Otworzę Ci to serce – recenzja “DAM”

„Ja nie piszę wierszy// dziecino ja je rodzę”, tak, wersem z Jaworskiego, Maciej Sowicki wchodzi w swój tomik. Dodając do tej deklaracji cytat ze Świetlickiego, który pojawia się kilka stron dalej, blurba Krzysztofa Śliwki oraz jarzeniówkowy róż bijący z okładki, możemy szybko zgadnąć, z jaką atmosferą będziemy mieli do czynienia. Autor przeszczepia melancholijno-buntowniczną czułość lat dziewięćdziesiątych, zabarwioną dziecięcym zachwytem, na twardy grunt post-post-post-transformacyjnej Polski (i statecznej Holandii), wyprzytulanej i wylizanej przez wielką kapitalistyczną mamkę. Mamy prywatność, miłość, muzykę, wzruszenia i krew na wargach, ale wszystko rozgrywa się już w całkiem innym enturażu. Nie brud, bruk i płaszcz po dziadku, ale euro-neony, szklane korporacje i rzyganie kolorowym drinkiem.

Sowicki w jednym z pierwszych wierszy określa swojego czytelnika idealnego. To współczesny, podobny bohaterowi wagabunda, który się rozbija nocami po centrach. Czasem się upije, czasem pokombinuje. Jest ciągle odurzony czasem, dzianiem się, doświadczeniem, które narasta i znika wraz z zerwaną świadomością. Są w DAM chwile, jest wspominanie bliższe i dalsze, myśli, że ten dzieciak, wracający ze szkoły z ciężkim tornistrem, nie różni się od tego gościa, który teraz otwiera się na świat i upija po raz pierwszy. Ważna jest dla niego miłość, ale autor wie, że w 2017 roku nie da się zrelacjonować uczuć przy pomocy pary, ławki, parku, lutni i kwiecia. Wykrzywia opis, puszcza oko, wpuszcza relacje we współczesne rekwizytorium, ale mimo wszystko chce oddać czułość bez cynicznych zakłóceń. Czasem jest zbyt emocjonalny, rozstrojony, wiedziony serotoninowym pikiem i upadkiem, będąc bohaterem tej cząstki polskiej poezji, którą możemy nazwać doraźnie korpowerteryzmem.

Sowicki umie myśleć, czuć, przeżywać i pisać wiersze, więc temat wydaje się w jego przypadku sprawą drugorzędną. Prawdopodobnie poradziłby sobie z tomikiem o cmentarzach, powstańcach, łące, wsi czy kolonizacji Marsa. Wybiera jednak nie wyobrażone fantomy, ale zjawiska sobie najbliższe – doświadczenia w miejsko-internetowym środowisku widziane i czute przez dwudziestokilkuletnie ciało. Incipit z Jaworskiego wskazuje na to, że nie interesują go racjonalnie, mózgowo cyzelowane wersy, ale pocenie się, plucie językiem, wyprowadzanie go z doświadczeń organizmu niczym wielobarwną wydzielinę.

Tytuł jest sprawą kluczową, przy pierwszym jego odczytaniu nasuwa się AmsterDAM, miejsce częstych w tym tomiku akcji, w których rozlewają się holenderskie nazwy stacji metra, uliczki, rozróby. Następnie przychodzi na myśl dawanie – to głównie autor nam DAJE, jest szczodry i miły, chce się dzielić sobą i tekstem jak kawałkami ciasta na dworcu. Można pomyśleć też o DAMACH jako kole zamachowym tomiku i życia. Bez swojej DAMY podmiot liryczny spadłby głęboko i zostałyby puste kartki. Kojarzy się też angielski DAMN, bo nie wszystko się układa, telefony się tłuką, kupony nie wchodzą, miłość okazuje się jazdą po trudnym terenie. DAM przypomina też specyficzny dźwięk. Ktoś się tłucze w ruinach, ulicą idzie grupka doboszy, wychowankowie biją talerzami o stół, pod monopolowym rozbija się butelka. A może to dziecięce TA-DAM, coś powstaje z niczego, wyłania się z obłoczka dymu; dziecko ciągnie dorosłych za rękaw, aby pokazać im swój teatrzyk cieni.

Jeśli sam tytuł daje podstawy do długich zabaw w odczytanie, mieni się, znaczenia w nim migoczą, reszta tomiku musi zapowiadać podobne przyjemności. Sowicki daje nam luźną magmę – czasem oczywiście skrojoną pod emocjonalny czy interpretacyjny odczyt – z której sami możemy łowić gorące pierwiastki i węgle.

Autor zdaje sobie sprawę, że nie pisze dla każdego. Stateczna, poważna osoba, z bamboszami na stopach, miłośniczka starodawnych wzruszeń, wzdrygająca się przed wulgaryzmem i anglicyzmem, odrzuci DAM, nie biorąc dla siebie nic. Sowicki jednak nie walczy o poklask narodu, ale szacunek w powykręcanych niszach. I zdecydowanie go sobie tam trochę zaskarbi.

Andrzej Blask