Studium w sepii – recenzja “Człekołaka”


Często czytelnik nie wie, jak głęboko sięga literacka gra, którą prowadzi dany autor. Czy polega ona tylko na umiejętnym przesterowaniu swojej biografii, świadomych cytatach, czy może jednak uprawia on, zapożyczając na chwilę określenie ze słownika Geertza, tak zwaną “głęboką grę”. To, co jednak było dla znanego antropologa kultury dogłębnym wejściem w strukturę wybranego środowiska po to, by wyłuskać najważniejsze kody, którymi kieruje się określona społeczność, dla autora może być formą sztukowania wielopiętrowych znaczeń lub zacieraniem granic pomiędzy fikcją i prawdą.

Można mieć skojarzenia z ostatnim filmem Quentina Tarantino i pokazanym tam sposobem kreacji prawdy, fikcji, fikcjo-prawdy i całej masy niejasnych ontologicznie tworów, które trudno byłoby jednoznacznie zakwalifikować – gdyby ktoś chciał podobne próby poddać wizualizacji, moglibyśmy zobaczyć manekin lub amatorską rzeźbę, w której nos nie istnieje, oczy są prawdziwe, usta operują tylko na przypuszczeniach, a całość służy po prostu dobrej zabawie. “Człekołak” Artura Dudzińskiego w żadnym razie nie jest twórczością, która ma wywoływać uśmiech na twarzy, ale kwestia plastycznego podejścia do zdarzeń w celach terapeutycznych może się kojarzyć z trikiem użytym w “Pewnego razu w Hollywood”. Z tego powodu odbiorca prozy poznańskiego autora w żadnym razie nie może mieć pewności, czy wspomnienia bohatera są formą szczerej, choć poddanej literackim zabiegom, spowiedzi czy może to fikcja oparta na wielokrotnie pozawijanych pętlach.

To, co zwraca najbaczniejszą uwagę, gdy wchodzi się powoli w tajemniczy, duszny świat “Człekołaka”, jest daleko posunięta wsobność tej książki – postaci mają swoje przezwiska, pewne czynności określane są kodami, a spisywane wspomnienia realizowane przy użyciu półsłówek, zatajeń, metafor i symboli. Ta atmosfera pełna zatęchłych zapachów, krzywdy, większych i mniejszych traum, zwierzęcych potrzeb, zwyczajnego zadawana cierpienia wysyła w światy filmów i książek, w których uciśniona psychika bohaterów musiała rozkwitnąć wrażliwością i przesadnym poszukiwaniem symboliki w różnych zdarzeniach, aby poradzić sobie z zadanym przez świat i ludzi złem. Stąd w “Człekołaku” znajdziemy pomieszczenia w sepii, brudne prześcieradła i firanki, rodzącą się cielesność, cierpkie powidoki z przeszłości podlane deszczem muzyki klasycznej. Drobna książka Dudzińskiego otwiera nienazwane odczucia i przywołuje lepkie mikroświaty podobne do buduarów, strychów i korytarzy znanych z prozy Meyrinka czy Schulza lub też filmu “Pająk” Cronenberga.

Momentami przypominają się także Pilch, Iwaszkiewicz i Roth, do którego “Kompleksu Portnoya” Dudziński nawiązuje. “Człekołak” to książka o powikłanej terapii, pozwalającej na wyjście z dziecięcej skorupy, w której schował się bohater po piekiełku przeżytym w domu rodzinnym. Rodzice porównywani są tu do mitycznych stworów, które budzą się w nocy, z ich ust kapie krew, a w pustych oczach jest miejsce tylko na zniszczenie. Ten świat, który rozpadł się zbyt szybko, musi być ponownie scalony, a bohater powinien dowiedzieć się wreszcie, że może być w jego życiu inaczej. Pomaga w tym literatura i granie partii trudnej gry z terapeutą. Skoro oprawców można nazwać inaczej, poddać ich w wyobraźni nowym zasadom, w takim razie jest szansa na to, aby się uwolnić i wymyślić siebie na nowo.

“Człekołak” jest formą oddania hołdu literaturze, która nie tylko dzięki odpowiednim wiązkom słów potrafi dokopać się do zapomnianych wspomnień, ale także rozbić przeszłość w pył. Z pomocą wypracowanych przez wieki technik literackich i mocnemu psychologizowaniu proza stała się skutecznym remedium, ciągle proponującym nowe rozwiązania i dającym wyobrażone możliwości, dzięki którym “tak zwana trudna prawda” okazuje się tylko mirażem.

Fraza Dudzińskiego jest bardzo elegancka, oparta na powściągliwym szlifowaniu zdań i umiłowaniu detalu. Dynamika wspomnień miesza się tu z pewną statycznością niepewnego bohatera, którego sprawczość została zabita poprzez powolne podgryzanie potworów, wilkołaków, człekołaków i całej mitycznej czeredy, nie okupującej tylko starodawnych bestiariuszy, ale ciągle obecnej tu i teraz, mieszkającej w blokach, kamienicach i domkach jednorodzinnych. Autor zdaje się mówić, że trauma potrzebuje metafory, a kto lubi zatapianie się w ciężkich passusach, błotnistym świecie przedstawionym i żyznej literaturze, znajdzie w “Człekołaku” materiał, który wygina szczękę i daje duże pole do interpretacji i rozmyślań.

Marek Kest