Połknij żółtą kulkę – recenzja “Saudade” Marty Kucharskiej

Psychiatra, ksiądz, prostytutki, prokuratorka, pisarze, śpiewaczki, dzieciaki, które kiedyś kimś zostaną oraz jeszcze inni bohaterowie tworzą wspólnie uniwersum „Saudade”. Osobnym wielkim, pochłaniającym wszystko, bohaterem jest Lizbona, miejsce, które się skrzy, przyciąga i często nie chce wypluć swoich małych mieszkańców. Marta Kucharska powoli, w każdym rozdziale, odpala kolejne życiorysy, uruchamia bohaterów, którzy pod koniec książki stworzą wspólnie swojską ferajnę, a każdy okaże się związany z każdym. Ciekawe jest to powolne dokładanie przez autorkę kolejnych puzzli, dopracowywanie świata, oplatanie czytelnika siecią relacji między postaciami. Nie sposób nie zauważyć, że za próbą budowania własnego stylu i historii stoi też chęć przywołania ulubionych autorów, gra z literaturą hiszpańsko i portugalskojęzyczną. Poza Pessoą, który wydaje się tu nadawać ton, można natrafić na ślady związane z twórczością Vargasa Llosy, Cortazara czy Vila-Matasa. Bohaterowie są dziwaczni, coś każe im wariować, żyć ciągłą tęsknotą i namiętnością. Najmocniej wybrzmiewa ponowienie w kilku rozdziałach struktury fabularnej „Szelmostw niegrzecznej dziewczynki”. Mężczyźni tęskniący za zimną i niezależną kobietą, która nie do końca ich chce, to motyw, który chyba najlepiej realizuje Kucharska.

Często przygody i fabularne zwroty ustępują miejsca gadaniu, mówieniu, południowej gawędzie. Narrator, czy to kobieta, czy mężczyzna, nie chce się zatrzymać, musi gadać, aby żyć, aby przetrwać w świecie historii kilka minut dłużej. Nie interesuje go prawdopodobieństwo, fakty, fikcja, prawda, ważne jest zatapianie się w słowa, tworzenie przedstawienia i klimatu przez dźwięki wypowiadanych zdań. „Saudade” ma coś z literatury oralnej, brzmi najlepiej, gdy jest czytane na głos, gdy wybrzmiewa w przestrzeni.

Podczas lektury zwracają uwagę momenty zawieszenia, małe przerwy w narracji i ciągłe dygresje, tak jakby narrator musiał odkaszlnąć, chwilę pomyśleć albo nagle coś mu się przypomniało. W tekście znajdziemy sporo informacji, anegdotek, specyficznej wiedzy. Czytelnik może bawić się w odgadywanie, czy autorka przedstawia w danej chwili fakty, czy jednak (nie)intencjonalnie konfabuluje. Sigmund Freud miał odczyt na uniwersytecie w Coimbrze? Możliwe, że tak było. A może autorka potrzebowała tego wydarzenia, więc po prostu je stworzyła. Na kartach „Saudade” prócz bohaterów fikcyjnych pojawiają się postaci znane z historii, co jeszcze bardziej utrudnia odnajdowanie się w tym lesie prawdy i zmyślenia. Prawdopodobnie to książka, która mówi, że realność wydarzeń nie ma żadnego znaczenia, powinniśmy zapomnieć o destrukcyjnym stylu myślenia, w którym musimy oddzielać fakty od zdarzeń i bytów wyobrażonych.

„Saudade” świetnie się czyta, z tekstem się płynie i, co bardzo ważne, coś po lekturze w głowie zostaje. O dobrych książkach mówi się, że stanowią całość, coś zamkniętego i gdy sobie to przypomnimy, pojawiają się mikroznaczenia, zapachy, klimaty, odczucia, myśli. „Saudade” jest taką książką, jest niczym żółta gorąca kulka, którą można połknąć, aby za jakiś czas przywołać sobie jej smak, przypomnieć atmosferę Lizbony w słońcu i bohaterów chorych na szaleństwo.