Proste historie – recenzja “Kółka konsekrowanych wdów”

Wystarczy przeczytać kilkanaście wywiadów z pisarzami albo wejść na forum adeptów pisania, aby mieć gotową listę powodów rozpoczęcia przez zainteresowanych klepania w klawisze. Na przykład Faulkner rozpoczął, bo długo przyglądał się Sherwoodowi Andersonowi, starszemu koledze po piórze, który prowadził bardzo łatwe, proste i nieskomplikowane życie. Jeśli pisanie ma polegać na piciu i włóczeniu się, wchodzę w to, powiedział późniejszy Noblista. Inni zaczynają, bo czują, że po prostu muszą wyrzucić z siebie coś, co w nich puchło, narastało, fermentowało. Może wtedy dojść do łatwego wypluwania doświadczeń, łatwej konfesyjności lub wejścia w gotowe, najczęściej przemetaforyzowane, sposoby tworzenia. Zdecydowanie nie jest to przypadek Barbary Korty-Wyrzyckiej, która mimo że konfesyjność stosuje, wie, że literatura potrzebuje odpowiedniego przerobienia doświadczeń, zastosowania zmiennych soczewek i ognisk światła.

„Kółko konsekrowanych wdów” podzielone jest na dwie części, zaczynamy od dłuższych opowiadań, a kończymy krótkimi impresjami, miniaturami na kilka stron. Tytułowa historia to barwna relacja z pielgrzymki do Medjugorje. W „Darowiźnie” znów przemieszczamy się na Bałkany, aby tym razem obdarować fundacje dla narkotycznych rekonwalescentów. „Toda” jest opowieścią o walce z przeszłością przez wspólną sąsiedzką pracę. „Bezdomni kochankowie” to historia o pewnych starczych powidokach, pisana z przymrużeniem oka, zaś „Trzy pióra” to wyprawa w całkiem inne rejony: harcerstwo, las, młodość walcząca z przeciwnościami, klimat Bahdaja. W miniaturach realność powoli ustępuje fantazji, autorka zaczyna się przekomarzać z rzeczywistością, zabarwiając świat groteską i zjawiskami, które nie mają prawa się wydarzyć.

Historie Wyrzyckiej posiadają kilka punktów wspólnych. Czytelnik wyczuwa, że za fabułami stoją zdarzenia, które prawdopodobnie się wydarzyły i jest zadowolony, że autorka dba o odbiorcę, przygotowując pole czytelniczych zabaw, a nie łzawe kawałki, uczuciowe szantaże, służące zwykle tylko emocjonalności autora. Bohaterki opowiadań mierzą się z nieułożoną przeszłością, traumatycznymi doświadczeniami, wyrzutami sumienia, niepodjętymi działaniami, brakiem woli, niemożnością czynu. Fabuła służy im jako forma oczyszczenia, uwolnienia się, uładzenia, zapomnienia o przeszłości. Postaci przechodzą pewną drogę, aby coś zrozumieć, wywołać w sobie zmianę, przejść metamorfozę. Wyrzycka, opierając się na łańcuchach doświadczeń z własnego życia i doskonale rozumiejąc zbiór klasycznych motywów, przyciągających odbiorców do gawędy, tworzy uniwersalne, namacalne historie, w których bardzo łatwo się odnaleźć. Kreowanie bohaterów, z którymi czytelnik się łączy, scala, kibicuje im lub ich nie lubi, nie jest wcale takie proste, a autorce „Wdów…” przychodzi to ze sporą lekkością. Często przy lekturze przypominają się amerykańskie komediodramaty z lat 50. lub 60., w których zawsze historia była przedstawiona klarownie, postaci świetnie i wyraźnie narysowane, konflikt zrozumiały i przyciągający do ekranu. „Garsoniera”, „Bulwar zachodzącego słońca” czy inne dokonania Billego Wildera przychodzą na myśl, gdy przemieszczamy się po świecie przedstawionym wraz z bohaterami „Kółka konsekrowanych wdów”.

Mówi się, że mężczyźni są obserwatorami, ważny jest dla nich zmysł wzroku, jednak autorka tworząc niezwykle wizualne spektakle, świetnie oddając fenomeny przyrody, zdecydowanie tę prostolinijną teorię zaburza. Świat przez Wyrzycką jest przede wszystkim widziany, obserwowany, podglądany, a obrazy wkradające się przez obiektyw oka, błonę w okolicach serca wywołują w bohaterach przemiany, które autorka z dużą wprawą opatruje słowami.

Swojskość, naturalność, potoczystość, pozytywna łatwość odbioru to synonimy „Kółka konsekrowanych wdów”, zbioru, który stawia przede wszystkim na czytelniczą przyjemność, możliwość grania z bohaterami w jednej drużynie, a przez to, że przeniknięty jest wiarygodnym doświadczeniem, staje się ciekawszy niż typowe eksperymentalne gry. Opowiadania dłuższe, czyli pierwsza część książka, robią większe wrażenie, choć dla wielu może właśnie końcowe miniatury będą bardziej interesującym doznaniem.

Andrzej Romar