury, ostatecznie liczy się rezultat. Rzecz w tym, ze rezultat nie jest zadowalający. Bowiem nie zaufano Gombrowiczowi. Jeśli Gombrowiczowi nie przyszło do głowy – bo przyjść nie mogło – aby Fryderykowi dorobić przeszłość obozową, żonę Żydówkę, i córeczkę, której on, ojciec wyrzekł się na rampie, uciekając przed jej wołaniem „Tate!”, to nic autorów filmu nie usprawiedliwi z podobnego dopisywania do Gombrowicza. Nie ma bowiem nic gorszego nad dopisywanie. Można wyciąć, wykreślić, wyrzucić, ale nie wolno dopisywać. Zwłaszcza autorowi nie żyjącemu. Jest wprawdzie w powieści zdanie o tym, iż w miasteczku „wyczuwało się nieobecność Żydów”, ale to nie znaczy, iż „Pornografię” można wpisać na listę literatury zajmującej stanowisko wobec holocaustu. Bo gdyby Gombrowicz chciał pokazać Polaków ukrywających Żydów w domu pod podłogą, to by to zrobił. Gombrowicz znalazłby dla sprawy żydowskiej, czy polsko-żydowskiej, rozwiązania powyżej pomysłów o żonie Żydówce i Żydach ukrywanych w piwnicy. Ponieważ był przeciwko stereotypom. Gdyby dotknął tego tematu, poszedłby z pewnością swoją drogą, tak, jak to uczynił z oficerem AK, dając nam, swoim rodakom, tak na tym punkcie uwrażliwionym (pamiętny, haniebny plakat z hasłem: AK – zapluty karzeł reakcji!), wizerunek słabeusza, człowieka, który się rozsypał, w rezultacie tchórza. To boli. Ale za ten zadany nam ból odpowiedzialność wziął Witold Gombrowicz.
       Patrząc na film, nie mogę dać wiary, że Fryderyk (zresztą ktokolwiek) z tak traumatycznym doświadczeniem, jakie mu nadali scenarzyści filmu, w ogóle mógłby się wdawać w jakieś gry wokół „sparzenia Heni i Karola”. Jest to błąd w sztuce, i nic tu nie pomoże pasja Krzysztofa Majchrzaka, z jaką gra Fryderyka. U Gombrowicza jest oczywiste i naturalne, że robią to w dużej mierze z nudów. Szukając w grze, jaką inscenizują, podniety dla swoich zmysłów. Popełniony błąd w sztuce, błąd psychologiczny, sprawia, że to, co dzieje się na ekranie jest mi najzupełniej obojętne.
       Co piszę z przykrością, bo cenię sztukę Jana Jakuba Kolskiego i podziwiam od lat kunszt Krzysztofa Majchrzaka. Ale nie mogę inaczej. Jana Jakuba Kolskiego namawiam gorąco, aby robił swoje kino, aby realizował własne scenariusze. Bo i „Daleko od okna”, i „Pornografia” są gorsze nie tylko od „Jańcia Wodnika”, lecz także od słabszej przecież „Historii kina w Popielawach”.



Feliks Netz - "Poza kadrem" Mamiko, 2006





Krzysztof J. Lesiński - "Grzechy najwspanialsze"




czerwcowy świt

poranna zorza nad lasem
blednie szarzeje zaczyna
ustępować niewidocznemu
jeszcze słońcu

z rzednącej mgły na łące
wyłaniają się rozkraczone
krzewy i wysmukłe brzozy

zza nich wychodzi ojciec
z wędkami w ręce
(pamiętam te czeskie klejonki)

krępa sylwetka krok pewny
jak zwykle
lekko pochylona głowa
widać że zamyślony

zamykam oczy
słyszę ptasi koncert

Październik 2007



nowy dzień

upstrzony srebrem
bezkres rozlanego granatu
pomału blednie
gwiazdy oddalają się
toną w otchłani kosmosu
maleją tracą blask

nad lasem
horyzont szarzeje
by za chwilę
zaświecić jaskrawym różem
porysowanym pasmami
fioletu

malarska impresja świtu
w słyszalnej ciszy

przerwana nagle
ogromną pomarańczową
kulą słońca
i hałaśliwą radością ptasią

czerwiec 2007



Bory Tucholskie

Za tę ziemię mężczyźni bez
strachu umierali, zabierając
z sobą obraz strzelistych sosen
i zapach piołunu, pomieszany
z macierzanką. A wokół piasek

złoty Borów. A w domach
kobiety w rozpaczy bezdennej,
bez mężów, zasmarkane, bez
ojców dzieci. Bory szumiały
im do snu o miłości kołysankę.

Do ziemi jałowej, do tych żółtych
piasków, do Borów zielonych, do Wdy
srebrnej wstęgi. Bo w korzeniach
sosen kości ojców. Dziś pnie
pachnące żywicą w ramionach,

w nocy mlekiem, w spazmach kobiety.
Jak przebiśniegi wiosenne, pierwszy
krzyk noworodków. Ta ziemia nie umrze,
ona rodzi. Na niej miłość chroniący
mężczyźni, szerokobiodre kobiety.

sierpień 2009



sulmin

piękno pól szept drzew
smak wiatru

w wieczornej ciszy
spokojny oddech
nieskończoności

nie wiesz
czy stoisz na progu
domu
czy świata

sierpień 2010



***

sierpień ciepły
jeszcze

słońcem świeci
wrotycz
siwe ostów
rozczochrane głowy

w ustach smak
pachnących wiatrem
jabłek

chłodne wieczory
gwiazdom
o jesieni szepczą

sierpień 2009





MIĘDZY EPIKUREM A EKLEZJASTĄ

„grzechy najwspanialsze” Krzysztofa J. Lesińskiego zachwycają prostotą, celnością i śmiałością ekspresji intelektualnej. Pierwszy rozdział tego tomu to pytania o sens ostateczny ludzkiego istnienia i częste (może niekiedy aż natrętne) nawiązania do gorzkiej mądrości Eklezjasty: „Wszystko to marność”. Poeta spiera się z Bogiem, z dogmatami kościelnymi, ze szlachetnymi, aczkolwiek nafaszerowanymi fałszem i pruderią hasłami typu: „człowiek to brzmi dumnie”.

Czy bóg
to filozoficzna doktryna
czy są sprawiedliwe wojny
dlaczego niewinnością pachną dzieci

- te i podobne pytania ostateczne w rodzaju: jaki sens i znaczenie ma to, że żyję małą chwilkę na tej Ziemi, gdzie przyszło mi się przez przypadek narodzić, i czy ktokolwiek kiedykolwiek po mojej śmierci będzie wiedział co mnie bolało, cieszyło, martwiło, jaki byłem samotny i jakiego znalazłem Boga? – stanowią oś tematyczną i problemową pierwszej części zatytułowanej „Wciąż idę”.
Poecie bliska jest myśl zawarta w religiach Dalekiego Wschodu, gdy na te egzystencjalne rozterki znajduje taką oto eschatologiczną odpowiedź :

WIARA

trzeba
utracić tożsamość
rozpłynąć się
w bezmiernej otchłani
oceanu czasu
żeby uzyskać
spokój
i nieśmiertelność
anonimową

W drugiej części znajdujemy wiersze (niekiedy bardzo piękne) głoszące pochwałę ziemskiej miłości, kobiecego ciała, miłosnego aktu, erotycznego zespolenia. Ukoronowaniem tej części jest „Litania”, wiersz-perełka, w polskiej erotyce nie znajdujący sobie równego, bo z jednej strony bardzo śmiały, wręcz wydawałoby się fizjologiczny i ekshibicjonistyczny, a jednak nie przekraczający granicy dobrego smaku, zachowujący walor liryczny.
Apostrofa:„najsłodszy nasz grzechu/ zmiłuj się nad nami” przypomina liryczno-erotyczne zaklęcia z wierszy Marii Pawlikowskiej –Jasnorzewskiej, wspaniałej poetki opiewającej również wartość cielesnych uniesień.
Poetyckim dopełnieniem zbioru są utwory zamieszczone w trzeciej części zbioru i zainspirowane pięknem przyrody „małej ojczyzny” Lesińskiego, umiejscowionej na Kaszubach, gdzie autor ma dom w Sulminie i gdzie mnie też gościł w czerwcu 2010. Nie tylko dlatego, że tam byłem i nalewki gospodarza rzadkiej smakowitości piłem - mogę docenić wyborność takiego oto drobiazgu poetyckiego:

SULMIN

piękno pól szept drzew
smak wiatru

w wieczornej ciszy
spokojny oddech
nieskończoności

nie wiesz
czy stoisz na progu
domu
czy wszechświata

Ten ostatni dział wierszy poświęconych ziemi, niebu, gwiazdom, dębom i klonom sulmińsko-wojtalowskim (Wojtal to druga mała ojczyzna Lesińskiego znajdująca się w Borach Tucholskich) stanowi myślowo - zmysłową kontrpropozycję w stosunku do postnych biadoleń Eklezjasty.
Zresztą, w ogóle liryka autora „Najwspanialszych grzechów” jest rozpięta między przeciwnymi biegunami, zbudowana na paradoksach i antynomicznych prawdach. Przyświecają jej biblijny Eklezjasta, kochający uciechy i rozkosze życia doczesnego Epikur oraz, gdzieś w tle, Wergiliusz i nasz Kochanowski, opiewający sielskie uroki natury i prowincji.
&#8230;I na tych wewnętrznych sprzecznościach i dramatycznych wątpliwościach – nieobcych nikomu kto ma wyobraźnię i wrażliwość – wyrażonych bardzo celnie i prosto zasadza się urok liryki Krzysztofa.

Józef Baran
sierpień 2010




***

Krzysztofa J. Lesińskiego znam z wierszy i z kilku rozmów telefonicznych, znam tak dobrze, że zaprzyjaźniłem się z nim na ślepo i na odległość. Potrzebę poezjowania Krzysztof poczuł, gdy mu się urodził syn, ujawniał swoje wiersze dopiero w wieku emerytalnym. Szczęśliwie znalazł mądrych doradców w Piotrze Cieleszu i Józefie Baranie.
Z jego czterech zbiorków poetyckich znam dwa późniejsze („kamień pokaleczony czasem” i „lęki niepokoje”), obydwa bardzo lubię. Jest to piękna poezja bezpośredniej ekspresji uczuć i refleksji nad własnym życiem.
„Grzechy najwspanialsze” są prawdziwą niespodzianką. Nie ma w nich poezji naiwnej, zastąpiła ją poezja, można powiedzieć uczona, kunsztowna w swoich formach, pisana w kolaboracji sztuki słowa z innymi sztukami.
Autorowi „grzechów najwspanialszych” nie marzy się „potrząsanie nowości kwiatem”, chce opowiedzieć siebie i swoją duchową istotność w zgodzie z duchem tradycji poetyckiej od antyku po czas dzisiejszy. Wzorów dla siebie szuka u poetów i poetek, których podziwia. Bezpośrednią ekspresyjność i bezpośrednią opisowość zastępują teraz wyrafinowane poetycko ekfrazy i intelektualna poezja w poezji. Ta przemiana nie kłóci się z osobową autentycznością wcześniejszych wierszy.

Henryk Bereza
wrzesień 2010




***

Bywają okresy, w których słowa zatracają swoje właściwe znaczenie. Podobnie jest z nazwami i określeniami tego, co robimy w życiu. A przecież dla każdej rzeczy i dla każdego działania można znaleźć adekwatne określenie. Słońce jest słońcem, księżyc księżycem, ziemia ziemią. Kamień, roślina, zwierzę i człowiek mają swoją funkcję. Niektórzy ludzie pozostają w wymiarach kondycji ludzkiej poddając się temu, co im zostało narzucone. Czasami starają się z tego wyzwolić, wykorzystując swoje, zdolności myślowe i manualne. Typowe jest to dla artysty, gdy tworzenie pozwala mu na określenie własnego miejsca w otaczającym go świecie.
Spotkałem takiego artystę. Nazywa się Sylwester Chłodziński. Jest rzeźbiarzem w pełni rozumienia tego słowa. Dobrze, że Krzysztof J. Lesiński zaprosił do swoich wierszy rzeźby swojego przyjaciela, Sylwestra Chłodzińskiego. Przeczytajcie wiersze Krzysztofa, obejrzyjcie rzeźby Sylwestra, nie starając się znaleźć w tym połączeniu ilustracji wizualnej lub słownej. Po prostu stańcie w tym magicznym kręgu zakreślonym przez tych dwóch artystów. Może wtedy poezja stanie się POEZJĄ a rzeźba RZEŹBĄ. To, co określił Gustaw Flaubert podróżując: „obserwować bez wartościowania, zrozumieć bez osądzania”.

Prof. Harry Stonehage




Zbiory poetyckie Krzysztofa J. Lesińskiego

zabierzcie ode mnie złe myśli - 2001
dałeś mi dar - 2002
kamień pokaleczony czasem - 2006
lęki niepokoje - 2008
pokaleczony czasem - 2009
taniec z pamięcią - 2010
grzechy najwspanialsze - 2011








Andrzej Ziółkowski - "Smakiem ciała upojeni"





Ur. się w 1965 r. z zamiłowania jestem piechurem górskim, z zawodu ekonomistą ( bo tak wypadło). Przeszedłem polskie góry od zachodu do wschodu. Byłem na Kaukazie i w Alpach. Posiadam rodzinę, ukochaną żonę i córkę, w styczniu 2004 narodził mi się syn. Mam hobby - zbieram wizytówki.



Zapach cynamonu

Dymiąca, miętowa herbata
Ulotny zapach kawy
Ktoś próbuje rozmawiać,
Słowami mącąc panujący spokój

Cisza jak zapach cynamonu
Rozchodzi się po wszystkich salach
Cisza jak zapach cynamonu
Wypełnia pokojem umysły

Nic się nie dzieje
Nie ma wiatru, białe płatki śniegu spoczywają w bezruchu
Bystry strumień, zamarzł wraz opadającym ostatnim liściem

Cisza jak zapach cynamonu
Obdarowuje dobrocią każdego
Cisza jak zapach cynamonu
Z zimowej fotografii.



Pozostaniesz w moich snach

Pozostaniesz w moich snach,
Jak ulotny rąbek firanki
W oknie kąpiącym się
W pierwszych porannych promieniach słońca

Pozostaniesz w moich snach
Niczym szept paproci
Wśród chłodnych skał

Pozostaniesz w moich snach
Jak wiatr wśród ciemnych włosów
Otulający spokojnym snem samotne schronisko

Pozostaniesz w moich snach



Oczy

Widziałem oczy gór.
Roześmiane z błyskiem
Namiętne pełne zrozumienia,
Pełne miłości
Pełne spotkania

Widziałem oczy gór
Energiczne jak lawina,
Jak szum rwącego strumienia,
Jak dudnienie wiatru w szczelinach skalnych

Widziałem oczy gór
Tęskniące za spotkaniem
Stojące w poczekalni,
Cierpliwie wyczekujące na orczyku
Wierne jak bagaż w przechowalni

Widziałem oczy gór.




Andrzej Trembaczowski - Opowieści o pstrągach




Rocznik 1951. Miejsce urodzenia i obecne miejsce zamieszkania: Lublin.
Z wykształcenia fizyk, z zamiłowania przyrodnik.
Hobby: wędkarstwo, żeglarstwo, fotografia, strzelectwo sportowe, leśne wędrówki.
Publikacje pozazawodowe to przeważnie opowiadania i artykuły o wędkowaniu i o survivalu publikowane w miesięcznikach wędkarskich; („Wiadomości Wędkarskie”, Wędkarz Polski”, „Wędkarstwo Moje Hobby”) oraz na stronach internetowych (m.in. w „Tygodniku Wędkarskim”, „2TW”, „Nieregularniku” na witrynie „Rybie Oko”) oraz książki: „Nocne połowy ryb” (1989), PWRiL Warszawa, „Zanim wyruszysz, czyli coś o survivalu”(1996), Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa, „Sen” (2003), Mamiko, Nowa Ruda, „Iks” (2006), wydany przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich i wydawnictwo „Mamiko”, „Zatrzymana chwila” (2014), Mamiko, Nowa Ruda.


Maleńki woblerek płynie z prądem. Drży lekko tarmosząc końcówką.
Zbliża się do podciętej burty. Wysnuwam z kołowrotka pół metra linki,
potem następne pół metra. Woda znosi furkoczącą kruszynę pod nawis,
prawie dociska ją do brzegu. Spod burty odkleja się szary cień. Powoli
odsuwa się w nurt, podnosi się, ustawia w linii niesionej przynęty.
- Capnie? - myślę - i w tym momencie pstrąg chwyta woblerka, zawraca
gwałtownie, szarpie kijem. Skrzek hamulca, chlupot... Odrobina
szaleństwa. Nie zawsze przebiega to tak spokojnie. Często wszystko trwa
tylko ułamki sekund, nagłe targnięcie, świeca w górę i... luzzz. I dopiero
teraz szybki łomot serca...

*

Wiele lat minęło odkąd złowiłem pierwszego pstrąga i żałuję, że tak
niewiele poświęcałem im niegdyś czasu. Pstrągowe łowy kojarzyły mi
się z kwietniowym wypadem gdzieś daleko, z wędrówkami po leśnych
ostępach brzegami dzikich rzek, z człapaniem po bagnach, z przedzieraniem
się przez chaszcze, ze spotkaniami z leśną zwierzyną. Z pierwszym
łykiem wiosennego powietrza. A potem przychodził czas szczupaka i zapominałem
o małych, walecznych drapieżnikach. Być może brakowało
mi odpowiedniego sprzętu? To były czasy wahadłówek i miniaturowych
obrotóweczek. Przynęt wymagających częstych i bardzo precyzyjnych
rzutów - dość męczących. Aż kiedyś spróbowałem łowić na woblerki. To
było to!

Andrzej Trembaczowski. "Opowieści o pstrągach". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015





Franciszek Kamecki - "Kuglarz i świadek"


Franciszek Kamecki (ur. 1940) ksiądz, prałat, wykładowca, rekolekcjonista, organizator rekreacji i wyjazdów dla dzieci i młodzieży, medytacji, dni kultury, biesiad. Autor kilkanastu książek z poezją i felietonami. Brał udział w opracowaniu i wydaniu albumów, scenariuszy, katechez, kazań, rozważań, materiałów kościelnych. Tłumaczony na angielski, niemiecki, czeski (dwa tomiki - Lenka Danhelova, Juri Cervenka), słoweński (Peter Kuhar), słowacki (Marian Milcak). Filmy o nim: „Przenoszenie wyobraźni” reż. A. Danilewicz (Niepokalanów, 1997), „Na tyłach świata” (portrety twórców) reż. U. Guźlecka (TVP3 Bydgoszcz, 2007). Jego poezja w czasopismach, antologiach, w radio (A. Sobecka Radio Gdańsk), M. Maniszewska (PIK Bydgoszcz), w internecie itp. Nagrodzony m.in. za najciekawszy debiut roku na Ogólnopolskim Festiwalu Poezji (1974), Złoty Krzyż Zasługi RP (2000), nominowany do nagrody Artusa, Książka Lata (2001), laureat I miejsca w konkursie Interartus (2002), nagrodzony statuetką Feliksem „Gazety Wyborczej Bydgoszczy i Torunia” dla ludzi sukcesu (2002), medal „Za twórczy wkład w kulturę chrześcijańską” (Bydgoszcz, 2005), Pierścień Mechtyldy (Tczew 2006), Pióro Kociewskie (Tczew 2007), honorowy obywatel Miasta i Gminy Gniew (2009).

Książka ukazała się w marcu 2011 roku.

PAPIEŻ SŁOWIAŃSKI

Od białego dymu nad Watykanem
od habemus papam
od złotego rogu w bronowickiej izbie
od krakowskich grobów królewskich
od zadyszki księży od dalekopisów i dzwonów
zaczął się marsz Dąbrowski
póki my żyjemy

Nagle 16 października 1978 roku
nie szablą nie uchem przy ziemi
ani tysiącletnim tętentem kopyt
lecz echem Bogurodzicy roznosi się śpiew
nad polskimi łąkami i lasami
i modlitwa u Adama Mickiewicza
i monolog uwięzionego Konrada z Bogiem Ojcem
i Juliusz Słowacki z Kordianem
i Cyprian Norwid co za krzyżem widział bramę
a pan Jan Kasprowicz przestał się wadzić
z Niepojętym i Nieskończonym
nad horyzontem Bałtyku wiszą
witraże Stanisława Wyspiańskiego
i protezy Brata Alberta
już nie płonie niebo Jana Parandowskiego
a konsul Zbigniewa Herberta powrócił
i jeszcze raz próbuje żyć na dworze cesarza
i dolną wargą powściągnąć pogardę
Nad Europą rośnie papież słowiański
i sakramentalna woda i bryła z posad świata
Karol Wojtyła jak wujek z skafandrem
na wysokie góry
jak jeździec
który upartymi kolanami zostawia ślady na niebie
Jan Paweł II z krzyżowym kijem pielgrzyma
i uśmiechem
Jezu kochany z ziemi włoskiej do Polski
nasza niespodzianka wielka łaska
polski dramat
na wieki wieków amen

1978

Franciszek KAMECKI. Kuglarz i świadek. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011. - 84 s.
(Poezja polska). ISBN 978-83-60224-65-6








Dagmara Babiarz - "Otwórz oczy"

Dagmara Babiarz o sobie: Urodziłam się w 1972 roku. Ukończyłam m. in. polonistykę na UW w Warszawie i resocjalizację na Uniwersytecie w Białymstoku. Od lat piszę do magazynów zarówno polskich, jak i zagranicznych. Ponieważ bardzo dużo podróżuję tematyka moich artykułów wiąże się głównie z obszarami, które zwiedzam, sytuacją w miejscach w których się znajduję, ludźmi - ich życiem i kulturą. Zawsze – nawet w najbardziej egzotycznych punktach świata fascynują mnie nie tyle krajobrazy co mieszkańcy. O tym głównie piszę.
W wolnych chwilach uprawiam sporty ekstremalne: wspinaczkę wysokogórską, nurkowanie, paralotniarstwo i off-road. Za wyprawę azjatycką zostałam nominowana przez magazyn „Podróże” do tytułu Podróżnika Roku. Zajmuję się również uczeniem języka polskiego ( m.in na Syberii czy teraz w USA)

Fragment książki Dagmary Babiarz

Wstęp :
Życie ludzi mieszkających na różnych szerokościach geograficznych jest warunkowane - klimatem, ukształtowaniem terenu, bogactwami naturalnymi, sąsiedztwem, historią... Każdy zmaga się z tajemnicą życia po swojemu, każdy ma swoje dzieje. Każdy ma też kulturę do której należy, która jest ukształtowana na przestrzeni wieków, charakteryzuje się własną specyfiką, swoistymi zwyczajami... Oczywiście nie trzeba im bałwochwalić. Człowiek ma prawo do odrzucenia zachowań, które mu nie są bliskie, z którymi się nie zgadza... Każdy ma prawo do obrony tego w co wierzy. Do własnego zdania czy krytyki. O ile nie jest to bezmyślnie stereotypowe. O ile opiera się na rzeczywistym obeznaniu z obcą kulturą, na poznaniu drugiego człowieka. Arogancja polegająca na uznaniu własnego sposobu życia, swoich przekonań, religii czy koloru skóry za lepszą, nie prowadzi do niczego dobrego. Jeśli poczucie własnej wyższości łączy się dodatkowo z próbami podporządkowania sobie innych i ich ujednolicenia – może poprowadzić to nieuchronnie do tragedii. Poznanie innych kultur – prawdziwe ich poznanie, takie od wewnątrz, z bliska, z perspektywy innego człowieka, musi prowadzić do uznania racji Bronisława Malinowskiego.
Nie ma kultur gorszych, czy lepszych. Są inne. Mają do tego prawo. Nie trzeba się z nimi utożsamiać. Nie trzeba ich też niszczyć.


Ameryka Pn.

Po co do USA? Stany Zjednoczone mogą się podobać lub nie, ale niewątpliwie są interesujące z jednego punktu widzenia; ogrom kraju i jego polityka pozwala na współistnienie różnych kultur i religii. Nie tak trudno dotrzeć do ludzi, którzy zamknięci w swoich enklawach kultywują charakterystyczne dla siebie zwyczaje. Życie z punktu widzenia europejskiego jest archaiczne, rzadko już spotykane i najprawdopodobniej skazane na zapomnienie. Pomimo rozpaczliwiej nieraz walki o przetrwanie większość ludzi przegra – to tylko kwestia czasu. Dlatego póki jeszcze jest czas warto ich spotkać, poznać, zaprzyjaźnić się z nimi. Przy okazji można też obejrzeć to, co jest ciekawego w okolicy, zebrać pamiątki, kupić coś oryginalnego. Ale i tak najcenniejsi są ludzie i ich opowieści, lokalne społeczności i ich historia, wiara w to, że ich życie, „takie” życie - ma sens. Amiszowska prostota, żydowska ortodoksyjna codzienność, indiańskie łączenie wymogów ciała z potrzebami ducha, czy eskimoska wiara w drugiego człowieka- wydawałoby się, że reprezentują to, co w życiu powinno być najważniejsze, a jednak nieubłaganie giną.


Człowiek jak ziarnko piasku

To właśnie w świetle wiary można najlepiej odczytać, na czym polega moralny porządek, który winien być zachowany we wszelkim działaniu dla dobra wspólnego, aby było ono skuteczne, a równocześnie, aby dokonywało się z poszanowaniem każdego człowieka i środowiska naturalnego, w którym człowiek żyje.
Jan Paweł II

Wjeżdżając samochodem do Lancaster County można poczuć się jak barbarzyńca w ogrodzie. Jakby, cudem wynaleziona, czasomaszyna przeniosła nas w XVII wiek. Telefon komórkowy, komputer czy nawet zapalniczka są tu nie na czasie, a co bardziej roznegliżowany turysta zaczyna nerwowo rozglądać się dokoła. I ta cisza urozmaicana jedynie przyciszonymi rozmowami w dziwnym dialekcie niemieckim. Pensylwania, której centralną część zajmuje właśnie Lancaster County, leży około 3 godziny drogi od Nowego Jorku. Trzy godziny – cztery wieki. Przenosimy się z miejsca pełnego pośpiechu, rozkrzyczanych ludzi, szkła i metalu budowli i najnowszych osiągnięć techniki, do miejscowości w której żyją ludzie nazywani przez jednych sektą, przez innych dziwną grupą etniczną. Ale raczej większość uważa ich po prostu za nieszkodliwych dziwaków. Mowa tu o Amiszach.


...
Martin spogląda na podchodzących do jego straganu turystów z uprzejmym i nieprzeniknionym uśmiechem na twarzy.
- Każdy człowiek jest przez Boga przeznaczony. Jeżeli ma wejść do nieba – pójdzie tam, jeśli ma być potępiony – nic na ziemi go od tego nie uchroni. Dlaczego więc miałbym ciebie nawracać? Albo przekonywać o swojej racji? To sprawa Boga – on rozdzielił już role.
Martin nosi tylko ciemne ubrania: spodnie na szelkach, klapka zamiast rozporka, ubranie pozbawione guzików i zamków błyskawicznych. Ma długą brodę i krótkie włosy, jeździ bryczką, gdyż samochodu używać mu nie wolno. W domu nie ma elektryczności, a gaz jest tylko ten z butli. Jego żona Anne jest zawsze w charakterystycznym, jasnym czepku na głowie i długiej, ciemnej sukni. Wkraść się do ich domu nie jest łatwo. Potrzeba tygodni, całych tygodni stałej współobecności, aby przekonać ich że nie jest się kolejnym turystą, który przyjechał za nowinką. Tygodnie kręcenia się w ich pobliżu, nienachalna, dyskretna obecność i pokorne czekanie na przyjazne skinienie głową, daje zaskakujące efekty...

...
Prawie czterysta lat temu w Szwajcarii niejaki Jakob Ammann powiedział, że religia jest najwyższą wartością człowieka. Był anabaptystą i nie zaskoczyłby tym wiernych gdyby nie posunął swoich twierdzeń do granic - niektórzy powiedzieliby – absurdu. Bo można, ba, trzeba żyć według praw ustanowionych przez Boga, ale człowiek jest tylko człowiekiem. A Bóg aż Bogiem. Z pewnością długość męskich bród i kolor szelek czy też kształt guzików zdobiących bluzy, Go nie interesuje. Ammann jednak był innego zdania i przekonywał o tym słuchaczy. - Nie przetrwa- mówiła większość - Jest kompletnie nieżyciowy. Nie przetrwa.
Przetrwał. Zebrał liczne grono wiernych, którzy rozprzestrzenili się po całym świecie i żyli według surowych zasad religijnych, którym podporządkowywali wszystkie aspekty życia codziennego. Kilkadziesiąt lat później Amisze Starego Zakonu (jak się nazwali) byli już nie tylko w Szwajcarii, ale także w Niemczech, Holandii, a nawet Rosji.
Jednak sceptycyzm przeciwników Ammanna okazał się słuszny i dalekowzroczny. Teoria o prostym życiu, życiu bez techniki i nowoczesności, która z trudem znalazła swoje miejsce i zwolenników w wieku XVII i nieźle trzymała się przez kolejne sto lat, nie miała szans na przetrwanie w XIX i XX – wiekach postępu i szalonego rozwoju. Dlatego Amiszom było coraz trudniej i wreszcie życie takie okazało się niemożliwe. Większość poszła na kompromis i pozwoliła by i w ich rzeczywistość wkradły się nowości techniczne. Ci najbardziej konserwatywni musieli znaleźć dla siebie nowe miejsce. Kraj w którym można pogodzić nieżyciowe już zasady z życiem innych, a przede wszystkim, bez wchodzenia w konflikt z władzami, żyć po swojemu. Jedynym krajem, który potrafi genialnie sprostać takiemu zadaniu są Stany Zjednoczone. Tutaj właśnie odnaleźli swoje miejsce.



Dagmara Babiarz - "Otwórz oczy" Mamiko, 2007





Andrzej Trembaczowski - "Zatrzymana chwila"







Rocznik 1951.
Miejsce urodzenia i obecne miejsce zamieszkania: Lublin.
Z wykształcenia fizyk, z zamiłowania przyrodnik.
Hobby: wędkarstwo, żeglarstwo, fotografia, leśne wędrówki.
Wędkarstwem zajmuję się od dzieciństwa, czyli ponad pół wieku, choć obecnie bardziej organizowaniem wędkarstwa i działaniami na rzecz ochrony przyrody niż samym łowieniem.

Publikacje pozazawodowe to przeważnie opowiadania i artykuły o wędkowaniu i o survivalu publikowane w miesięcznikach wędkarskich z którymi współpracowałem; („Wiadomości Wędkarskie”, Wędkarz Polski”, „Wędkarstwo Moje Hobby”) oraz na stronach internetowych (m.in. w „Tygodniku Wędkarskim”, „2TW”, „Nieregularniku” na witrynie „Rybie Oko”) oraz książki: „Nocne połowy ryb” (1989), PWRiL Warszawa, „Zanim wyruszysz, czyli coś o survivalu”(1996), Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa, „Sen” (2003), Mamiko, Nowa Ruda, „Iks” (2006), wydany przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich i wydawnictwo „Mamiko”.



W pełnym słońcu

Nie wszyscy lubią łowić na spinning. Szczególnie nie lubią spinningu zagorzali zwolennicy gruntówki. Nie istnieje dla nich większa przyjemność niż obserwacja spławika, zwłaszcza gdy ten pogrąża się w wodzie...
- Spinnigowanie to takie mechaniczne, bezmyślne kręcenie. Rzuca się i zwija, rzuca i zwija - tak uważał jeden mój znajomy. - Też mi przyjemność?! Raz wyciągnie się rybę, raz zielsko. Szczupak to głupia ryba, daje się nabrać na byle co, aby się tylko ruszało. O, karp! Karp to zupełnie co innego!

*
Jest samo południe lipcowego dnia. Od rana siedzimy z ojcem na pontonie, bezskutecznie kusząc szczupaki metalowymi przynętami. Woda gładziusieńka, ostre słońce przenika aż do samego dna płytkiego jeziora. Idealnie oświetla podwodne skupiska osoki aloesowatej, widok jak w akwarium. Wiemy, że niejeden szczupak siedzi w tych zaroślach, ale czy wyjdzie z ukrycia? Czy da się nabrać na kawałek błyszczącego metalu? Głupi byłby!
Kompletne bezrybie! Nie bierze nawet tu, nawet na tym łowisku. Jeziorko jest raczej średniej wielkości, płytkie, zarośnięte i nieciekawie położone. Brzegi szczelnie otaczają trzciny, żadnej plaży, żadnych miejsc do kąpieli. Wokoło zanieczyszczone łajnami krowie pastwiska, mnóstwo much i gryzących bąków. Dalej poligon wojskowy. Takie jezioro może przyciągać jedynie wędkarzy.
Naopowiadano nam o nim cuda, lecz o tym, że są tu rzeczywiście szczupaki, przekonaliśmy się sami kilka dni temu. Spinningowaliśmy wtedy z dobrym skutkiem aż do zmroku, kończąc łowy kompletem - po siedem szczupaków na wędkę... Ale na cóż można liczyć dziś, w samo południe, i do tego w takie słońce?!! Na domiar złego psuje mi się kołowrotek. Klapa na całej linii...
Rzucamy na zmianę spinningiem ojca. Pół godziny rzutów i zmiana, dla formalności raczej, nie liczymy na jakiekolwiek branie. Średnia, malowana wahadłówka z wytłoczoną łuską od biedy może przypominać linka lub karaska, jeżeli ma się nieco wyobraźni oczywiście... Pada właśnie z cichym pluskiem nieopodal kilku trzcinek przy brzegu. Widać ją doskonale, jak chybotliwym ruchem "opadającego liścia" zbliża się do pokrytego rogatkiem dna śląc migotliwe refleksy. Nie wiadomo skąd wyskakuje do niej smukły szczupaczek. Prędzej, niż ktokolwiek zdołałby pomyśleć, chwyta opadającą błystkę, widzimy wyraźnie w prześwietlonej słońcem wodzie, jak trzyma ją w poprzek. Za chwilę puści. Odruchowe zacięcie, nieco chlapaniny i już jest w podbieraku. Nieduży, nie ma kilograma, ale wziął niecodziennie...
Moja seria rzutów. Stoimy na skraju nawisu podwodnych zarośli. Wyglądają jak długa trawa pochylona wiatrem w jedną stronę. Błystka sunie ich skrajem "w pół wody". Rzucam tam kolejny już raz, raczej mechanicznie. Jeszcze trochę i skończymy tę beznadziejną zabawę. Wrócimy z tym jedynakiem. Nic więcej nie weźmie. Nie ma dziś dnia na rybę... Mimo wszystko, takie ładne to miejsce, wymarzona wprost kryjówka szczupaka i nic???
Metalowa błystka sunie wzdłuż wodorostów równiuteńko, jak po sznurku, niemal ocierając się o nie. Widać ją wyraźnie. Nie, nie wygląda naturalnie. Wcale nie przypomina ani linka ani karaska. Swoją drogą, co by też zrobił prawdziwy linek czy karasek na widok drapieżnika?
Pomysł przyszedł niespodziewanie: sunącą niemrawo błystkę szarpnąłem gwałtownie w bok. Wyprysnęła, a za nią spod nawisu strzelił jak pocisk spory szczupak, kilka metrów od pontonu! W pełnym świetle atak widać doskonale - klasyczny młynek. Szarpnięcie i wibrujący ciężar - siedzi! Stało się to tak nagle, że zaciąłem automatycznie, zanim ten miły fakt dotarł na dobre do świadomości. Po chwili już go miałem w pontonie. Patrzyliśmy na pięknego szczupaka nieco zdziwieni. Dlaczego uderzył dopiero teraz? Musiał przecież widzieć błystkę i poprzednim razem, jednak nie zareagował. Może nie był głodny? Najwidoczniej sprowokował go do ataku dopiero nagły szus uciekającej przynęty. Spinningowanie nie jest więc wcale takim bezmyślnym, mechanicznym kręceniem kołowrotkiem, jak to się może wydawać...
1967


Andrzej Trembaczowski . Zatrzymana chwila. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2014. -57 s.








Grażyna Bajer - przez zamknięte drzwi







Grażyna Bajer , z domu Kobiela - od 10 lat mieszka w Norwegii. Pisze od 13-tego roku życia. Tęsknota za Polską stała się inspiracją do napisania i wydania czterech tomików wierszy, w których często przewija się motyw miłości i tęsknoty za domem. "Sercem pisane w bólu wydane" - to debiut poetyki, następne tomiki to: "Nie rzucim ziemi", "Mój dom ", a także - "Zrozumieć życie". Wiersze autorki są w antologiach "Rozbudzeni poezją" oraz "Potyczki z Kupido".







przez zamknięte drzwi

dotykiem serca
otwieram horyzonty wyobraźni
karmiąc zmysły iluzją

krew pulsuje
rozlewając lawę gorącej pożądliwości
codziennie umieram przed czasem

gdzie jesteś miłości moja



białe noce

dwunasta dawno już minęła
barany wszystkie policzone
z nerwów pod nosem znów zaklęłam
przewracam się na drugą stronę

z kranu miarowo woda kapie
natrętna mucha lata wkoło
zaś obok mój małżonek chrapie
mówię wam nie jest mi wesoło

w okno się gapię raz za razem
tam ciągle jasno do cholery
tęsknię za swojskim krajobrazem
smutek i żal mnie ściska szczery

na zegar patrzę to już piąta
do kuchni idę chwiejnym krokiem
obijam się po wszystkich kątach
na świat spoglądam wściekłym wzrokiem

małżonek wciąż coś tam szczebioce
lecz bunt narasta ciągle we mnie
ach na cóż są te białe noce
przecież im ciemniej tym przyjemniej



melancholia/tautogram

mami
marzenia moje

mnogość myśli męczy mózgowie

materialny motyw
miesza
marnując morze misternej mądrości

„memento mori”

majestatyczny mistrz maluje
mnóstwo magicznych metafor

masz Magdalenę – mówi mama

mija marazm




Jacek Mączka - Zwarzone mrozem czyżnie


Dr Jacek Mączka (1965), poeta, literaturoznawca. Autor tomików poezji (najnowsze – Bliższe okolice, Wydawnictwo "Mamiko", Nowa Ruda 2010, Pomyśleć prześwit, Wydawnictwo "Miniatura", Kraków 2009 oraz Kroisz coraz cieńsze, Wydawnictwo "Miniatura", Kraków 2009). Napisał obszerną monografię – Powidła dla Tejrezjasza. O poezji Janusza Szubera, Księgarnia Akademicka, Kraków 2008. Publikował, między innymi, w Gazecie Wyborczej, Tygodniku Powszechnym, Rzeczypospolitej, Studium. Laureat Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina i Tyskiej Zimy Poetyckiej. Jego książkę Dalsze ciągi zakwalifikowano do drugiego etapu Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej SILESIUS. Mieszka
w Sanoku.



Książka ukazała się w kwietniu 2011 r.



Od kuchni



Ręce są zręczne. Krojenie kurczaka na talerzu.
Oddzielanie skóry i żółtych grudek tłuszczu.

Pasek wpija się w fałdę na brzuchu.
Nic nie pasuje.
Rozrzuca wszystkie części i wychodzi naprzeciw
pieprzonej nieobecności.

Z odpływu pod wanną – resztki włosów i mydła. Świadectwo
jest potrzebne – musimy założyć istnienie tego kawałka

szkła na podłodze. Człowiek wypruwa sobie żyły
a później zastanawia się, czy było warto – powiedziała
pochylona nad zlewem.



Kretowiska



Czarna wiosna bierze cię w ramiona.
Wagarowicze palą ogniska na podmiejskich
wzgórzach. Codziennie, kiedy wychodzisz

z psem, smugi na futrze kociej padliny –
coraz mniej wyraźne.

Odkąd pociągi przestały kursować
sarny, po dwie, trzy – zaanektowały tory.
Nocą peryferyjne ulice to pociągi-widma

a pijani żołnierze są pełni uczuć
nosowe „ej ty” szarpie splot słoneczny
będąc jedynym weryfikowalnym

potwierdzeniem. Jak napięty bęben wrzucony
w obrządek
nie ogarniając tajemnego sensu.

Uginają się mosty, kołyszą biodra. Wyspy
rozpadających się domków działkowych
zalewa morze zdziczałej śliwy.


Jacek MĄCZKA. Zwarzone mrozem czyżnie. Nowa Ruda : MaMiKo, 2011. - 44 s.
(Poezja polska)
ISBN 978-83-60224-64-9











Grażyna Bajer- "Mój dom"









Grażyna Bajer, z domu Kobiela - od 9 lat mieszka w Norwegii. Pisze od 13-tego roku życia. Tęsknota za Ojczyzną stała się inspiracją do napisania i wydania wierszy w tomikach: "Sercem pisane” oraz "Nie rzucim ziemi". Uwieńczeniem marzenia
o tęsknocie do Ojczyzny jest obecny tomik "Mój dom”.



Pierogi z jagodami

Mojej ukochanej mamusi dedykuję
na talerzu ze śmietaną
dałaś mi je wczoraj mamo
i znów jestem tą dziewczynką

szczuplutką małą blondynką
leśną ścieżką na jagody
kiedy ranek błysnął młody
poszłam mamo z tobą w las

w ten uroczy letni czas
młode serce się raduje
śpiewa biega podskakuje
już dojrzało poziomeczkę

tam znów zieloną szyszeczkę
o tam sarna chyżo bieży
w liściach skrył się mały jeżyk
ile cudów że nie zliczy

taki ten świat tajemniczy
schyla się nisko matula
córeńkę mocno przytula
uśmiech na twarzy ma błogi

lecz czy dziś będą pierogi
dziewczątko hasa po lesie
radość jej echem się niesie
lecz kto pozbiera jagody
gdy duch niespokojny młody

już prawie pełna kobiałka
o niebieskich śni migdałkach
wszystkim wokół się zachwyca

ot taka z niej pomocnica
biegną dzieciństwa wspomnienia
lecz czas i życie się zmienia
ja marzę mamo czasami
o pierogach z jagodami




Anna Świtaj - Ogród ciszy





Anna Świtaj - urodzona 19 lutego 1996 roku w Ostrołęce, absolwentka I Liceum Ogólnokształcącego w Ostrołęce im. gen. Józefa Bema, studentka pierwszego roku historii
sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim



***
rodzę się
tam, gdzie zasypia słońce



***
było Słowo.
początek i koniec.
i my.
zagubieni w milczeniu,
przy sobie,
składaliśmy dłonie w katedry
i prosiliśmy boga,
by z nas stworzył ziemię
na nowo.



***
wędrowne ptaki
pytają
o delikatność
Twego
głosu.
razem poszukujemy
znaków
Ciebie.
zwierzęta nocy
wspominają
Ciepło
Twoich
rąk.
uspokojeni
Twoim wzrokiem
wyławiamy nasze
ciała
z Ciemności.


Anna Świtaj. "Ogród ciszy". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015






Zuzanna Turkiewicz - „Świat jaki pamiętam"




ZUZANNA TURKIEWICZ ur. w 1978 r. w Nowej Rudzie (Góry Sowie). Absolwentka
Liceum Ekonomicznego oraz Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia
prawnik. Z zamiłowania podróżnik i fotograf. Obecnie współpracuje z
Uniwersytetem w Marburgu prowadząc prace naukowe z zakresu prawa
międzynarodowego i europejskiego. Pisze od najmłodszych lat.

WSTĘP
Tomik pt. „Świat jaki pamiętam...” to zbiór myśli, które rodziły się
w mojej głowie i sercu przez wiele lat. Były przelewane na papier dla
mojej duchowej potrzeby dialogu z samą sobą.
Przez długie lata wiersze te były zapomniane, aż do momentu, kiedy
pewnej deszczowej niedzieli Marta odkryła je w zakurzonym kufrze na
strychu. Dzięki jej ciągłym namowom i naleganiu przez prawie dwa
lata borykałam się z myślami o opublikowaniu utworów. W wyniku
tego w maju 2006 roku zapadła decyzja, iż wiersze te ujrzą światło
dzienne i podzielone zostaną na dwa tomiki, a drugi z nich nosić będzie
tytuł „Gdyby nie On"
Zbiór tych wierszy to nic innego jak przemyślenia dorastającej na
wiejskim łonie natury dziewczynki, która drogi swojego życia upatruje
w Bogu, rodzinie, szacunku i miłości. Dziewczynki, która wierzy
w prawdę i sprawiedliwość, mimo iż widzi otaczające ją z każdej strony
cierpienie ludzi i zwierząt.
Większość wierszy dotyczy miejscowości z której pochodzę, jej
cudownych krajobrazów i miejsc, które codziennie odwiedzałam w drodze
do szkoły. Miejscowości, która mimo zwiedzenia już tylu innych
zakątków świata, jest dla mnie najpiękniejszym azylem na ziemi. Moim
jedynym prawdziwym domem!
Mottem mojego życia jest to, aby stwarzać świat lepszym dla
ludzi, i aby perły poezji były ukojeniem dla rozpaczających i być
może radą dla szukających w niej pomocy i nadziei...
Z całego serca pragnę tu podziękować mojemu serdecznemu
przyjacielowi księdzu Piotrowi, którego przyjaźń, modlitwa i siła jest
szlachetnością, którą obdarował mnie Bóg. Moim przyjaciołom, którzy
swoją obecnością przez cały czas wspierają mnie, służąc mi przyjacielską
pomocą i radą. Pani Jadwidze Sadowy-Cebula, pani Zofii Klimek
i panu Wiesławowi Kowalskiemu za wyznaczenie moich granic
zawodowych i za uświadomienie mi tego, że droga, którą idę jest słuszna.
Marcie, bez której namowy Tomik ten by nie został wydany. Mojej
babci Emmi Bosshammer, której obecność i wieczorne rozmowy będę
pamiętać do końca życia. Dziękuję również mojej całej rodzinie i wszystkim
innym, których pominęłam ponieważ brakowałoby tu miejsca, aby
ich wymienić, a są dla mnie bardzo ważni.
A przede wszystkim dziękuję moim kochanym i cudownym rodzicom
Ewie i Zdzisławowi, za ich ciężką pracę i wkład, który włożyli w moje
wychowanie. Dziękuję za to, że zawsze jesteście, kiedy Was potrzebuję,
i że tak bardzo nas kochacie. To właśnie Wam z wdzięczności i miłości
dedykuję ten Tomik. Z okazji Waszej trzydziestej rocznicy ślubu, życzę
Wam wszystkiego dobrego, dużo zdrowia i nadal tak pięknej miłości,
którą siebie i nas obdarowujecie! A sobie życzę, aby Bóg pozwolił nam
jak najdłużej trwać razem ciesząc się sobą i wiarą w Boga, która tak
umacnia i wiąże naszą rodzinę. Bez Was, Dawida, Grzegorza, Ani,
Adama i „bożego słowa” moje życie nie byłoby takie, jakim jest...

Zuzanna Turkiewicz

LEŚNA SZOSA

Kiedy idę szosą
Gór Sowich
widzę mój raj
upragniony!
Zbocza powleczone
tysiącami barw,
dolinę dziewiczej
Piękności.
Malowany wąwóz
otula me życie schronieniem,
barwami złota
bogactwem obdarza.
To moja niekończąca się
kolorowa Fortuna !!!


WOLIBORSKA JESIEŃ

Jesień okryła mą wioskę,
kolorami życie mieszkańców
otula.
Jest czerwień - miłości,
brąz - zamyślenia,
złoty - bogactwa.
Jesień okryła lasy i łąki,
aleja kasztanów
szarością smutnieje.
Brzozy deszczykiem
złotych listków tańcują,
babie lato kosmyki
mych włosów przeplata.
Złota jesień mą wioskę
ozdabia,
okrywa mój raj tajemniczy.
Jest zając i szpak,
jest promyk słońca
na kocim grzbiecie.
Woliborska jesień
mą wioskę do snu chce utulić,
w ciepłych kolorach zimę zawołać.
Woliborska jesień chce pomóc
wierności nam do niej zachować.

MOJE MIASTO

Szum ulic,
klekot starego autobusu
wiezie mnie do Rudy.
Przejazdem
omijam wioski,
ryba w wodzie
pluskiem mnie wita.
Śmierdząca,
kopalniana hałda,
bólem bezrobocia
uderza,
Nie ma już nic!
Nie ma po co wracać,
Nie ma po co tu żyć!
A ja? Co ze mną?
Dziękuję Bogu,
że znowu tu jestem!
W mojej opustoszałej,
płaczącej Nowej Rudzie...

Zuzanna Turkiewicz . Świat jaki pamiętam. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2007. -57 s.






Mariusz Appel - Kocie łby

                                

ur. 1974, obecnie mieszka w Warszawie, z wykształcenia ekonomista, na co dzień pracuje z młodymi sportowcami, do tej pory publikował głównie w internecie, ale także w "Obrzeżach" i "Undergruncie".



[spotykania]

okna: peryskopy mieszkań zaszkliły się. czernią
zadrwiła sobie nieobecność odmierzana liczbą pięter.
zostawiaj światło gdy wychodzisz. pamiętam
jak prosiłaś. później mnie odwiedzasz
nie wchodząc do środka. czekasz aż wyniosę przed próg wnętrze
za ciasne by pomieścić nas oboje. ściskamy się. zobacz
- mówię - biel przytłacza. a ty się nie opierasz.

[reminiscencje]

półprzymknięte powieki umiejętnie dawkują
świat. światło cieniem tonizuje. barwy
wpuszcza tyle ile trzeba. ciebie
pamiętam trochę jakby po omacku - prześwit.
osłupiałe rtęcią słońce wschodzi. zachodzi
chemiczna reakcja horyzontu. naświetla kliszę
ze strzępkami fazy rem. takiej co dobrze się kończy
jak amerykańskie filmy.
falochron czyichś dłoni wdziera się we włosy
pozlepiane bliskością która zjawia się tylko nocą
(i tylko w naszych głowach).








Kamil Galus - Trzęsawiska




"Trzęsawiska" to poezja z soku życia, z doświadczenia, z sytuacji granicznych, małych radości i wielu załamań. Kamil Galus wziął sobie do serca postulaty autorów, którzy zawsze z nosem i piórem byli blisko prawdziwych doświadczeń prostych ludzi. Nie znajdziemy u niego językowych gierek, języka, który bawi się sam sobą, ale pisanie, które przylega do rzeczywistości, uczuć i zasad wnętrza. Poezja z serca, płuc i wątroby.


Kamil Galus - (ur. 11 maja 1993 r. w Grudziądzu) absolwent I Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego w Grudziądzu oraz Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. W 2014 roku został wyróżniony w ogólnopolskim konkursie Szuflada w Olesnie. Obecnie mieszka w Poznaniu. Książka Trzęsawiska jest jego pisarskim debiutem.



gdy poznałem kobietę w ciąży

gdy poznałem kobietę w ciąży
nie wiedziałem czy mogę przybić piątkę
z jej brzuszkiem

całe spotkanie
byłem lekko skołowany
w końcu to kto inny
ulokował się
na kolanach mojej randki

całe spotkanie był małomówny
chyba się obraził że próbuję odbić mu matkę

nie godziłem się na wieczór we troje
zwłaszcza z damskim bokserem

widziałem wszystkie ciosy
spadające na żołądek tej kobiety
która mimo to uśmiechała się
jak kobiety których mężowie piorą je na kwaśne jabłko
a one i tak skoczyłyby za nimi w ogień

koniec końców odprowadziłem ich do domu

gdy wszedłem na górę
były frytki i ruski szampan

gdy mnie pocałowała
brzuszek kończył jeść kolację

pościeliła w salonie
a ja położyłem ją na łóżku
szeptałem że ze mną będzie bezpieczna
mimo wszystko mam nadzieję
że wtedy brzuszek już spał




trzęsawiska

wydawało mi się że teraz
udaje mi się twardo stąpać po ziemi
ale wiecie jak to jest
stąpać po bagnach i trzęsawiskach
najtrudniejsze są pierwsze kroki
gdy zaczynają moknąć ci łydki
lecz potem gdy brodzisz już po kolana
zaczynasz piąć się w górę
znajdujesz odpowiednie tempo i rytm
zależnie od twojej wagi
postury i specyfiki poruszania
jesteś w tym rytmie oryginalny
pamiętaj że mogłeś wpaść po uszy
a z dwojga złego
chyba lepiej czasem upaść na kolana
upadek nie zawsze oznacza koniec
podobno Jezus upadał trzy razy
a zobacz jak na tym wyszedł
później z jaskini po trzech dniach
czyżby jeden upadek przypadał
na jeden dzień zwłoki
niektórym pisane jest chodzić po wodzie
bagno widzieć tylko z daleka
przez szklane szyby gdzieś w oddali
zakrzywioną rzeczywistość
dzieci wpływowych rodziców

na horyzoncie widać już koniec
ten wymarzony
twardy nie wsysający grunt
który wiesz na pewno
nie pociągnie cię na dno

nikomu nie zabroniono marzyć
nawet nam ramię w ramię
brodzącym obok siebie

Kamil Galus. Trzęsawiska. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Grażyna Bajer - Nie potrafię Cię pokochać




Grażyna Bajer z domu Kobiela - od 12 lat mieszka w Norwegii. Pisze od 13-tego roku życia. Tęsknota za Polską stała się inspiracją do napisania i wydania pięciu tomików wierszy, w których często przewija się motyw miłości i tęsknoty za domem. "Sercem pisane w bólu wydane" - to debiut poetki, następne tomiki to: "Nie rzucim ziemi","Mój dom", a także - "Zrozumieć życie", "Przez zamknięte drzwi". Wiersze autorki są w Antologiach - "Rozbudzeni poezją", "Potyczki z Kupido", "Kiedyś wrócimy do...".


dobra zmiana

tak dzisiaj przy kawie z rana
myślę i łamię tym głowę
co to jest ta dobra zmiana
czy ktoś mi na to odpowie

czy tak jak remont mieszkania
gdzie pleśń i grzyb się rozgościł
trza zacząć od usuwania
bo tak jest przecież najprościej

niektóre ściany rozwalić
to przestrzeń zyska się większą
a stare rupiecie spalić
bo domu już nie upiększą

co jeszcze można wymienić
sprzęty wygodne lecz stare
bo to już jest bez znaczenia
że choć stare ale jare

tak jak przy każdym remoncie
jest chaos i zamieszanie
lecz widać na horyzoncie
inne jest już to mieszkanie

a jeśli się nie spodoba
mieszkańcom domu ta zmiana
to niechaj taka osoba
opuści go proszę pana

myślę i tak się tym głowię
i w okno spoglądam gdzieś w dal
może się jakoś wysłowię
że mnie tylko koni jest żal



nic mi się dzisiaj nie chce

gapię się w okna zapłakane
tam deszcz ze śniegiem w berka grają
za nic mój stan tragiczny mają
gdzie myśli ledwo posklejane

fiord skuty lodem słońce więzi
i krzyku mew już nie usłyszę
nie chce się nic – więc wiersz napiszę
może te smutki precz odpędzi

siedzę i dumam nad tym wiecie
że choć ten naród trochę dziki
trza było jechać do Afryki
a nie gdzie mrozy i zamiecie

może i wy też dziś tak macie
że nie chce się mrugać oczami
jeśli tak jest to jestem z wami
na rum zapraszam – lecz w herbacie


Grażyna Bajer. Nie potrafię Cię pokochać. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Renata Blicharz - "Czarna aureola"



Renata Blicharz debiutowała w 1983 r. Jest absolwentką Uniwersytetu Opolskiego, mieszka w Opolu. Jej teksty były drukowane w prasie opolskiej i ogólnopolskiej. Została nagrodzona i wyróżniona w ponad trzydziestu konkursach poetyckich i literackich. Jej wiersze znajdują się także w licznych antologiach i almanachach. Zajmuje się też dziennikarstwem, jest autorką recenzji, felietonów, wywiadów z ludźmi kultury i sztuki. Od 2007 roku współpracuje z Opolskim Kwartalnikiem Kulturalnym "Prowincja". Wydała dwa tomiki "Pocztówka z bajki" 1997 oraz "Kolekcjonerka" 2006.



W kamienicy na Starym Rynku

Kobiety w tym domu
liczą zgubione pary rękawiczek parasolki i miłości
wspominają utracone szczęścia
z każdym codziennym przebudzeniem
coraz bardziej zacierają się
rysy niegdysiejszych kochanków
wielowarstwowe wymiary miłosnych słów
głębie dawnych pocałunków i dotyków

Kobiety w tym domu
noszą suknie wciąż ciemniejsze
i coraz częściej otulają ich ramiona
szydełkowe szale
coraz bardziej wełniane

Rano robią zakupy w sklepie naprzeciwko
potem okruszki rozmowy z sąsiadem
okruszki dla gołębi w rynku
kawałeczki dla kaczek w parku
Wieczorem otwierają okno patrzą
jak spadają płatki śniegu albo gwiazdy
uśmiechają się do swoich odległych
wspomnień które ludzie nazywają marzeniami
albo prowadzą z sobą milczące rozmowy
a rozumienie spraw tego świata
rozpościera się nad nimi jak pajęczyna

Później
kiedy zamknięta w pięść garść nocy
nie chce sypnąć piaskiem na powieki
oglądają stare wciąż bezsenne fotografie
i właśnie wtedy

mimo że przybył znów jeden dzień
właśnie wtedy
ubywa im -
wiele lat



Renata Blicharz. Czarna aureola. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009




Agata Sobczyk - "Opowiadania o pogodzie"






Agata Sobczyk urodziła się w 1966 roku w Toruniu. Pracuje na Uniwersytecie Warszawskim, specjalizuje się we francuskiej literaturze średniowiecznej. Wydała dwie minipowieści: „Bubę
w Belleville” (2007) i „O miastach i innych miejscach” (2010).


Fragment książki:

A niektórzy są lutnikami. Nawet w mieście Warszawa są pracownie lutnicze, o czym dowiedział się, kiedy przez przypadek wrzucił w google słowo „lutnik”. Facet kształcił się u mistrza w Zakopanem, teraz pracuje z synem, który przejmie interes po ojcu. Siedzą sobie, strugają, słuchają, jaki grusza ma dźwięk, jaki świerk czy też inne drzewo. Gdzie trzeba jeszcze wygładzić, gdzie milimetr odjąć, gdzie dodać no to raczej gorzej, a po wszystkim jakim to pociągnąć lakierem. Smyczki także samo – z czyjego to skombinować jelita, czy to owcy czy kota, i tak zwierzątko sobie chodziło, trawiło (obywając się przy tym bez papieru toaletowego), a teraz na skutek przekształcenia jelita w smyczek będzie grało Bacha, Purcella. Albo z końskiego włosia czy z czego tam, także samo: koń chodził, ogonem muchy odpędzał, a teraz przez niego wszystkie przechodzą nutki. I to jest to piękne, lepsze życie: siedzi taki (wyobrażał sobie, że w jakiejś półpiwnicy, w półmroku, pod sklepieniem), siedzi, dłubie, poleruje i powoduje czy tam sprawia odwieczną nieustanną przemianę. Inny weźmie ten instrument, zagra, a sopran będzie śpiewał, inny znów przez osiem godzin dziennie odbiera telefony od papieru toaletowego i się przed nim tłumaczy dlaczego jeszcze nie zrobione, a potem myśli, jak coś wymyślić, a potem do piachu, bo głupio swoim życiem pokierował? Bo nic innego nie potrafi, do niczego się nie nadaje? Zasadniczo Kuba powinien, albo chociaż mógłby być zadowolony ze swojego zawodu, zwłaszcza ze względu na ogromny prestiż społeczny oraz na dumną nazwę copywriter, teraz jednak, w tym swoim wypaleniu, pomyślał, że, w odróżnieniu od lutnika, on niczego nie przemienia, chyba że słowa w plastikową papkę. To w sensie działalności ściśle zawodowej; a w sensie życia w ogóle, też nie przemienia, tylko przepuszcza ten strumień przez siebie i jedyna jego troska, to żeby go nie powalił, żeby udało się jakoś niezmiennie przetrwać i dotrwać do końca. Taki jak on może najwyżej powielać: pomyślał o synu, który, ze swoimi pryszczami, nieustannymi kłopotami najpierw w szkole, a teraz na studiach, nieumiejętnością dotrzymania jakiegokolwiek terminu i znikomym życiem towarzyskim przedstawia się jako jego doskonała kopia.


Agata SOBCZYK. Opowiadania o pogodzie. Nowa Ruda : Mamiko, 2012












FRANCISZEK KAMECKI ur. 3.10.1940 w Cekcynie (Pomorze, Bory Tucholskie). Studia: WSP Pelplin (1958-64), KUL Lublin (1974 -77). Ksiądz od r. 1964, , rekolekcjonista, organizator rekreacji i biwaków dla dzieci i młodzieży od r. 1978, wykładowca od r. 1978, proboszcz od
r. 1982. Od r. 1960 zaczął publikować wiersze w "Tygodniku Powszechnym:' i "Więzi". Wydał ponad 20 książek (wiersze, albumy, felietony, teksty kościelne). Ponad 200 spotkań autorskich. Na 50 -lecie twórczości wydał: „Brat opuszczonych” Bydgoszcz Galeria Autorska 2010, „Podróże i przystanki” - wybór felietonów. Pelplin Bernardinum 2010, „Kuglarz i świadek” wybór poezji z lat 1961 - 2011 Nowa Ruda Mamiko 2011, „Borowiackie językowanie” Pelplin Bernardinum 2011. Tłumaczony na język niemiecki, angielski, czeski, słoweński, słowacki. Jego wiersze były materiałem filmów, nagrań, wywiadów. Przyjął kilkanaście wyróżnień i nagród. Lubi być zajęty. W swoim życiu obok kapłaństwa (widocznego w nauczaniu, liturgii i wspólnocie bez wykluczeń i uprzedzeń) wybrał twórczość pisarską jako najtańszy zawód, w którym wystarczy pióro, papier, bezinteresowność i worek wyobraźni.




USIĄDŹ OBOK


Usiądź obok. Zobacz, jak garnek na blacie paruje i bulgocze. Za chwilę wlejemy wrzątek do kubków z zieloną kawą Jacobs i wtedy przekroczymy granice obcości. Stół zamieni się w przyjaźń. Jakże w takiej godzinie zawieruchy i w takim rozpędzie miasta pośrodku wojen na górze i zasadzek na dole można przywoływać duszę Fiodora Dostojewskiego, szlachetność Henri Bergsona albo niepokój Simone Weil? Przecież duch Dostojewskiego błąka się pomiędzy nagrodą a karą, próbuje coś dopisać do historii czterech braci Karamazow. Gdyby ktoś udowodnił Dostojewskiemu, że prawda jest poza Chrystusem, wolałby zostać z Chrystusem niż z prawdą. Bergson to zupełnie inny uczestnik naszej dyskusji przy stole. Ojciec Bergsona pochodził z żydowskiej dzielnicy Warszawy, syn- Henri- w roku 1927 otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. Zmarł 4 stycznia 1941 roku. Na jego prośbę w pogrzebie uczestniczył ksiądz. Dlaczego? Bo Bergson, obok rozumu uwielbiający poznanie intuicyjne, uważał chrześcijaństwo za dopełnienie judaizmu i przyjąłby Chrystusa, gdyby nie to, że był świadkiem antysemityzmu przed i w czasie drugiej wojny światowej. A Weil zatrzymała się w swej świadomości nad przepaścią nie wierząc, że jeżeli rzuci się w dół, nic złego się nie stanie, ponieważ aniołowie ją poniosą nad chmurami, ponad nieboskłonem pytań i poglądów i usiądzie jak my w nienazwanym królestwie na kawie u Pana Boga.

Gruczno, wrzesień 2009




Piotr Florczyk - "Cztery pory roku"



                                     


ur. 1978, w Krakowie. Od 1994 roku w Stanach Zjednoczonych, najpierw jako stypendysta sportowy, później jako student na wydziale historii Uniwersytetu Pacyfiku w Kalifornii, który ukończył w 2001 roku.
Jego utwory zostały przyjęte do publikacji w TOPOSIE, PRACOWNI, PRO ARTE, POETICE, SZAFIE, którą współredaguje, oraz anglojęzycznym QUERCUS REVIEW.
Obecnie mieszka wraz z żoną w okolicach San Diego, w Kalifornii, i szykuje się do dalszych studiów.






Przyrodnik w Nowym Jorku


Dzień był zwyczajny, wtorek, może osierocona środa.
Ważka jak rakieta bez celu wisiała w powietrzu.
Atlantyk przypominał o sobie dźwiękiem chmur
stukających się burtami. Płonęły betonowe łąki lata.
Wiewiórki odpoczywały na parapecie trzydziestego
piętra, kameleony bez lęku biegały wokoło, machając
ogonami na wszystkie strony. Sokoły krążyły nisko
nad kolumną samowolnie toczących się furmanek,
rzeki, które forsowałem po kładce zbitej twardymi
sylabami – szumiały rybami srebrnymi jak łzy.
Kolosalne cienie sosen zdrapujących z nieba farbę
przytulały mnie wiatrem, miękkim jak mech.
Jelenie w bezcennych koronach pozowały do zdjęć
myśliwym bez broni, a klaksonowy śpiew ptaków
w szachowych kołnierzykach opóźniał noc.
Nie byłem samotny, choć nie rozmawiałem z ludźmi;
w jaskiniach rozpalałem ogień większy niż ja.




W smutnym oku okna


W smutnym oku okna, przy firance falującej w tańcu jak chorągwie kawalerii,
na taborecie ze skróconymi nogami dzwoni telefon, podskakuje łyżwa słuchawki.
Niezgrabne sylaby, klejone przez reumatyczne struny krtani, spacerują po drucie
z wdziękiem cyrkowca, który z każdym krokiem reguluje ciśnienie wpatrzonej widowni.

Ale nie ma olśnienia, jest za to noc, karmiąca z ręki gołębie w parku po drugiej stronie
ulicy, doświadczona jak zakładka książkowa w istnieniu pomiędzy teraz a później,
wydechem i wdechem, końcem światła a nadzieją blasku.






Marcin Gałkowski - "Chloroform, czyli brzydkie wiersze"




Marcin Gałkowski (ur. 1988). Aktualnie mieszka i studiuje we Wrocławiu, widywany też w Kłodzku i Gliwicach. Na papierze debiutował w „Antologii Postgeneracji” a swoje wiersze wyśpiewuje w psychodeliczno prog - rockowym Laudanum i elektronicznym Korowiow. Motto? Morrisonowskie „nie jestem szalony, interesuje mnie wolność”.

jesień

wyczuwam jesień ona idzie po mnie w szarym
kitlu z ortalionu i gumiakach a żółć i czerwień
to tylko złudzenie optyczne rozszczepienie dymu
już palą się łąki pękają jabłka i trzeszczą jabłonie

wyczuwam jesień na moim małym balkoniku
ona czeka pod stołem w kuchni bawi się kłębkiem
sadzy strzyże uszami kiedy przemakają szyby

jesień przyjdzie z melancholią i zapachem szronu
otuli nas liśćmi wytnie z filcu poprzekręca karki
i wskazówki w zegarkach a potem zakopie każe

czekać na wiosnę



wódka z pieprzem

nocą wychodzimy na miasto w poszukiwaniu
dźwięków nylonu i satyny a kilka jędrnych
tu i ówdzie kobiet wbija szpilki w asfalt i żółty
karton

kilka jędrnych tu i ówdzie kobiet wbija szpilki
a my stoimy w bramie patrzymy sobie od stóp
do głów i powoli coś w nas się indukuje jest środa
i zimno

powoli coś w nas się indukuje w tajlandii kwitnie
orchidea i handel dziećmi ale tu przejeżdża tylko
nocny autobus wiezie z sobą zapach zgniłych jabłek
i trochę nasienia na tylnym siedzeniu

a za nim jest
ciemno

(8 I 2008)



18 XII

znalazłem ten tekst przy ciele młodego mężczyzny
na przystanku komunikacji miejskiej
musiał czekać na tramwaj i umrzeć z głodu

robi się ciepło wstają pociągi poziom wody
jest niepokojąco wysoki a siarka usztywnia
oddechy

w mediach ogłoszono że jestem schizofrenikiem
dwudziestego pierwszego wieku rozmawiam
z metanolem i tym brunatnym ściekiem w kranie
a potem na rondzie wypływa ze mnie błoto

jutro mam urodzić się od nowa
każda chrząstka strzępek skóry
każde przekleństwo i drut
wszystko jasne jak płonący bazar

---------------------------------------
powietrze wyłamuje dłonie
jest niebezpiecznie podniecająco
wsadzasz mi pończochy do ust
czekamy aż odłączą nam prąd

(W-w; 18 XII 2007)



spandex

będzie już tydzień jak nie napisałem
żadnego wiersza i szczerze mówiąc
dobrze mi z tym

o siódmej rano stęchlizna wytacza się z bram
po Ostrowie Tumskim kręcą się perwersje

siedzę słucham jak szeleścisz rajstopami
i nie muszę już myśleć
o czym
w jakim przypadku
i czy w ogóle ktoś to przeczyta
naturalnie poza tobą butelką czystej i psem
nie muszę penetrować dziur
na planie miasta ani żywić się ambrą purpurą
i wyprzedażami w hipermarkecie

mijał już tydzień jak nie napisałem
żadnego wiersza taki piękny wynik

ale nie
jak zwykle musiałem coś
spieprzyć

(W-w; 22 I 2008)






erotyk wrocławski
Karolinie

otwierają się przed nami nowe horyzonty
nowe dni i pory roku dotąd nieznane
z niejednego pieca będziemy jeszcze
wybierać sadzę i błoto pośniegowe

niejedną noc wypełniać deszczem gdzieś
nieważne namalujesz wielkie dzieło gdzieś
nieważne wypluję parę koncertów i przyjdzie
wiosna zetniemy kominy zasadzimy cegły

ważne będziemy
będzie my

(26 IX 2007, jeszcze K-ko)

Marcin GAŁKOWSKI. "Chloroform, czyli brzydkie wiersze". Nowa Ruda : MaMiKo, 2008





Elżbieta Lipińska - "Na końcu języka"





Elżbieta Lipińska. Urodzona w Warszawie, mieszka we Wrocławiu. Wydała trzy książki poetyckie: „Pożegnanie z czerwienią”(2007), „Maj to łagodny miesiąc”(2008), „Rejestry”(2011). Kim jest, nie wie.
Strona autorki: www.elkaone.lipinscy.net


Jezioro podwójnego nieba


Niektóre czujące istoty mówią, że widzą niebo,
Ale jakże można ujrzeć „niebo”?

Woda połknęła chmury.
Ryby wysypiają się na miękkich poduszkach,

a my z trudem przedzieramy się
przez suche niebo.

Ptaki uczą się latać w wodzie,
porządek odwraca się, miesza,

mała rybka rozcina światy
i łączy je na powrót.



Odkrycie sowy


Sowa znaczy noc. Znaczy samotność, czujność, rozmyślanie.
Widzi więcej, choć tylko blady wysoki księżyc
oświetla jej drogę, jeśli akurat sowa ma szczęście,
a chmury odeszły.

Podobno za karę musi żyć w nocy, bo jej oczy
ukradły słońcu kolor. Za karę też musi
udawać powściągliwość, choć świetnie
nadaje się na towarzyszkę czarownic.

Nocne myśli są inne od myśli dziennych, więc sowie
trudno o zrozumienie wśród innych ptaków.

Sowa ma sowią naturę. Krzyczy w nocy,
stara się doczekać słońca. Trafia jej się tylko,
jeśli akurat sowa ma szczęście,
poranny jasny księżyc, imitacja pragnień.



No chance


Chmura usiadła mi na twarzy,
udaje, że nie jest snem,
a ja udaję, że biorę to za dobrą monetę,
choć to zwykła, nic niewarta blaszka.
A przecież ma rację Yoko,
a dream you dream alone is only a dream.

Jesteśmy z tego samego materiału co nasze sny.
Więc witaj, chmuro dnia, wytarta blaszko,
z trudem odbijająca słońce. Witaj we śnie,
który nie może się obudzić.


Bez cienia


Od pierwszej chwili trafiasz w światło
tak intensywne, że zdaje się wsysać wszystko,
szafir, który daje się polubić, zieleń, która w końcu
będzie musiała wytrysnąć sokiem.
Tu nie ma miejsca na łagodne odcienie
okrutnych kwietni w Paryżu czy Londynie.
Count Basie wypada zbyt blado.
Tu trzeba kogoś, kto nie da się
zagłuszyć cykadom. Znasz Jingo?
Tak, Eric z Carlosem dają radę!
Słyszysz całą jaskrawość, wchłaniasz ją,
wysysasz jak ostrygę. Ten smak zostaje
na języku, na podniebieniu.
Będzie ci wyostrzać blade kwietnie.


Elżbieta Lipińska. Na końcu języka. Nowa Ruda : Mamiko, 2013




Agata Wielgołaska - Zaplanowane nieporozumienie




Agata Wielgołaska - autorka książek ("Stambuł. W oparach miejskiego absurdu.", "Turcja. Półprzewodnik obyczajowy") i artykułów o Turcji, blogerka (Agaty tureckie kazania), absolwentka socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Zakochana w Stambule, w którym mieszka od dziesięciu lat. Cały czas nie może zdecydować, która strona Bosforu bardziej ją pociąga.



jest

jest coś podejrzanie szlachetnego w pobudce o piątej
w dobrowolnej pobudce o piątej nad ranem

nie do fabryki
nie do podmiejskiego pociągu
z jednego zadupia
na drugie zadupie

nie z jednego świata
do drugiego świata

pobudka na granicy dwóch światów
na wielu granicach wielu światów

prawdziwym buntem byłby świat bez granic
ale w tym celu nie można nawet zmrużyć oka



czarna dziura robi się głodna

czarna dziura ma swoje złe i gorsze dni:
fazy maniakalno-depresyjne
stany bulimiczno-anorektyczne

czasem ze smakiem delektuje się starannie wyselekcjonowanym
niebieskim ciałkiem
kiedy indziej pochłania, co popadnie
w kosmicznym amoku

mały wóz krzywo się na to wszystko patrzy
Duży od dawna przymyka Gwiezdne Oko Zen

czarna dziura ma za sobą głodną przeszłość
przed sobą nienażartą przyszłość

czas pomiędzy jakoś tam zleci


Agata Wielgołaska. Zaplanowane nieporozumienie. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Barbara Elmanowska – Próby generalne






Barbara Elmanowska – ur. 21.05.1981 r. w Świdnicy. Poetka, absolwentka filologii polskiej, doktorantka Uniwersytetu Wrocławskiego. Jej debiutem poetyckim był tomik „Tę drogerię mam po drodze” (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Wrocław 2009). Publikowała w antologiach m.in. „Ziemie uzyskane” (SPP, Wrocław 2007), w dolnośląskim roczniku literackim „Pomosty” (SPP, Wrocław 2012). Jej wiersze były tłumaczone na język czeski. Mieszka i pracuje w Świdnicy.




annie leibovitz robi zdjęcie susan sontag


są kobiety które czekają
na kobiety
podskórnie za obiektywem i migawką
całe dwie dekady od czarno-białego
uwiedzenia przez pryzmat filozofii
czułości w kolekcjach
muszli i kamieni odręcznych
notatek

cenzuralność
zdjęć baśniowych
w zadumie spisana
na straty i na kanapie
wilgotne rozważania
o etyce

wywołane
bliźniacze kadry
utrwalone na zawsze
prostotą






w czasie maleję w czas


zegar w za ciasnych wskazówkach
biologia w każdej literze
naszych przezwisk
brzmienie w kratkę
naszych miłości
od punktu do punktu
by trafić
i
trwać pomiędzy





chrapanie


on chrapie nawet na mojej małej
poduszce ortopedycznej





chyba wołam


był mokry spacer przy Odrze
i barka odpływała samym kapitanem
myśli szeleściły
i spoglądałam tak jakoś staro
chyba nie jestem już tym samym
kamieniem w wodzie
chyba wołam
o chaos
jak trwanie przez chwilę
świadome
i chyba widzę prosto
to milczenie















Elias Marrouch - "Podróż za ocean"



                    


Przyjechałem z ciepłych krajów. W Polsce najchętniej pracowałbym w kotłowni, bo jedynie tam jest mi ciepło. Po raz pierwszy usłyszałem język polski, gdy miałem dwadzieścia lat. Po latach okazał się językiem przyjaznym. I mimo zadawanych mu ran i okaleczeń (za co przepraszam) pozostał mi bliski i dał się opanować na tyle, że mogę się nim posługiwać. Początki bywały różne. Raz na egzaminie podałem pięciomiesięcznemu dziecku kaszankę zamiast kaszy manny, innym razem wysłałem pacjenta rakietą zamiast karetką. Teraz w erze komputera dużo łatwiej, ale i tak nic z tego by nie wyszło bez pomocy znajomych i przyjaciół. Za tę pomoc jestem bardzo wdzięczny.



Dziadek Faris

Dziadek Faris zaraz po obchodach siedemdziesiątych ósmych urodzin oznajmił rodzinie, że od początku roku szkolnego podejmuje nową pracę. Protesty rodziny w niczym nie pomogły.
Wnuki prosiły go:
     – Dziadku, prosimy. Jedź sobie gdzieś odpocząć. Tobie naprawdę
nie jest potrzebny nowy interes. To, czego się dorobiłeś, wystarczy dla nas wszystkich. Dziadek odpowiadał:
     – Odpoczywać to ja będę w grobie, a leżeć na plaży, na słońcu nie mogę, bo to szkodzi mojej pomarszczonej skórze. Poza tym, o jakim interesie wy mówicie? Ja chcę tylko w tym bocznym pokoju otworzyć sklepik. Dzieciaki ze szkoły będą mogły wszystko kupić na przerwie. One nie będą głodne i ja nie będę się nudził. I tak pan Faris stał się dziadkiem dla nas wszystkich w szkole. Podzielił swój sklep na trzy części:
Część za ladą, gdzie stały półki i na nich artykuły spożywcze, papiernicze. Przed ladą, po prawej stronie, znajdowała się część pusta dla klientów. Po lewej była część podwyższona o pięćdziesiąt centymetrów nad poziom podłogi, na której leżał dywan i materace. Zawsze siedział tam ktoś ze znajomych dziadka Farisa. A my, gdy tylko słyszeliśmy dzwonek na dużą przerwę, biegaliśmy do dziadka. Kupowaliśmy jabłka, herbatniki nadziewane daktylami i inne słodycze. Byliśmy wtedy dziećmi i nie bardzo wiedzieliśmy, co to jest polityka. Dlatego któregoś dnia niespodzianie zaskoczyły nas czołgi na ulicach. Pierwszy przewrót wojskowy przeżyłem w drugiej klasie szkoły podstawowej. Wtedy obalili króla i zastąpiła go republika.
Pamiętam czołgi na ulicach, żołnierzy z karabinami, którzy legitymowali przechodniów dzień i noc. Z następnych przewrotów niewiele pamiętam. Były tak częste, że ludzie nie nadążali zmieniać portretów przywódców, ale trzeba przyznać, iż jak na przewroty wojskowe były bardzo pokojowe. Nie było widać trupów na ulicach, kraj nie pływał w morzu krwi, jak bywa przy takich okazjach. W końcu nastąpiły czasy stabilizacji. Widać, że do władzy doszedł ktoś, kto potrafił rządzić ją silną ręką. Na ulicy zaczęli pojawiać się dobrze wyszkoleni
ludzie w mundurach wojskowych bez czapki, bez stopnia, by nie można ich było zidentyfikować. Dewastowali sklepy, które nie cieszyły się ze zwycięstw naszego łaskawcy. Ten zaś zgodził się wziąć władzę siłą i rządzić taką ciemną masą. Do dziadka Farisa nie od razu dotarli. Nasza szkoła była na uboczu, ale u dziadka zamiast portretu nowego prezydenta, wisiał nadal wizerunek starego. Znajomy dziadka ostrzegł go mówiąc:
     – Farisie, zaraz wezmą cię za zwolennika poprzedniego prezydenta i zginiesz w więzieniu. Dziadek nic sobie z tego nie robił, tylko machał ręką. Z czasem powstał nowy, dobrze płatny zawód donosiciela i jeszcze lepiej płatny zawód donosiciela na donosicieli. W końcu dotarli
do Farisa z kijami, karabinami, założyli kajdanki i krzyczeli, że rozstrzelają ostatniego zwolennika poprzedniego zdradzieckiego rządu. Bo było tak, że każdy nowy rząd uważał poprzedni za zdradziecki. Dziadek ani na chwilę nie stracił swojego spokoju, więc pytał:
    – Panowie, skąd przyszło wam do głowy, że jestem zwolennikiem
poprzedniego prezydenta?
    –Przecież u ciebie na ścianie wisi jego portret.
    – Zgadza się, ale kogo jeszcze widzicie?
    – Rasową krowę i konia.
    – Czy uważacie, że to jest przywilej dla poprzedniego prezydenta mieć takie towarzystwo? Właściwie to ja go ukarałem takim sposobem.
Widać było, że zabił im ćwieka. Dowódca zastanawiał się przez chwilę i powiedział:
    –Słuchajcie, stary ma rację.
    – Co zrobimy?
    – Puścimy go, ale nie zapomnij dziadku powiesić portretu naszego obecnego prezydenta.
    – Nie mogę, wtedy nie będzie to kara dla poprzedniego.
    – Dobrze dziadku, rób jak uważasz. Jesteś mądrym staruszkiem,
chwalisz naszego prezydenta, tylko na swój sposób. Takim sposobem dziadek Faris został zwolniony od portretu naszej władzy. Zawsze robił, co chciał, nie narażając nikogo. Raz tylko miejscowy lekarz oberwał od niego, kiedy dziadek przyszedł z chorym sąsiadem do jego gabinetu. Lekarz starannie zbadał chorego sąsiada. To wszystko podobało się dziadkowi. Tylko przy wyjściu lekarz zażartował mówiąc do niech:
    –Ładnie wyglądacie: Żyd z Arabem.
Dziadek wtedy się oburzył i nawymyślał lekarzowi:
    – Jaki Żyd, jaki Arab? To jest człowiek, przede wszystkim człowiek, na dodatek chory. Dyplom powinni ci odebrać doktorku!
    –Ja tylko żartowałem – wytłumaczył lekarz.
    – Pamiętaj doktorku, są sprawy z których nie można żartować, a w ogóle takie podziały na Arabów i Żydów nie powinny istnieć, natomiast powinno się dzielić ludzi na durnych i mniej durnych. Wszyscy znali dziadka Farisa i na co dzień go uwielbiali, dzieci, dorośli. Ale kiedy dorośli o nim rozmawiali, mówili, że on nie jest normalny, bo nie jest nim ktoś, kto nie ma wrogów.

Elias Marrouch - "Podróż za ocean" Mamiko






Yolanda Podejma-Eloyanne - Zapisane najgłębiej





Od ponad trzydziestu lat Paryżanka .
Ciekawa świata i ludzi. Część jej duszy pozostała w Laskach pod Kępnem, gdzie sie urodziła i spędziła radosne dzieciństwo.



Obraz Paryża

Mieszkam tu
połowę życia
Wyjeżdżam i wracam
Paryż ma różne twarze
Turyści niespiesznie podziwiają
powagę gotyku
witraże Marca Chagalla
Paryżanie przybierają
tempo TGV
między domem
pracą a restauracją
ich miasto nigdy nieuśpione
Metro kursuje co dwie minuty
z wyjątkiem strajków
które mogą trwać tygodniami
To dobry sposób na życie
najgorszy do przetrwania
styczeń
Rozpoczyna się to sławne Bonne Année
potem soldy
kolejki przed Louis Vuitton
za cenę
zadeptania przez
żądny mordu tłum




Noc

Sen zamyka mi oczy
i nagle odchodzi
Błąkam się jak wiatr
wnikam w obrazy
z innego już świata
W kuchni zapalam papierosa
piję rum
Za oknem magiczne dachy
nazywane siódmym piętrem Paryża
Nie definiują nieba lecz
łamią jego linie
w geometryczne wzory szarego błękitu
Chopinowska kamienica wzdycha
fragmentem nokturnu
jakby od nowa spełniał się świat
od piętra w górę
Parter znikł ze snu


Yolanda Podejma-Eloyanne. Zapisane najgłębiej. Nowa Ruda : Mamiko, 2015









Blinde Passagiere. Pasażerowie na gapę.








Einsteigen - Aussteigen
(ein fahrplan statt einer einführung)



Noch nie ist es mir gelungen in Berlin um Ein Uhr nachts auszusteigen.
Jedes Mal wenn ich auf den Fahrplan schaue, scheint es, als
wäre Eins die einzige Zeit, in der ich es tun kann. Doch irgendetwas
stört, legt sich auf den Weg, liegt dort so lange bis die Uhren zu eilen
beginnen, zu beschleunigen, zu hetzen und Eins flüchtet. Es ist als
wäre zwischen mir und der Stadt eine Grenze, Gedärm, ein Magen
der jene verdaut, die sie überqueren wollen. Die Zollbeamten fressen
die Minuten wie Säure und legen Solitär. Sie schauen in die
Passphotos wie in die Karten des Gegners und sagen - "um eins will
dich dort niemand".
Der Hunger der Stadt wächst erst nach halbstündiger Erwartung.
Deshalb erreiche ich die Tische der Berliner Strassen um ein Uhr
zweiundfünfzig. Ich bin schon zu spät und weiß nicht wie mich die
Nacht aufnehmen wird. Ich steige ein, will die Stadt mit dem Bus
durchkreuzen, aber ich bin schon zu spät, obwohl der Bus kommt
während meine Verspätung weiter wächst. Obwohl ich zu spät bin,
lerne ich in dieser Verspätung rechtzeitig zu sein. Rechtzeitig an der
Masurenallee aussteigen, rechtzeitig am Hermannplatz aussteigen.
Rechtzeitig denken, dass man gleich da ist. In einer fremden Stadt
die eigene Stadt finden.
Ich steige aus, obwohl der Plan nichts erzählt von nächtlichen Kneipen,
in denen zwei Türken sitzen. Männer, die Passanten beobachten
um zwei Uhr dreißig. Typen, die glücklicherweise nicht rauskommen
um zu fragen wie spät es ist und wieso ich so sehr zu spät bin.
Zwei Kerle, denen ein warmer Hocker lieber ist als ein Gespräch mit
jemandem um zwei Uhr dreißig auf der Karl Marx Strasse. Und selbst
wenn ihnen ein Gespräch lieber wäre, was würde ich ihnen sagen.
"Wo ist this place I´m looking for?", die Zunge und die Grammatik zu
brechen fällt mir genauso leicht wie das Abnehmen des schweren
Rucksacks auf der Suche nach der zweiten Querstrasse und der
Tankstelle an der Ecke.
Ich steige aus und denke, wieso schaffe ich es nie in Berlin um Eins
auszusteigen. Wäre ich um Eins ausgestiegen, hätte ich dann dieselben
zwei Türken gesehen, mit denen ich um zwei Uhr dreißig lieber
nicht sprechen wollte. Hätte der Mann um zwei Uhr fünfundvierzig vor
meinen Augen die Morgenzeitungen in die Briefkästen an der Reuter-straße getan.
Waren alle wie ich so viel zu spät und doch immer noch rechtzeitig.
2:47 Geehrter Leser, wenn du, dieses Buch in der Hand, Zweifel
hast, wisse, dass du der blinde Passagier bist. Schaue nicht zurück,
schau in den Spiegel in der S-Bahnwand. Sobald du dieses Buch öffnest,
kaufst du eine Fahrkarte, die dich jedoch zu nichts berechtigt.
2:49 Du fragst: was ist das für eine Fahrkarte, die dir keine sichere
Reise erlaubt? Ich antworte: was ist das für eine Reise, in der die
Emotionen so genau gemessen sind wie die stetige Körpertemperatur.
2:51 Die Reise selbst darf nicht zu früh beginnen. Sie kann ein Erfolg
werden, wenn wir rechtzeitig da sind. Wir haben Glück, wenn wir es
im letzen Moment schaffen. Doch wenn es zu spät ist, kannst du die
Reise vergessen. Noch schlimmer ist es, wenn du an einem Ort stekken
bleibst, von dem du nicht einen Schritt in jedwede Richtung tun
kannst. Es bleiben jedoch Zweifel, ob das Ende tatsächlich so sein
muss?
2:55 Die Werbetafeln an der Haltestelle informieren über viele
Möglichkeiten, kauf einen Wagen, kauf Milch, kauf bei uns, kauf,
kauf, kauf. Du hast ein Buch gekauft. Du weißt nicht, wohin dich diese
Verschwendung führen wird.
Viel Glück, blinde Passagiere. Bon voyage...bye bye.
Tomek Zacharewicz




wsiadam - wysiadam
(czyli rozkład jazdy zamiast wstępu)



Jeszcze nigdy nie udało mi się wysiąść w Berlinie o pierwszej w nocy.
Za każdym razem, gdy patrzę na rozkład jazdy, wydaje się, że
pierwsza to jedyna pora, kiedy mogę to zrobić. Coś jednak przeszkadza,
kładzie się na drodze, leży tak długo, aż zegary zaczną pędzić,
przyspieszać, gonić i pierwsza ucieknie. Jest tak, jakby pomiędzy
mną a miastem była jakaś granica, trzewia, żołądek trawiący tych, co
chcą ją przekroczyć. Celnicy jak kwas zżerają minuty układając
pasjansa. Patrzą w zdjęcia paszportów jak w karty przeciwnika
i mówią - "o pierwszej nikt tam cię nie chce".
Głód miasta rośnie dopiero po półgodzinnym oczekiwaniu. Dlatego
docieram na stoły berlińskich ulic o pierwszej pięćdziesiąt dwa. Już
jestem spóźniony i nie wiem, jak przyjmie mnie noc. Wsiadam, chcę
przeciąć miasto autobusem, ale już jestem spóźniony, choć autobus
podjeżdża, gdy moje spóźnienie wciąż rośnie. Choć jestem spóźniony,
uczę się bycia w tym spóźnieniu na czas. Na czas wysiadać na
Masurenallee, na czas wysiadać na Hermannplatz. Na czas myśleć,
że już blisko. W obcym mieście odnaleźć własne miasto.
Wysiadam, choć plan nie mówi nic o nocnych knajpach, w których
siedzi dwóch Turków. Mężczyzn obserwujących przechodniów o drugiej
trzydzieści. Facetów, którzy na szczęście nie wyjdą zapytać,
która godzina i dlaczego jestem tak bardzo spóźniony. Dwóch gości,
którzy wolą wygrzany stołek od rozmowy z kimś o drugiej trzydzieści
na Karl Marx Strasse. Nawet gdyby woleli rozmowę, co bym im
powiedział. "Wo ist this place I'm looking for?", łamanie języków i gramatyki
przychodzi mi tak samo łatwo jak zrzucenie ciężkiego plecaka
w trakcie poszukiwań drugiej przecznicy i stacji benzynowej na rogu.
Wysiadam i myślę, dlaczego nigdy nie mogę wysiąść w Berlinie
o pierwszej. Czy gdybym wysiadł o pierwszej, zobaczyłbym tych
samych dwóch Turków, z którymi o drugiej trzydzieści wolałem nie
rozmawiać. Czy mężczyzna o drugiej czterdzieści pięć na moich
oczach wkładałby poranne gazety do skrzynek na Reuterstrasse.
Czy wszyscy tak jak ja, byliby tak bardzo spóźnieni ale jednak wciąż
na czas.
2:47 Szanowny czytelniku, jeśli masz wątpliwości trzymając w ręce tę
książkę, wiedz, że to ty jesteś pasażerem na gapę. Nie oglądaj się za
siebie, spójrz w lustro utkwione w ścianie metra. Otwierając książkę
kupujesz bilet, który jednak do niczego cię nie uprawnia.
2:49 Pytasz: co to za bilet, który nie pozwoli mi bezpiecznie
podróżować? Odpowiem: co to za podróż, w której emocje są tak
dokładnie zmierzone jak stała temperatura ciała.
2:51 Sama podróż nie może się rozpocząć zbyt wcześnie. Ma szansę
powodzenia, kiedy jesteśmy na czas. Mamy szczęście, gdy uda
nam się przybyć w ostatniej chwili. Gdy jest jednak za późno,
o podróży możesz zapomnieć. Jeszcze gorzej, gdy utkniesz w miejscu,
z którego nie możesz zrobić nawet kroku w dowolnym kierunku.
Pozostają jednak wątpliwości, czy rzeczywiście taki musi być koniec?
2:55 Reklamy rozwieszone na stacji informują o wielu możliwościach,
kup samochód, kup mleko, kup u nas, kup, kup, kup. Kupiłeś książkę.
Nie wiesz, dokąd taka rozrzutność cię zaprowadzi.
Powodzenia pasażerowie na gapę. Bon voyage....papa.
Tomek Zacharewicz

Blinde Passagiere. Pasażerowie na gapę Mamiko,






Grzegorz Woźny - "Nit"






Grzegorz Woźny – ur. 1975r. w Świdnicy. Maluje, pisze. W latach 1996-2001 współtworzył Świdnickie Stowarzyszenie Literackie Logos. W tym czasie również współredagował ogólnopolskie pismo literacko-artystyczne Arytmia. Autor ilustracji i okładek książkowych, m.in. W pogoni za ptakiem (1996), Układ naturalny wewnętrznych światów (1997), Ekstra nocne (1998), Muchoraj (2007), Ślepe okna (2009). Autor dwóch książek poetyckich: Każda godzina zdatna do picia (1999) i Landszaft (2010).


Fragment powieści pt. "Nit".




Rozdział I
Dobrze, mogą być piersi
1
Na Stansted przyjechałem pociągiem z Birmingham. Była 23.40 czasu o godzinę przesuniętego od normalnego. Słodycz portu lotniczego rozprowadzała po podniebieniu rozkosz czekoladowego cukierka. Chciałem zbyt wiele na raz. W gardle silny aromat trafiał do ślepej dziurki. Zakrztusiłem się nadmiarem. Pod połacią czarnego nieba, mgliście pulsowały światła terminalu. Znad horyzontu nieznacznie wystawały kanciaste kształty, które tylko z domysłu miały być ogonami samolotów. Od czasu do czasu w opóźnionym szmerze silników, dobiegały z nieba migające punkty. Czerwień wskazywała na ludzi.
Od dziecka nie wierzyłem w możliwość istnienia na pokładzie lecącego samolotu. Przesuwające się po sklepieniu punkty ze swej natury musiały być bezzałogowe. W swoją obecność w niebie też nigdy nie wierzyłem, nawet wówczas, gdy w wygodnym fotelu obserwowałem bezruch ziemi. Podobno do nieba może was zabrać tylko tekturowy samolot. Ja tkwiłem realnie, gotowy na szczypanie. Pasażerowie stawali się częścią maszyny, procesem technologii o danej rozpiętości skrzydeł, ciągiem statycznym, zużyciem paliwa, zasięgiem maksymalnym, a przede wszystkim ładunkiem. Nie istniały odległości pomiędzy warstwami przestrzeni. Świetlne punkty na niebie miały swoje odległości tylko w dwóch wymiarach. Niedościgłą rzeczą astronomów było widzenie w latach świetlnych. Może za wyjątkiem księżyca. Ewidentnie musiał być większy i wznosić się trochę niżej od samolotów. Bo jak inaczej wytłumaczyć jego wyrazistość?
Zimno. Szorstkie podmuchy wiatru dostawały się pod bluzę dresową. Wilgoć osiadała na skórze jak na tafli jeziora, tworząc zaczątki miękkiej szadzi. Otrząsnąłem się, ale nie zapiąłem bluzy. Podniosłem oparty o murek plecak. Zarzuciłem na jedno ramie. Ruszyłem w kierunku wejścia.
Wnętrze przywitało mnie swoją rozpiętością. Setki metrów kwadratowych kafli o wysokiej rozdzielczości. W gresowym spojrzeniu odbijał się ażurowy sufit osadzony na metalowych wspornikach, odwrócone postacie podróżnych, torby, paczki, wózki, kosze. Tylko pozostawione od butów błoto i porozlewane napoje nie miały swojego odbicia. Może właśnie przez ten brak usuwane były zwrotną maszyną czyszczącą. Jak okiem sięgnąć, ze wszystkich stron docierał do moich oczu pas kolorowych napisów; informacji o odlotach, peronach, kierunkach najistotniejszych potrzeb. Napisy umieszczone były w idealnym polu widzenia. Do każdego mogłem doskoczyć, jak do obręczy na boisku do koszykówki.
Wnętrze terminala o wpół do pierwszej w nocy było zbudowane na wyrost w stosunku do przebywających wewnątrz osób. Przy bramkach bagażowych nie było obsługi, ciasno zapełnione były natomiast krzesełka, porozstawiane pod ścianami. Monitory rzucały niebieskie światła z paskami odlotów i przylotów. Zmieniały się w jednej chwili, co przypominało bezczynne czasy, gdy wysiadywałem godzinami na ławce pod blokiem. Liczyłem ilu sąsiadów w jednej chwili ogląda ten sam program w telewizji. Mimo pełnego oświetlenia, we wnętrzu panował nastrój adekwatny do pory. Trochę duży pokój na święta, gdy zgasi się górne światło i pozwoli świecić lampkom na choince, świeczkom na stole i wszystkim związanym z tym odbiciom.

2
Na samolot miałem czekać do rana. Oczekiwałem na ten moment ponad pół roku, a teraz pojawiły się wątpliwości. Zupełnie fikcyjne lęki, zrodzone z błędnej interpretacji snów, pamięci opartej na angielskim bimbrze, kostkach haszu, ślinionym kartonie, kreskach z dziesięciofuntówek. Zacząłem sobie wkręcać, że może jeszcze nie warto? Nie czas? Całonocne ślęczenie miało trwać znacznie dłużej niż tydzień. Może dwa. Może jeszcze do niego nie doszło?Zacząłem się denerwować jak wtedy, gdy wszyscy przysyłają smsy ze świątecznymi życzeniami. Nie będę odpowiadał, myślałem, nie będę czytał, jak ktoś przesłał, to na własne ryzyko.
Na lotnisku trudno było znaleźć miejsce. Rzędy skupionych przy sobie siedzeń wypełnione były skrupulatnie, jakby idealnie dopasowane do ilości pasażerów. Kręciłem się kilkanaście minut z plecakiem na plecach, nim w pewnej chwili grupka młodocianych Niemców zwolniła kilka czerwonych siedzeń. Nie czekając zająłem trzy z nich. Wyciągnąłem kanapkę; to znaczy tostowe gówno, którym się od dłuższego czasu żywiłem. W termosie nie miałem herbaty tylko resztki Siderka. Było go zbyt mało żeby poskutkował. Nalałem do kubeczka. Był doskonały. Jabłokowo-jakiś.
Po kolacji położyłem się na siedzeniach. Pod głowę podłożyłem polar, a pasek od plecaka ciasno zawinąłem wokół nadgarstka. Zasnąłem. Musiałem być bardzo zmęczony, bo udało się przespać godzinę lub dwie. Przed szóstą musiałem się podnieść. Już nie mogłem. W żebrach i udzie miałem na trwałe odciśnięte krawędzie siedzeń. Miałem się nimi chwalić po powrocie. Ludzie kręcili się tocząc swoje opływowe walizki, terkoczące na błyszczących kaflach. Z łatwością rozpoznawałem Polaków. Wyglądali i snuli się w specyficzny sposób. Widać było po nich oczekiwanie. Jakby nie potrafili zagospodarować danego im w tej chwili czasu. Nerwowo spieszyli się w każdej minucie; niemo literowali angielskie wyrazy, z uporem odpamiętywali skład własnego bagażu; czy nie za ciężki, że może trzeba będzie dopłacić, może zapomnieli spod łóżka upominku dla kogoś bliskiego. Siwy mężczyzna z wąsem głaskał położony na udzie bilet, blond dziewczyna zostawiła swojego chłopaka z bagażem, krążyła tam i z powrotem, porównując informacje wyświetlane z monitorów. Inna, nisko zawieszona postać w pasiastym błękitnozielonym sweterku i obcisłych, płóciennych spodniach, muskała swoje pośladki na kształt nieznośnego natręctwa. Był to jednak naturalny i zapewne niekontrolowany przez nią odruch. Było jasne, że ma okres.
Kilka minut po siódmej, chwilę po siedzącej drzemce, przeszedł koło mnie facet, którego twarz dobrze znałem. Wstrzymałem odruch ręki, nie zawołałem. Nie byłem pewien. Ludzkie twarze powtarzają się w serialowych odstępach. Nim pojawi się pewność, musisz zestawić w jednym kadrze więcej niż trzy osoby.
Zatrzymał się. Trzymał przed sobą oburącz niewielką, ale mocno wypchaną torbę. Wpatrywał się w monitor. Jego twarz zaglądała wewnątrz siebie, zupełnie zdezorientowana. Obraz pamięci nie zgadzał się z godzinami odlotów. Z tej odległości równie dobrze mogłem odczytać, o której i dokąd odlatują samoloty. Do Polski były dwa: Warszawa 8.10 i Wrocław 9.50. Uspokoił się dopiero, gdy kobieta, z którą przyszedł przestała zajmować się bagażem i spojrzała w monitor,. W tej chwili uzmysłowiłem sobie, że mężczyzna wcale nie jest moim znajomym. To po prostu Kazik Staszewski, a nie jak myślałem Roczniak, mój kumpel ze Strzegomia. Kilka blond dredów nad czołem, jakaś niepozorna, sprana bluza, jeansy. Gdy usiadł naprzeciwko, w odległości jakiś czterech metrów, zobaczyłem jasne buty. Zrobione z cienkiej, białej skóry, na wzór pantofli do tańców towarzyskich. Oddzielały ciężką postać od podłogi świetlną, podeszwą. Buty mieniły się fantazyjną, wielobarwną akwarelą. Ewidentnie ręczna robota. Prawy nie był lustrzanym odbiciem lewego. Strony miały do siebie co najmniej kilka kroków. Popatrzyłem na swoje styrane nike. Kupiłem je za pierwszą angielską tygodniówkę ponad pół roku temu i od tamtej pory prawie nie ściągałem z nóg. Też nie były jednakowe, prawy miał takie przypadkowe cięcie od noża na samym czubku.
Kazik leciał do Warszawy.

3
Jechałem autobusem numer 406 z wrocławskiego lotniska do centrum. Odczuwałem ulgę, podobną zbytniemu rozluźnieniu mięśni. To naprawdę było przyjemne; łapać mimowolnie wszystkie informacje docierające z otoczenia. Zupełnie bez wysiłku. Niech sobie plotą te głupie baby stojące obok, myślałem. Powinienem ustąpić im miejsca. Lecz tego umyślnie nie robiłem. Niechby mnie zaczepiły, porządnie po polsku opierdoliły. Przyjemność płynąca z przekory była tak kusząca, że z chęcią wdałbym się w jakąś bzdurną kłótnię, komuś dotkliwie nadepnął na nogę, a najlepiej zacisnął dłoń na rześkim pośladku swojskiej dziewczyny. Było ich w autobusie tak wiele. Dziwiło mnie tak nagłe nagromadzenie piękna.
Spoglądałem przez szybę na Wrocław. Patrzyłem na tyle, na ile pozwoliły mi perforacje reklamy oklejające cały autobus; długonoga blondynka zmysłowo wciśnięta między pralkę a kuchenkę. Tumany kurzu i wertepy powodowały, że miasto było pozornie szare i bez znaczenia. A może Wrocław rzeczywiście taki był? Dostęp do nieba zdawał się ograniczony do czwartego piętra ulicy Klecińskiej. Potem Grabiszyńska, Piłsudskiego. Byłem na dworcu.
Na PKS-ie z ulgą odesrałem się. Odczytałem cennik i wygrzebałem z portfela na siku i kupę. Podałem babci klozetowej 2 złote. Wziąłem z kupki wydzielone kawałki papieru toaletowego, z góry wiedząc, że mi nie starczą.
- Panie nadal tu są? – zapytałem przy wyjściu, uśmiechając się i niedowierzająco kręcąc głową.
- O co panu chodzi? Wysikał się? – warknęła starsza kobieta. Miała twarz białą, o rysach bulteriera, którego ciasno pod szyją zapięto w ciemnozielony fartuch. Wokół oczu i nosa miała różowe przebarwienia. Byłem przekonany, że tak właśnie objawia się syndrom klozetowej.
- Nie, nic. Przepraszam – powiedziałem. Wyszedłem.

4
Na stanowisku czwartym, oczekiwała już wystarczająco duża grupa świdniczan. Tak, znałem ich twarze jak z obrazków w ramach. Widywałem je na 284 ulicach, w 11 pubach, 2 muzeach, przy 22 bankomatach, na 8 pocztach, w 1 kinie. Znałem ich z herbu. Jeżeli podjechałby bus, nie było żadnych szans, by choćby połowie ludzi udało się zabrać. Dlatego stali skupieni jak samce pingwinów na jajkach. W dupie miałem przepychanki. Oparłem plecak przy ławce i usiadłem. Im bliżej planowanego odjazdu, tym grupa zacieśniała się. Wreszcie zza zakrętu wyjechał biały autobus z wyklejonym na boku logo: Lider. Wyglądało więc na to, że grupa wyruszy w pełnym składzie. Otworzyłem klapę bagażnika i wcisnąłem swój plecak. Dołączyłem do pingwinów. Wreszcie dostałem bilet. Zacząłem przeciskać się pomiędzy pozajmowanymi już rzędami siedzeń.
- Bogdan? Cześć.
Porozglądałem się. Nie miałem pewności czy koś mówi do mnie. Nie znalazłem nikogo. Poczułem szturchnięcie w lewy bok. Pod pachą siedziała jakaś dziewczyna z białymi dredami. Nie miałem pojęcia skąd mógłbym ją znać.
- O, hej. Cześć – odpowiedziałem bez przekonania.
- Co tam u ciebie? Dawno cię nie widziałam.
- U mnie?
Dziewczyna nie pomyliła się. Znała mnie na pewno. Nie miałem pojęcia skąd. Całe szczęście nie czekając na odpowiedź, chwaliła się swoją wiedzą na temat naszych rzekomo wspólnych znajomych:
- Agnieszka rozstała się z Jelczem. Pamiętasz Agnieszkę? A Jelczu wyjechał do Norwegii i tam jakąś Słowaczkę ponoć sobie znalazł. Tak samo Biela. Już chyba byli na czwartym roku. Wiesz? ASP. Grafikę robił. No i już tam siedzą. I domy malują. A ty zresztą chyba wiesz, bo na rzeźbie byłeś, nie?
- Na rzeźbie – potwierdziłem, powoli składając w całość jej słowa. – Ale tylko chwilę.
- Nie skończyłeś?
- Nie.
- Dlaczego? Przecież pamiętam, że dobry byłeś. Naprawdę.
- Nie odpowiadały mi te artystyczne klimaty. A poza tym wiesz, kasy mało.
- Ja zrobiłam tam później wieczorowo wzornictwo, a teraz kończę takie studium fotografii w Opolu.
- Cały czas się uczysz? Ja skończyłem z dziesięć lat temu.
- Nie mogę cały czas przy Julii siedzieć. Idzie do babci na weekend.
- To ty kasiasta jesteś.
- Już, kasiasta.
- A co porabiasz na co dzień?
- Siedzę z Julcią.
- I nie pracujesz?
- To znaczy. Ostatnio robiłam w domu takie zaproszenia na zamówienie; jakieś urodziny, imieniny i takie tam.
W kieszeni spodni poczułem wibrujący telefon.
- O, sorry – powiedziałem i usilnie próbowałem wygrzebać go z ciasnych jeansów.
- Cześć. Doleciałeś? – usłyszałem w słuchawce.
- No, cześć.
- Tak?!
- Jestem.
- Gdzie teraz jesteś?!
- Wiesz co, w autobusie z Wrocławia.
- A coś się stało? – spytała zaniepokojona.
- Nie.
- Jakiś taki sztywny jesteś. Nie cieszysz się?
- Nie, tłok jest w autobusie. Trochę ciasno. Wiesz.
- Aha. To już ci nie przeszkadzam. Czyli za jakąś godzinkę będziesz? Tak?
- No jakoś tak.
- Super. To czekam. Pa. Kocham cię.
- Pa.
- Żonka? – zapytała dziewczyna.
- Żonka – odpowiedziałem. – Kilka miesięcy mnie nie było.
- Ooo - zaciekawiła się. - A skąd wracasz?
- Wiesz co. Siedziałem trochę na robotach w Anglii.
- W Lądku?
- Nie. Za Birmingham kilka kilometrów.
- Mi też Marutowa proponowała, żebym do niej przyjechała, ale przecież nie zostawię Julii na tak długo. Ty chyba nie znasz Marutowej?
Pokiwałem przecząco głową. Dobrze, że nie spytała jak sama ma na imię, bo też bym nie wiedział. Wszelkie imiona i nazwiska wylatywały mi natychmiast z pamięci. Nie, że były zbędnie. Zwyczajnie przestawały być aktualne. Nie należałem do osób pielęgnujących znajomości. W tym przypadku, o dziwo, nie pamiętałem również twarzy.
- Powiem ci, że ciebie też bym nie poznał? Tak się zmieniłaś...
- Mam nadzieję, że na lepsze - wtrąciła.
- No jasne. To znaczy zupełnie inaczej wyglądasz, nie to że byłaś brzydsza.
Roześmiała się.
- Byłam, byłam. Nie kituj. Po dziecku jakoś mi się poprawiło. Trochę ciała nabrałam.
- A tam gadasz – zbyłem jej zapewnienia.
Musiała być kiedyś naprawdę brzydka, skoro jej nie pamiętałem. Albo należała do szarych myszek. Tak, druga wersja była bardziej prawdopodobna. Twarz miała zupełnie niewidoczną. Lekko woskowatą, bez wyrazistych fragmentów; jakby powycinana z wielu gazetowych portretów. Zamiana jednego, czy drugiego oka, nie wpłynęłaby na jej oblicze. Musiała być więc pusta również w środku. Mogła sobie studiować do usranej śmierci. Z prześwitującą na wylot gębą, nagromadzona wiedza była bez znaczenia.

5
Nacisnąłem przycisk domofonu. Odwróciłem się do niego plecami jakbym nie spodziewał się, że kogoś zastanę. Popołudnie ustanowiło nowe cienie przed blokiem. W piaskownicy krzątały się zaangażowane dzieci, matki plotkowały przy nich na ławce, wewnętrzną uliczkę gęsto zacieśniały samochody, wskazując na specyficzny rodzaj zubożenia. Na trawniku leżało gówno; spore jak po jakimś rasowym bulterierze, rhodesianie, dogu, czy bullmastifie. Podwórkowa rzeczywistość podobnie; miała swój rodowód. Ojcowie z synami pili niepostrzeżenie pod garażem, w piwnicy, na działce, w imieniny, chrzciny i na dzień wyjątkowo codzienny.
- Słucham.
- Jestem.
- Ty?
Odezwał się elektryczny dźwięk powitania. Szarpnąłem drzwi. Zacząłem piąć się po schodach na trzecie piętro. Linię końcową lamperii miałem dokładnie na wysokości ramienia. W tej właśnie chwili poczułem, że jestem z powrotem. Przyglądałem się drzwiom, starannie wygrawerowanym wizytówkom, wystawionym workom ze śmieciami, butom. Niewielkie okna na piętrach były ozdobione firankami, a rzędy doniczek zdawały się nie mieścić na parapetach. Ład, porządek. Czyli tak, jak ma być. Przed wyjazdem nie znosiłem tego widoku. Teraz wydawał mi się ciepły i bezpieczny, czysty, choć w towarzystwie Candidate Joy Division.
Drzwi były uchylone. Docierał zza nich pośpiech, krzątanina i zapach rosołu. Przystanąłem. Sumiennie wytarłem buty. Wszedłem.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry Bogdan. Dzień dobry. No jesteś – przywitała mnie wychodząca z kuchni mama Iwony. Wycierała w pośpiechu ręce w ścierkę i już szła mnie ucałować.
- Bo my się już tu martwimy, gdzie ty jesteś. Iwonka to o szóstej chyba wstała, żeby się szykować. To chyba jakieś opóźnienie miałeś? Widzisz, popatrz - rozłożyła bezradnie ręce - a my i tak nie zdążyłyśmy. Jedno w piekarniku jeszcze nie gotowe, a ziemniaki już całkiem wystygły.
Zrzuciłem z siebie plecak, oparłem go o ścianę i schyliłem się do ściągania butów.
- Cześć – zjawił się w przedpokoju teściu. Wyciągnął mocną, szeroką dłoń na przywitanie, ścisnął.
- Dzień dobry.
- Już idę – odezwał się nagle Iwony głos z łazienki. Nie szedłem za teściem do pokoju. Czekałem, aż pół roku wreszcie minie. Tu na bordowym chodniku z geometrycznymi wzorami, parkietowym gumoleum. Chciałem zobaczyć nas objętych w kiczowato oprawionym lustrze. Musiałem zdmuchnąć z nas kurz, ściągnąć pajęczynę na widok nowej oczywistości.
- Hej kochanie. Przepraszam, że tak, ale właśnie wyszłam z kuchni – powiedziała niepewnie podchodząc. Uścisnęła mnie z wyczuciem; niepewnie i bez wiary.
- Myślałem, że z łazienki.
- Co? – spytała.
- Nie, nic – odpowiedziałem, dociskając ją do siebie coraz mocniej.
- Dobrze, że już jesteś – szepnęła. – Bo już prawie cię zapomniałam. Wiesz?
Po tych słowach pociągnęła nosem, a jej łzy zaczęły spływać mi po szyi. Rozkleiłem się.
- No już, już – powiedziałem, w zasadzie sobie dla otuchy.
- Nie już – zaprotestowała, nie zwalniając uścisku.
- Już, już, bo tam tato woła do pokoju.
- Niech sobie woła.
Długo nie wypuszczała mnie z ramion. Teściowa wielokrotnie mijała nas z talerzami, pełną wazą, sztućcami, szklankami, serwetkami. Wreszcie gdy wszystko przyniosła ponagliła z pokoju:
- No już chodźcie, chodźcie, bo powystyga wszystko.
Zasiedliśmy w fotelach przy skrupulatnie zastawionej ławie, przykrytej seledynowym, wyszywanym obrusem.

6
Po gorącym, tłustym rosole chwila przerwy. Teraz czekaliśmy na danie główne. Iwona przylgnęła do mnie na kanapie, trzymając kurczowo pod ramię. Jej ojciec siedział na przeciwko, zajmując jeden z dwóch foteli. Mama Iwony nadal krzątała się po kuchni.
Mieszkanie miało dwa pokoje, łazienkę i kuchnię. Urządzone na bazie tego, co udało się uciułać lub wystać w kolejkach komuny. Tu wychowała się Iwona.; otoczona orzechowym segmentem z płyty wiórowej; kryształami, ustawionymi na szydełkowych serwetach; pośród ciężkich, bordowych zasłon z koronką; stąpająca po węgierskim dywanie. Był to świat z pewnością niedoskonały, ale naturalny i niezauważalny.
Na ekranie trzydziestocalowego telewizora powtarzał się obraz Władimira Putina. Właśnie dowiedziałem się, że znowu został premierem.
- Ten to nie da się odczepić od koryta – powiedziałem.
- A co ty myślisz? – odpowiedział teściu. – Zadowoleni przecież z niego.
- Nie wiem. Ja tam się nie znam. Ale wcale mi się to nie podoba.
- Miałem ostatnio z ruskimi do czynienia – po chwili dodałem – i nie chcę mieć więcej. To nie jest normalny naród.
Zniecierpliwiony teściu podniósł się z fotela i wyciągnął z barku butelkę Absolwenta i cztery kieliszki.
- Coś szykujesz tam matka? Bo tu nie będziemy tyle czekać.
- Już, zaraz nakładam. Chwileczkę – odpowiedziała z kuchni.
- My tu nie będziemy tyle czekać – powtórzył. Polał pierwszego mnie i sobie.
- To pod to danie, co to karzą czekać.
Wypiliśmy.
Chwilę później teściowa wniosła pachnącą czosnkiem pieczeń w szklanym rondlu.
- No, wreszcie. Już myślałam, że się nie upiecze. Wiecie co? Żeby tyle czasu się piekło i ciągle było twarde, to na prawdę. I leżało tyle w tej zalewie. Ziemniaki postawiłam, ja wiem, no jakąś nie całą godzinę przed twoim przyjściem. Iwonka i tak mówiła, żeby wcześniej stawiać, ale myślę sobie, co będę stawiać, toż to będzie za zimne zanim ty z Wrocławia. A najpierw trzeba z lotniska do dworca, a tam nie wiadomo ile jeszcze czekać na autobus. Tak, że widzisz. Myślałyśmy o ziemniakach, a tu patrz tyle czasu mięso się piekło. Sprawdź no Iwonko czy miękkie, bo ja już nie wiem. Może trzeba będzie jeszcze na chwile wstawić. Ale chyba już mi się wydaje.
- Jak? Może być? - spytała po chwili. - Miękkie wystarczająco? Tak? No, to tyle dobrze. Nałóż Bogdanowi, bo on, chłopak głodny. Tyle godzin w podróży. To na pewno. Nałóż mu więcej. Dołóż sobie Bogdan jeszcze sałaty. Albo pomidora. Jak chcesz. A może chcesz do tego takiej sałatki warzywnej, co? Przynieść ci z lodówki? Lubisz? Dobra, świeża. Rano z Iwonką robiłyśmy.


WOŹNY Grzegorz. Nit. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2011. -354 s.
Format B 6, okładka kolorowa
ISBN 978-83-60224-73-1








Grażyna BAJER - ...Nie rzucim ziemi...



Grażyna Bajer z domu Kobiela ur. w 1955 r. w Nowej Rudzie.
Od ośmiu lat mieszka w Norwegii.Wiersze pisze od trzynastego roku życia.
Debiutancka książka „Sercem pisane, w bólu wydane”
oraz obecna „...Nie rzucim ziemi...”
powstały z tęsknoty za krajem,
i marzenia o powrocie do ojczyzny.


...Nie rzucim ziemi...

na ławkę siadłam tuż przy ratuszu
jak pięknie się tutaj zrobiło
w środku zieleni kwiatów pióropusze
a niegdyś inaczej tu było

chłonę widok ryneczku pięknego
zegar na wieży południe zwiastuje
rozglądam się i myślę dlaczego
tak smutno jest i żal jakiś czuję

wtem gdzieś z ratusza popłynęła
melodia wszystkim tak znana
wzruszona bardzo cała aż drgnęłam
Polsko ojczyzno moja kochana

„nie rzucim ziemi”... serce mi krwawi
łzy same płyną po twarzy
żałość i rozpacz piersi me dławi
co jeszcze może się zdarzyć

tutaj na rynku tu w Nowej Rudzie
schylając głowę w pokorze
bez wątpliwości myślę i złudzeń
ja porzuciłam...wybacz mi Boże


Grażyna BAJER - ...Nie rzucim ziemi... Nowa Ruda : Mamiko, 2013




Patrycja Paterak - Widzimisię





Patrycja Paterak (ur. 07.11.1985r.) kobieta trudna do rozszyfrowania, odpychająca od siebie negatywy drugiej osoby gdyż z pewnością chłodniej bez nich zamrożonej artystce. Podziwia podobno lekceważące i boi się „wszystkiego w porządku”. Nie znosi kurewskiej mazi dorzucanej do sekretów. Z mikro-ekspresją zapiernicza w przestworzach, gubiąc najczęściej zasięg. Mieszka w Tarnowie.




***

kiedy wszystkie złożoności zasypiają
w głowie budzi się uśmiech stateczny
z rozmachem stawia sobie dom
urozmaicony z lekko opadającymi liśćmi
po dachu...

i tylko ten szum nieszczęsny w uszach
zrozumieć nie potrafię
po co, skoro całość wygląda tak pięknie...

budzę się z letargu,
wysuwając jedną linię papilarną na zewnątrz
po omacku oczekując zimy...

stopa ma kształt wyraźny, rysuje mi bałwana
ponad wszystkim wychodzi słońce
jest nagrzane ustami...

jak leniwiec zsuwam się z dachu
by zająć miejsce na poddaszu
odzyskując władzę.

P.P.



***

miękka woń kruszonego ołówka zwiastuje nową porę
gdy rozpalone okna przedstawiają sobie zawartość
zamykając już siebie nawzajem na zawsze
oddaję...

w tym jednym pokoju, pośrodku dokładnie
opierając stopy rozsiądziesz się,
ginący Pinokio z drewna złudzeń
pulsujący w Ciebie tlen.
otwartą dłonią ujmuję rozedrgany przed jutrzenką księżyc,
który wróci przed zmierzchem by napełniać wiotkie kształty
bez naparstków obaw posypywać złotem
uwypuklając powierzchnię gęsto rozlanej piany.
nieudawana maska, jedyna z wielu sama
zaczerwienia mi usta niczym mech skałę.

M.B.



poddana

gdy po ciemku zbliżam się do łóżka
kiedy nie widzę ściany, o którą mnie opierasz
jak tylko obecność Twoją czuję za sobą
podczas gdy przy ciele, fizyczność szeleści promieniowaniem
jeśli spocona wydam z siebie ostatni odgłos
a Twoja dłoń w dalszym ciągu nie przestanie mnie przyciskać
...
i bezspornie udam się po omacku do wyjścia
stłuczona przerzucaniem przez światło
zadrżę ostatni raz, bo odkąd pamiętam poisz mnie energią
bez której nie potrafię udać się nigdzie już sama
otwarta na nową impresję przeżyć w tle za drzwiami
opisującą mnie najczulej jak tylko potrafisz
...
emanacją ponownie wbijając w bezdech porozumienia


Patrycja Paterak. Widzimisię. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016







Krystyna Łukasik - "Trzecia prawda"







Kilka wierszy z "Trzeciej prawdy"


Nauka pisania wiersza
/dedykowana niektórym młodym poetom/


Wiersz ma być prosty
podmiot, orzeczenie.
Czasem dopełnienie
bliższe i najbliższe.
Unikaj dalszych
bo zajedziesz za daleko
co równa się za blisko,
a wiesz co bliskie
to zamazane
albo wręcz niewidoczne.
Chcesz o stole, dobrze
a więc blat
i nogi cztery,
mówisz trzy, masz rację
awarie sprzętom i ludziom
zdarzają się.
Tak nawet tylko dwie
ale wtedy ktoś
np. podmiot liryczny
musi blat podtrzymać.
Z drugiej strony
to jest z pierwszej.
Inaczej runie.
A wtedy zamieszanie
przewartościowanie
rozbicie na części
tego cholernego stołu?
czy twego jestestwa?
a może człowieczeństwa
w ogóle, jako takiego?
Nie wolno czytającego
czytającej,
-odpowiednie podkreśl-
zostawić bez odpowiedzi
co autor chciał i t d

Jeśli nie chciał niczego
w tym wiersza
To po co pisze?
licentia poetica
niczego nie wyjaśni.
Nie gmatwaj wiersza
nie gmatwaj świata
jeszcze ci mało
a czego tak
a czemu siak?
dlaczego górale zasiali owies
a nie żyto?
Że ziemia licha?
A od czego nawozy
zresztą sztuczne?
Bo co masz prawdziwego?
twoje wnętrze?
Nie rozśmieszaj.
Nadmiar śmiechu
jak każdy nadmiar szkodzi
a żyć trzeba
to znaczy higienicznie.
To write or not to write?
Czytelnik i tak
ci nie odpowie,
wie jeszcze mniej niż ty
chyba że on zostanie
poetą a ty tylko czytelnikiem
to jest nawet czytelnikiem.
I to jest jakieś rozwiązanie.


Luty 2004




Świat beze mnie



Pomyśleć że mogłoby
mnie nie być
a świat byłby
taki sam
Obojętne słońce
świeciłoby po swojemu
pory roku
nie zmieniałyby
kolejności przychodzenia
I nikomu
nie brakowałoby
mojej osoby


Ciekawe czyj
byłby mój mąż
kto by był
matką mojego syna
czy ktoś
pielęgnowałby moje kwiaty
do kogo by należał
mój kot


A może jednak
nie jest tak źle
i coś znaczę


Mój mąż z nikim
by się nie ożenił
(gdzie znalazłby
taką drugą jak ja)
Mego syna nikt
by nie urodził
tak udanych kwiatów
nikt by nie wyhodował
a kot plątałby się
nadal po śmietnisku


Może więc i słońce
świeci trochę
dla mnie
a gwiaździste noce
są tylko moje



Wrzesień 2003



Poemat o płocie


Płot w miastach – relikt
w wioskach miasteczkach
jeszcze pełen ważności
odgradza zwaśnionych
przybliża gadatliwych
łączy nieśmiałych

Kura mi przelazła
na waszą stronę
wiatr mi strącił
barchanowe majtki
już ją wypędzam
już je oddaję

Celowe lub przypadkowe
dotknięcia rąk
wymiana zdań
o gotowaniu obiadów
o polityce rolnej
sprzeczka o budowę drogi

Niejeden raz zakradł się
do sadu przez płot
niby z łakomstwa
a tu murawa słońce
płochliwy wiaterek
a córka gospodarza
że oczu nie oderwiesz

Niejeden uciekł przez płot
od złej połowicy
Niejeden skakał przez płot
w ucieczce przed kłonicą
a jeden to tak skoczył
że zmienił bieg historii

Sztacheta temu
kulas przetrąciła
owemu rozpłatała łeb
żerdź z płotu
pewniejsza w obronie
niż szabla czy pistolet

Na płocie swojskie garnki
i piejące koguty
Zza płotu słoneczniki
u podnóża nagietki
płoty to folklor
wzruszają rodaków
a zachwycają niejednego
zblazowańca z Zachodu

O ludzie polski
o narodzie polski
chroń płoty
Jeśli już wszystko
w kraju zniszczą reformy
niech choć płot się ostoi
i uratuje nasze
dziedzictwo narodowe
Styczeń 2004

Krystyna Łukasik. Trzecia prawda. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009




Ewa Parma - "W strefie ognia"




Ewa Parma, ur.1961.

Anglistka, poetka, fanka Marillion, Karkonoszy i Czesława Miłosza.

Uważa, że bycie poetą jest jak bycie alkoholikiem: jest się nim zawsze, nawet jeśli się nie pisze - aż do chwili, gdy znów przychodzi ta przemożna ochota, by coś skrobnąć, bo przecież kto nie pisze - nie żyje...

Debiutowała w roku 1987 w "Tak i Nie". Publikowała wiersze, prozę, eseje i tłumaczenia poezji amerykańskiej poetki Lindy Nemec Foster m.in. w "Poezji", "Literaturze", "Czasie Kultury", "Śląsku", "Młodej Sztuce", „Migotaniach Przejaśnieniach”, antologii młodej poezji dolnośląskiej "Imiona istnienia"i licznych antologiach pokonkursowych. Jej wiersze przetłumaczone na język angielski znalazły się w kilku amerykańskich magazynach literackich (The Los Angeles Review , The Connecticut River Review, Artful Dodge, Mr Cogito, International Poetry Review). Wydała tomik "Tylko dla modliszek".


Wiersze z wydanego tomu:


Krzyk

Krzyczę do ciebie
każdym wierszem
tą opowieścią idioty
pełną wściekłości i wrzasku
być może nic nie znaczącą

Krzyczę do ciebie
bo żyję
i staram się dobrze oddychać
a wiersz reguluje oddech
twój mój i supernovej
z której krzyku jesteśmy

Krzyk rozpoczyna życie
i wielką namiętność
daje pewność
że jesteś chciany
i we właściwym miejscu

Krzyk jest najlepszą odpowiedzią
na ciszę cięższą niż
nagrobny kamień
i na brak słów przy rozstaniu
Milczenie jest złotem głupców

Życie jest warte krzyku

Z krzyku jesteś
i w krzyk się obrócisz

                             16.08.2010.



Oda do własnego kolana
czyli Kocham powroty!


Pamiętam moje kolano
z dzieciństwa
male zgrabne z pieprzykiem
wiecznie miałam je przed oczami
chowając się w trawie
kucając na nocniku
przyklękając w kościele
dotykając delikatnie
schnących zadrapań
Potem zaczęło
ginąć mi z oczu
aż całkiem zniknęło
hen daleko
pod fruwającymi falbankami
spódnic koronek pończoszek
pod wytartymi dżinsami
aż wreszcie ujrzałam je na nowo
gdy czyjaś czuła ręka
odkryła je przede mną
Na środku nadal tkwił
pieprzyk a więc
to na pewno byłam ja
- i tak samo pachniały trawy...




Maria Magdalena
z Pieskowej Skały*


                     Jeżeli opuszczą mnie moje diabły,
                     obawiam się, że ulecą z nimi moje anioły.
                                  R.M.Rilke


Nie patrz tak na mnie natarczywie
nie oddam ci ani jednego grzechu
i nie chcę by ode mnie odeszło
siedem moich złych duchów –
każdy z nich to bliski przyjaciel
prawdziwy anioł stróż
w rozterkach zawsze przy mnie
w upadkach niezawodny
w rozpaczy niezastąpiony
Gdy wychodzę z mojej jaskini
okrywam się szczelniej włosami
- ich blask oślepia anioły
co przychodzą z wodą i chlebem
i wodzą na pokuszenie swoim
androgynicznym pięknem
Za każdym razem pytają
czy łaska już na mnie spłynęła
lecz ja wciąż nie jestem gotowa
i wybieram pocałunek mężczyzny
przy którym zapiera mi dech
- oddychaj – mówi mój anioł
- oddychaj – powtarza mój demon


                                23.07.2010.


*drewniana figura Marii Magdaleny z 1400r. przedstawia kobietę
o oczach Meryl Streep, okrytą płaszczem z włosów.




Campo del Cielo


1576
Pamiętam tylko deszcz
rozżarzonych skał
który spadł na nas nagle
i zastygał bryłami
żelaza na sawannie
Patrzyłeś w niebo
z zachwytem i niedowierzaniem
- nadepnąłeś mnie
przez nieuwagę
i omal nie wpadłam
prosto w ogień
co sunął za nami
Zdążyliśmy tylko wspiąć się
na najbliższe drzewo
i chwycić za ręce
a w chwilę potem
nasze twarze spłynęły
jak woskowe maski
w morze ognia

2010
Mam ją na biurku
Czeka na ciebie
Gwiazdka z Niebiańskiego Pola
żebyś przestał patrzeć
ciągle w niebo
depcząc po mnie
i nie widząc
jak codziennie wpadam
w morze ognia
bez ciebie

                                  8.09.2010.









Powrót



Ewa Parma. "W strefie ognia". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2010




Grażyna Bajer - Sercem pisane w bólu wydane.




Grażyna Bajer z domu Kobiela ur. w 1955 r. w Nowej Rudzie.
Od ośmiu lat mieszka w Norwegii.Wiersze pisze od trzynastego roku życia.
Debiutancka książka „Sercem pisane, w bólu wydane” powstała z tęsknoty za krajem,
oraz z marzenia o powrocie do ojczyzny.


Titanic


wspaniały luksusowy i niezatapialny
wypłynął w swą podróż dziewiczą
pruje po falach kolos kapitalny
pozuje sylwetkę prześliczną

na pokładzie orkiestra już gra
szampan złocisty się leje
jedzmy i pijmy aż do dna
tłum gości cieszy się śmieje

płyną narody w swą podróż życia
złocisty leje się trunek!
..nie słychać bomb ni syren wycia
nie spieszy nikt na ratunek..

kryzys,kto słyszał o kryzysie
wojny powodzie i niepokoje
-ja to mam konto full-ktoś chwali się
-ja furę i chatę i super stoję!

- więc pijmy i bawmy się do rana!
choć tam gdzieś pali się i płonie
wojny powodzie to rzecz taka znana!
Ziemia Titanic już tonie!




Ocalić od zapomnienia


stary dąb listowiem szumi

rozpostarłszy koronę cienia

nikt nigdy tego nie zrozumie

co trzeba ocalić od zapomnienia

tam w budzie Burek siedzi cicho

w ogrodzie malwy dumnie stoją

wkoło odgłosy -cet czy licho

słodycz kwiatów serce koją...

matuś niosąca talerz z pierogami

cykady i ich brzmienia

sałata rzodkiew między rabatami

.....ocalić to od zapomnienia

na mostku my Grażyna Józek Wanda

cudowne piękne to wspomnienia

szesnastolatków cała banda

ocalić trza od zapomnienia...

kapliczka w polu ukwiecona

krajobraz który się nie zmienia

zachodów wschodów słońca zasłona

to trzeba ocalić od zapomnienia

czy za granicą mieszkasz Polaku

i pielęgnujesz swoje wspomnienia

pamiętaj o tym drogi rodaku

aby co polskie ocalić od zapomnienia





Smaki dzieciństwa


na schodkach siadam znużona
głowa opada przymykam powieki
myśl przelatuje niedokończona
mój Boże minęły już wieki...

mała dziewczynka z lizakiem w buzi
skakankę w rączkach trzyma
la lala coś czasem zanuci
szczęśliwa latem i zimą
pajda chleba razowego
na stole w domku czeka..
grubo masłem posmarowanego
i kubek ciepłego mleka
obok w lasku tuż na łące
rosną poziomki pachnące
pozbieramy na śniadanie
najlepiej smakują w śmietanie..
..teraz bawmy się w chowanego
..raz dwa trzy kryjesz ty
śmiechy chichy ty kolego
chowaj się kryjemy my
i tak z rana do wieczora
dni szczęśliwe nam mijały
gdy zimowa przyszła pora
świat dopiero był wspaniały
pada śnieg pada śnieg krzyczą dzieci
będzie sanna wyśmienita
patrzcie księżyc świeci
dziadek Mróz zawita

a w niedzielę po kościele
pyszny rosół z kluseczkami
pyszna kaczka a na stole
wielka baba z rodzynkami
a wieczorem po kąpieli
Miś Uszatek dzieci wita
potem myk!i do pościeli
śnijmy nim ranek zawita
o już budzi się słoneczko
znów zabawa harce psoty
nagle..słyszę moje dziecko
mamo..daj te 10 złotych!

później...
stoję patrzę w lustro oniemiała
ja chyba nigdy siedem lat nie miałam!..


Grażyna Bajer. Sercem pisane w bólu wydane. Nowa Ruda : MaMiKo, 2013




Jerzy Plutowicz - "Miasto małe jak łza"






Jerzy Plutowicz urodził się 30 stycznia 1947 w Bielsku Podlaskim. Ukończył filologię rosyjską na uniwersytecie w Warszawie. Mieszka w Białymstoku. Debiutował w prasie literackiej w 1967. Debiutem książkowym był tomik wierszy „Niegdyś to znaczy nigdy” w 1975. Wydał ponadto tomiki: „Zasłyszane do końca” (1981), „Pusty zegar” (1987), „Motyl i kamień” (1992), „Rzeka. Cienie na wodzie” (1996), „Kotlina. Wybór wierszy” (1998), „Zapomniana wojna (Okno na sad)” (2000), „Zapomniana wojna (Europa po deszczu)” (2002), „Zapomniana wojna (Sierpień, kołysanka)” (2008). Ponadto tom esejów „Nagle, w świecie” (2006).


ŚWIĘTO




Zapach zmierzchu. Płoniesz, spalasz się. Łodyga
czasu rozsiewa chłód. Tańczysz przed okopconym


lustrem. Płonę we śnie. Staję się czystym popiołem.
Zapominam, czym są znaki alfabetu. Kształtem


dźwięków z otchłani? Żywą śmiercią? Drobinkami
rtęci w szczelinie podłogi? A ty nazywasz przedmioty


skinieniem głowy, muśnięciem dłoni, uskokiem
w cień. Upadkiem, pierwszym dziecięcym grzechem.


Ocali nas byle przestrzeń. Zaduszki, święto dziadów.
Woń dezodorantu.


17.03.1994






POZA SŁOWEM




Zapytaj, zaczekaj na odpowiedź. Kto tędy przeszedł,
przebiegł, przepadł? Jeszcze drży cień. Klasycyzm


poranka. Nic ważnego, spod źródła pamięci, na złamanie
słowa. Słomkowy kapelusik, który spłynął ze stolika


na werandzie, przykrył maszynę do pisania istotą
rzeczy, do pisania krwią. Kto potrącił strunę czasu?


Dźwięk przyrody jest czystą łagodnością, kamyk
na skraju ścieżki odzyskał krągłość i twardość;


liść ostu pokrywa kurz, gwiezdny pył. Czyżby ścieżka
do idei, do bytu bez ciała? W domu bez domowników


nic nie przywołuje obrazu utraconych zjawisk; czyste nic.
Ach, ta muzyka odbicia w lustrze. Wywołaj chwilę,


gdy z rowka na płycie przeskakuje igła gramofonu.
Gdy nie chce się wyjawić sensu zdarzeń. Nie chce się


być. Nauka bez słowa. Przez wskazanie dłonią.
Oto jest.


19.09.2000


Jerzy PLUTOWICZ. "Miasto małe jak łza". Nowa Ruda : MaMiKo, 2012





Bartosz Suwiński - "Sehir"






Nazywam się Bartosz Suwiński (ur. 1985; mieszkam w Opolu), i jestem doktorantem na Uniwersytecie Opolskim. Przygotowuję dysertację o poezji Krystyny Miłobedzkiej.
Poezję, prozę, szkice krytyczne i naukowe publikowałem min. w "Kresach", "Frazie", "Toposie", "Ricie Baum", "Wyspie", "Pograniczach", "Red", i tomach pokonferencyjnych. Oczekuję na druk swoich tekstow w "Śląsku" i "Polonistyce".
Stale współpracuję ze "Stronami".


Wybrane wiersze z wydanego tomu.



Świt

Ornat wschodu zapięty
na pierwszy promień słońca.

Kolejna warstwa świtu zrzucona
z ramion, ciśniętą w kąt jak pusta butelka.





Morze

Odpryski nieba na załamujących się
falach powtarzanych jak oddech.

W dali bruzda za którą nie ma nic, co jest.
To, co układa się w porządek znaczeń, rozprute niebo.




Miraż

Gazela śmierci ciemnej na pustyni
reszty twoich dni. Skorpiony kłują usta
modlitwy o deszcz. Pieśni nawianych piasków,
oazy grobów rozsypanych jak proch.

Nie lękaj się gdy zbłądzi karawana,
kiedy podejdą hieny, zapada się miraż.





Ogień

Noc, drepcze kości jak torf.
Miękko ściele się głowa na poduszce,
cicho płoną resztki tego, co jutro
złoży się (we mnie) od nowa.

Co porzucone dla nas utyka szczeliną
dnia, światło nie może się zapodziać,
więcej.
Makata

Wychudzona szkapa
skubie trawę
obok kaplica dach ze strzechy
porośnięty mchem

koń chyli głowę a
pot spływa na ziemię
gdzie
piasek zapomnieć chce suszę
a wiosna jak zeschnięte strupy
opada z drzew.





Sierpniowa etiuda

Krowa z dzwoneczkiem. Mężczyzna
zdejmuje kapelusz, kłania się.
Wilk liczy owce. Brakuje.
Podnosi krzyk do ust.

Zbiera zioła.
Słomkowy kapelusz przetkany
piołunem. Ciężki warkocz opada
na plecy. Na tyłku pot.

Gałąź ugina się od jabłek:
biała larwa,
tańczy w środku.


SUWIŃSKI Bartosz "Sehir". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska) ISBN 978-83-60224-49-6






Dawid Markiewicz - "Flashback"





Autor składa podziękowania Urzędowi Miasta Czeladź za finansowe wsparcie, dzięki któremu tomik mógł ujrzeć światło dzienne.



dawid markiewicz- (1982) poeta, fotograf. autor dwóch arkuszy poetyckich i tomiku „absynt”. publikował m.in. w: „śląsku”, „pro arte”, „plamie”, „lampie”, „odrze”, „kursywie”, „twórczości”, „portrecie”, „frazie”. laureat konkursów. z zaangażowaniem oddaje się ćwiczeniom poskramiania ego. lubi kabaretową muzykę spod znaku brechta i weila.







sex, drugs and razorlight

marihuana ciągle pachnie tak samo,
druga płyta razorlight sączy się z głośników.
gramy w mortal kombat, spuszczając
wpierdol wszystkim wojownikom.
endurance trwa, chociaż po każdej rundzie
mamy mniej energii. piwo filtruje nasze nerki.
zamiast orgazmu jest fatality. fuckality, jakby
powiedziała magda. zasypiamy, pokonani
przez własne słabości. wieża technicsa nadal
przemawia głosem wokalisty razorlight.
podobno rano gonna be alright.




dog in the fog

przez kufel wzniesiony ku niebu
przeciekają pomarańczowe promienie słońca
i piwo wygląda jak oranżada albo sok z grejpfruta.

to pierwszy ciepły dzień w tym roku,
więc leżymy gdzieś na plaży, podziwiając zachód
i młode dziewczyny w plisowanych spódniczkach.

czasami widać im majtki, najczęściej białe,
kiedy beztrosko krążą po falujących wydmach piasku.
mają jeszcze dużo czasu, ale już wydają się wiedzieć

o życiu więcej niż bezpański pies, który za szumem fal
dotarł na brzeg i próbuje wydostać się z tej mgły,
która rozchodzi się w wielu różnych kierunkach.

słońce zachodzi za horyzontem i młode dziewczyny
wracają do wynajętych pokoi. my kończymy piwo i idziemy
po następne.




james dean pozuje do zdjęć

jak się czułeś tego deszczowego dnia, podglądany
przez tego gościa przy płocie? widział dokładnie tyle, ile chciał.
ulica tonęła w deszczu. twoja przygarbiona sylwetka odbijała się
w kałuży. szedłeś szybko, szczelnie zawinięty w nieprzemakalny płaszcz.
migawka szybko rejestrowała obraz.
chesterfield wilgotniał w kąciku ust. mijałeś znajome lokale, sklepy
i sale kinowe. właściwie nie lubiłeś pozować
do zdjęć, ale czego nie robi się dla sławy.
patrzyłeś w rozedrgany portret pod nogami, rozdeptując go
z głośnym chlupnięciem. trochę nieśmiało rozglądałeś się na boki.
autobus już czekał. ostatni raz odwiedziłeś rodzinne fairmont.
miałeś dwadzieścia cztery lata i jeszcze nie wiedziałeś,
że pięćdziesiąt parę lat później, ktoś będzie mógł wytrzeć sobie okulary
ściereczką z twoim zdjęciem, jeśli tylko wpłaci 15 złotych
na konto użytkownika allegro.





Maciej Bieszczad - "Elipsa"




Informacje o autorze

Maciej Bieszczad urodził się w 1978 r. w Wieluniu. Wiersze publikował w „Tyglu Kultury”, „Akcencie”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Pograniczach”, „Frazie”, „Kresach” i w „Toposie”.
Mieszka i pracuje w Wieluniu.


Kronika


Krzyk ptaka na rafie skalnej uczynił mnie niemym.
Spisuję zwierzenia przypływów
kreśląc kredą na skale znaki
nieznanego pisma.
Gwiazda wpisana w koło
oznacza dogasającą świadomość
przed przemienieniem.
Otwarte oczy przedstawiają
błękit po przemianie ciała w powietrze.
Wolę oddalające się obłoki
niż istnienie które mnie opuściło.
Odwiązuję czerwone chorągwie
na święto wiatru.


Arvo Part. Lamentate


Jak długo tak stał oparty o poręcz w nieoświetlonym korytarzu
przed drzwiami obcego mieszkania?

Co go zatrzymało zbiegającego po schodach
spóźnionego przy tym na ważne spotkanie
od którego jak mniemał zależała
jego najbliższa przyszłość?

Dlaczego nie zauważył mijającej go sąsiadki?
Dlaczego upuścił płaszcz?

O czym myślał później na zatłoczonej ulicy
cały ukryty pod kopułą parasola
a zwłaszcza gdy siedział sam
w opustoszałym barze
nad zimną kawą?


Odpowiedź


W końcu Ci odpowiada choć dopiero
dwa lata później odczytasz Jego odpowiedź.

Pójdziesz wtedy o świcie przez okoliczne lasy.
Mały cmentarz ukryty w paprociach
zatrzyma Cię na dłużej. Znajdziesz tam
mogiły dzieci potkniesz się o wiele

różnych mogił bez dat bez imion
i bez nazwisk. Wszystkie groby
jeszcze nie wiesz dlaczego
będą bezimienne.


W ruchu. Z poetyki wiersza krótkiego.


Przewaga być może polega
na oddechu.

Krótki i astmatyczny
z reguły mówi prawdę.

Odmierza i hipnotyzuje.
Jest wahadłem.

Jest żarem
nie mogącym utrzymać żaru.


Siła głosu


Po śmierci chcę się wykąpać,
napełnić wannę ciepłą wodą,
zanurzyć się w niej na kilka godzin.
Mam wiele planów po śmierci.
Może uda mi się zobaczyć
kilka wschodów i zachodów słońca
gdzieś w kosmosie. Może nauczę się
tajemnego języka trujących roślin,
może nawet poznam Yeti.
Muszę najpierw przeciwstawić
się przemianie, sile głosu.


Czarny człowiek


Jesienin przyszedł pierwszy.
Na wszelki wypadek pochowałem
wszystkie szale. Ciemno tu, powiedział.

Za nim, co uznałem za typowe, wszedł jego
czarny człowiek, dużo bardziej kulturalny
i nie taki oczywisty. Zaproponowałem

obu czarną kawę, wzmocnioną odrobiną
whisky. Jesienin odmówił, dodając pół żartem:
lepszy byłby samogon gruziński. Po czym

usiadł tuż przy mnie. Za oknem nie było,
nie mogło być jasno, więc płomieniem
zapałki odliczył dwie twarze. Moją i własną.


Lumen


Dotkliwa wada wzroku
zmusiła mnie do zawiłych
poszukiwań w krętych korytarzach
nieczynnych sztolni. Moje cztery twarze
pielgrzymowały do jednego oblicza.
Nieznanego nikomu.
To, czego szukali moi czterej wrogowie
w całości było z materii światła.
To, czego się obawiali najbardziej
błądziło w tunelach, ślepe.



BIESZCZAD Maciej "Elipsa". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska) ISBN 978-83-60224-59-5





Tadeusz Olszewski - "Owoc tarniny"





Tadeusz Olszewski (1941) - poeta, krytyk literacki, dziennikarz. Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Jako poeta debiutował w 1961 r. na łamach tygodnika „Nowa Kultura”. Liczne recenzje i szkice krytycznoliterackie publikował m.in. w „Życiu Literackim”, „Nowych Książkach”, „Tygodniku Kulturalnym”, „Nurcie”, „Akcencie”, „Poezji”, „Pograniczach”. Wydał zbiory wierszy: „Łagodność” (1968), „Autoportret rąk” (1971), „Prawie dom”(1981), „Nocny wariant”(1986), „Ciemna pamięć”(1990), „Galicja”(1991), „Jesień z Audenem”(1992), „Tropiki smutku” (2009). Jest także autorem powieści „Zatoka Ostów”(2008) oraz badaczem twórczości Emila Zegadłowicza i edytorem niektórych jego utworów , w tym „Poezji wybranych”(1971) i tomu erotyków „Wrzosy”(1988).


Fragmenty recenzji


Intertekstualne nasycenie wierszy Olszewskiego otwiera na homotekstualność świata, jest sygnałem akceptacji i tolerancji dla odmienności własnej i innych.
                   Tomasz Kaliściak, w: „Katastrofy odmieńców”, Wyd. Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2011)


To poezja erudycyjna, głęboko kulturowa, epitafijna, nostalgiczna. Znajdziemy w niej patos, wysokie tony, świadectwo intensywnych doznań – wypowiadane samotnie. Poezja zaznaczająca mocno i wyraziście: ”Jednak chyba tak: żyliśmy”.
                   (Krzysztof Lisowski, Nowe Książki nr 3/2010)


Olszewski obnaża przed czytelnikami swoją duszę. Rozdrapuje swoją ranę – by (&#8230;) przywołać słowa Barthesa. Dzięki nagromadzeniu takich słów, jak: pamięć, noc, mrok, sen, ból, tęsknota, ja, ty, wciąga nas w swój świat, a brak metaforycznego sztafażu czy innych, nadużywanych przez niektórych poetów środków stylistycznych, dodatkowo podkreśla rzeczywistość tej twórczości. Jej głęboką prawdę. To poezja, którą boleśnie odczuwamy w trakcie czytania.
                     (Magdalena Boczkowska, artPapier, nr 1/2010)





Wiersze z tomu:



                     Bez odpowiedzi

Jakie jest twoje imię, Wędrujący? Jaką podróż
dla nas wybierzesz? Woda skacze po kamieniach, płowieją trawy,
trwa ucieczka i rozsypują się litery, którymi zapisano nasz los.
Już nic nie wiadomo.

Próbuję poznać twoje ciało, uczyć się nowego języka.
Jaki będzie? Kto go zrozumie? Może i dla nas pozostanie obcy.
Pocałunek smakuje jak owoc tarniny, relief twarzy ginie w mroku.
Noc się przesila. Nie zaśniemy dzisiaj.

Coraz więcej pytań i same sprzeczności.
Fatum? Tanatos kpi z Erosa? Rozkwita zasuszona róża?

Milczymy. Napinają się mięśnie i skrapla pot.





                        Konieczności

Warstwa za warstwą odkładają się słoje czasu
niekiedy przyśpiesza niecierpliwa krew niekiedy zastyga
Zmienne są pejzaże ciała i trudno powrócić tam skąd się przyszło

Ranią nas kolce ostrokrzewu dławi cisza lecz kolejność zdarzeń
nie ma nic do rzeczy Ktoś inny wyznaczy drogę Ktoś inny
zamknie lub otworzy drzwi

To co konieczne zostanie niepoznane






                          Teatr dwóch aktorów

Miejsce można dokładnie określić Załóżmy
że to scena dla dwóch aktorów i kota
Kot pełni rolę absurdalnej dekoracji ma też odwracać uwagę
gdy dialog staje się zbyt wieloznaczny i trudno zrozumieć
o co naprawdę chodzi Kotu nie przeszkadza zamęt interpretacyjny
Co innego aktorzy – gubią się mylą kwestie zmieniają kostiumy

Czas jest luźny Co było wczoraj mogło stać się
rok temu może też wydarzyć się w przyszłym kwartale Ten
dramat się powtarza I zawsze z góry wiadomo jaki będzie finał

Kurtyny nie ma Gra toczy się dalej


Tadeusz Olszewski. Owoc tarniny. Nowa Ruda : Mamiko, 2013




Sylwester Gołąb - Garda





Sylwester Gołąb - ur. w 1980 r. w Kamiennej Górze. Mieszka w Stavanger w Norwegii. Wiersze publikował w polskiej oraz w norweskiej prasie literackiej. Garda jest jego pierwszym tomikiem poetyckim.


Dentysta

myliłem imiona nazwiska
myślałem że dentysta
Santarias
zastrzeli mnie jak
Pistorius
poezja to świetna sprawa
ta wojna toczy
się też po śmierci



Garda

samochód
przeprosił mrugnięciem
Kliczko
padł pod jebnięciem
Andrzeja Sosnowskiego

Alberta Sosnowskiego



Palacze

tereny ciepłownicze w śniegach
dom w śniegach
ślady krwi
kojarzę skopconych palaczy z zapleczem
z przyczepką tego co można sprzedać
tych na których wydaliśmy wyroki
choć nie wykazują chęci odejścia
na przekór naszej wyobraźni doświadczeń
z materii krzywdy nieodwracalnej

przybieram i mam się świetnie zasługuję
by stać się kłamcą przy klamce i w stójce
zwłaszcza w styczniu można powiedzieć

węgiel ukradli palacze
idźcie po śladach krwi zwierzęcia

zaczną zarastać wzrastać
tereny nadbrzeżne
miejsca powydobywcze
tuż po pierwszych roztopach


Sylwester Gołąb. Garda. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Klaudiusz Engelmajer - Dla twoich oczu




Klaudiusz Engelmajer – poeta liryczny, pisarz spełniony. Urodzony 27 lutego 1968 roku, w Legnicy. Z zawodu leśnik, absolwent Wydziału Leśnego SGGW. Z charakteru romantyk i marzyciel, co częściej po błękicie nieba stąpa niż po czarnej ziemi.
Od 2001 roku, członek Związku Literatów Polskich. Autor tomiku poezji „Dziewczyna i Anioł” (1998); baśni „W krainie Tomatakao” (2001); bajki dla dzieci „Opowieści Starego Drzewa” (2006).



1968

sto lat blisko minęło
i żaden dzień się nie powtórzył
i żadna miłość
co jak statki całe pokolenia
o podwodne skały rozbijała
a wśród nich byli tacy
co z dna głębin się wyrwali
ale nikt ich już dziś nie pamięta
czyżby dlatego że sił im brakło
by dłużej kochali

byli też i tacy
co z głębin miłości wydostać
się nie chcieli albo nie zdołali
ogarnięci niemocą
w miłości wtuleni ramiona
za życia jeszcze woleli skonać

to z ich tragedii
jak z rajskiego źródła
nieustannie gasimy
pragnienia naszych miłości
co ponad śmiertelność
czasami się wzniosą
ledwie słyszalną pieśnią skowronka

albo na kartkach białego papieru
czarnych liter stawiamy szeregi
by nikt nie zapomniał
tych co od dawna już w niebie
na zawsze sobą spleceni
bo dla miłości choć niespełnionej
woleli skonać bardziej
niż żyć obok siebie


Klaudiusz Engelmajer. Dla twoich oczu. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Piotr Piątek - Cały ten tłum








Piotr Piątek ur. w 1973 r ; lekarz stomatolog ; mieszka w Kołobrzegu z żoną i dwójką synów. Wydał tomiki wierszy: "Dyrygent fal" (2012 r. WFW), "Dotyk pod paznokciem" (2013 r. WFW).






UŻYWANE SŁOWA

używane słowa w encyklopedii, pakowane
pośpiesznie do plecaka, na kolejowym dworcu
znajdują podziemne połączenia przedmiotów

w wagonie pierwszej klasy mają szanse przeżyć swoich
bliskich, choć brakuje liter wśród kwiatów na grobach
zawsze jakieś pośmiertne niedopowiedzenie

w wieczorowych bramach skrócony kurs miłości, wolność
wypuszcza schorowaną staruszkę po zakupy a moralność
wciąż szybciej zmienia na więcej




POD PEWNYM NACHYLENIEM

deszcz pada pod pewnym nachyleniem
i rzeczy dryfują

smugi odrzutowców nad podwórkiem
beznadziejnie oznaczają rewiry

tworzę wyrazy na własnym ciele
w którym sól albo sama świadomość



WZDŁUŻ

słychać dźwięk rozkopywanej ziemi
papierowa jaskółka jeszcze w słońcu
co nie rozświetla
lecz trawi

a powietrze swobodnie ściele się wzdłuż
naszych świeżo przystrzyżonych włosów
światło trzepocze na rozdwajających się
końcówkach


Piotr Piątek. "Cały ten tłum". Nowa Ruda: MaMiko, 2015






Kornel Maliszewski - Wintro







Kornel Maliszewski- rocznik '88, urodzony w Nowej Rudzie. Pracuję jako weterynarz. "Wintro" to jego debiut książkowy.


Fragment książki:


       Nocne roztopy za uchem... Już nieustępliwe małe wodospadziki, pędy strumieni sunęły przez miasto, aby wpaść do rzeki i porozrabiać w jej korycie. Ściany znów zmieniały swoje kolory, z żółtego wieczorem przeistoczyły się różnobarwne mozaiki, wyglądały jak oblane benzyną, mieniły się w potokach światła latarni. W łazience słyszałem coraz wyraźniejsze dźwięki rozbijanych malutkich szklaneczek, a piszczące rury i korek od czajnika, który nagle wystrzelił, skutecznie wygoniły mnie z domu, abym poodkrywał noc.
       Kruszyłem pozostały lód, moje buty chciały wskoczyć na którąś z kier i płynąć prosto do rzeki. Chłód był już mokry, nikt nie potrafił zapalić zapałki, nieliczni szarzy ludzie chrobotali i chrzęszczeli wraz z piaskiem i sadzą. Śledziłem niektórych, ale szybko ginęli w swoich zakamarkach połykani przez bramy. Kilka żabich oczu chichotało z wnęk domów. Ktoś na pewno miał nóż, jeszcze go nie wyjmował, czekał na sam środek nocy, kiedy bezdźwięcznie wybiłaby jej ulubiona godzina, ta spółka była całkiem zorganizowana i miała kilka ciał na sumieniu, bezdomnych psów, podciętych kabli, bezgłośnego świstu, który oddalał blady dzień.
       Zwykłe parkany i kolumny zamieniały się w krogulce, płachty czerni wisiały na niewidzialnych kablach. Szedłem już sam ulicą, mijając zapyziałe małe warsztaty, sklepy, których dawno już nie powinno być, wystawy ze sztucznymi kwiatami, pożółkłymi opakowaniami po bombonierkach, chińskimi koronkami, kilkoma muchami czekającymi na zmiecenie małą miotełką. Zatrzymałem się przy zakładzie pogrzebowym. Spoglądałem na twarze osób, które ostatnio odeszły, przy każdej był ten sam schematyczny tekścik o żalu i bólu, nie wiedziałem dla kogo jest to robione, dla zmarłego, rodziny, księdza, boga czy świętego spokoju. Spytałem w duchu ich wszystkich o Irmę Pieronek, ale żadna z twarzy nie raczyła mi odpowiedzieć, wykląłem ich i poszedłem dalej.
       Zdawało mi się, że pomnik chciał ze mną rozmawiać. Niemieckie inskrypcje falowały i musiałem zamykać oczy, aby znów wracały do swojego wiekowego porządku. Wdrapałem się na cokół, poboksowałem chwilę świętego, a później naplułem mu w mordę. Litery na tablicy błądziły w tylko sobie znanych kierunkach, a ja szybko uciekłem na inną ulicę.
       Szła przede mną starsza kobieta, nie garbiła się jeszcze, ale chciała już bardzo być w swoim mieszkaniu. Nie wiedziała, kto za nią szedł, ale naturalnie się bała. Mógłby to być każdy, ona trzęsła się przed symbolicznym nocnym zbójcą. Przyśpieszyłem, a ona próbowała być jeszcze szybsza, ale po czasie nie była w stanie wyrównać strat. Sapałem za nią głośno, bo nie miałem już żadnych skrupułów, a ona mimo wszystko starała wymknąć się z lepkiego pościgu.
- Znałaś Irmę Pieronek? - szepnąłem, łapiąc ją za ramię.
- Nie - powiedziała ze wschodnim akcentem, nie odwracając się.
- Musiałaś ją znać.
- Nie znam żadnych twoich dziwek - odwróciła się i spojrzała na mnie. Miała złą twarz, popękaną niczym kora, w jednym oku rozpalał się zgorzel. Zląkłem się i pobiegłem na drugą stronę kamiennego traktu.
       Doszedłem do rzeki, szumiała złowieszczo, coś co chwilę pluskało, może były to ostatnie zatrute ryby. Nad wodą unosiła się czerwona mgiełka, połykając tlen i zatruwając malutkie brzózki i łopiany. Przeszedłem przez most, miałem nadzieję, że nie ma pod nim przybitych gwoździami kotów. Nie chciałem ich odkrywać. Przeleciało nade mną kilka nietoperzy. Krwista mgła gęstniała, kilka odgłosów zwierzęcego bólu dochodziło z okien kamienic. Ktoś się darł, że już nie wytrzyma i lał tanią wódkę z okna, a ta rozpryskiwała się na bruku. Byłem bliski obłędu i musiałem iść do ostatniego otwartego baru. Przytułku nocnych ludzi.
       Wszedłem do zadymionego pomieszczenia. Półmrok rozlewał się po wnętrzu. Usiłowały świecić mętne żarówki, zbierając hordy owadów. Było kilka pomieszczeń, oddzielonych orientalnymi tkaninami, które dzwoniły, gdy się je pokonywało. Usiadłem w czarnym kącie, na ścianach zdjęcia przedwojennego miasta, kilka hełmów, czekanów, znalazł się nawet cep gotowy do użycia przy pierwszej bójce. Słodki, zatęchły smrodek przyczepił się już dawno i nie zniknie dopóki nie wjedzie tam stado buldożerów.
       Poszedłem do baru. Barman był w żołnierskiej kamizelce i sypał zebranymi przez wieczór żarcikami. Były głównie o Murzynach i zdradzie małżeńskiej. Wąsaty człowiek obok mnie zamówił lane piwo i pięćdziesiątkę wódki. Zrobiłem to samo, aby się dostosować.
- Panie, mam dosyć tych kutasiarzy na górze... Na dole też - zagadnął do mnie, przyjeżdżając po wąsie, jakby chciał zagwizdać.
- Ja mam dosyć tych pośrodku - odpowiedziałem mu nieśpiesznie, wgapiając się w jego wąsy. Część była czarna, część ruda, a jeden kawałek siwy.
- Tutaj się już, kurwa, człowiek nie liczy, tylko mechanizmy - zbliżał się, wydmuchując na mnie kłęby zatrutego dymu.
- Dobrze, że tutaj nie wejdą ich czerwone mordy, że to jest miejsce dla człowieka - rzuciłem i zacząłem przebijać się znów do swojego czarnego kąta, ale wąsacz chciał mnie złapać, a barman przywołać pieprznym kawałem o czarnoskórych.
- Zostań pan - zajęczał wąsal, trzymając mnie za kieszeń.
- Muszę iść, dziewczyna na mnie czeka - skłamałem i zniknąłem w mroku i oparach. [...]







Radosław Wiśniewski – ur. 1974, mieszka w Brzegu, pracuje we Wrocławiu, wydał debiutancki zbiór wierszy „Nikt z przydomkiem” (2003), współpracuje z pismami literackimi.






JAR. NIKT WYKŁADA KATARZYNIE TEORIĘ TEJ BEZSENNOŚCI.

to jest jak rytualny obrzęd grzebania w przypadkowym rowie.
jak dygoczące dłonie starego człowieka w szarym drelichu
widzianego zza okna pullmana obecnie pafawag, jego uparte
poszukiwanie resztek korzeni, jadalnych dżdżownic, kruszcu..

to jest tak, jakbyś prosto nad twarzą przesiewała piasek, odłamki
kości (kruszarka pracowała sumiennie ale nie wszystko śpi aniele
popiele boży stróżu mój); to jak rąbanie przerębla w powietrzu
tak twardym, że najtęższym pękały płuca i wypadały złote zęby.

nocą pod palcami starego człowieka otwiera się ziemia. wtedy
ujawnia się 33771 albo więcej powodów tej bezsenności, która jest
jak damski but zgubiony na stromej ścieżce, porzucona lalka


potem jest tylko jar.


RUBEDO. BRESLAU. WIOSNA GAULEITERA.

gauleiter hanke przewidział wszystko tej wiosny: martwica odeszła
z ziemi, padła odra, nadeszła nominacja. chrabąszcze spawanymi
skrzydłami orały pola jak rozległe płaty czerpanego papieru i sypały
się łuski z niebieskiej lamperii odbijanej z bronią w ręku od powietrza.
przetaczano puste składy wzdłuż szyn, porzuconych w nieładzie,
jakby pogięte wiertła wbite w otępiałe perony, na których sadza
osadzała resztki wylinki grzechotnika. w kraterze miasta dogasało
oblężenie, chrzęściło prażone powietrze między dziąsłami mostów
i stygły stosy w ociemniałych żlebach ulic. między nimi matowy nagrobek
państwa Stein zwiastował larwy nieznanych termitów, które miały drążyć
pod nieczynnymi polami minowymi aorty już wtedy.

to one pękają tej wiosny, gdy zbliża się nów. wtedy miasto pije
bezimienną hemoglobinę z rozstępów ciszy, oddycha
jakby jeszcze żyło i nic nie było zapisane w obcych alfabetach
na wyczerpanej do białości
ziemi







Dariusz Pado – ur. 1974, z wykształcenia i wykonywanego zawodu prawnik, mieszka i pracuje w Warszawie, debiutował arkuszem poetyckim „Gierkówka”(2004).







RYCERZ POKALANEJ – RAJ WEDŁUG KOLBEGO

Radkowi Wiśniewskiemu

Nienawiść - pisałeś - mieszka wśród niewdzięcznych.
Miszna w wybielonej bramie odbija flaka. Duka słowa.
Uderza w wykreślone węglem na ścianach: won, raus.

Nienawiść - poczułeś - zajmuje miejsce obok twego zdania.
Sączy się z głośników Toski. Głos odbija się i traci znaczenie.
Nie można znieść w sobie treści, tej martwej którą nakrył pył.

Nienawiść - pomyślałeś - miesza się we wspólną woń klatek,
nie potrafisz otwierać żył kratką, by napisać nowy testament.
Teraz należy wystąpić z szeregu, przekreślić krokiem słowa.

Jeden szereg liczy do dziesięciu w języku obcym. Nie znasz go.
Jeden - mówisz Mario - i na znak pokoju podajcie sobie fenol.



TO BYŁBY RAJ WEDŁUG WILFRIEDA VON OVENA

Napierał na futrynę obory, ugniatał klatkę,
naciągał zmarszczki między żebrami
belek, sypał się w koryto. Wiesz, to tylko
wiatr, ale mógłby całkiem zwariować

gdyby był tutaj starcem wsłuchanym w przypływ
muzyki, przetaczanym z samotnych pieców taktem,
wagonem ziemi, granym na korytarzach latryn. Teraz
z otworów wydobywa paproć, resztki zapachów,

okruszki otrębów siennika, drzazgi balii. Komendancie,
tak jak z ziaren ściskających w klatkach bicie, tak i z ciebie
wydobędzie się trzask, jakbyś wyrósł z pryczy, wstał pędem
siać piach, orać zarżniętą Kanadę i wybielać korę. Wiesz, to

tylko rozsypany gaz, ale mógłby całkiem oszaleć
gdyby tyko Andor miał rację lecz pisze się ciągle
ciszej by uchwycić można słowem : jak pylił gaj,

jak wypełniał się nakaz pism:
czyń ziemię poddaną, ogradzaj
raj, zakop jar.

Radosław Wiśniewski i Dariusz Pado - Raj.Jar Mamiko










Tomik wierszy Samanthy Kitsch pod tytułem Bahama ukazał się nakładem wydawnictwa Czasu Kultury, Obserwator. Wiersze Samanthy Kitsch publikowały następujące czasopisma: Odra, Kresy, Studium, Zeszyty Literackie, Czas Kultury, Kwartalnik Artystyczny, Kartki, Res Publica Nowa, B1, Chicago Review i Przegląd Polski Nowego Dziennika.

W styczniu 2006 r. Mamiko wydało "25 wierszy" Samanthy Kitsch.
Prezentujemy kilka wierszy z nowego tomiku.




W samo południe


Jedź sto mil na północ i dwa
tysiące na zachód. Skręć w prawo,
w lewo, potem w lewo-prawo.
Zobaczysz stację benzynową,
maleńki bar i motel. W tle
pagórek z wygryzionym lasem.
Prawda, że tu kiedyś byłeś?
Masz w uszach własny głos,
kupowałeś kawę i słoneczne
okulary. Twój głos ostrzejszy,
bez chrypki. Lepsza pogoda,
bez mgiełki, wyraźne kontury.

Młody odkrywca – to nic,
że powtarzałeś czyjąś trasę,
rolę. A teraz? Stoisz na parkingu
nieruchomy, jakbyś się wahał,
czy nie wejść w jakąś inną
rzeczywistość, nie stać się
kimś innym. Pocisz się, drga
nagrzane powietrze. Bar i maleńki
motel, pagórek i wygryziony
las, dwie krzyżujące się drogi,
drogowskazy. Zrobisz,
co zechcesz – nie masz wyboru.



Lila


w kamienicy z surowej cegły
ktoś pomalował drzwi, framugę, pięć
schodków, poręcz i dwie kolumienki
grubą warstwą farby koloru
LILA/PURPURA/FIOLET
coś pomiędzy bzem a piwonią
ale ostre, błyszcząco-rażące –
&#8220;świeżo malowane” na dobre pięć lat

      przyszedł doktor był pijany
      i przylepił się do ściany


dom z liliową szminką na ustach
dom w fioletowych majtkach
w śliniaku, po którym ściekła
cała porcja włoskich jagodowych lodów

      a ściana była mokra
      więc przylepił się do okna
      a że okno było duże
      więc wyleciał na podwórze


na którym surowa cegła, śmiecie
rdza i kurz, popękany beton?

nie, za domem ogródek –
fragmenty muru porósł bluszcz
soczysta trawa lśni pod oknem gdzie rano nie sięga
cień ogromnego śmierdzącego drzewa ailanthus
i gospodyni rodem z Gwinei
w wiśniowej halce podlewa malwy

      przyszedł malarz był naćpany
      i patrzcie jest kopiowany


po tygodniu fiołkowy pąs
szerzy się, jakby dzielnicę zaraził liszaj –
pleśń lubująca się w cegle
i odrapanym tynku –

maść na brzydotę
dezynfekcja
substytut wiecznej wiosny
wiecznie pnących róż




Fatamorgana


popękana nierówna równina
rozdroża suchych potoków
kaktusy zeschnięte pędy
rdzawa ziemia kamienie piach

      znów ktoś na desce surfingowej
      sunie lawirując między kaktusami
      napięty żagielek w ostre pasy:
      karmin – oranż – biel – fiolet
      figura jaskółki kostium płetwonurka
      wiecznie młody uśmiech

kaktusy różnego wzrostu
beczkowate fallusowate wielorękie
z rozczapierzonymi dłońmi szpikulców
w kotlinie cały ich las-sad

      i cała grupa: wielobarwni w dziwnych pozach
      gdy slalom coraz bardziej ryzykowny –
      żeby tylko nie rozdarły kolce
      przechylonych do poziomu żagli!
      z tyłu kilku na snowboardach
      sam kąt nachylenia ciała nadaje im pęd

zamyka się za nimi na horyzoncie
sinoniebieskie wulkaniczne pasmo
chmura pyłu opada –
zostawili po sobie idealną widoczność



Łąki
[...tę jedyną]


żołnierz drogą maszerował
łąki zapadały się w równinę

szedł niebezpiecznie blisko deszczu
łąki pięły się w górę potoków
ważki wstrzymywały oddech
kwitły sady stalagmitów
i mgła podmywająca krater

to jest piosenka o piosence:
pogoda drżała na wietrze
rozgrzany granit pachniał sianem
i łąki w pajęczynach rozdroży
to jest piosenka o piosence
ale morze raz jest a raz go nie ma

szedł niebezpiecznie blisko deszczu
ale morze raz jest a raz go nie ma
jałowce iskrami zasypały parów
tak ostro ptak okręcał widnokrąg
aż pękł lodowy cumulus
łąka rozkołysała całą przepaść


Samantha Kitsch - 25 wierszy Mamiko, 2006






                      

Wojciech Brzoska

ur. 1978, poeta, redaktor „Kursywy”. Autor tomików: Blisko coraz dalej (2000), Niebo nad Sosnowcem (2001), Wiersze podejrzane (2003). Współautor filmu Scrafitto (dodatek do „Kursywy” nr 3/2005).
Publikował m. in. w „Odrze”, „Kresach”, „Arkadii” „Czasie Kultury”, „FA- arcie” „Lampie”, „Studium”, „Gazecie Wyborczej”. Jego wiersze tłumaczono na angielski, niemiecki, czeski, słowacki i słoweński . Pochodzi z Sosnowca, obecnie mieszka w Katowicach.

Wiersze z wydanego tomiku. Książka ukazała się w czerwcu 2006 r.


sacro casco

Wojciechowi Wenclowi

i jest nam wmówione: bóg przemawia ustami
„poety”. on właśnie przeszedł przemianę, już nie jest
„rycerzem niepokalanej”. lecz zamiast w wino woda
tych słów przemienia nas

w drwinę z modlitwy tuż przed i
po. a było pisane: „nie jedź na spotkanie nie wierząc
w zbawienie przez wiersze dane od
pana. nasz śnieg jest tylko w bramach otwartych na

oścież, a lód na zakręcie, gdzie głuchych jak pień wyrzuca
prędkość wprost w drzewo
złego. niespodziewane zderzenie
ze śmiercią i zanik pamięci kluczowych

wierszy jak wiara w karę poddana
w wątpliwość. i bóg litościwy już po raz wtóry sprowadza na
ziemię, na dalszą diagnozę do
pogotowia. rozwój wypadków jak auto

casco kosztuje nas wieczność tych paru
chwil spisanych jeszcze na całe szczęście w prawdziwym

życiu.











znaki drogowe

Jac Po

manu chao w wersji hiszpańskiej
w dziurach na drodze przeskakuje
mi ostatnio na modlitwy
w radio.

zwłaszcza, kiedy śpiewają o
marihuanie.

nie wiem, może to znowu bozia
daje mi jakieś

Wojciech Brzoska - Sacro casco Mamiko

znaki.




Grzegorz Świątoniowski - "Prometeusz"









Grzegorz Świątoniowski – od urodzenia związany z Wrocławiem. Autor prac z zakresu filozofii i literatury, w których postuluje konieczność ponownego odkrycia zasad i porzucenia tego, co za zasady jedynie uchodziło.


Fragment

I.
Zadanie, jakie otrzymał Prometeusz,
nie wyróżniało się niczym specjalnym
wśród poleceń nowego władcy.
Można było nawet odnieść wrażenie
pewnej pośledniości – bowiem w czasach , kiedy donoszono
o możliwym odrodzeniu porozumienia pomiędzy Tytanami
(co, na szczęście, okazało się tylko plotką!),
Prometeuszowi kazano uporządkować sprawy
plemienia nic nie znaczącego – ludzi.
Zawsze byli czymś mniej niż marginesem
uwagi bogów. Jako że niegroźni
nie budzili niechęci.
Kronos był im przychylny,
Zeus zamierzał politykę tę (twórczo) kontynuować.

O ile młodość – nawet młodość boga –
ma swoje prawa, ma też swoje przywary:
Prometeusz nie potrafił ukryć niezadowolenia.
Po tak bliskim kontakcie z Zeusem,
po snuciu wspólnych planów – budowaniu świata,
pokoju pomiędzy bogami
– zająć się ludźmi? –
Gdyby słownik naszego boga
dysponował pojęciem planktonu,
to słowo na pewno by padło.
Niemniej – rozżalony – zabrał się w końcu
za wykonanie polecenia władcy.
Opuszcza zatem Olimp Prometeusz
i do ludzi schodzi.

Dziwna cisza nastała na Olimpie.
Chwila dziwnej ciszy.

Grzegorz Świątoniowski."Prometeusz". Nowa Ruda: MaMiko, 2014






Jarosław Woźniczka - „Nieodwracalne”




Jarosław Woźniczka, ur. w 1964 roku, jest autorem trzech tomów poetyckich: „Wspólny prysznic” (1999), „W płynie” (2002) i „Burza” (2004). Na co dzień profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, autor lub współautor ok. 60 publikacji oraz wielu tłumaczeń
w dziedzinie marketingu i zarządzania.
Najnowszy tom, zatytułowany „Nieodwracalne”, ukaże się nakładem Wydawnictwa Mamiko
w 2011 roku. Pochodzą z niego prezentowane wiersze.




Zanim ruszą

Krótka chwila o świcie
obudzone ptaki rozmawiają
pada ciepły deszcz

potem ruszą samochody
matka zdradzi syna
ktoś przemilczy ważną wiadomość
inwestor zarobi miliony
wybuchnie następna wojna
szlam słów popłynie do mikrofonów
emeryt zmówi pacierz
dziewczyna pobiegnie na wprost
podadzą prognozę pogody







Truskawki

Gruby kulawy zdyszany
przysiada na betonie
podkłada pod siebie kawałek tektury
obok stawia folię z truskawkami

bierze po jednej
je powoli
patrzy pod słońce

w kurzu spod rozgrzanych kół
wydeptanym chodnikiem
między setkami życiorysów
jeszcze jeden









Wcześnie

W niedzielę wcześnie rano
niebo w psychodelicznych odcieniach
świeżo zmrożona trawa
nikogo w zasięgu wzroku

mija rozrzucone śmieci
odczytuje nazwy na szyldach
Strefa Urody Ryby z Pieca Wnętrza
zagląda do skrzynki pocztowej

żyje a myślał że nie będzie
wyprowadza psa daje mu jeść
sprawia wrażenie optymisty
liczy dni w tę i w tamtą stronę





Koniec lata

W powietrzu zapach opalenizny
niebo rozgrzane i suche
zatrzymany pociąg
odwołany lot
wielki sen

z każdym dniem mniej słów
krótsze chwile jawy
nie wychodzą z domu
pies przestał witać przy drzwiach
ręce wzdłuż tułowia

zamknięte okna
nie przepuszczają światła
niezmieniane baterie
niezapłacone rachunki
niezmącona cisza

mija spuchnięte lato
nad głowami mgła
w sercach gaz
zostali
zagłuszeni





Wybrane fragmenty z książki
"Marianna - księżniczka marmurów" :


Najlepszy polski marmur Biała Marianna – wydobywany w okolicach Stronia Śląskiego -wykorzystywany jest przy projektowaniu wnętrz w obiektach użyteczności publicznej. Zdobi Sejm, Senat, Filharmonię Narodową, Ministerstwo Finansów, kościoły w Złotym Stoku, Stroniu Śląskim, Marii Śnieżnej na Iglicznej, banki, budynki służby zdrowia, obiekty sportowe, handlowe, przemysłowe oraz mieszkalne.


Marianna Wilhelmina Orańska
Urodziła się 9 maja 1810 r. w Berlinie jako córka namiestnika, a od 1815 r. króla Niderlandów, Wilhelma I i królewny pruskiej Wilhelminy Fryderyki z domu von Hohenzollern. Związki królewny Marianny ze Śląskim to konsekwencja losów jej rodziców. W wyniku rewolucji belgijskiej znaleźli schronienie w Prusach nabywając dobra poklasztorne w Lubiążu, Henrykowie i Kamieńcu Ząbkowickim. Po śmierci rodziców Marianna otrzymała kamieniecki spadek, a następnie dokonała nowych zakupów. W 1838 r. kupiła klucz stroński i majątek rycerski Strachocin. Znajdowało się tu 8736 ha lasów oraz zespół obiektów przy dworze, wznoszącym się koło drogi do Bolesławowa. Wiodła życie barwne, ale i pracowite, pełne zarówno wspaniałych, jak i tragicznych momentów. Za sprawą Marianny na dworze pruskim wybuchł skandal, mianowicie wyszedł na jaw jej romans z koniuszym. Konsekwencją tego był szybki rozwód, a magnatka w ciągu doby musiała opuścić pruski dwór oraz przyjąć tytuł Marianny Niderlandzkiej (Orańskiej).
Wybudowane przez nią drogi gospodarcze i dukty umożliwiły rozwój wsi, pozwoliły zagospodarować rozległe kompleksy leśne, głównie w Górach Bialskich i Masywie Śnieżnika. W roku 1843 koło Stójkowa wybudowała piec hutniczy, fryszarkę i szlifiernię przerabiającą rudę z Siennej i Janowej Góry, które działały do czasu wybudowania przez nią huty szkła kryształowego w Stroniu Śląskim (1864). Na potrzeby budowy pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim założyła w Krzyżniku kamieniołomy marmuru, gdzie do dziś jest on wydobywany, a w zależności od odcienia skały nazywany Białą, Różową i Zieloną Marianną. Księżna lubiła osobiście doglądać swoich spraw, czego dowodem może być szybki rozwój zakupionych przez nią dóbr. 20 lipca 1840 r. dostała się na szczyt Śnieżnika wraz ze swoim ojcem królem Wilhelmem. Aby polepszyć warunki funkcjonowania gospodarstwa pasterskiego na Hali pod Śnieżnikiem wybudowała do niej drogę. W 1871 r., z uwagi na coraz większy ruch turystów, zbudowała tzw. „Szwajcarkę”, która obecnie stanowi główną część schroniska „Na Śnieżniku”.
Marianna była osobą z wielkim smakiem artystycznym i dużym zmysłem organizacyjnym i gospodarczym. Jako ewangeliczce wpojono jej etos pracy. Mimo swego pochodzenia była osobą niezwykle prawą, (co nie było regułą w tych czasach), skorą do pomocy potrzebującym. A jednak nie było to przeszkodą w osiąganiu przez nią coraz większego bogactwa i rozwoju posiadanych majątków. Królewna Marianna wzniosła potężny zamek w Kamieńcu Ząbkowickim, zagospodarowała wiele rozległych terenów Ziemi Kłodzkiej (głównie w rejonie Masywu Śnieżnika), zgromadziła cenne dzieła artystyczne, prowadziła wiele działań dobroczynnych. W naszym regionie od jej imienia pochodzą nazwy: Droga Marianny, Marianówka, Źródło Marianny, Biała Marianna (Różowa i Zielona). To jedna z najwybitniejszych postaci kobiecych w XIX w. Jak pisze prof. Krzysztof Mazurski – może stanowić ona symbol jednoczącej się Europy, jako że powinna zajmować poza ojczystą Holandią poczesne miejsce w świadomości społeczeństw Niemiec i Polski, a także Czech, łącząc je wszystkie razem w imię wspólnych ideałów i wartości humanistycznych.
[Na podstawie artykułu Mieczysława Krawczyka, „Stronica Śnieżnicka” 1/1999.] (s.









Krystyna Alicja Jezierska - Gdy przyśni się dom





Krystyna Alicja Jezierska z domu Kozarzewska wydała dotychczas następujące tomiki poezji Deszcz złotych przecinków, Z muzami nad Krakowem, Morzem malowane, Gdańska sonata i Mojej miłej. Publikuje też wiersze w licznych almanachach.
Pisze również opowiadania, których fragmenty były drukowane w wydanych przez Oddział w Krakowie Związku Literatów Polskich, w tomach Proza proza proza oraz w egzemplarzach Literata Krakowskiego. W 1998 roku została zauważona w konkursie poetyckim Radia Alfa, a w 2011 roku otrzymała wyróżnienie w konkursie „Limeryki na Prawy Brzeg”. Poetyckie ballady tej autorki są wykonywane przez artystów i pieśniarzy, a nawet znajdują się na ich płytach.


– Ooo, a, I love you! – zakończył piosenkę głos Paula Anki z winylowego krążku.
Gdy z kolejnej płyty na odmianę Presley wołał głębokim aksamitem:
- Fever! - Janusz wyrósł przede mną jak spod ziemi, wyciągając rękę w zapraszającym geście.
Napotkałam jego ciemne oczy, kuszące spod czarnej czupryny. Wydatne, kształtne usta rozchylały się w śmiałym uśmiechu. Poczułam, jak krew uderza mi do głowy, a stopy wrastają w podłogę.
– Nie tańczę – wydusiłam przez ściśnięte gardło, marząc o zrobieniu kilku kroków w objęciach Janusza, po czym pierzchłam, kryjąc się za oparciem starego fotela.
Przy Januszu momentalnie znalazły się dwie inne dziewczyny, z którymi począł poruszać się w takt tej sugestywnej melodii.

Krystyna Alicja Jezierska. Gdy przyśni się dom. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016








Olgerd Dziechciarz. Prozaik, poeta, felietonista i bloger (wolkuszuczylinigdzie.salon24.pl).
Z wykształcenia nauczyciel historii, ale niepraktykujący. Pracował za to w kilkudziesięciu innych zawodach, był m.in.: opiekunem kolonijnym, ratownikiem wodnym, pomocnikiem ślusarza, statystą filmowym, ogrodnikiem i konserwatorem zieleni, tragarzem mebli, cieciem na budowie, stróżem w hurtowniach bananów, oleju spożywczego i alkoholu, dozorcą osadników kopalnianych, roznosicielem ulotek, dziennikarzem i redaktorem, wydawcą oraz współwłaścicielem firmy PR. Obecnie urzędnik i specjalista ds. wystawienniczych Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Olkuszu. Ostatnio wydał: „Olkusz dla średnio zaawansowanych” (felietony), „Miasto Odorków” i „poMazaniec” (zbiory opowiadań), „Mniej niż zło” (wiersze).


Olgierd Dziechciarz

Niedobrze, bardzo niedobrze...
(fragment powieści „Wielkopolski”)

*

Pisanie zajmowało mi coraz więcej czasu, ale im więcej czasu pisałem, tym bardziej byłem niezadowolony z mojego pisania. Wszystko, co napisałem wydawało mi się błahe i wtórne. Być może rzeczywiście wszystko, co napisałem było błahe i wtórne, ale przecież 99 procent tego, co czytałem, tego, co spłodzili inni pisarze, też było błahe i wtórne, więc, zastanawiałem się, dlaczego ich dzieła są wydawane, ich wynosi się pod niebiosa, ich się hołubi, a oni zarabiają niebotyczne pieniądze?! Ta myśl gryzła mnie niemiłosiernie. Przecież nie jestem głupi?! – myślałem - Powinienem dać radę napisać coś, co by zadowoliło któregokolwiek krytyka. Tymczasem żadnego krytyka moje pisanie nie zadowoliło. Więcej, moje pisanie nie zadowoliło też żadnego czytelnika, choć testowałem moje dzieła na kolegach i koleżankach z pracy. Oni niby nie krytykowali, ale ani prośbą ani groźbą ani siłą nie mogłem z nich wydobyć dobrego słowa. Kiedy ich przyciskałem, okazywało się, że z reguły nic z tego, co im dałem, nie przeczytali. Tłumaczyli się brakiem czasu, obowiązkami rodzinnymi, dziećmi, tak dziećmi najczęściej, a brakiem czasu na drugim miejscu; właściwie wszystko im w czytaniu moich rzeczy przeszkadzało. Zastanawiałem się, czy jakieś fatum nade mną nie zawisło, skoro dosłownie wszystko odwodziło moich potencjalnych czytelników od czytania mych utworów. Jakie oni historie wymyślali, żeby tylko wytłumaczyć się z nie czytania moich rzeczy! - Byłem w teatrze, wymyślił konserwator, który z ledwością potrafił sklecić jedno sensowne zdanie, a któremu dałem kilka swoich opowiadań, pełen nadziei, że może on, prosty konserwator dostrzeże coś interesującego w moim pisaniu, skoro urzędnicy niczego w nich dostrzec nie chcieli. Ale i on nie przeczytał - i jeszcze wyskoczył z tym teatrem. Jak go spytałem, w którym teatrze był, to mi powiedział: - W takim dużym, pomalowanym na biało, z kolumnami w wejściu. Jak spytałem, na jakiej sztuce był, to mi powiedział: - Na czymś Hamleta. Ręce mi opadły. Koleżanka z działu mruknęła, że musiała się opiekować dzieckiem. Zabiła mnie tą odpowiedzią, bo z tego, co wiedziałem, dzieci nie miała. „Ale to nie moje dzieci” – powiedziała z rozbrajającą miną, kiedy ją zapytałem, jakich to dzieci pilnowała, skoro dzieci nie ma. I zamilkła, chwila minęła, długa, nim dostrzegła moje oczekiwanie na dalszą cześć jej wyjaśnień, więc w końcu dodała: - Sąsiadka prosiła, żebym przypilnowała jej dzieci. To takie rozkoszne bobaski. Ja sobie wtedy przypomniałem, jak ta koleżanka wcześniej mówiła o dzieciach, jakie są nieinteresujące; jak zastrzegała się: „Dzieci nie chcę mieć! Dajcie spokój. Dziećmi się brzydzę! Cholerne bachory!”. Machnąłem ręką; gdybym mógł machnąć nogą, też bym machnął. Kolega z wydziału promocji, gdy spytałem, jak mu się podoba mój poemat heroikomiczny o życiu urzędnika, zastygł z kęsem kanapki, w którą się ze smakiem wgryzał, kiedy go zaatakowałem swoim pytaniem. Oczami nerwowo poruszał, aż powiedział: „Zatrułem się grzybami, karetka wzięła mnie na pogotowie, z badań wynikało, że to był muchomor sromotnikowy. Ciężko było ze mną. Właściwie już się żegnałem z tym światem, gdy w ostatniej dosłownie chwili znalazł się dawca wątroby. Przeszczep się powiódł, mój organizm nie odrzucił obcej wątroby, a to się zdarza. Tak więc, rozumiesz, nie miałem głowy do czytania twojego opowiadania”. - Poematu - poprawiłem go. „Poematu”, poprawił się. „Poematu heroikomicznego” - uzupełniłem. „Tak, poematu herokosmicznego” – dodał. W tym przypadku nawet nie skomentowałem słów kolegi z wydziału promocji. Wiadomo, oni tam w promocji nie takie rzeczy wymyślali, żeby rozsławić nasz urząd, więc mogłem się spodziewać każdej historii. Płacili mu za ekstra historie i mnie też zaserwował ekstra historię. Nie spytałem więc, skąd wziął muchomora sromotnikowego w lutym, bo był luty, luty był - jak jasna cholera, więc nie zapytałem go, bo mi się pytać odechciało. Zastanowiłem się jednak nad historią, którą mi opowiedział, i nawet wysmarowałem na podstawie tej historii kolejny poemat heroikomiczny, którego, naturalnie, nikt nie chciał przeczytać. Do tego braku zainteresowania zacząłem się przyzwyczajać i przywykać. Tak, różne historie mi opowiadano, ale na ogół były marne i nie nadawały się na kręgosłup utworów, które pisałem. Tematy moich utworów, tak, z tym miałem poważny problem. Skąd mam brać tematy, skoro pracuję w urzędzie? – myślałem sfrustrowany. Wszystko, co mogłem napisać, a co dotyczyło urzędu, opisał już Franz Kafka! – denerwowałem się. Chcąc nie chcąc sięgałem więc po tematy ograne, te, które ktoś już wykorzystał, choćby Kafka, by dokonać własnej ich interpretacji. Ale to się nie sprawdzało, bo co jakiś czas, czytając cudze książki, natrafiałem na te przerobione przez innych znane już wątki, i zawsze były one ciekawiej przedstawione, niż ja to czyniłem. Przyszło mi też do głowy, iż sedno problemu może tkwić nie we mnie, ale w miejscu, w którym żyję i pracuję. W miesięczniku „Nowy Nowoczesny Wróżbita” znalazłem artykuł, w którym stało jak byk: „Ważne jest nie tylko miejsce, w którym śpimy, ale także miejsce, w którym pracujemy”. Z tego artykułu dowiedziałem się następujących rzeczy: biurko, przy którym pracujemy dłużej niż godzinę dziennie, nie może stać na żyle wodnej, bo wtedy stajemy się rozdrażnieni, a nawet bardzo nerwowi. Jeśli chcemy być spokojni, zrelaksowani, w nastroju chęci do pracy, powinniśmy ustawić biurko z dala od żyły wodnej. Wezwałem więc różdżkarza, żeby mi wskazał najkorzystniejsze miejsca dla biurka. Przeszedł, owszem, pokręcił nosem, wyjął ze skórzanej torby patyk w kształcie procy, tylko większy, a potem łaził po moim mieszkaniu, cały czas komentując mrukliwym tonem: „niedobrze, źle, bardzo niedobrze, bardzo źle, bardzo, ale to bardzo niedobrze, oj, jak niedobrze, fatalnie, o tu jest ciut mniej niedobrze”. Po godzinie takiego łażenia i narzekania, w końcu znalazł miejsce, w którym, jak stwierdził, było najwięcej dobrej energii, a dokładnie to było najmniej złej energii. Tyle tylko, że według wskazań różdżki biurko powinienem postawić w ubikacji. Popatrzyłem na faceta jak na wariata, którym w istocie był, i spytałem, jak to sobie wyobraża? Tak właśnie spytałem: Jak pan to sobie wyobraża? A on mi na to, że on sobie tego nie musi wyobrażać, bo to nie jest jego mieszkanie, tylko moje, więc to ja sobie powinienem to wyobrazić. Wyobrażałem sobie, jak wtaszczam jakoś biurko do ubikacji, no ale tego, mimo wielu prób, tego wyobrazić sobie nie mogłem. Wtedy mu powiedziałem: Ja sobie tego nie wyobrażam. A on mi na to: Ja to sobie wyobrażam tak, że pan powinien przebudować mieszkanie. Niech pan przeniesie ubikację o tu! - i wskazał na kuchnię. Wtedy ja go spytałem: A gdzie, w takim razie, mam przenieść kuchnię? Do pokoju?” On się zgodził z moją sugestią; jego zdaniem kuchnia znakomicie pasowałaby w miejsce pokoju. A pokój gdzie? – spytałem, choć już się domyślałem jego odpowiedzi. „Pokój proszę przenieść w miejsce ubikacji” – odpowiedział zgodnie z moimi domysłami. „Wtedy biurko będzie mogło w nim stać i nikogo nie będzie dziwiło, że ma pan biurko w ubikacji, gdyby pan je chciał tu przenieść w tej chwili. Chociaż w tej chwili nie wyobrażam sobie, żeby pan to biurko tu zmieścił”. A czy to jest konieczne? – spytałem na sam koniec wizyty różdżkarza. Tak, to jest konieczne. Teraz biurko stoi w najgorszym z możliwych miejsc, bo tam jest potężna żyła wodna, która bardzo niekorzystnie wpływa na samopoczucie. Jeśli pan tam będzie trzymał to biurko i przy nim pracował, to będzie pan stale zdenerwowany i poirytowany. Chyba nie chce pan być stale w złym nastroju?” – spytał. Pokręciłem głową, bo, co oczywiste, nie chciałem być w złym nastroju. „Tak więc radzę panu, niech pan tam przeniesie ubikację” – powiedział. Zastanowiłem się chwilę: „Ale ja też dość długo przesiaduję w ubikacji, wie pan, gazetka, papieros, to chyba też nie byłoby korzystne, gdybym przeniósł tam ubikację, skoro to takie złe miejsce? - spytałem. – Tak, lepiej niech pan za długo nie siedzi w ubikacji, kiedy już ją pan tam przeniesie, bo nie dość, że pan będzie stale zdenerwowany, to jeszcze nabawi się pan żylaków” - powiedział. „Od tej żyły wodnej?” – spytałem. „Nie, od siedzenia na klozecie” - odpowiedział. Podziękowałem mu za cenne wskazówki, odprowadziłem do drzwi, uiściłem słoną opłatę za „badanie” (jak się wyraził) i zamknąłem za nim drzwi.
Czeka mnie kompleksowy remont - pomyślałem - ale z czego mam go opłacić, skoro jestem ubogim, urzędnikiem?

*

Rzecz jasna, na remont nie było mnie stać. Remontu nie planowałem, nie tylko z braku pieniędzy na remont, ale także dlatego, że było mi wygodnie tak, jak było. Wcale nie uważałem, że z ubikacją w miejscu pokoju i pokojem w miejscu ubikacji, oraz kuchnią w miejscu sam już nie pamiętałem jakim, będzie mi lepiej. Gdy się dłużej nad sprawą zastanawiałem zacząłem mieć wątpliwości, co dokładnie mówił różdżkarz. Z czasem zaczęło mi się mylić, co mam gdzie przenieść: czy pokój w miejsce kuchni, a kuchnię w miejsce ubikacji, czy odwrotnie. W końcu w ogóle przestałem się nad tym zastanawiać, bo i tak nie stać mnie było na remont. Przez chwilę zastanawiałem się, przyznaję, czy tego remontu nie zrobić, bo jednak wizja dobrego samopoczucia zdawała mi się pociągająca. Ale wystarczyła jedna wizyta budowlańca, który – jak się wyraził: „różne rzeczy robił&#8217; - by mi się remontu odechciało. Fachowiec, gdy mu wyjaśniłem, że chcę przenieść ubikację do pokoju, a pokój do ubikacji, popatrzył na mnie dziwnie, zmrużył oczy i powiedział: „wie pan, różne rzeczy robiłem, ale to, co pan mówi, przechodzi ludzkie pojęcie”. Fachowiec od „różnych rzeczy” wysłuchał cierpliwie moje tłumaczenie, szczególną cierpliwość wykazał, kiedy mu opowiadałem o różdżkarzu i jego zaleceniach. - Wie pan, różne rzeczy słyszałem, ale o takim różdżkarzu pierwszy raz słyszę! – powiedział. I dodał: - A czy różdżkarz, z łaski swojej, wie, jak przebiegają ciągi instalacyjne w budynku? Powiedziałem, że chyba nie wie, bo mnie o żadne plany nie pytał. - No właśnie - powiedział fachowiec od „różnych rzeczy”. - Tego, co panu powiedział różdżkarz, nie da się zrobić – powiedział. Kiedy kiwałem głową na zgodę, że się nie da, bo już byłem zdecydowany na nie przeprowadzanie tego remontu, fachowiec od „różnych rzeczy” dodał: - Wie pan, różne rzeczy w życiu robiłem, nawet raz to robiłem coś podobnego, co mi pan teraz opowiadasz. Ale to był bardzo dziany gość, którego było na to stać. Pan, jak widzę po mieszkaniu, dziany nie jest, pana na to nie stać. Uczciwie mówię, bo wie pan, mógłbym tu panu różne rzeczy opowiadać, żeby tylko jakąś robotę dostać, ale ja uczciwy jestem. A poza tym do końca roku mam zajęcie. Na wiosnę, jak się pan upiera, to mogę przyjść z ekipą i zrobić. Ale, tak jak mówię, różne rzeczy robiłem, a tej się podejmę z oporami – rozgadał się. Podziękowałem, dałem na flaszkę i nie kryjąc ulgi rozstałem się z fachowcem. Remont mieszkania zarzuciłem. „Nie tędy droga” – myślałem potem siedząc nad wiśniówką, bo bardzo lubiłem wiśniówkę, i w takich monetach wiśniówka pozwalała mi nabrać dystansu do wielu spraw. Siedziałem więc nad tą wiśniówką i zastanawiałem się nad słowami różdżkarza i tym, co przeczytałem w miesięczniku „Nowy Nowoczesny Wróżbita”. A może właśnie dobrze, że moje biurko stoi w tym miejscu, w którym stoi? - skonstatowałem. Pomyślałem bowiem, co by się stało, gdybym pokój z biurkiem przeniósł w miejsce ubikacji, i wyszło mi, że mój zapał pisarski mógłby ostygnąć. Stwierdziłem bowiem, że najlepiej mi się pisało, kiedy byłem rozdrażniony. Gdy byłem w melancholijnym nastroju, w ogóle mi się pisać nie chciało. A co, jeśli zacznę pisać prozę mieszczańską, zamiast prozy walczącej z drobnomieszczaństwem? – pomyślałem. W gruncie rzeczy czułem się drobnomieszczaninem, ale za żadne skarby, nawet za wydanie książki w wielkim wydawnictwie, nie przyznałbym się do tego. Chciałem uchodzić za pisarza walczącego z drobnomieszczaństwem i moje opowiadania, wiersze, poematy, co tam wtedy pisałem, wszystkie miały zabarwienie antymieszczańskie. Być może tylko ja to zabarwienie dostrzegałem, ale gotów byłem bronić tezy, że jestem pisarzem antymieszczańskim. Za takiego się uważałem i takim chciałem być odbierany. Wiedziałem bowiem, że jeśli mam być sławny i bogaty, nie mogę być drobnomieszczański. Drobnomieszczanie z założenia nie są sławni i bogaci, bo są drobnomieszczanami. Mając pokój z kuchnią i ubikacją, nieważny był w tym wypadku układ pomieszczeń, byłem przecież drobnomieszczaninem z krwi i kości. Także praca, którą wykonywałem, była typowo drobnomieszczańska. Czyż urzędnik nie jest drobnomieszczaninem? Oczywiście, że jest! Więcej, moje marzenia też były drobnomieszczańskie, bo każdy drobnomieszczanin marzy o sławie i pieniądzach. Właściwie jedyne, co we mnie nie było drobnomieszczańskie, to chęć bycia pisarzem. Choć może ta chęć też jest popularna wśród drobnomieszczan? Pewnie tak, skoro ja ją miałem, a byłem stuprocentowym drobnomieszczaninem. Tak więc z dwóch powodów nie zmieniłem układu pomieszczeń w moim mieszkaniu – z braku środków i z obawy, że stracę wenę. Nie jest pewne, czy ja w ogóle tę wenę miałem, ale tak czułem. Czułem, że moje utwory muszę pisać w kontrze do mojego trybu życia, trybu życia drobnomieszczanina. A tak mogłem je pisać tylko w pokoju, na żyle wodnej, a nie w ubikacji, gdzie żyły nie było. Tej myśli się trzymałem, dzięki tej myśli zaoszczędziłem masę pieniędzy, których i tak nie miałem.


*

Ale moimi wysiłkami pisarskimi, mimo że starałem się jak mogłem być antymieszczański, wzgardzono. Pisma literackie, jakby się zmówiły, nie chciały publikować moich antymieszczańskich wierszy i opowiadań. Pisali mi: „Bardzo dziękujemy za teksty. Niestety, nie jesteśmy zainteresowani”, albo „Nie jesteśmy zainteresowani”, albo „Nie zdecydowaliśmy się na druk pana wierszy”, albo „Nie zdecydowaliśmy się na druk pana opowiadań, ale proszę się nie zrażać, tylko pisać dalej”. Nie zrażałem się więc i pisałem dalej. Tylko co z tego, skoro wciąż dostawałem te same odpowiedzi, aż nastał czas, gdy chyba już redaktorzy tych wszystkich śmiesznych czasopism ukazujących w się nakładach rzędu 200-300 egzemplarzy, chyba się na mnie poznali i zapamiętali moje nazwisko, bo w ogóle przestali mi odpowiadać. Słałem więc upomnienie, bo poza tym, że byłem ambitny, byłem także upierdliwy. Chciałem wiedzieć, dlaczego mnie nie chcą. A oni nie chcieli mi powiedzieć, dlaczego mnie nie chcą. Im intensywniej zabiegałem o odpowiedź na pytanie: dlaczego mnie nie chcą, tym rzadziej mi odpowiadali. Zamiast sprawę przemyśleć, rzucić to całe pisanie w cholerę, podbudowany historiami o pisarzach, którzy się nie poddali i osiągnęli sukces, sławę i pieniądze, brnąłem dalej w szaleństwo literackie. „Przecież oni wszyscy piszą o niczym, więc dlaczego moje pisanie o niczym im się nie podoba? – dociekałem. „Ich pisanie o niczym jest nic nie warte, tak samo jak moje, ale ich jest drukowane, dostają nagrody, kiedy już ich wydrukują, nawet organizują im spotkania autorskie, a ja sam nie dość, że nie jestem drukowany, to nawet nie mam szansy skonfrontować swojego pisania z czytelnikami czy słuchaczami, bo mnie nikt do czytelników czy słuchaczy nie dopuszcza”. Wtedy wpadłem na to, że trzeba się pojawić w internecie, gdzie każdy ma te same prawa: nieważne, czyś geniusz czy grafoman, jeśli tylko chcesz, to możesz wszystko. Tak myślałem o internecie. Zalogowałem się więc na wszystkich możliwych forach literackich, na których mogłem bezkarnie, jak sądziłem, zamieszczać swoje utwory. Moje wiersze, sonety, treny, opowiadania, eseje, ba! – psalmy, zaczęły się mnożyć w zastraszającym tempie. Od samego początku spotkałem się z kompletnym niezrozumieniem. Krytyka, jaka mnie spotkała, mogłaby powalić nosorożca, ma szczęście ten ssak, że nie wziął się za poezję, bo wymarłby bezapelacyjnie. Internauci w komentarzach mieszali mnie z błotem, wdeptywali w ziemię, a najłagodniejsze określenia, z jakim się spotkałem, a które dotyczyło mojego wiersza, brzmiało: „Słabe”. Uczepiłem się tego „słabe”, jak ostatniej deski ratunku, jak wyciągniętej mi na ratunek ręki, ucapiłem się tego „słabe” tak mocno, że jeszcze zwiększyłem bieżącą produkcję literacką. Zapełniałem pamięć komputera kolejnymi plikami tekstowymi, wlewałem moje płody na fora i wyczekiwałem za swój trud nagrody, choćby jeszcze jednego żałosnego komplementu, za jaki uznałem „słabe”. Ale już „słabe” nie pisali, pisali dużo słów na „ż”: „żałosne”, „żenujące”, albo i gorzej, choć już te słowa nie były na „ż”: „rzygać się chce”, „masakra”, „flaki z olejem”, „katastrofa”, „administratorze, czyń swoją powinność, zbanuj tego grafomana, bo czytać hadko!”. Nikt by tego nie wytrzymał, ale ja wytrzymałem. Nie wiem czy to jest powód do dumy, ale to na pewno jest stwierdzenie stanu rzeczy. Żałosny koniec – tak, mieli rację drodzy internauci – mój koniec był żałosny, jak żałosne było moje pisanie, nastąpił w pewien wieczór, który pozornie miał być wieczorem mojego triumfu.
Najpierw jednak było pismo, które obudziło nadzieję w moim sercu, rozbudziło iskierkę, która ledwo się tliła.

*






Ninette Nerval - Kalifornijski Supermarket





Ninette Nerval-
Studiowała na Sorbonie, Uniwersytecie w Wiedniu i Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikowała m.in. w: „Kwartalniku Filozoficznym”, „Odrze”, „Toposie”, „Dwutygodniku”, „Arteonie”,„FAarcie”, „Sztuce i Filozofii”, „Zeszytach Poetyckich”, „Exklusivie”, „Estetyce i Krytyce”, „Nowej Krytyce”, „Kresach”, „Pograniczach”, „Czasie Kultury”,„Arteriach”, „Literacjach” „Zadrze”. Publikowała poezję, prozę, przekłady literatury pięknej, artykuły naukowe, teksty z historii sztuki etc. Jej wiersze były publikowane w antologii młodej poezji polskiej Anthologia#2 (Londyn 2010), antologii współczesnej poezji polskiej pt. Poeci i poetki przekraczają granice. 100 wierszy (pod red. Konrada Kędera, Ingi Iwasiów, Piotra Śliwińskiego, a także zostały przetłumaczone na język angielski i francuski.
W 2011 roku ukazała się jej debiutancka książka z wierszami pt. Dasein Design (Miniatura, Kraków 2011) nagrodzona drugą nagrodą w VIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim "Złoty Środek Poezji" Kutno 2012 na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2011, a także zgłoszona do nominacji Paszportów Polityki.



Robaczywa miłość

wczoraj rano
wysłałeś mi paczkę
z jabłkami
zanim dotarły wszystkie
się zepsuły



Ninette Nerval. Kalifornijski Supermarket. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2012.




Szymon Bira - światło umieranie





Szymon Bira- ur. 1987. Mieszka w Bytomiu.W 2004 roku zdobył I miejsce w II Ogólnopolskim Przeglądzie Twórczości Poetyckiej „Rzeźba słów" pod patronatem Jacka Kaczmarskiego. Przez ostatnie dwa lata związany z projektem literackim REJONY. „światło umieranie" jest jego debiutem poetyckim.



Wiersze z debiutanckiego tomiku



odpuść
rzekomych
wstrząsów
upał

po pierwsze
jest to upał
trudność w jego obliczu
następnie też
krańce

skąd by się ta śmierć
wzięła następnie

31.08.2006.





a nawet gdyby samego boga przysłali
to my wiemy o pięciu tylko zdradach
jego kobietach kukłach zdradach
samowyzwoleniach naszych
poniekąd trafnych
wezwań zebrań alkoholu wyrazu krzyku
i krzyku

27.09.2006





do rączki
weź poręcz
Dolores
i nie zapomnij
że miałem
gwiazdy
w palcach
trzecie stworzenie

16.05.2007





leśniczy liże liście
i gdzieś w to uda sarenki

wraca - żona leśniczego piecze
sarninę ten się przypomina

pogodzeni wieczerzą spożywają
małżonek nie milczy

kobieta też spożywa
mięso roznosi zapach

błogosławi strawę słowem
mężczyzna rozczesuje wieczerzę

20.05.2007





zanim się obejrzysz
mężczyzna zna sztuczki
na przystanku zaskarża
zawsze modliliście się razem
były słowa


oddycha za ciebie
za nim się oglądaj
po prostu nie skracaj nie sugeruj
półobrotu i tak
cienkiej myśli
już wady

03.06.2007




wszystkiego
ale nazwij to sobie

kombinacji nie liczysz
powtarzam

zrezygnuj zredukuj zaskocz zeskocz zestaw
pięść pień pieśń

trzecia zbiera pierwsze
zejdźmy niżej

nie ma końca
rano jechałem

po starocie
na ziemię

i jeszcze opowieść
bardzo żywa

06.07.2007


BIRA Szymon. "światło umieranie". Nowa Ruda. MaMiKo, 2008





Jacek Mączka - Bliższe okolice




Dr Jacek Mączka (1965), poeta, literaturoznawca. Autor tomików poezji (najnowsze – Pomyśleć prześwit, Wydawnictwo "Miniatura", Kraków 2009 oraz Kroisz coraz cieńsze, Wydawnictwo "Miniatura", Kraków 2009). Napisał obszerną monografię - Powidła dla Tejrezjasza. O poezji Janusza Szubera, Księgarnia Akademicka, Kraków 2008. Publikował, między innymi, w Akcencie, Frazie, Inspiracjach Jungowskich Albo Albo, Kresach, Kwartalniku Artystycznym, Nowej Okolicy Poetów, portalu culture.pl, prowadzonym przez Instytut Adama Mickiewicza, Tyglu Kultury, Tygodniku Powszechnym, Rzeczypospolitej, Studium. Laureat Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina i Tyskiej Zimy Poetyckiej. Jego książkę Dalsze ciągi zakwalifikowano do drugiego etapu Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej SILESIUS



Kilka wierszy z tomu "Bliższe okolice". Książkę wydano 30 kwietnia 2010 roku.



Już raz niosłeś tę opowieść


Biała Cerkiew w Międzybrodziu. Komary
jak oszalałe. Smak czarnych owoców
morus alba. Lepka słodycz, na koniuszkach palców

piszący i pisany – tak samo bezradni.
Ich niepewny uchwyt nad krawędzią
dołem wzburzony San – powtarzalność

rzeczy i spraw przyprawia o zawrót głowy
pies niesie w pysku śniętą rybę
słońce prześwietla kosmyk włosów.



Epistola



W Międzybrodziu, obok paryi, na wyraju – złotookie jaszczurki
grają w berka. Strzępi się z zapadniętej cerkwi ton dzwonów.

Senny. O San miedzianołuski (jak żmija). Grzebienie
porohów stroszy. Na Horodyszczu w srebrną kołystkę

wypłukaną przez deszcze – echem. Listy śle bukwą
koślawą. Brązowy enkolpion z pestką meteorytu.



Świat


Nawet stąd mogę widzieć.
Grudniowy wieczór. Ojciec i ja.
Mam trzy, może cztery lata.

Chrzęst zmrożonego śniegu
pod butami. Przód drewnianych sanek
i płozy podbite metalową taśmą
czasem lekko w górę.

Opatulony po czubek nosa
kocem w zieloną kratkę –
nie dostrzegam otaczających

nas ciemności.



Mgła


tak jakby za najbliższym wzniesieniem kończyło się wszystko
głuchy brzęk pustych wiader i szczekanie psa niebo
hermetycznie przystaje do ziemi granice zacierają się nikną
nie mogąc zmienić nic z tego co miało się wydarzyć
zapalasz papierosa Załuż Tyrawa Solna Wujskie –
terra incognita – tracą resztki materialności obrócone w mit



Deptane po drodze


Capsella bursa pastoris – tasznik pospolity. Dla nas,
brzdąców – zwyczajnie „chlebek świętojański”. Sercowate
łuszczynki pełne złotych nasion, wbrew zakazom dorosłych,
miażdżone z błogością zębami. Koźlonogi pies
Wielkiej Bogini, grubiański i nieokrzesany, kontent klepał się

po owłosionym brzuchu. Teraz, przewertowawszy na próżno
liczne leksykony, z obowiązku kronikarza – przywołuję inne imiona:
kaletka pasterska, bydełnik, tobołki pastusze, kaszka,
boursea pasteur, shepherd&#8217;s burse, borsa di pastore.
Uznajmy to za przyczynek do poezji zielników

albo świadectwo śmiertelności słowa.




Tkliwość rozkruszy gołoborza

Gładko milkną ptaki, na dnie
słoiczka – garstka czubrycy.
Szron wokół szczęk, skwar
muska białe kamienie.
Tętnią zetlałe zgliszcza –
łęgami spłoszony San.



Pandemonium

W lesie leszy straszy. Majki – płaczki zawodzą,
dziewonie po runie. W kłosach zboża poświst
z sykiem albo latawiec na wielkich skrzypiach gra.
Rusawki rano po rosie. Południce na miedzy,

mamuny jak lalki malutkie. W stawie nagi topich.
Oblepiony błotem. W czerwonej czapeczce. I nie pomoże
ubożę pod progiem. Ani stulik, woniej, lastowicznik,
gałązki liszkowe (z leszczyny), miodu naparstek

pod dziki bez. Ani okadzanie dymem ze świńskiego łajna .



Prowcza

Potok gada gate gate para gate
parasam gate bodhi swaha, owcze
dzwonki wtórują, mężczyzna
w szelkach ostukuje młotkiem
siewnik z rdzy. Dźwięki są wyraźne
Czysto rozchodzą się w powietrzu i znikają.



MĄCZKA Jacek. Bliższe okolice NowaRuda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. Poezja polska.
ISBN 978-83-60224-48-9




Jarosław Jakubowski - "Ojcostych"

                         

Fragment poematu:

Ojcze, nie wiem jak zacząć, znowu
Odbierasz mi broń. Ojcze Wielki i Niepojęty,
O głosie grzmiącym niby piorun w majową,
Duszną noc, o brodzie przystrojonej srebrnymi nićmi
Doświadczenia, o dłoniach mocarnych jak
Dwa lemiesze, którymi wyrywasz najdziksze
Chwasty i czynisz ziemię posłuszną swej niewzruszonej
Woli. Ojcze, Twoje rozliczne prace gospodarskie
To niedościgłe dla mnie mistrzostwo.
Nigdy nie dorównam Tobie w utrzymywaniu
Stałej i bezpiecznej temperatury pieca centralnego
Ogrzewania, niezbadane pozostaną dla mnie tajemnice
Elektryki, ciesiółki, smołowania dachu,
Uszczelniania rynien, nikt tak jak Ty
Nie potrafi nieporządku w obejściu
Zmienić w cudny ład, nikt tak jak Ty
Surowo nie obchodzi się z rozpustną asymetrią,
Dając jej popalić tak, że znika w wielkim przerażeniu.
Pod Twoim surowym spojrzeniem
Kulą się zwierzęta i nawet rośliny zdają
Się pochylać w pokorze, kiedy fachowo
Zadajesz im nawozu lubo też studziennej wody.
Nie złamią Cię przeciwności, którymi
Tak hojnie szafuje nieprzekupny Los, nie
Ugniesz się pod razami chorób i licznych
Przykrości od niewdzięcznych bliźnich,
Rodzonych dzieci nie wyłączając, niestety.
Niezniszczalny jesteś jak lita skała, która
Z głębin Ziemi wypłynąwszy, przez milion lat
Miękkość swą i żar oddała zimnej hardości
Bazaltu. O, Wielki Ojcze, Wielki
I Niedosiężny jak wzór metra ukryty
W podparyskim Sevres lub wzór sekundy
Wciąż uciekający detektywom światła.
Jakże mi Ciebie opisać, mnie, niegodnemu
Stać w Twoim rozłożystym cieniu, a co dopiero –
Opowiadać ojcowskie historye. Nawet nie śmiem
Prosić o Twe pozwoleństwo, dlatego
W ukryciu kreślę te tu strofy, próbując
Z nich wywieść kiedy, jak i dlaczego
Stałeś się tak potwornie Wielki, że nie ma
Środków lokomocji, by objechać całą Twą
Dziedzinę oraz urządzeń mierniczych, by zmierzyć
Ją i rozrysować na mapie pstrej i płaskiej.
Wchodzę dziś w Twe włości jak złodziej,
Włamywacz, jak menel bezdomny, który
Na wycieraczce plecionej z konopnego sznura
Złożywszy swoją ciężką głowę,
Namiastkę domu śni, dopóki nie
Zbudzi go wzburzony okrzyk lokatora
Lubo też kopnięcie. Och, Ojcze, gdybyś mógł
Usłyszeć słowa, które mam pod czaszką,
Lecz które nijak nie mogą i nie potrafią
Opuścić jej i opaść atramentowym deszczem
Na kratkowaną biel mojego zeszytu!
Słowa, które tam, po czaszką siedzą
Najpewniej zmarszczką głęboką naznaczyłyby
Ci wysokie chmurne czoło, ale przecież nie potrafią,
Nie mogą się zdradzić, to jest sprzeniewierzyć
Przyrodzonemu poddaństwu, z jakim dziś lepię te wiersze,
W poddaństwie tym bezpiecznym się czując
I może nawet pewności siebie, może nawet
Odwagi i męstwa nabierając, niby kiełek,
Który wzrastając w inspekcie, przesadzony
Być może następnie na przestronniejsze areały.
Ach, Ojcze, Ojcze, Ojcze czemuś
Mnie nie opuścił, kiedy pora była ku temu?
Na przykład – kiedy magiczną 18 lat granicę
Przekroczywszy i jeszcze jeden rok, wyruszyłem
Po wiedzę na północną stronę, do miejsca
Wrzeszczem zwanego, chyba przez wzgląd
Na żakerię wrzeszczącą nocną porą wśród sennych
Akademików. Dlaczego regularnymi przekazami
Pieniężnymi, a także domową wałówką karmiłeś
Bachusa i mnie, wiernego ucznia jego?
Nie lepiej było zostawić marnotrawnego na pastwę
Bractwa piwoszy, tudzież amatorów rosyjskiej
Wódki dumnym imieniem Kutuzowa zwanej lubo też
Spirytusu słabo rektyfikowanego o królewskiej
Nazwie Royal? Tak, Twój marnotrawny
Pieniądze i wysiłek Twój cały marnotrawił w
Podrzędnych spelunkach oraz technoklubach,
Które w owe czasy kraj nasz cały pokrywać
Poczęły migoczącą siatką, na pohybel babciom
Dzwoniącym na 997 ze skargą, że głośno,
Choć od 22 już minęło ze siedem zdrowasiek.
Ach, nie o mnie tu mowa, może kiedy indziej
Znajdzie się okazja, a i siły, by
Zmierzyć się z otchłannym tym tematem,
Jakim było studiowanie w miejscu Wrzeszczem
Zwanym, w Politechniki gmaszysku solidnym i starym,
W stylu wilhelmińskim utrzymanym wielce.
To tam nie zdobyłem zaszczytnego tytułu
Magistra Inżyniera, czyli mistrza od wznoszenia domów,
Tam też nie zapoznałem przyszłej, miłej żony,
Ani też nie zapłodniłem uczynnej koleżanki
Z sąsiedniego piętra, która w nadziei jakiegoś
Zbliżenia lubo choć rozmowy pożyczała chłopakom
Przybory kreślarskie i notatki kserować dawała.
Ale dość już o tym zmarnowanym,
Lecz wesołym czasie! Czasie ubawu
Po pachy i po świt blady, kiedy się wracało
Do cichego pokoiku na parterze
Szczęśliwie umieszczonym, dzięki czemu
Mogło się omijać bystre oko portierki
I po parapecie przemykać do wyrka.
Czasie pożyczania i nieoddawania, czasie
Na kocią łapę z czasem, ech, durny, lecz
Beztroski czasie sesji letniej, kiedy miast
Wykładów utrwalaliśmy w sobie upojenie
Na sopockim molo, Bachusa personel, niedoszłe inżyniery!
Nie o was mi dzisiaj tu pisać, lecz o Starym,




Jarosław Jakubowski - "Ojcostych" Mamiko, 2007

..........




Andrzej Trembaczowski - Sen





Rocznik 1951; urodzony w Lublinie, gdzie mieszka do dziś.
Żonaty, dwoje dzieci: córka i syn.
Z wykształcenia fizyk, z zamiłowania przyrodnik. Empirysta – "patrzę, obserwuję, wyciągam wnioski".
Zainteresowania: rozmaite.
Hobby: wędkarstwo, żeglarstwo, fotografia i leśne wędrówki.
Książki: „Nocne połowy ryb”, PWRiL 1989, „Zanim wyruszysz, czyli coś o survivalu”, Dom Wydawniczy Bellona 1996, artykuły o wędkowaniu i o survivalu, opowiadania wędkarskie (w przygotowaniu).
Od kilku lat związany z witryną Internetową „Rybie Oko” i Klubem Wędkujących Internautów.



VIII


    Ogromna, czerwona kula unosiła się nad horyzontem. Powierzchnia rzeki parowała. Niziutko przesuwały się czerwonawe mgiełki. Basowy pomruk wibrował w powietrzu. Dwa śmigłowce zawisły nieruchomo, potem zbliżyły się, rosły i rosły, aż przesłoniły sobą wszystko. Huk silników potężniał, stawał się trudny do wytrzymania. Wewnątrz siedzieli dziwni ludzie w srebrzystych kombinezonach. Chris zbudził się.
    -Dziś mija siedmiutysięczny czterechsetny dzień Nowej Ery - oznajmił na powitanie komputer, jakby bardziej uroczystym głosem. - Miłego dnia, Chris.
    Chris skończył śniadanie i popijał kawę. Śniadanie wyjął jak zwykle ze skrzynki. Odkąd przeszedł na poziom szósty, ani razu nie był w jadalni. Wolał zamawiać posiłki do domu. W ten sposób mógł wybierać pomiędzy rozmaitymi ofertami, zamiast brać z lady co popadnie, jak to robił kiedyś. Prawdę mówiąc niewiele zyskiwał na tym. Najczęściej nie wiedział, co kryje się pod nieznaną nazwą. Przedtem wybierał dania "na oko", sugerując się ich wyglądem, teraz pozwalał składać komputerowi propozycje. Ale zawsze stanowiło to jakąś odmianę, poza tym mógł określić, czy woli danie zimne, czy gorące. Czasem życzył sobie czegoś "retro". Tym razem na śniadanie zjadł okrągłe placuszki. Były ciepłe, trzeszczące w zębach i nadziane czymś kwaskowatym w środku.
    "A więc minęło już prawie pięćdziesiąt dni od wakacji" - pomyślał, przypominając sobie domek nad morzem, podwodne przygody, żeglarskie popisy Henryka, a także safari. Zerknął na rogi wiszące nad kominkiem. "Pięćdziesiąt dni" - westchnął. Cały ten czas poświęcił rozwiązywaniom problemowych testów. Jedynym urozmaiceniem były spacery po "tamtej stronie", jak je sobie nazwał, no i Kid. Mimo woli przypomniał sobie ostatnią wycieczkę i morderstwo, którego byli świadkami. Wzdrygnął się. Nie chciał o tym myśleć, wolałby o tym zapomnieć, ale to nie było takie proste. Nie potrafił. Przerażenie i bezsilność - oto co czuł wtedy, gdy powstrzymany kurczowym chwytem drobnej dłoni Kida cofnął się i schował za pojemnikami. Te uczucia towarzyszyły mu podczas pośpiesznego powrotu i nie opuściły go do dziś. Nie potrafił się od nich uwolnić. Próbował uciec od tych strasznych przeżyć, ucząc się intensywnie, czasem mu się to udawało, wystarczało jednak, aby skończył rozwiązywać testowe zadanie i znów tamta okropna scena pojawiała się mu przed oczami. Wracała natrętnie tak, jak ten niezrozumiały, koszmarny sen. Nawet częściej. Chris nie mógł pogodzić się z tym, że wszystko toczy się jak dawniej, tak jakby właściwie nic szczególnego nie zaszło. Cóż jednak miał robić?
    Aby oderwać się od tych natręctw spróbował skupić się nad tym, co usłyszał na powitanie.
    Zwykła, codzienna, banalna informacja - oto rozpoczyna się kolejny dzień. Co oznacza siedmiutysięczny czterechsetny dzień Nowej Ery? Dlaczego ton głosu był uroczysty? Może zdawało mu się? Jakiż to powód? To, że ostatnie dwie cyfry są zerami, nie było przecież niczym szczególnym? Nonsens. Za kolejne sześćset dni będzie równe osiem tysięcy, no to co? Też nic. Czy się coś z tego powodu zmieni? Być może awansuje, być może będzie wtedy na siódmym poziomie, może dadzą mu jakąś pracę, ale to nie wyniknie przecież z okrągłej daty! Nowa Era... Za dwa tysiące sześćset dni nastąpi kolejne zerowanie, drugie od Wielkiego Wydarzenia, które zapoczątkowało Nową Erę. No i co z tego?
    Pod wpływem tych refleksji, a może mimo wszystko z powodu bardziej uroczystego powitania, Chris postanowił spędzić ten "okrągły" dzień inaczej. W końcu znalazł pretekst, by odstawić testy i poszperać trochę w encyklopedii. Zapragnął dowiedzieć się czegoś o czasach poprzedzających Wielkie Wydarzenie. Z zapałem zabrał się do poszukiwań. Od razu napotkał trudności, jak zwykle, kiedy nie wiedział dokładnie, jak nazwać to, czego szukał. Od czego zacząć? Zapytał o Wielkie Wydarzenie. Rozległ się dźwięk, jakby frazy hymnu, a potem męski głos powiedział patetycznym tonem:
    - Witaj w siedmiutysięcznym czterechsetnym dniu Nowej Ery. Masz szczęście żyć w czasach powszechnego pokoju i dobrobytu. Ciesz się. Oto minęło już siedemnaście tysięcy czterysta dni od ostatecznego zwycięstwa nad wszelakim złem panującym na Ziemi. Siedemnaście tysięcy czterysta dni tryumfu rozumu ludzkiego. Już siedemnaście tysięcy czterysta dni przeszło od zaprowadzenia nowego ładu społecznego, opartego na racjonalności, wzajemnym poszanowaniu i odrzuceniu przemocy. Siedemnaście tysięcy czterysta dni temu ludzkość pokonała wreszcie dręczące ją upiory. Raz na zawsze, dzięki rozumowi, człowiek wyzwolił się z jarzma pętających go ciemnych demonów. Wyzbył się wszelkich popędów i negatywnych emocji. Zapanował Nowy Ład i trwać będzie wiecznie.
    Chris nie wiedział, jak przerwać to przemówienie, ale na szczęście głos zamilkł i zrobiło się cicho. Dziwne, został zasypany lawiną słów i właściwie nie dowiedział się niczego. Dalej nie wiedział, czym było to całe Wielkie Wydarzenie ani kto zaprowadził Nowy Ład. Nie było również mowy o tym, jak ten Nowy Ład zaprowadzono i jakich to cudów dokonano, aby "wyzwolić rozum ludzki" i pozbyć się "dręczących ciemnych sił i upiorów". Znów przypomniał sobie morderstwo, którego był świadkiem. Coś tu się nie zgadzało.
    Postanowił wyjaśnić zagadkę inaczej. Przywołał kalendarz, nastawił datę na trzydzieści tysięcy dni wstecz i uruchomił. Okienko podręcznego ekranu zamigotało. W mgnieniu oka przemknęły cyfry i obrazy. Potem nagle wszystko zatrzymało się, ekran zgasł i pojawił się napis-ostrzeżenie, że będzie stosowana inna jednostka czasu. Chris niecierpliwie uruchomił ponownie kalendarz. Ekran znowu ożył, ponownie pojawiały się i znikały rozmaite sceny, jednak wolniej. Skoki pomiędzy chwilowymi obrazami stały się wolniejsze na tyle, że prawie można było rozpoznawać to, co przedstawiały. Wreszcie ekran uspokoił się i przestał migotać. Chris zobaczył miłą, uśmiechniętą twarz dziewczyny, która powiedziała:
    - Jest niedziela, dwudziestego stycznia dwa tysiące piętnastego roku. Właśnie minęła siódma zero zero czasu środkowoeuropejskiego. Imieniny obchodzą Fabian i Sebastian. Wszystkiego najlepszego! Nad Europą umocnił się rozległy wyż. Mamy słoneczną, lecz mroźną pogodę, tylko na Wyspach Brytyjskich niebo jest zachmurzone, a temperatura bliska zeru. Na Bałkanach i w południowej części Półwyspu Iberyjskiego temperatura przekracza dziesięć stopni. W rejonie Alp spodziewane są zamiecie i burze śnieżne. Kierowcom zmierzającym w tamte strony zalecamy szczególną ostrożność. Na Półwyspie Skandynawskim i w środkowej części kontynentu panują tęgie mrozy. Zziębniętych zapraszamy do Grecji - uśmiechnęła się. - Słoneczna pogoda sprzyja dobremu samopoczuciu. Podajemy wiadomości.
    Już ta porcja informacji dotycząca pogody szokowała. Nie chodziło o inną rachubę czasu, mniejsza z tym. Co innego uderzyło Chrisa. Szczegółowy opis pogody świadczył o zależności ludzi żyjących w tamtych czasach od warunków atmosferycznych. Głosik wyrecytował dalej najważniejsze wydarzenia. Ekran wyświetlał zmieniające się sceny. Kolejno pojawiło się kilku komentatorów, każdy z nich coś tłumaczył, ale Chris niewiele z tego rozumiał. Oto ktoś z kimś zawarł jakieś porozumienie, ktoś inny z kimś innym nie potrafił się porozumieć. Gdzie indziej znowu jakieś ustalenia nie zostały dotrzymane i spowodowało to zamieszki. Chris zobaczył tłum wzburzonych ludzi. Krzyczeli i rzucali kamieniami. "Skomplikowane to wszystko" - westchnął. Potem dowiedział się o oskarżeniu któregoś z dalekowschodnich koncernów o nielegalną sprzedaż urządzeń elektronicznych do strefy arabskiej oraz że było to pogwałceniem nałożonego na te towary embarga.
    - Same niezrozumiałe terminy - mruknął. Później jeszcze zobaczył skutki wybuchu bomby w centrum Paryża. Znów pojawiły się gadające twarze. Komentatorzy próbowali ustalić, jakie ugrupowanie terrorystyczne było odpowiedzialne za tę masakrę. Najpierw nikt się nie przyznał, a potem aż dwie grupy terrorystów. Jedna nazywała się "Bojownicy Czerwonego Wschodu", a druga "Front Wyzwolenia Ziemi - Frakcja Radykalna". Chris nie mógł pojąć, jak ktoś w ogóle mógł się dopuścić takiej zbrodni. Następnie dowiedział się o aresztowaniu jakiegoś Wiaczesława, oraz że jest on prawdopodobnie łącznikiem mafii rosyjskiej. Znowu "mędrcy" snuli wywody o wszechpotędze tej mafii oraz o jej powiązaniach z czołowymi politykami i światem biznesu. Przy okazji nadmienili o powszechnej korupcji.
    Kompletnie zdezorientowany Chris ledwie zapamiętawszy kilka terminów wyłączył kalendarz i wrócił do encyklopedii. Zaczął cierpliwie odszukiwać zapamiętane hasła i dokopywać się do ich znaczeń. Brnął w ten sposób coraz dalej w gąszcz niezrozumiałych określeń i ani spostrzegł, gdy minęło mu całe przedpołudnie. Poczuł głód i zaprzestał dalszych poszukiwań. W głowie miał kompletny zamęt. Zdążył przyswoić sobie mnóstwo nieznanych dotąd terminów. Obejrzał na ekranie nieprzebraną ilość rozmaitych, dziś już nieużywanych przedmiotów, nawet zapamiętał nazwy niektórych. Wykonał gigantyczną pracę, ale nadal nic nie rozumiał. Nie dowiedział się ani czym było owe Wielkie Wydarzenie, ani na czym polega Nowy Ład i co zrobiono, aby dzisiejsze życie uczynić tak odmiennym od tego sprzed trzydziestu kilku tysięcy dni. Sama zmiana sposobu rachuby czasu też była intrygująca - dlaczego ją zmieniono?
    Różnice pomiędzy życiem ludzi z minionych czasów a jego własnym były olbrzymie. Rzeczywiście, obecnie panował spokój i porządek. Nie było takiego ogromnego, porażającego wręcz zamieszania. Oto siedzi sobie wygodnie przed komputerem, stara się wyjaśnić interesujące zagadki. Nie obchodzi go pogoda, zresztą w każdej chwili, gdy zechce, może ją zmienić, przynajmniej wizualnie. Za chwilę zamówi sobie obiad. Tak, rzeczywiście żyje się łatwo. Nic złego nie dzieje się, żadne nieszczęście nie może go spotkać. Nie grożą mu żadne niebezpieczeństwa. Nie ma katastrof, trzęsień ziemi, bandytów. Jest bezpieczny, w każdej chwili może...
    Nagle - ta myśl była uderzająca - uświadomił sobie na czym polega podstawowa różnica. Komputer wymienił na powitanie datę i życzył miłego dnia. Wywołany z kalendarza dzień rozpoczynał się całym zalewem informacji, od pogody po rozmaite wydarzenia. Czy świadczyło to tylko o panującym wówczas chaosie? A może... może teraz nie podaje się żadnych informacji? Tak, to niemożliwe, aby nic się nie działo! A morderstwo, którego był świadkiem?!
    Chris przestał jeść. Tak, to było to. Zaniechano informacji! Uznano, że są niepotrzebne, a może szkodliwe? Zebrał ze stołu naczynia z niedokończonym obiadem i wrzucił wszystko do skrzynki na odpady. Poczuł wielką potrzebę pogadania z kimś na ten temat. Ale z kim? Z komputerem? "Henryk! Muszę zobaczyć się z Henrykiem!" - nagle postanowił. Nie widział go od powrotu z safari i od dawna miał zamiar odwiedzić przyjaciela. Wciąż jednak był pochłonięty rozwiązywaniem testów.
Wywołał Henryka. W okienku ukazała się znajoma, uśmiechnięta twarz.
    - Cześć, Chris! Fajno, że odezwałeś się. Właśnie pięć dni temu awansowałem na siódemkę i dostałem zajęcie. Możesz mi gratulować. A co u ciebie?
    Chris pogratulował przyjacielowi i począł dzielić się z nim swoimi przemyśleniami.
    - Zaraz, nic z tego nie rozumiem - rzekł Henryk. - Wiesz co? Wpadnij do mnie. Pokażę ci, czym się teraz zajmuję.
    Chris wybrał w windzie tabliczkę z numerem Henryka i dotknął jej pierścieniem. Po chwili stanął w progu jego mieszkania i... zdumiał się. Henryk całkowicie zmienił wnętrze.
    - Wejdź proszę. - Henryk uścisnął przyjaciela. - Siadaj.
    Chris usiadł na wskazanym fotelu i z miejsca zapomniał, po co właściwie przyszedł. Bo atmosfera Henrykowego mieszkania była szczególna. W całym pokoju był półmrok. Było tak ciemno, że Chris ledwo rozpoznawał zarysy najbliższych przedmiotów. Gdzieś z przodu, na wprost siedzących, ćmiła rubinowa poświata.
    - No, jak ci się podoba? - spytał Henryk.
    - Niewiele widzę - odparł Chris. - Strasznie tu ciemno, jak... w lochu.
    Henryk roześmiał się. Przesunął prawą ręką. Rubinowa zorza rozjarzyła się i rozpełzła po ścianach, które zabarwiły się na czerwono. Chris dostrzegł, że znajdują się w skalnej grocie. Ze stropu zwisały długie stalagmity, z których miarowo skapywała woda: kap, kap, kap. Obejrzał się. Drzwi oczywiście zniknęły, to go nie zdziwiło. Za plecami miał chropowatą, szorstką ścianę, po której pełgały czerwonawe światła. Spostrzegł tajemnicze znaki, które układały się w dziwaczny napis. Wyglądały tak, jakby ktoś okopcił w tym miejscu czymś ścianę. Spojrzał w górę. Tuż nad nimi wisiały skalne sople, na szczęście nic po nich nie ściekało. Strop pokrywało za to splątane kłębowisko pajęczyn.
    - Jak ci się u mnie podoba? - spytał Henryk.
    - Średnio. Zawsze miałeś dziwaczne pomysły. Czyżby taka atmosfera sprzyjała twoim nowym zajęciom? - Chris nie mógł powstrzymać się od ironii.
    - To są moje nowe zajęcia. Zajmuję się wizualizacją przestrzeni. Oprócz tego dalej studiuję. Dostałem nowy komputer. Profesjonalny. Zobacz.
    Znów coś tam pomajstrował. Rubinowe światło rozjarzyło się jeszcze bardziej. Migotało. Wyglądało jak odblask odległego ogniska. Chris dostrzegł, że jaskinia ciągnie się długim korytarzem, który lekko opada w dół. Dalej korytarzyk rozszerzał się.
    - Zajrzyjmy tam - powiedział Henryk i obraz przybliżył się tak, jakby uszli kilkanaście kroków. Korytarz zamienił się w wielką, podziemną salę, całą zalaną czerwonym światłem płynącym gdzieś z dołu. Przed sobą dostrzegli nieruchomą taflę - podziemne jezioro, Światło płynęło spod powierzchni wody. Na lewo, na niewielkim podwyższeniu pod ścianą, Chris dostrzegł łoże usłane białym, puszystym materiałem, a na nim jasnowłosą dziewczynkę. Spała. Raptem usłyszeli kroki. Gdzieś z boku musiały tam być ukryte drzwi lub inny korytarzyk, wyszedł wysoki, zgrabny młodzieniec w lśniącej, czarnej zbroi. Śmiałym krokiem zbliżał się do śpiącej dziewczynki. Wtem pojaśniało. Powierzchnia wody wzburzyła się mnóstwem bąbelków, które ulatywały z sykiem. Buchnęła para. Młodzieniec przystanął na moment, spojrzał na wodę i przyspieszył kroku. Powierzchnia wody pękła nagle i ukazała się straszliwa, zębata paszcza potwora. Smok prychnął ogniem, aż zabulgotała i zasyczała woda. Młodzian momentalnie uchylił się, dobył miecza. Wydawał się śmiesznie drobny i delikatny w porównaniu z bestią. Odważnie ruszył do przodu, zasłaniając sobą łoże i śpiącą dziewczynkę. Natarł na smoka. Pchnął silnie i ugodził potwora w prawe nozdrze. Smok ryknął, plunął ogniem i w jednej chwili śmiałek wyparował. Przestał istnieć. Dziewczynka nadal spała. Potwór sapnął, wynurzył się powoli i zbliżył się. Niezdarnie wypełznął na brzeg jeziora wlokąc za sobą długi, pokryty kolcami ogon. Nieproporcjonalnie małe skrzydełka, spięte jak u nietoperza błoną, przylegały do opasłych boków. Całe ciało okrywał pancerz dachówkowato ułożonych łusek. Gad wylazł ze chrzęstem, stanął na brzegu i otrząsnął wodę. Łypnął ogromnymi gałami oczu, rozejrzał się po jaskini, jeszcze raz spojrzał na dziewczynkę, po czym położył się opierając pysk na wielkich, trójpalczastych łapskach zakończonych straszliwymi pazurami. Parę razy poruszył leniwie skrzydełkami i znieruchomiał. Wydawał się pogrążony w drzemce. Wtem, gdzieś od góry, rozległ się szmer. Potwór otworzył jedno oko, ale natychmiast znów je zamknął. Szmer powtórzył się, był głośniejszy. Osypały się skalne okruszki. Smok nie reagował.
    Chris spojrzał w górę i dostrzegł, jak ze skalnego sopla jeden po drugim zsuwają się po cienkiej lince maleńkie ludki. Było ich siedem. Wszyscy ubrani w jednakowe, jasnozielone stroje, bogato wyszywane złoceniami, wszyscy brodaci. Na nogach mieli pantofle o podwiniętych śmiesznie czubkach. Jeden za drugim zeskoczyli zręcznie na posadzkę i raźno pomaszerowali w kierunku śpiącej. Smok uchylił powieki. Przymrużonymi oczyma obserwował kroczące postacie i gdy śmiałkowie znaleźli się pomiędzy nim a dziewczynką, zerwał się nagle. Szybkim ruchem przydeptał dwóch pierwszych, trzech dalszych zgarnął zamaszystym majtnięciem ogona i strącił w wodę - plusnęła i nieszczęśnicy zniknęli. Pozostali dwaj zdążyli odskoczyć i truchtem rzucili się do ucieczki. Prędziutko przebierali małymi nóżkami, tylko migały podwinięte pantofelki. Smok zwinął pysk w trąbkę i dmuchnął za uciekającymi. Świsnęło. Porwani silnym podmuchem zniknęli w ciemnościach groty, po chwili słychać było, jak rozbijają się gdzieś o ścianę. Dziewczynka spała dalej.
    Smok rozejrzał się z wyraźnym zadowoleniem, po czym oblizał się i podpełzł do łoża. Dziewczynka zbudziła się nagle. Usiadła. Spuściła drobne nóżki na ziemię, przetarła piąstkami oczy. Dostrzegła raptem potwora. Wyglądała na przerażoną. Zerwała się gwałtownie, tupnęła nóżką i... ryknęła straszliwie. Smok skulił się cały, przypadł do ziemi. Dziewczynka zeskoczyła na posadzkę. Smok rzucił się do ucieczki, próbował zsunąć się do wody, ale dziewczynka podbiegła i zręcznie przydeptała mu ogon. Potwór zapiszczał przeraźliwie. Uniósł się i stanął na łapach. Dziewczynka chwyciła jakiś długi, cienki przedmiot - może był to miecz porzucony przez młodzieńca? - i dźgnęła w opasłe podbrzusze. Potwór wydał z siebie dziwny, skomlący pisk, po czym zaczął puchnąć. Rósł w oczach i pęczniał. Robił się coraz większy i większy, przesłaniał sobą wszystko. Pękł nagle z ogłuszającym hukiem. Silny podmuch postrącał ze stropu stalaktyty. Ściany zarysowały się i pękły. W jednej chwili jaskinia rozleciała się. Obróciła się w gruzowisko. Wszystko zakrył skalny pył, a gdy opadł, w powietrzu unosił się rój kolorowych motyli. Były ich tysiące, wielkich i malutkich, żółtych, czarno-czerwonych, lazurowych i białych. Trzepotały, wirowały, tańczyły w powietrzu.
    - Jak ci się podobało? - spytał Henryk.
    Chris nic nie odpowiedział, był pod wrażeniem.
    - Właśnie na tym polega moja nowa praca. Wymyślam różne postacie, układam rozmaite historyjki i kreuję je. Pamiętasz wakacje? Widzisz, teraz i ja potrafię zrobić coś takiego.
    Chris pamiętał. Przypomniał sobie także, po co tu przyszedł.
    - Nie rozumiem, po co robisz to wszystko? - zapytał.
    - Jak to po co? To moje zajęcie. Lubię je. Czy musi być inne uzasadnienie? Znasz lepsze?
    Chris nie odpowiedział. Rzeczywiście możliwości zabawy były przeogromne.







Jarosław Różański - "Most w Cividale"






Jarosław Różański- urodzony w 1949 roku we Wrocławiu, lekarz pediatra, społecznik, doktor nauk medycznych. Wybór drogi życiowej podyktowały rodzinne tradycje- jego dwaj przodkowie byli lekarzami w Powstaniu Listopadowym.
W 1968 roku brał udział w strajku marcowym na wrocławskiej Akademii Medycznej, zakładał pierwszą „Solidarność” w Grodkowie będąc ordynatorem oddziału dziecięcego i noworodkowego tamtejszego szpitala.
Od roku 1982 kierował podobnym oddziałem we Wrocławiu. Leczył dzieci w Polsce i w Afryce, w rezydencjach i melinach.
Po czterdziestu latach służby lekarskiej i społecznej, nie czekając (jak sam mówi) na sklerozę, opisał fakty i wydarzenia, z którymi się zetknął, wplątując w nie często fikcyjne postacie.





Wakacje w 1992 roku były wspaniałe. Dorotka z Małgosią, Wandzią i Agatką przyleciały na Maltę. Tylko Klara została w Polsce. Po dostaniu się na medycynę, pojechała na obóz studencki, a później, do rozpoczęcia roku akademickiego miała pracować jako wolontariuszka w domu opieki dla przewlekle chorych dzieci. Dom ten prowadziły siostry zakonne.
Pierwsze dwa tygodnie spędziły na plażach południowego wybrzeża wyspy. Uczyły się jeździć na nartach wodnych i nurkować. Czasem towarzyszył im Stefan, zajęty prowadzeniem studenckiego schroniska i kursów językowych dla młodzieży z różnych krajów. Zbyszek przyjmował pacjentów do późnego popołudnia i poświęcał im wszystkie wieczory i wolne dni. Spacerowali wśród gwarnego tłumu turystów, próbowali smakołyków włoskich, arabskich i azjatyckich. Codziennie wieczorem jedli w innym miejscu. Tawern, trattorii, knajpek było jeszcze więcej niż kościołów. Tylko w niedzielę świątecznie biesiadowali w Ta&#8217;Ricardo na wyspie Gozo. Później opalanie i zaczepki smagłych chłopaków na plaży znudziły się dziewczynkom i namówiły Dorotkę do długich spacerów i przejażdżek na rowerach. Oczywiście o świcie i wieczorem. W ciągu dnia oddawały się sjeście w chłodnych pokojach mieszkania Zbyszka. Czytały przygodowe powieści i romantyczne wiersze, przetwarzały kupione na targu ryby, jagnięcinę i warzywa na całkiem dobre i zupełnie niejadalne potrawy. W razie czego w odwodzie był makaron z parmezanem i pomidorami. Najmniej czytała najmłodsza, trzynastoletnia Agatka. Zmęczona „Starą Baśnią” Kraszewskiego wysłuchiwała z zaciekawieniem Małgosi, streszczającej to, co wcześniej przeczytała. Małgosia zdała do trzeciej klasy liceum i marzyła o studiowaniu prawa. Czytała właśnie na zmianę Pisma Świętego Augustyna i rozprawy historyczne profesora Wojciecha Roszkowskiego i na bieżąco streszczała je Małgosi, by, jak to mówiła „obudzić maleńki rozumek siostry”.
Agatka była bardzo zdziwiona, że takie grube księgi mogą być tak interesujące.
Jeżeli nasza Agatka nie zasypia przy twoich opowieściach, to może i wysoki sąd nie uśnie przy twoich adwokackich mowach - skomentował Stefan, przysłuchujący się jej tyradom.

Po powrocie do Polski Dorotka na prośbę księży z zaprzyjaźnionej parafii opisała pobyt na Malcie. Księża wydawali pismo rozpowszechniane w całym kraju. Pisała dla tego miesięcznika już wiele razy - o sprawach społecznych, o wychowaniu dzieci, o ochronie środowiska. Reportaż z Malty ukazał się w październiku. Wysłała go Zbyszkowi i Stefanowi.
Zbyszek przeczytał artykuł Dorotki i zatelefonował, by pochwalić domorosłą dziennikarkę.
Zbyszku, ja nigdy nie pójdę do tego kościoła, gdzie drukują to pismo – powiedziała.
Dlaczego? Co się stało? - zapytał.
Ci młodzi księża pełni zapału są wspaniali, ale proboszcz mnie zszokował! - odrzekła.
Taki jowialny, poczciwy. Co takiego ci zrobił? - dociekał Zbyszek.
W głowie się nie mieści. Powiedział, że nie ma wyrobionego zdania na temat aborcji. Nie wiem, czy słyszałeś, ale ta Labudowa i Bujak, ci z „Solidarności”, co do niedawna chronili się pod skrzydłami kościoła, założyli jakiś proaborcyjny komitet i ja chciałam coś napisać w sprawie obrony nienarodzonych i założyć jakiś komitet antyaborcyjny, a proboszcz nie zgodził się i powiedział, że nie ma zdania na ten temat. Wyobrażasz sobie? - mówiła oburzona Dorotka.
I jak się dziwić trzódce, jeśli są tacy pasterze - stwierdził Zbyszek.
Pamiętasz, jak twoi ginekolodzy wyliczyli, że ponad połowa Polaków ląduje w kuble przed urodzeniem? - zapytała trzęsącym się głosem.
Pamiętam kochanie, uspokój się i pomódl za proboszcza – aborcjonistę - poradził Zbyszek żonie.
Zobacz, jak zawiedli nas ludzie z opozycji. Takich, jak Labuda lub Bujak jest wielu
wśród tych, którym ufaliśmy. Myśleliśmy, że to ludzie z zasadami, a pragną tylko władzy, pieniędzy i poklasku gawiedzi - powiedział Zbyszek.
Wiadomości z Polski wskazywały, że Polacy uznali, że zostali oszukani, a politycy i ich gierki przestały obchodzić ludzi. Bojkotowali wybory, a jeśli już tam szli, to woleli od zdrajców - opozycjonistów wybierać byłych komunistów. Zapanował egoizm. Górników i hutników nie obchodziły już głodowe zarobki pielęgniarek i tkaczek. Walczyli o swoje jeszcze wyższe pensje i przywileje, chociaż na tle innych żyli w dostatku. Własność narodu: miedź, srebro, węgiel czy siarka wzbogacały nielicznych, a dzieci coraz częściej słabły na lekcjach z głodu.
O tych nieszczęsnych dzieciach i tych niedożywionych, i tych zagubionych, poprawiających nastrój wąchaniem butaprenu i piciem alkoholu pisała do Zbyszka, matka. Zosia przestała już pracować jako położna i była higienistką w szkole podstawowej w ubogiej dzielnicy Wrocławia. Czasem przychodziły od niej dobre wiadomości. W kilkanaście lat po śmierci Italiano i jego żony, Magda skończyła studia z wyróżnieniem i rozpoczęła jako nauczycielka. Jej brat Krzyś dostaje nagrody za wyniki na studiach i nieźle zarabia, dając korepetycje.
Damian skończył studia i dobrze mu się wiedzie. Jest księgowym w kilku firmach i prosi, by mu nie przysyłać pieniędzy z Malty. Czasem występuje w telewizji lub w radiu i dodaje otuchy innym niepełnosprawnym. W dniu imienin odwiedziła Zosię żona Zygmunta. Jej syn skończył studia na akademii wychowania fizycznego i specjalizuje się w rehabilitacji leczniczej. Są bardzo wdzięczni za pieniądze otrzymywane od Zbyszka. Modlą się za niego.
W którymś z listów od Zosi przyszła też informacja, że żona Waldka urodziła córeczkę Malwinę. Zosia widziała ją po urodzeniu, gdy odwiedziła swój były szpital.
„Może Waldek ustatkował się?” - pomyślał Zbyszek.

Boże Narodzenie 1995 roku. W domu Dorotki i Zbyszka było bardzo uroczyste. Przy stole wigilijnym spotkała się nie tylko cała wrocławska rodzina, ale przyjechali też wszyscy z Popkowic oraz Basia. Gdy dziadek Storczyński skończył czytać opis Narodzin w Betlejem, opłatkiem łamało się dwadzieścia osób. Później podano gorący czerwony barszcz z prawdziwkami i trzysta maleńkich uszek wielkości naparstka, karpie pod różnymi postaciami, pierogi z kapustą, ciasta, leguminy z makiem lub owocami, kremy i kompoty. Po rozdzieleniu prezentów spod sięgającej sufitu choinki, gromadka uradowanych dzieci stworzyła chór, intonujący kolędy .Najstarszy wśród nich był Stefan. Z chóru kolędowego odchodziło się dopiero po ślubie i zasiadało na kanapach i fotelach wśród „wapniaków”.
Śpiewanie kolęd skończyło się z chwilą rzucenia hasła: „Idziemy na pasterkę”.
Rano wszyscy zgromadzili się na świątecznym śniadaniu. Andrzej po mistrzowsku pokroił indyka i inne mięsiwa, Zbyszkowie nakryli do stołu, a Zosię, która najwięcej się napracowała przy urządzaniu świąt, jak zwykle trudno było posadzić przy stole. Musiała wszystkiego dopilnować i doprawić. Stefan i Basia zostali wypędzeni z kuchni, bo, jak mówiła Zosia, są za duzi i tylko przeszkadzają.
Agatka i Wandzia poradzą sobie same przy rozlewaniu sosów i marynat - rozkazała groźnie.


Jarosław Różański - "Most w Cividale". Nowa Ruda : Mamiko, 2012




Grzegorz Marszałek - Apostołowie złej nowiny




Grzegorz Marszałek urodził się w 1978 r. w Świdnicy. Poeta, nauczyciel historii. Żonaty, dwie córki. Mieszka i pracuje w Wałbrzychu. Publikował swoje wiersze w Dolnośląskim Roczniku Literackim "Pomosty", w czasopiśmie Vege oraz w internetowym serwisie poezja-polska.pl, gdzie jeden z nich został wyróżniony przez poetę Adama Ziemianina. Tomik "Apostołowie złej nowiny" jest jego książkowym debiutem poetyckim.


Sara

Czytanie zdjęć, czarno-białych, dla lepszego wrażenia
artystycznego, epopei klimatyzowanych uczuć. Pierwsze:
twarz Gosi po wyjściu od ginekologa, kiedy Sara mogła
mieć na imię Mikołaj i w maju przynieść się w prezencie.

Fotoreportaże o odysei z przewijaka do wanienki, pływa,
my ogromni jak Scylla i Charybda, z tą różnicą, że kochamy
i moje nieduże ręce, które okazały się wystarczająco męskie,
żeby trzymać. Sesje pt: obalanie piersi, pociąganie z butelek.

Na koniec ulubiona, z wystającymi spod czapeczki rozwianymi
kędziorkami, a'la portret Che Guevary Andy Warhola, zagadkowy
uśmiech, jeszcze gwary używa do tego, jakby mówiła, rewolucja,
hasta la victoria siempre, niewiniątko, a rzeź dla uszu. Kolka.
Godzina noszenia, kwadrans snu. Każdy ma swoje piętnaście minut.


Chłopcy z Jaworzyny Śląskiej

Kradli owoce z ogródków, ja stałem na czatach,
ubezpieczałem tyły, zawsze dostawałem swoją dolę,
czereśnie, gruszki, agrest, jabłka, często niedojrzałe
jak my, wakacyjne, chłopięce żołądki nie były wybredne.

Grali w nogę, strzelali, faulowali, ja na bramce,
średnio co dwie strony przygód Tomka – Alfreda
Szklarskiego interweniowałem, nie zawsze udanie.

Obserwowałem ich wieczorami, siedząc przy oknie
i grając z dziadkiem w szachy. Bawili się w chowańca,
puchę, kłócili się, czyj resorak najwięcej spala na setkę.

W niedzielę, całą bandą przypuszczaliśmy szturm na kościół,
ostatni przychodziliśmy, pierwsi wychodziliśmy. Do dziś
przechowuję smak opłatka lepiącego się do podniebienia
i lodów za pieniądze, które nie zawsze kładło się na tacę.

Kąpiele na żwirowni, pierwsze fajki, dla mnie ostatnie,
strzały z procy, koedukacyjne zabawy, zbieranie słów
do Boga, ludzi i wierszy – nauka gramatyki dorastania.

Mężczyzn z Jaworzyny nie znam, boję się tam pojechać
i sprawdzić, ile lat przepaści narosło pomiędzy nami.
Uczę historii nie ich dzieci, na wywiadówki przychodzą
nie ich żony, ich samych nie spotykam w kościele,
do którego nie chodzę. Kibicujemy pewnie innym drużynom,
pijąc różne gatunki piwa. Piszemy i czytamy inne wiersze.
Jeśli w ogóle.

Grzegorz Marszałek. Apostołowie złej nowiny. Nowa Ruda : MaMiKo, 2017





Paweł Fic - Siedem wzgórz Katowic







Urodzony w 1986, Katowiczanin. Studiował teologię na Uniwersytecie Śląskim . Siedem wzgórz Katowic to jego pierwsza powieść . Nagrodzony za bajkę Brakujące igiełki , która ukazała się w zbiorze bajek terapeutycznych Dbajki. Marzy o podróży do Albanii.



"Siedem wzgórz Katowic" - powieść, w której, niczym o wschodzie
słońca, wyłaniają się z mroku nocy kolejne miejsca, zdarzenia i osoby
związane z Katowicami, w których główny bohater próbuje odnaleźć w
sobie siłę by móc udźwignąć odpowiedź na dręczące go pytanie...

W swojej debiutanckiej powieści autor zmaga się z tym, co wyłania się
z naszej codzienności w momentach, kiedy, zwracając się ku samym sobie,
nie posiadamy już sił by skrywać to, co w nas prawdziwe.

Równocześnie odnajdziemy w książce żywy i tchnący niespotykaną głębią
opis Katowic, rodzinnego miasta autora.



Spacerujemy po panewnickiej kalwarii. Jest chłodny jesienny wieczór. Na dróżkach kładzie się powoli zmrok. Dochodzimy do drugiej stacji, kiedy sięga do torebki i pokazuje mi zdjęcie, na którym, niczym awanturnicy akrobacji na rusztowaniach nowojorskich drapaczy chmur, pozują budowniczowie panewnickiej bazyliki. Prężą się na rusztowaniu złożonym z paru ledwo skleconych desek, okalających figurę świętego Franciszka, którą dopiero co zamontowano na szczycie kościoła. Niczym wróble, które rozsiadły się na konarach rozłożystego drzewa. Są uśmiechnięci, radośni, ćwierkają. Uwili już swoje gniazda w cieniu dorodnego drzewa i czerpią soki z jego mocnych korzeni. Tak, święty Franciszek każący do ptaków. Gdyby troszeczkę się wyciszyć, usłyszelibyśmy drugą legendę Liszta. Czuję szarpnięcie za rękaw – Niech Pan spojrzy. Jeden właśnie się zerwał. Teraz, przed chwileczką. Nie widział Pan, ale Pan czuje? W jaki sposób? Zdjęcie w Pana ręku zadrżało od podmuchu? – Poprawiam cingulum i ponownie patrzę na zdjęcie. Jak oni się tam dostali? Na szczyt nie prowadzą żadne drabiny, nie ma lin, niczego. Jak oni zdołają stamtąd zejść, a może nie zejdą już nigdy, na zawsze żyjąc przy boku ubogiego brata z panewnickiej bazyliki? Tutaj zawsze ciągnęli ludzie. Przyjeżdżali, patrzyli na bazylikę i już zostawali. Tak po prostu, chyba niczego nie rozumiejąc. Bracia opowiadają zwiedzającym kościół, że można wejść do środka figury i spojrzeć na świat oczami świętego Franciszka. Szkoda, że zawsze albo jest zła pogoda, albo furtian dzierżący klucze gdzieś zniknął. Może zobaczyłbym więcej, ale czy dałbym radę potem zejść na dół? Może nie chciałbym już schodzić?








Janusz L.Sobolewski - I zamknę cicho drzwi...




Zgromadzone w książce reportaże przetrwały upływ czasu: intrygują, wzruszają, uczą. Dają świadectwo epoce. Wpisują się w klasykę gatunku. Dokumentują życie ludzi: niezwyczajnych, walczących o swoje, ukrzyżowanych... Jacy są bohaterzy reportaży? Prawdziwi. A prawda jaka? Cała. Kawał tu prawdy o ludziach: emocje i słowa, każdy szczegół, nazwiska. Poznać ją to zyskać moc: doświadczeń, wrażeń, refleksji.


Doktor Wiesław Skoraczyński nie ma nóg. Do jego Przychodni Rejonowej w Nowej Sarzynie przychodzą ludzie na nogach, by leczyć wrzody, kolki, kaszle i nerwice. Otrzepują śnieg lub błoto z butów, przytupując zdrowo przed drzwiami gabinetu. Tup - tup!, tup - tup! Przekraczają próg nogą pewnie. - Panie doktorze, czy można w e j ś ć? - pytają. Idą: szur - szur, szur - szur, szur - szur... W tym gabinecie każdy krok ma dźwięk, smak, barwę. Pachnie. Pachnie kwiecie polsko-ukraińskiego Derejowa, gdzie ojciec był przed wojną naczelnikiem poczty. Barwi się na różową skórę gospodarnej matki.
(z reportażu „Doktor z Nowej Sarzyny”)

Wstaję o piątej rano. Pół godziny modlitwy. O szóstej krótka msza poranna. Śniadanie. A potem jestem już do nocy - z przerwą na obiad - na ulicy, chodząc z domu do domu. Dzień po dniu, bez względu na nastrój czy pogodę. Niekiedy wydaje mi się, że zamknę oczy. Często wieczorem nie jestem w stanie zjeść, niczego wypić, utrzymać szklanki w ręku. Co tydzień przybywa kilkanaście nowych osób, potrzebujących pomocy.
(z reportażu „Siostra Anna - ...tak bez strachu/ Przyjdę - i zamknę cicho drzwi”)

Można by też wyliczyć kilometry z Kazimierzy Wielkiej do Warszawy, Gostynina, Wrocławia, Poznania, Olsztyna, Kutna, Ostrowca Świętokrzyskiego, Bydgoszczy, Inowrocławia, Torunia, Włocławka, Łodzi, Bytomia, Zabrza, które Stanisław Przybyszewski pokonał wytrwale. Zjeździł w poszukiwaniu krewnych. Zahaczając korespondencyjnie o miasta: Londyn, Wiedeń, Boonsboro, Sydney na przykład, by nie wymieniać w nieskończoność. Nieskończoność równa się w tym wypadku siedemdziesiąt trzy, gdyż tyle pozycji zawiera lista żyjących przedstawicieli rodu Przybyszewskich. Tę listę Stanisław wozi zawsze ze sobą.
(z reportażu „Przybyszewski”)

W aktach sądowych paranoicznego mordercy Mieczysława Słomki, mylącego zapisy biblijne z życiem - zdjęcia dowodowe. Na zdjęciach - wbity w ziemię krzyż z ukrzyżowanymi zwłokami Stanisława Salwerowicza...
(z reportażu „Życie i śmierć Stanisława Salwerowicza, ukrzyżowanego jak Chrystus”)

Mówię ludziom, by mnie nie zaczepiali. Noli me tangere, nie dotykaj mnie, kurwa, to rzecz pierwsza. A oni nie pozwalają żyć, mają coś zawsze do mnie. Kiedy skarżę na nich, to szurają: "Ja to tam pisać nie będę - kolega kpi - ja nie jestem literat". Stosują różne formy ostracyzmu. Ale mniejsza z tym. Potrafię odgryźć się, no nie?
(z reportażu „Bokser”)

Wreszcie lekarze orzekli: zdolny do pracy! Ucieszyłem się. Poszedłem do Komitetu Wojewódzkiego w Krakowie. Towarzyszący służbista przedstawił mnie: Jan Kurczych. Było już po przemianach w partii. Nowi ludzie w KW. Zastałem kierownika Wydziału Organizacyjnego KW i instruktora Komitetu Centralnego z Warszawy.
- To, widzicie, towarzyszu, jest tak. Wy, jako stalinowiec, nie możecie pracować w aparacie partyjnym.
- A ty jesteś kto? - zapytałem.
(z reportażu „Stalinowiec”)

- Grali w karty, zbierali razem znaczki. Mąż po pracy interesował się tylko domem. Najlepszy człowiek. Wszystko. Niech pan idzie. Z tego, co powiedziałam, to całe życie może pan sobie dośpiewać.
Tak, idę..., ku pamięci wydarzeń z dnia 16 grudnia 1981 roku.
(z reportażu „Kto moją miłość wytłumaczy?”)

W końcu przyszedł dzień, że zawiał wiatr w górach i poniósł spadochron wraz ze Stępniem hen, gdzieś tam. Minął czas i nie wrócił. Nie pisana była Stępniowi profesja hotelarza. Za to Akiko Miwa wylądowała w Harklowej na amen z japońską rodziną. "Akiko Koszary" zmieniła w "Villę Akiko". W wywiadach z nią, o niej, miło o początkach AKIKO, o Stępniu ni słowem. ...Te jego marzenia?... Jeśli gdzieś na niebie, po świecie, tam gdzie tylko o krok od Legii Cudzoziemskiej, płynie w obłokach kolorowa czapa - to Stępnia, to ze Stępniem, w gonitwie za szczęściem i marzeniami o czynach wojownika.
(z reportażu „Spadochroniarz ze szczęściem w czapie”)

U kresu - los dał marszałkowi szczęście. W puchu. W koronkach. W dobrobycie. Szczęście niańczone. Z ptasim mleczkiem i potrawami wiedeńskiej kuchni. Dla służby domowej - panicz. Wychuchany syn marszałka! ...Po sześćdziesięciu latach siedzi oto za stołem w sanockim domu. Z pękniętą gitarą nad głową. Z wklęśniętą czaszką. Pijak, w lustrze starszy niż metryka. Nie ogolony. Łysiejący z czoła. Z cesarsko - królewskim owalem głowy. Z opadającymi ku ramionom włosami. Z bokobrodami.
(z reportażu „Marszałkowe brzemię”)

Dziobak: - Trzeba ubrać dzieci do szkoły, patrzeć, by wszów nie miały. Żona prymitywnie w wannie umyje, ale wszystkie grunt czyściutkie, nie osrane. (Córka Lila: - Wszy...).
Zalewska: - Jak chce mieć ich dwadzieścia, to musi się śpieszyć, póki żona dobrze wygląda i zdrowa.
Dziobak: - Moje cacuszka, najmilejsze. Wzrusza się.
(z reportażu „Dziobak”)

Na krakowskim cmentarzu Batowice, w kwaterze 229, rzędzie 6, grobie 9, z krzyżem zgodnie z przepisami, spoczął Orestes Ślatyński. Choć podawał nazwisko W., po ojcu... Choć jako Ślatyński - zgodnie z dokumentami - miał na imię Julian... Choć nie żył tak długo, jak zapisano w akcie zgonu... Żył cztery, a może pięć lat krócej.
(z reportażu „Życie bez życia Orestesa W.”)

A Jan Hałuszka trzęsie się z jakiegoś powodu? - Taki nerwowy, brzuch mu podskakuje wtedy. Pan uważa, ciemne to sprawy - różni ludzie: i Polak Nowik, i Mazur Kulesza, i Ukrainiec Hałak, roznoszą po Srokowie w ciemno, ale mniejsza z nimi wszystkimi, bo to Hałuszka w jupiterze. Uważam. Przez Hałuszkę ksiądz Edward G. skazany za to, że uderzył w twarz Hałuszkowego pasierba. Miał prawo uderzyć? A ten Hałuszka - "UB-owiec, bandyta z UPA i SS-man" - miał prawo skarżyć się? Na ostatek swego intrygującego życia? Jedno życie, a do licha losów.
(z reportażu „Jedno życie, a koniem go nie objedziesz”)

- Przez lata pracy w konsulacie w Szczecinie przyzwyczaiłem się do szczerości, do otwartości w głoszeniu poglądów. W rozmowach z Polakami mówiłem otwarcie, co sądzę o wielu sprawach. I czułem, miałem ufność, że mnie nie zakablują. Po trzech latach pracy w Krakowie, zgodnie z zasadą rotacji konsularnej, miałem zamiar pisać prośbę o roczną prolongatę pobytu w Polsce. Taka możliwość istniała, ale już sam nie chciałem. Jakże to tak, nie mógłbym mówić, co prywatnie myślę? - zwierzył się Szardakow. I wyjechał. Bagaż zostawił.
(z reportażu „Szardakow wyklęty!”)

Walczę, gdyż czuję się u siebie, w swojej Ojczyźnie. &#8220;Oto jest sumienie narodowe!" - że powtórzę słowa kardynała Stefana Wyszyńskiego. Gospodarujemy olbrzymimi dobrami, chcemy, aby procentowały one na naszej ziemi. Prowadzę w Klubie dyskusje pod hasłem: &#8220;Konfrontacje poglądów na życie", aby udowodnić, że człowiek nie jest zwolniony z walki z sobą i z walki o siebie do ostatnich swych dni i że życie jest naprawdę piękne, a jego szarość nie musi być ponura. Ja, Władysław Jachniak, oddałem swoją skromną osobę, wraz z długoletnimi doświadczeniami i kwalifikacjami, tej sprawie.
(z reportażu „Nie jedno mam życie”)

Podczołgał się. Z mozołem pokonał płot z drutem. Brodził teraz po pas w wodzie. Kilkaset metrów za nim horyzont jaśniał poświatą Stammlagru. Soła niosła wodę powodziową w kolorze kawy, szumiącą i prychającą na porwanych gałęziach. Brnął pod prąd przy lewym brzegu, by oddalić się jak najdalej od strzeżonego mostu. Z drogi dochodziły jazgoty niemieckich maszyn. Po dwóch, trzech kwadransach zdecydował się przepłynąć rzekę wpław na drugi brzeg. Silny prąd znosił go. Wreszcie z wysiłkiem wyczołgał się w krzaczaste zarośla na prawym brzegu Soły.
(z reportażu „Czyny i ...ucieczka z obozu śmierci”)

Nie łudźcie się więc wy, rycerze spod znaku św. Huberta, którzy społecznym groszem opłacacie mszę świętą na intencję tego patrona w parafialnym kościele w Jerzmanowicach i modlicie się przed jego ołtarzem, przystępujecie do konfesjonału po rozgrzeszenie, a także i wy, krakowskie wykształcone czarne kruki spod znaku ateizmu, że historia was rozgrzeszy - mylicie się wielce. Wy wszyscy wyczłowieczeni, półchłopki i komunistyczni arystokraci, ludzie, jak was poznałem, o instynktach krwio- i padlinożernych, typu hien i szakali - nie pożrecie mnie w tak haniebny sposób, a waszą ograniczoną, naiwną, rozhuśtaną wyobraźnią nie zmienicie biegu historii.
(z reportażu „Łowy w kraince słów”)

A pojechał Magdoń tera nosze Wzgórze orać. Najsamprzód dawno miedzo Lipieńki zaoroł, pszenice posioł na pokaz, że sieje, wienc uprawia. Zbiero na ludzkim gnoju, bo ludzie tom jeszcze nawozili, jeno sztuczne nawozy dodaje. Ludzi zganio ze Wzgórz krzyczonc, że to jego, nikomu nogo stanoć tera tom nie pozwala, gdy go o to nie poproszo. A nie poproszo, bo to ich. Jak któryś wbrew groźbom wpendzi na pastwiska krowe, to biegnie na kolegium i skarży. Zabroł Wzgórza na amen, szkoduje wsi, bo krowy głodne porykujo, z ludźmi na kolegiach sie procesuje i tom wygrywa. My sie odwułujem. Niby Wzgórza tera jego. Ale jak jego, kiedy nosze. Sąd Najwyższy rozstrzygnie. My nie chcemy niczyjej krzywdy, jeno Magdonia, kończy Lipieńka, my tylko wystempujem sprawiedliwie.
(z reportażu „List sołtysa do Sądu Najwyższego w sprawie Magdonia i Lipieńki”)

Janusz L.SOBOLEWSKI. "I zamknę cicho drzwi..." Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011




Krzysztof Bieleń - Błystki wahadłowe






Krzysztof Bieleń, urodzony w 1967 r. w Kolbuszowej; absolwent slawistyki UJ; laureat licznych konkursów poetyckich, między innymi Tyskiej Zimy Poetyckiej, Złotego Środka Poezji (za debiut), Konkursu Jednego Wiersza. Jego wiersze ukazywały się na łamach "Frazy", "Więzi", "Fragile". W formie książkowej opublikował dotychczas Roztwór nienasycony i Wiciokrzew przewiercień.



Zachód słońca w Kłapówce


Jakże wyniosłe widoki są teraz częścią mojej wsi:
nad domem, w którym przyszedłem na świat,
gęstnieje ołowiana szarość, a nad łąkami wisi
ściana chmur; przydrożny zagajnik wciąż rośnie,
a wygląda tak, jakby przestał rosnąć i zawisł
nad fosą. Nad stawem zaś, jako i nad groblą, wisi
rybołów (zrazu głowę bym dał za to, że to błotniak
stawowy). Jedynie rowy, pastwiska i nieużytki
są wciąż na swoim miejscu, choć wskutek suszy
trawa, o tej porze roku zwykle zielona i soczysta,
przybrała kolor ochry, przechodzącej miejscami
w bladą, jakby wymuszoną, czerwień. A słońce,
zachodząc właśnie, czyli tuż nad ziemią wisząc,
ma odcień lekko przypalonej skórki chleba bez kwasu.



Paląc odrostki winorośli


Palę w tym starym piecu (zbudowanym dawno
temu ze staromodnych kafli przez zduna Sychtę)
suche odrostki winorośli, mocno przyciętej w zeszłym
roku, co było konieczne, bo okryła liśćmi niemal
całą drewutnię, łącznie z drzwiami i wąziutkim oknem.
Ogień z tego niewielki (choć miły), więc i ciepła mało,
tyle co brudu za paznokciem czy na łyżce dziegciu.
Ale gdy tylko mu dorzucę smolną drzazgę, od razu
cała sprawa wygląda poważniej, a zarazem jaśniej,
bo nagle płomień się rozrasta, a jego giętkie języki
zaczynają się z czasem zakrzywiać niby żebra łodzi.
I widząc to, gotów jestem wierzyć, że gdybym miał
tu łódkę, niechby płaskodenną ze szklanego włókna,
nie musiałbym się uczyć chodzić po wodzie.



Krzysztof Bieleń. "Błystki wahadłowe". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015





Tomasz Hrynacz - Enzym


                                                              



Tomasz Hrynacz, ur. w 1971 r. Poeta, obecnie współpracownik internetowego dwumiesięcznika poświęconego zagadnieniom współczesnej poezji "poetica".
Publikował m.in. w paryskiej „Kulturze”, „Dekadzie Literackiej”,” Czasie Kultury”, „Odrze”, ”bruLionie”, „Kresach”, „Res Publice Nowej” ,”Akcencie”, „Opcjach”, „Twórczości”. Laureat konkursu im. Rainera M. Rilkego
( Sopot 1997) oraz Rafała Wojaczka (Mikołów 1997). Wydał m.in. "Zwrot o bliskość" (Kraków 1997), "Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych" (Sopot 1999), "Rebelia" (Wrocław 2001). Mieszka w Świdnicy Śląskiej.

adres: Tomasz Hrynacz, ul. Okrężna 72 m2, 58-100 Świdnica Śl.



Wiersze spękane, rwane, jakby niedokończone, zawieszone. Świat jest chaotyczny, poeta podsuwa mu lusterko i rysuje kolejny chaotyczny obrazek. Hrynacz nie daje żadnej pociechy. Ale ja za bardzo nie wierzę poetom pocieszającym z urzędu.
                                                Karol Maliszewski

Hrynaczowi „wierzyć się nie chce”, ale wierzy. Chodzi oczywiście o poezję, pisanie, staranie się. Zbawienie?

                                                Piotr Śliwiński

Dobrze stanąć w progu tych wierszy. Jeszcze lepiej- wejść do ich wnętrza, skonfrontować się z nimi, przejrzeć się w ich głębokich zwierciadłach, których odbicie trzeźwi, uwalnia od ich iluzji, uczy pokory wobec kruchości i niepewności istnienia.

                                                Piotr Wiktor Lorkowski



Prezentowane wiersze pochodzą z nowego tomu "Enzym"



Brakujący klucz


Co jest celem twej podróży?

Czy to, by uznać rozpędzony
sen za łaskawe światło,

w czasie, gdy dni zwinęły się
w kłębek, aż słychać łomotanie?

Zanim o cokolwiek spytasz,
zacznij domyślać się skutków.




Przechył kontrolowany


Stłuczony i rozbity.
Dzień. Nie ujawniony
do końca.

Palce przystanęły. Niczego
nie piszą. To co się
budziło, nie zostało
obudzone.

Stłuczony. Rozbity.
Odwrócony początek. Nie wróci
bezpowrotnie.




Zdradzone miłości dryfują we śnie


To nie przypadek.
To czyny nie do odwołania.




Czarno na białym


Chmurna noc, na pół martwy księżyc.
Białe jak kość serce. Widmo krąży.

Jakkolwiek by było: czemu śpisz,
kiedy śmierć tak się naprzykrza?




Dreszcze


Wymieńmy się choćby imionami.
Słońce wdziera się do bram.

Czyż nie sądzone Ci to było wcześniej?
Miłość przychodzi niespodziewanie.






Jacek Ostrowski - "IPN"


                     




Jacek Ostrowski z pochodzenia po dziadkach po części Litwin( z Gedroyciów), po części Niemiec, po części Macedończyk( z tak odległego kraju przybyła do Polski rodzina jednej babki), a po części Polak, urodzony w 1957 roku w Płocku jest z wykształcenia informatykiem. Po ukończeniu liceum chciał studiować archeologię, ale dostał się na prawo. Kierunek ten jednak mu nie odpowiadał i przerwał studia. Zabrał się za hodowlę kaczek. Po kilku latach porzucił to zajęcie i zatrudnił się na poczcie, gdzie 'dochrapał' się do stanowiska kontrolera Urzędu. Po następnych kilku latach porzucił stanowisko kierownicze i rozpoczšł pracę jako kierowca. Po jakimś czasie założył własną firmę transportową , która też długo nie działała. Uruchomił jeszcze kilka różnych przedsięwzięć gospodarczych, ale ze zmiennym szczęściem. Wielokrotnie sezonowo zatrudniał się na budowach w Niemczech. Po latach wznowił naukę na kierunku kompletnie nie odpowiadającym jego zamiłowaniom, co było wielkim wyzwaniem. Jednocześnie zatrudnił się jako przedstawiciel handlowy. Dało mu to dużo czasu na zgłębianie tajników wiedzy informatycznej. Po uzyskaniu 'papierka' zatrudnił się w Szpitalu w dziale informatycznym, ale po miesiącu podkupiła go firma komputerowa w której przepracował następnych kilka lat. Przygoda z tą Firmą zakończyła się sześć lat temu i teraz wykazuje się w nowej dziedzinie życia. Odnośnie pisania, to pierwszą ksišżkę napisał 24 lata temu, ale przeleżała w szufladzie do dnia dzisiejszego. Szuflad jest kilka i zapełniają się nowymi pracami. Sś to głównie opowiadania. Ksišżka 'IPN' powstała w trzy tygodnie pod wpływem wydarzeń politycznych. Jest to jedyna powieść polityczna autora. Do tej pory unikał tego rodzaju tematów jak ognia. Jest to pozycja debiutancka , ponieważ pisze dla przyjemności i nigdy nie zależało mu na wydaniu swojej twórczości.





Fragment powieści "IPN" Jacka Ostrowskiego.

Przyszedł marzec 1968 roku, studenci zbuntowali się przeciw władzy ludowej. Władza nie chciała użyć wojska, miała lepszy pomysł, postanowiła wykorzystać wieczny konflikt między tymi, którzy dążą do władzy przez wiedzę, a tymi, którzy bez dążenia do wiedzy dążą do władzy.
Skrzyknięto pospolite ruszenie z zakładów pracy i oczywiście Ursusa nie ominięto. Janek dostał piękną długą białą pałkę, hełm i błogosławieństwo Partii. Gromadnie, autobusami dotarli do centrum Warszawy. Rozpoczęło się polowanie i tu wreszcie ukazały się prawdziwe zdolności naszego bohatera. Tak jak jego matka podbijała normę, tak on teraz podbijał oczy, odbijał nerki i wątroby zbuntowanej młodzieży. Jego zaangażowanie nie uszło uwadze nadzorujących akcją. Nazwisko Pietrzak zostało zapamiętane! W połowie maja wezwano go do budynku dyrekcji, do pokoju nr 217 na drugim piętrze. Czuł, że to wielki dzień i z tej okazji założył nowy fioletowy garnitur z krempliny i nowe czarne lakierki. Odpacykowany jak „stróż w Boże Ciało” stanął przed obskurnymi szarymi drzwiami z małą tabliczką z nr 217 i mocno zapukał.
- Wejść! – usłyszał zachrypły głos z wewnątrz.
Nacisnął klamkę i znalazł się w przestronnym pokoju. Rozejrzał się ciekawie wokoło. Duże nowoczesne biurko pośrodku, regały na wysoki połysk przy ścianach, a w nich jakieś mądre książki oprawione w skórę, nigdy nie widział tak ładnych książek. Podszedł do niego sprężystym krokiem niewysoki, szczupły mężczyzna w czarnym garniturze. Krótko przycięte włosy, mała łysinka na tyle głowy, szare bystre oczka spoglądały zza okrągłych drucianych okularów.
- Witam Towarzyszu – wyciągnął rękę do nowoprzybyłego – cieszę się ze spotkania, chciałem bardzo Was poznać.
- Dzień dobry – odpowiedział .
- Siadajcie! – gospodarz wskazał Jankowi krzesło przy biurku i sam zajął miejsce w fotelu naprzeciw chłopaka.
- Napijecie się? – wyciągnął z szafki butelkę wódki z czerwoną kartką i dwa kieliszki.- Jestem w pracy!
- Nie bójcie się, my tu stanowimy prawo. Jak ja częstuję to tak jakbyście nie pili. Zresztą oddani Partii towarzysze nie muszą się bać.
- To nalejcie – szepnął niepewnie.
- No już lepiej – zaśmiał się i sprawnie napełnił kieliszki. - To na zdrowie – podniósł swój i opróżnił jednym haustem. Janek uczynił to sam
- No dobrze, przejdźmy do rzeczy – gospodarz wolno cedził słowa bacznie przyglądając się chłopakowi –jesteśmy zachwyceni Waszą postawą podczas marcowych antypaństwowych zajść. Wasza postawa stała się wzorem dla innych towarzyszy. Jesteście gwiazdą i takich ludzi nam potrzeba.
Janek siedział i nie wierzył własnym uszom. Jeszcze wczoraj do głowy by mu nie przyszło, że następnego dnia będzie pił wódkę z taką „szychą”. Widać, że to jakiś ważny towarzysz, chciałby też kiedyś być taki jak on.
- Wiecie, kim jestem? – spytał mężczyzna.
- Kimś bardzo ważnym – wydusił przejęty młody Pietrzak.
- Owszem – tamten roześmiał się – jestem majorem Służby Bezpieczeństwa i moim zadaniem jest wyszukiwanie wrogów ludu i ich eliminowanie. Potrzebuje do tego odpowiednich zaufanych ludzi, ludzi dojrzałych ideowo, rozsądnych i oddanych towarzyszy. Rozumiecie?
- Tak! – Janek kiwnął głową, ale tak naprawdę to nie wiele z tego rozumiał. Jak mu ktoś pokaże konkretnego typka to może mu obić mordę, ale jak rozpoznać takiego wroga?
- Wybrałem Was – kontynuował funkcjonariusz – chcę mieć Was w swoich szeregach.
- Mnie? – z wrażenia gorąco uderzyło chłopakowi do głowy. Nie wierzył własnemu szczęściu - co za wyróżnienie! On - zwykły robotnik, z którego wszyscy śmieją się, robią mu kawały, będzie pracował dla takiego gościa. Patrzył z coraz większym podziwem i oddaniem na swojego rozmówcę. Nie zawiedzie się , dokopiemy wrogom Polski Ludowej, będzie obijał mordy wszystkim kogo mu wskażą.
- Panie majorze stłukę na kwaśne jabłko każdego, kogo wskażecie! – wykrzyknął z entuzjazmem.
- Nie, nie – oficer pokręcił głową – do bicia mamy prymitywnych pachołków, a Wy - tu zrobił małą przerwę – Wy jesteście bystrzy, inteligentni i ja mam dla Was ściśle tajną misję. Będziecie naszym tajnym agentem!
Jankowi zrobiło się prawie słabo z wrażenia. Czuł , że to historyczna chwila w jego życiu, że otwierają się przed nim drzwi do wielkiej kariery. Przecież on będzie takim drugim Kapitanem Klosem, którego uwielbiają tłumy.

Jacek OSTROWSKI. IPN. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006







Piotr Barański - Nocne południe





Piotr Barański (ur.1986) Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Opublikował dwa tomiki wierszy: Skrajności i Drogi oddechowe. Trzeci, niniejszy: Nocne południe uważa za swój debiut. Mieszka w Warszawie.


CREDO

Wiersze są słabe.
Wiersze w jednego Boga
trafiają czasem.



BYŁO LEPIEJ

Zanim rozpoczęli swój dorosły szept,
wypraszali, kazali spać, zamykali się w kuchni.
Dobrze było iść do siebie w czasach,
w których oznaczało to pokój.




PRZYKŁAD Z NAJLEPSZYCH

Daremnie szukając
otwartego w nocy kościoła,
pocieszam się, że i miłość
to często sytuacja
bez wejścia.


Piotr Barański. "Nocne południe". Nowa Ruda : MaMiKo, 2015






W Y M Ó W I E N I A

Antologia
Studium Literacko-Artystyczne
KRAKÓW 2001-2003


Wybrane fragmenty z książki:


JOANNA FILIPEK

Mieszkam tu i ówdzie, obecnie w Zielonej Górze, jestem praktykującym informatykiem z racji wykształcenia, zaś kucharką, praczką, sprzątaczką, lekarką, pedagogiem, psychologiem, negocjatorem, specjalistą od logistyki i wiele innych z racji uprawiania zawodu matki. I jak tu nie szukać schronienia w literaturze? Pomaga też jazz, muzyka barokowa i filmy Lyncha.

Dlaczego piszę?

Zbieram słowa jak poziomki.
Przybywa w garnuszku tym szybciej, im emocje intensywniejsze.
Potem okazuje się, że wszystkie zielone, na nic.
Zaglądam do garnuszków innych, tam pysznią się wielkie, rumiane dojrzałością jagody.
Gdy włożyć taką do ust, rozgnieść na podniebieniu językiem, przeniesie w letni las, czy w inną opowieść.
Podglądam ukradkiem, skąd przynoszą te najsmakowitsze.
Są, wiszą na krzaczkach, tylko zrywać.
Znów szybko napełniam kobiałkę, ostrożnie chwytając w palce owoce, by nie rozgnieść delikatnego miąższu.
Pędzę do domu spróbować, kurcze, smakują jak ziemniaki.

Dlaczego zbieram słowa? Bo są.
A poważnie? Jest jeszcze kilka historii, które chciałabym opowiedzieć.


Miara objętości

Jak zmierzyć puls wszechświata? Wszystko w nim drży, bez przerwy się rusza, nieskończenie wielki kosmos stale kurczy się, zapada się w siebie z ogromną szybkością, my zagubieni gdzieś w nim na pozornie stałym gruncie, ale przecież wnętrze Ziemi to kipiąca lawa, pokryta tylko cienką warstwą skały, jak pomarańcza skórką, a ta skała to zlepek atomów, z których każdy, jak twierdzą fizycy, składa się bardziej z energii niż z materii. Zresztą, nasze ciała, sprzęty, podłoga i strop naszego domu, to też tylko nagromadzenie nieustannie krążących elektronów. Wszystko się rusza.
Gdzie tyka zegar wszechświata, odmierzający rytm natury? W czym go liczyć – w nanosekundach, milionach lat, czy w latach świetlnych? A może zadowolić się ludzką perspektywą, i przyjąć za miarę rytm pokoleń?
Myślę o tym jednego z tych dni, gdy, zwinięta pod kocem w kącie łóżka, nie chcę widzieć nikogo. Puls wszechświata czuję wtedy opuszkami palców, nieustanny chaotyczny ruch, bolą mnie elektrony krążące w moim ciele, paznokciach, włosach.
Nie ma myśli, na którą nie odpowiedziałabym &raquo;Nie chcę&laquo;. Zostawcie mnie, samą, nie mówcie do mnie, zróbcie sobie kolację, niech tata przepyta cię z historii. Chciałabym złapać cię za rękę, wbić w nią głęboko paznokcie – jęczeć &raquo;Pomóż mi&laquo;. Może tak kiedyś robiłam. Teraz wiem, że muszę przeczekać.
Wyszli, chaos powoli się uspokaja. Sprzęty przybierają na powrót swoje kształty, cichnie chlupot myśli. Ostrożnie wyglądam spod koca. Rozprostowuję skurczone nogi, ręce, rozluźniam kark. Dobrze trwać w ciszy, jak pod wodą. Nagle uchylają się drzwi. &raquo;Chcesz herbaty?&laquo; Dobre intencje zabełtały wszechświat. Znów wszystko drży i pulsuje.
Wreszcie natura, jak stary znachor, upuszcza mi krwi. Pozbawia nadmiaru rozedrganych cząsteczek. Myśli stają się mniej gęste, ciało lżejsze. Znów jestem ciałem stałym, wiem, że muszę się spieszyć, bo nim minie miesiąc, nieuchronnie znów elektrony ruszą do szalonego pędu.
Rytm mojego ciała, napędzany zegarem wszechświata. Twierdzenie odwrotne byłoby zuchwałością.
Swoją drogą, ciekawe, jaką miarą mierzyć objętość krwi menstruacyjnej przelanej na Ziemi przez kobiety, nie mówiąc o samicach innych gatunków?




GRZEGORZ INIEWICZ


Mieszkam w Krakowie, z wykształcenia jestem psychologiem. Interesuję się współczesną prozą i poezją, kinem europejskim, a także związkami między sztuką i szaleństwem.

Dlaczego piszę?

Każda odpowiedź na to pytanie wydaje mi się trochę banalna. Tak naprawdę, to po prostu siadam i piszę. Najbardziej lubię to robić w nocy – gdy jest ciemno i cicho. Pomysł zazwyczaj przychodzi nagle, pod wpływem jakiegoś wydarzenia, myśli, a czasem pojedynczego słowa. Na początku jest to dla mnie zabawa, zabawa słowem albo postacią, ale żeby wyjść poza zwykłe notatki, wtedy muszę zacząć ciężką pracę. „Oswajanie słów jest trudniejsze niż oswajanie tygrysów”, jak pisała Halina Poświatowska. I sam nie wiem kiedy zabawa zmienia się w mozolne kreślenie kolejnych wersji tekstu, a za oknem zaczyna świtać... Gdy patrzę wstecz to odkrywam, że moje teksty zawsze miały jakiś związek z wydarzeniami mojego życia. I jeśli nawet kiedyś odkryję, że to, co piszę ma wartość tylko dla mnie, to i tak powtórzę za Edith Piaf „Je ne regrette rien”.




Drabina

Mój dziadek słynął z tego, że się wspinał. Jak wspominała babcia, najpierw chodził z linami w Tatry, co skończyło się zaraz po ślubie, bo jak mawiała, nie chciała, żeby mu się coś stało, a potem wspinał się po własnoręcznie układanych piramidach ze stołów i stołków. Nie było to oczywiście wspinanie się dla samego wspinania, lecz na przykład, aby coś zawiesić albo poprawić coś innego. Typowa dziadkowa konstrukcja wyglądała tak: duży stół, na nim mniejszy, na mniejszym stole krzesło, dajmy na to kuchenne, a na nim taboret. I na tym wszystkim dziadek.
Potem była drabina. Pamiętam ją dobrze. Zazdrościłem dziadkowi przywileju wchodzenia na samą górę, podczas gdy ja mogłem najwyżej do drugiego szczebla. Drabina była czarna, a właściwie było to pół drabiny, jak wtedy myślałem, porównując ją z drabiną, na jakiej chodził malarz, który malował nasze mieszkanie. Więc te pół drabiny dziadek opierał o ścianę i wychodził na samą górę. Kiedyś te pół drabiny zsunęło się po ścianie z dziadkiem na górze, który na domiar złego, w ostatniej chwili chwycił się obiema rękami zwisającego przy ścianie kabla i kurczowo trzymając się go, zjechał na podłogę, kalecząc sobie dłonie.
Przypomniałem sobie tę historię, gdy siedząc w sobotnie popołudnie w fotelu, skończywszy malowanie sufitu, patrzyłem na rozstawioną na środku pokoju drewnianą, pochlapaną farbami drabinę, pożyczoną od sąsiada. Zdjąłem zawieszony na niej pojemnik z farbą i przez najwyższe szczeble przerzuciłem stary sweter, który miałem ubrany w trakcie malowania. Sweter pasował do drabiny.
Ponieważ sąsiad gdzieś wyjechał, nie oddałem drabiny od razu. W niedzielę powiesiłem na niej kwiatek w koszyku ze sznurka, z którym po zmianie umeblowania nie miałem co zrobić. Mimo, iż drabina stała na środku pokoju, nie stanowiła dla mnie przeszkody. Omijanie jej sprawiało nawet przyjemność. Zwłaszcza, gdy przechodząc obok, mogłem się jej przytrzymać. Nie było to coś, czego bym jakoś szczególnie potrzebował, tym niemniej dotyk drewna mile drażnił skórę.
W poniedziałkowy poranek, przed wyjściem do biura, snułem się po mieszkaniu jeszcze w szlafroku i z filiżanką czarnej kawy. Przechodząc obok drabiny poczułem, że obsuwa mi się pasek przy szlafroku. Chciałem go poprawić, lecz rękę miałem zajętą filiżanką. Położyłem ją więc na czwartym od dołu szczeblu i zawiązałem pasek. Ta sytuacja podsunęła mi na myśl jeszcze jeden sposób wykorzystania drabiny. Wygrzebałem spod szafy w przedpokoju deskę z jasnego drewna, z sękiem tkwiącym nieruchomo na jej środku i położyłem ją na trzecich szczeblach obu nóg drabiny. Dla sprawdzenia, czy był to dobry pomysł położyłem na desce filiżankę z resztką kawy. Stała na niej pewnie.
Gdy wieczorem wróciłem do domu na środku pokoju stała konstrukcja, o której w ciągu dnia trochę zapomniałem: pobrudzona farbami drewniana drabina, z zawieszonym na szczycie swetrem i kwiatkiem, a nieco niżej, na zrobionej z deski półce, stała pusta filiżanka po kawie. Po przeczytaniu gazety tylko przez moment zastanawiałem się, gdzie ją odłożyć. Zajęła miejsce filiżanki, dzieląc je z krawatem i wiecznym piórem marki Parker.
We wtorek stwierdziłem, że jedna półka to zdecydowanie za mało. Na szczęście za szafą w przedpokoju była jeszcze jedna deska. W ten sposób znalazło się miejsce na parę książek i miseczkę z ulubionymi cukierkami toffi, pomalowaną w tańczące skośnookie dziewczęta. Poplamiony sweter schowałem do szafy, a na jego miejscu powiesiłem zieloną marynarkę. Jej niedbale wystająca z tyłu podszewka, którą nauczyłem się zręcznie chować przy ubieraniu, nadała drabinie bardziej odświętny, a równocześnie bardziej ekstrawagancki wygląd.
W środę musiałem zrobić pranie. Po wyjęciu mokrych ubrań z pralki uświadomiłem sobie, że nie zawiązałem w łazience sznurków, które ściągnąłem przed malowaniem. Z szuflady kuchennego stołu wyjąłem sznur od snopowiązałek, bezskutecznie usiłując sobie przypomnieć, skąd mógł się tam wziąć. Jeden jego koniec przywiązałem do najwyższego szczebla drabiny, drugi do karnisza. Przez chwilę z zachwytem patrzyłem na swoje dzieło, po czym powiesiłem pranie.
W czwartek kupiłem w antykwariacie kilka starych płyt gramofonowych z francuskimi przebojami z lat 50 i 60. Położyłem je na podłodze, oparłszy o drabinę. Dało mi to pewność, że tu będą bezpieczne. Miseczkę po cukierkach toffi wyniosłem do kuchni, a na jej miejsce położyłem pustą butelkę po jakimś włoskim winie. Zdjąłem pranie i zacząłem się zastanawiać, do czego mógłby mi się przydać wciąż wiszący sznurek. Z tą myślą zasnąłem.
W piątek na sznurku powiesiłem czarno białe fotografie rynku mojego miasta, zrobione jeszcze przez dziadka. W tym samym dniu zostały też zajęte pozostałe szczeble drabiny. Znalazły się na nich: szelki, słuchawki od magnetofonu, ściereczka do wycierania naczyń i mały ręcznik z napisem „Wars”, który z roztargnienia spakowałem do swojej torby, jadąc pociągiem relacji Moskwa-Warszawa.





MARCIN KOSSAKOWSKI


Urodziłem się 1980 roku w Jędrzejowie, tam też mieszkam.

Uwielbiam ten niebyt, który odrywa mnie od ziemi, uwielbiam, kiedy podnosi on innych. Moje pisanie to pamięć dla mnie, kierunek do poznania bliżej. Opisuję świat jaki widzę, odkrywam inne jego kolory, czasem też samego siebie. Cieszę się, że jestem wśród ludzi, których dane mi było poznać, zaprzyjaźnić się, żyć tą samą chwilą.



*
Widzialność świata jest niemożliwa, póki nie wyjdziemy poza progi swoich pokoi, ulubionych kawiarni, nie spalimy kilogramy tłuszczu na swoich pierwszych rowerach, nie zwolnimy pracowników swojego umysłu. Ona oddycha w nas od narodzin ciekawości, a kiedy przychodzą do nas mętne myśli ujawnia się na ekspresowej trasie naszego życia. Wtedy najlepiej jest wybiec poza plan i odszukać pierwszej szosy. W ciszy , bądź przy odgłosie radia wpłynąć do pierwszego zatrzymanego samochodu, w beztroskim geście założyć rękę na rękę i zespolić swój wzrok z życiem za szybą. Choć na chwilę negować każdą idealną myśl, lecz tu trzeba raczej zachować dystans. W świecie podróżnika apogeum wyobraźni jest nieosiągalne. Pytania o egzystencję są raczej dostępne, trzeba tylko ujrzeć uroki świata i użyć skutecznego sposobu dla zabicia własnego ja.
Widzieć więcej, złamać nakazy, zakazy, zaistnieć obrazem wlepiając się w spojrzenia obcych ludzi. Fałszywe stwierdzenia wydobyć z ich spojrzeń, mówiąc : tajemniczy gość przechodzi przez obce miasto.




JUSTYNA KOWALSKA



- - ur. Sylwester' 78. Studiuję dramaturgię na wydz. Reżyserii PWST im. L. Solskiego w Krakowie. Uczęszczam też na zajęcia Studium Literacko-Artystycznego. Otarłam się o informatykę (robotyka), kończę studium reklamy (specjalizacja Realizacja Tv i Filmowa). Do tej pory druknięta byłam jedynie w "Suplemencie" i zinach Internetowych "Fahreinheit" itp. W ramach autorskiego teatru "Niemirando" zrealizowałam multimedialny performance. W dziedzinie dramatu reprezentuje mnie Agencja Dramatu i Teatru "Adit".

Piszę bo to mi pomaga żyć.
dystrakcja.republika.pl









MACIEJ KUCZYŃSKI

O sobie?

Maciej Kuczyński ur. 1979.
Mam nadzieję, że przyszły magister socjologii na Uniwersytecie Wrocławskim.

Dlaczego piszę?

Można by poprzestać na najprostszej i zarazem na najbanalniejszej odpowiedzi, że z tzw. potrzeby serca. Może rzeczywiście i tak na początku było, kiedy poczyniłem pierwsze próby ponad dekadę temu. Jednak stopniowo pisanie zaczęło pełnić „funkcję sprzątaczki” tj. pomagało mi uporządkować to co dla mnie istotne. Początkowo nie pałałem też zbytnią sympatią do książek, jednak sytuacja diametralnie się zmieniła za sprawą pewnej młodej damy, która będąc moją rówieśniczką pochłaniała z zapartym tchem „Wojnę i Pokój” kiedy ja w tym samym czasie mogłem się pochwalić „zaliczonymi” kilkoma lekturami szkolnymi i całą armią etykietek po tanich winach&#8230;. Niemniej jednak rozmowa szła nam dość sprawnie. Gdzieś tam mimochodem przyznałem się do swojej książkowej awersji. Nie spotkała mnie za to żadna fala krytyki, ona powiedziała tylko: ”Spróbuj, jestem pewna, że ci się spodoba” Miałem wówczas 14 lat – spróbowałem&#8230;. i tak jest do dziś. Ta historia też w jakiś sposób pociągnęła moje pisanie.
Teraz jest to dla mnie tak naturalna czynność, że nie wiem, czy mógł bym inaczej. Mam nadzieję , że uda mi się kiedyś wyjść poza egoistyczno-erotyczne pisarskie getto i skupić się bardziej na tym co zewnątrz.. Chciałbym stać się bardziej prozaiczny&#8230;


Szklanki

Niektóre słowa przywołują starych przyjaciół
będących gdziekolwiek w innym miejscu.
Wspomnienia pozostają przy mnie -
ciągle i niezmiennie.

Wspomnienia przemycane w opróżnionych szklankach,
obdarte ze swej magii – rozmyte
Znajome twarze pochylają się nade mną wykrzywione śmiechem.
Piękno chwili – potęgowane wywołuje ekstazę.

Nie potrzeba już nic przyozdabiać,
wystarczy zatrzymać zegary,
sycić się do woli
przebytą prawdą

Wspomnienia umierają o poranku
w pozostawionych niedopitych szklankach.
Męczą nad wyraz spragnione myśli,
wolnym krokiem wracają do siebie.

Różanki, wiersz ukończony 1 listopada 1999r.



Niech – nawiązanie

I teraz niby też jest sezon.
By widzieć wszystko zupełnie realnie,
pozwolić się wypowiedzieć
wszystkim tłumionym emocjom.

Niech drążą w głowie nowe krajobrazy,
sypią sól w rany.
I niech to przetrwam krzycząc w ciszę ból
a czasem nawet smakując z dłoni krew.
Niech i będzie.

Albo też,
w końcu skończy się sezon,
lecz jeśli tak to i coś więcej.
Niech wróci ukojenie
i włosy skropione deszczem.
Wtedy znów będę karmił w sobie śmierć.

Poznań 26 listopada 1999r.







PAWEŁ PELC


Od pięciu lat jestem księdzem diecezji przemyskiej. Obecnie posługuję w Archikatedrze w Przemyślu.

Poezja jest dla mnie listem do świata i o świecie.
Jest formą dialogu: z człowiekiem, którego spotykam w różnych zakamarkach codzienności i z Bogiem, w którego wierzę i którego mam nadzieję osobiście spotkać, by poprosić o autograf pod tym, co Swojego przekazał przez moje wiersze.
Ten najwspanialszy Poeta, Malarz i Twórca naprawdę pięknie poukładał ten świat , człowiek to arcydzieło niekiedy wypacza i komplikuje, a poeta szuka prawdy, która jest sensem i celem jego twórczości.


Ku wieczności

Minionych chwil
nie da się odzyskać
są jak małe stacyjki
za oknem pędzącego pociągu
przytulne zakątki życia
skreślone z rozkładu jazdy
takie dalekie i zapomniane
a jednak
ważne bilety
w podróży ku wieczności





MARCIN PIENIĄŻEK


Doktorant na Wydziale Prawa i Administracji UJ. Miłośnik muzyki, literatury oraz życia.

Kiedy dwa lata temu trafiłem do Studium, moje wiersze mówiły o lęku, śmierci i zwykle chybionej czułości. Nie sądziłem, że ktokolwiek zechce je przeczytać. Dziś próbuję pisać także o radosnym „tu i teraz”, które towarzyszy wsłuchiwaniu się w codzienne słowa bliskich. Szukam szczęśliwszego języka, by opowiadać nowe historie.




W parku chudy chłopak obejmuje ciało dziewczyny,
O której boi się marzyć,
A nalana twarz pełni
Ma to za nic.

W szpitalu milknie rozmowa
Niemowląt zdziwionych półmrokiem,
Który przysiadł w ich głowach.

Klęcząc przy swoim łóżku stara kobieta
Prosi anioła, aby na nią zaczekał.

1996



Minuta wody
Której anioł
Od czubka głowy
Ubiera ciało

Ty zimną wodą
Zapalasz ogień
Na płytkach powiek
Pod miękką stopą

Teraz na głowie
Wodopój ciału
Wodorost włosów
Zlepia pomału

Przez wodorostów
Mokre klosze
Ja, ręcznik
Ciepły sen
Przynoszę

1999




BEATA ANNA POKORSKA



Filolog polski, doktorant ( literaturoznawstwo, romantyzm, Pamiętniki duchowieństwa XIX wieku), były księgarz, redaktor miesięcznika literackiego „Akant”. Mieszkam w Bydgoszczy.

Pisałam „od dziecka” – wtedy głównie poezję. Zaginął mi brulion z pierwszymi wierszami, które spłodziłam jako ośmioletni brzdąc. Jedna z większych strat w moim życiu! Potem, jako nastolatka, dramaty. Jeden z nich: „ Córka dwóch ojców” zachował się do dziś. Ależ jest dramatyczny! Tak, nie pokazałam go nikomu. Dzisiaj wiem, że moim językiem jest język prozy. Czuję go najlepiej, choć wiersze „ popełniam” również, jednak mam świadomość ich nie najwyższej jakości. Czyli do szuflady.
Tak więc proza...Czemu piszę? Piszę, bo muszę. To wyższy imperatyw, którego nie umiem wytłumaczyć. Jak siadam przed kartką lub klawiaturą ogarnia, mnie nastrój święta i dziwna radość, choć wiem, że za chwilę będzie może ciężko. A może nie...Czy jest w tym sens? Nie zastanawiam się nad tym zbytnio. Dla mnie jest. Tak jak sens ma chwila, gdy otwieram książkę, i już wiem, że za chwilę będę tam, gdzie najbardziej chcę być. W niej. Chciałabym, żeby ktoś tak się poczuł, trzymając kiedyś moją książkę. I by się nie zawiódł.




Krzesło

Czułam pod sobą krzesło. Strukturę drewna, łagodne guzki nitów i fakturę łuszczącej się farby. To, że było twarde i niewygodne. A nawet jego zielony kolor. Czy można czuć kolor krzesła? Za chwilę przestanie być zielone. Jak się zabarwia zieleń nasączona krwią?
Gdybym mogła siedzieć nie dotykając go. Próbowałam usiąść na boku, zakładałam nogę na nogę, zsuwałam się na sam jego brzeg, wreszcie chciałam zawisnąć w powietrzu. Jednak jego budowa nie pozwalała na autonomię siedzenia w oderwaniu od funkcji krzesła. Po prostu. Siedziałam więc i nasączałam je sobą .
Czerwień, która gromadziła się w lekkim zagłębieniu powierzchni lub spływała nieznanymi korytarzami popękanych włókien organicznej materii, była naszą tajemnicą. Moją i krzesła. Jeżeli wstanę, jak ją ukryję? Krzesło ukaże swą zbrązowiałą zieleń i wszyscy pomyślą - skąd to skalanie? A potem skierują na mnie oskarżycielski wzrok. I nic nie powiem na obronę zbrukanego mebla, bo jeszcze nie umiem tłumaczyć się z własnej krwi. Zawisnę tylko przykrością na klamce, marząc, by się poruszyła i otworzyła drzwi. I pozwoliła przejść niezauważoną do schodów, i wreszcie do szatni, gdzie wisi mój płaszcz? Długie do kolan wybawienie.
Wyjścia nie ma. Moje krzesło stoi w rzędzie pod oknem, więc droga ku drzwiom naprzeciwko to marsz przed ekranem rentgena. Jeżeli opuszczę zacisze drewna, stanę w obnażającym świetle ludzkiego zdziwienia, żądnego wyświetlenia zakłóceń w estetyce moich dżinsów. Nasiąkających lepką substancją życia i zyskujących na odrębności. Czy to były jeszcze moje spodnie? Kiedy rozstanę się z krzesłem, wystąpią przeciwko mnie. Staną się moim oskarżeniem. Już teraz metal zapięcia ranił skórę, więc uciskane podbrzusze z oburzeniem pulsowało w rytmie wypływów, jakby w odwecie za męczącą torturę. Nieznana dotychczas wojna żywego z martwym. Palcami badałam teren walki, przypisując im rolę bezstronnego sędziego. W meczu bez reguł i nieznanym przeznaczeniu.
Muszę więc zostać tu, na moim krześle i liczyć na jego niemą dyskrecję. Zupełnie jak w bezpiecznym, ale niewygodnym gnieździe, z którego krawędzią łączyły mnie tylko centymetry obolałego ciała. Reszta lewitowała, pozbywając się ciężaru zdolnego rozpłaszczyć gęste jezioro winy, by nie spłynęło smukłymi nogami mebla.

Bolesne oczekiwanie. Znieruchomiała przestrzeń dająca złudzenie normalności. Jakby można było odwrócić bieg krwawej rzeki. Jakbym na powrót mogła stać się tamtą dziewczynką. Ale już nic nie powróci, tylko ja muszę biec naprzód licząc, że znajdę wyzwolenie. Wpatrywałam się we wskazówki zegarka, popychając je do szybszego ruchu. Każdy okrąg zatoczony sekundnikiem zwiększał szansę na ocalenie. Niedługo zostanę sam na sam z krzesłem.
Do tętniącego podbrzusza dołączył irytujący rytm sekundnika. Jeszcze nigdy nie byłam tak intensywnie skupiona. Czułam moje ciało, jakbym znalazła się w środku każdej komórki. Zdawało mi się, ze słyszę szum rzeki w żyłach i wicher powietrza w moich płucach. Ciepło wezwanych do odpowiedzi tkanek, ich rytmiczne nawoływania, zestrojone z tykaniem zegara serca. Moje zwielokrotnione, jaskrawe i głośne ja. Tylko, czy ja tego chciałam? Czy pragnęłam żyć ponad spodziewane? Ponad oczekiwane? Wyrwano mnie ze snu dzieciństwa i kazano żyć w środku nieznanej katastrofy, wypływającej z mojego ciała, znaczącej przestrzeń wokół mnie mną samą. Uczyniono mnie własnym niebezpieczeństwem. Zamkniętym w pozornym spokoju drewnianej przystani.

Wreszcie. Znajomy rumor odsuwanych krzeseł, ciężki tupot butów o drewnianą podłogę. Wychodzą. Nagła cisza i obezwładnienie. Oddycham przeraźliwie, jakbym wypływała na powierzchnię. Już można wstać. Siedzę jednak zespolona z krzesłem i nie mogę się podnieść... Czuję dziwną łączność z meblem, które dochowało mojej tajemnicy. Które teraz czegoś ode mnie żąda.

Wyjmuję więc chusteczkę i nieudolnie ścieram z niego ślady mojego istnienia.




SYLWIA KINGA SAWICKA


Zaczynałam jak wszystkie nastolatki spontanicznie: z zakochania, z nieodwzajemnionej miłości itp., i jak wszystkie od wierszy. Od niezgrabnych, pokracznych – czysty zapis emocji. Jedna z prób poradzenia sobie z uczuciami. Metoda ta zdała egzamin... Z biegiem czasu pisanie przestało pełnić funkcję wyłącznie terapeutyczną i stało się także moim sposobem komentowania rzeczywistości – nie tylko tej wewnętrznej.
Równocześnie prowadzony dziennik pozwala śledzić rozwój i metamorfozy mojego pisania, pozwala wracać, czerpać, nabierać dystansu&#8230; I tak tkwię już dobrych kilka lat zaprzęgnięta w – jakże przyjemny – kierat kartki i długopisu. Nie sądzę bym w przyszłości chciała się z niego wyzwolić. Życie to przecież doskonały pisarski afrodyzjak.



Kobiecość

Duża wskazówka zegara zatrzymana na dwunastce mała na czwórce, tak jest zawsze. Jeszcze nie świta. Leciutko wiatr porusza firankę. Już jest, czai się, na razie skulony, przyczajony. Nabiera sił by stać się wielki i potężny. Leciutko przewracam się na bok. Ręka ostrożnie wędruje na skraj brzucha. Delikatnie, pod gumkę majtek wsuwam palce. Gładzę, uspokajam; chociaż jeszcze trzy godziny, może dwie godziny snu. Próbuję go uśpić, oszukać, zabrać mu moc, pozbawić go siły i wzrostu.
Wstaję, piję kawę z imbirem. Delikatna spirala ciepła owija się wokół; już nie jest taki groźny. Powoli staje się sprzymierzeńcem. I to on, a nie przyczyna stwarza mnie kobietą. Przez trzy dni zamknięta w kokonie, zabijana każdym skurczem, stwarzam siebie. W purpurowym śluzie i czarnych, galaretowatych skrzepach. Kolejne trzy dni, tylko krew, ostatnie machnięcie pędzla. Z tym ostatnim dniem, z tym ostatnim maźnięciem, gdy dzieło jest skończone, znikam, by pojawić się z bólem. Początkowo zaczajonym, nieśmiałym, pozbawionym siły. Bólem, który za każdym razem muszę oswajać by stał się sprzymierzeńcem.
Wychodzę z mieszkania, łapię ukradkowe spojrzenia mężczyzn i to nie zapach, i nie kokon cząsteczek wokół mnie tylko wzrok zatopiony w cyklach bólu, wydobywa z nich tęsknotę, pragnienia. Zamierają. Szybko opuszczam powieki, a oni budzą się i szukają w mglistych oczach odkupienia.
Zostałam kochanką. By nie mieć dzieci dostałam tabletki tuż po stosunku. Łańcuch cyklu pękł. Ból nie przyszedł, chociaż się rodziłam. Nie było skrzepów i śluzu, tylko krew. Za trzecim razem, po tabletkach czułam, że siebie nie stwarzam. Odeszłam, bo nie mogłam zostać idealną kochanką.
Byli inni mężczyźni zwabieni tajemnicą. Bałwochwalczo czczących to co później brutalnie i bezwzględnie niszczyli.
W końcu poznałam mężczyznę, mężczyznę doskonałego. Uciekałam do niego przez wszystkie godziny doby. On się oddalał, przytłoczony moim nadmiarem. Ten ostatni raz, kiedy chciał odejść, przyniosłam czerwone wino. Do jego kieliszka dodałam skrzep, śluz i krew. Piliśmy. Lekko się uśmiechałam i patrzyłam jak siebie stwarza.



ZOFIA ZAJĄC-GARDEŁA

Mieszkam w Krakowie, skończyłam filologię polską na UJ,
przygotowuję do druku "Dzieła zebrane" Władysława Sebyły. Piszę
wiersze i opowiadania. Interesuję się psychologią i malarstwem.


Po co piszę?
To jak zapytać wiatru, po co wieje.
Lub słońca , po co świeci.
Świat jest nieogarniony w swoim bogactwie, a ja pragnę uwiecznić
choć cząstkę przeżyć, wzruszeń, myśli.
Piszę, choć na poezję nieurodzaj...


Nie może stanąć czas

jak krew zakrzepła w probówce.
Nie może biec na oślep,
choćby cel leczył świat.
Wrośnięci w historię oddychamy,
kochamy się,
rośniemy,
gubimy zęby portfele uśmiech
sadzimy drzewa
zbieramy zioła.
Naiwnie wierząc
W prawdę Zmartwychwstania.



Wczoraj rankiem zimowym

Wyszłam bez okrycia
Drżąc na ciele blednąc
Biegłam
Ulica patrzyła brudnymi
Tłumu oczami
Nikt się nie uśmiechnął
Nie upuścił czapki
Ktoś leniwie pchał
Wózek z niemowlęciem
Ktoś szarpał się pijany
Grożąc naokoło
Ktoś płakał na rogu
Ja przemknęłam chyłkiem obok.




MARIOLA ZIELIŃSKA

Jestem absolwentką filologii romańskiej, mieszkam w Krakowie.

Czym jest dla mnie pisanie? Sądzę, że to swoista płaszczyzna dialogu z drugim człowiekiem. W dzisiejszym świecie, gdzie człowiek czuje się, jak gdyby pędził przez życie pociągiem pospiesznym, pisanie pozwala mi zatrzymać się i dostrzec istotę tego, co dzieje się wokół. Pozwala mi zejść głębiej, pozwala dotknąć tego, co każdy z nas głęboko skrywa w sobie: bólu, samotności, wiary, nadziei. I tym chciałabym się dzielić.


Margerytka

Już czas posegregować wspomnienia
po tobie
bukiet wciąż stoi na stole
jakbyś odszedł dopiero wczoraj
wyjmuję z niego przywiędłe marzenia
jedno po drugim
róże zastygłe w przestrzeni
ranią mi palce
krew wciąż pulsuje
wystarczy już
ten kwiat zostawię w wazonie
biała margerytka
zawisła na urwisku w ostatnim momencie
ocalała
my poszliśmy dalej
w przepaść



Płaszcz

To dziwne
Zapamiętałam tylko
Twój płaszcz
Wkładany pospiesznie
Tak jakbyś bał się
Że nie zdążysz odejść






Katarzyna Monel - Lalka taka jak ty






Poetka, malarka, wokalistka i gitarzystka w Scalp of Marlin Monroe. Mówi: „Wszystko, co miało być już stworzone. Już istnieje. Najtrudniej jest wymyślić coś nowego.”


Rozważ to
Rzeczy za które bym umarł
I sprowadziły mnie na kolana
I nie wiem co zrobić

Mówiłem za dużo

To ja
Ja w kącie
Własnych iluzji
Ja w prześwicie
Światła
Tracący wiarę

Myślałem, że mam wszystko
Myślałem, że mam ciebie
Ty tak bardzo się starałaś

Myślałem, że mnie kochasz
Myślałem, że tak mówiłaś

Życie staje się większe
I większe
Przerasta mnie i ciebie

Myślałem, że się staramy
Słowa zmieniają się w czerń
Co pochłania wszystko
Malutki idealny sen
Taki, który boli najmocniej
Niechcący znowu się budzę
Kocham i nienawidzę śnić o tobie



Katarzyna Monel. Lalka taka jak ty. Nowa Ruda : MaMiKo, 2016





Ryszard Częstochowski - "Martwa natura z łapką na osy"






Ryszard Częstochowski

urodził się 12 września 1957 roku w Bydgoszczy. Poeta i dramatopisarz. Opublikowano
dotąd 13 jego książek. Jest także autorem 10 dramatów, kilka z nich miało swoje premiery
w teatrach Polskiego Radia, Lublinie i Bydgoszczy. Debiutował pod koniec lat 80
w ogólnopolskim miesięczniku Poezja. Później jego utwory były prezentowane
w kilkudziesięciu najważniejszych periodykach kulturalnych kraju m.in. Tygodnik Powszechny, Więź, Literatura, Res Publica, Odra, Twórczość, Kresy, Akcent, Topos, Kartki, Nowa Okolica Poetów, Nowy Nurt, Fraza, Undregrunt, Tytuł, Migotania, Pogranicza, Kwartalnik Artystyczny i paryska Kultura. W roku 1993 był współtwórcą i zastępcą redaktor naczelnej
Kwartalnika Artystycznego, który opuścił w styczniu 1997. Laureat nagród literackich im.
Klemensa Janickiego i medali im. Jerzego Sulimy-Kamińskiego a także Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego za 30 lat pracy twórczej. Członek warszawskiego oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Zawodowo zajmuje się psychoterapią osób uzależnionych od środków psychoaktywnych. Jest certyfikowanym przez Ministerstwo Zdrowia terapeutą uzależnień. W roku 1985 założył w Bydgoszczy na prośbę ś.p. Marka Kotańskiego Poradnię Monar.



METAFIZYKA WYGODNEGO UBRANIA


nie umiałem w swoim życiu rozstać się ze spodniami
gdy zaczynały być wygodne i znoszone
pojawiał się bezlitosny głos
najpierw mamy a potem żony
&#8220;kiedy wyrzucisz te spodnie wyglądasz strasznie”
broniłem się długo aż do przetarć

wyrok był nieuchronny kiedy pojawiała się dziurka
po praniu zaczęła się rozrastać
nic już nie dało się uratować
powoli musiałem oswajać nowe spodnie
po mękach zakupów i torturach przymierzania
w ciasnych przymierzalniach
przychodziła refleksja że ciało w którym
przyszło ludziom żyć
dostarcza z wiekiem coraz mniej
rozkoszy a
coraz więcej cierpienia




LOSOWANIE


A- zmarł ze smakiem kiełbasy polskiej
akurat w trakcie konsumpcji żona walnęła
go obuchem siekiery skonał w mękach
B- jechała na śliskiej dziurawej drodze
rzuciło ją na drugi pas wprost na czołowe
zderzenie z tirem urwało głowę
wydała ostatni skowyt bólu
C- szedł rano w pośpiechu do pracy
paląc papierosa nagle zrobiło mu się słabo
coś zakłuło w klatce piersiowej
jęknął jakby syknął osunął się na ziemię
wydając ostatnie tchnienie
D- wstydziła się krępujących wizyt u
ginekologa gdy poszła było już za późno
umierała w mękach morfina niewiele
dała ukojenia
E- umarł przyjemnie w trakcie orgazmu
obok swojej żony
F- ledwo się urodziła zmarła bo jej organizm
był słabiutki z licznymi defektami
G- miał 14 tygodni wyrzucili go z macicy
i wrzucili w niebyt nie dano mu się zetknąć
z tutejszym światem
oszczędzono ludzkiej męki wysłano na
rajskie łąki gdzie ciało jest zbędne



Ryszard Częstochowski. "Martwa natura z łapką na osy". Nowa Ruda : MaMiKo, 2016







© 2001 - 2017 - Mamiko