Na tej ziemi, pod tym niebem, wszyscy jesteśmy zwierzętami – recenzja “Oswajania chmur”

Trawestacją kilku wersów z piosenki dręczącej pokolenia, wylewającej się z salonów i z otwartych okien kamienic, można opisać tomik “Oswajanie chmur” Jarosława Kapłona. Bohaterowie, którzy pojawiają się w tomie, zaskakująco często porównywani są do zwierząt, niezależnie, czy śpią, jedzą, dotykają się czy kochają. Całość dziania się odbywa się w statycznym świecie mieszkań pod pokrywą chmur, które obserwowane są przez stare okna i balkony. Nie są to jednak Miłoszowskie chmury, które pragną być interpretowane i mieć znaczenie. U Kapłona po prostu są i stanowią punkt odniesienia dla mieszkań. Z każdym następnym wierszem zatapiającym się powoli w czerń, nabierają złowieszczego charakteru. Podobnie dzieje się ze światem zewnętrznym, który choć opisywany rzadko, bliżej końca oswajania staje się nieprzystępny. Wszystko w tomiku Kapłona wyjątkowo mocno poddane jest dyktatowi podmiotu lirycznego, wnętrzu i prywatności, co wydaje się kontynuacją tendencji antyideologicznych, które wybrzmiały najmocniej w poezji polskiej na początku lat 90. Nurt odstawiony na rzecz liryki aktywno-społecznej, choć ponowiony wraz facebookowymi opowiadaczami codzienności, staje się dla Kapłona czymś oczywistym. Nie ma poczucia wtórności, opowiadając o bohaterze ukrytym w mieszkaniu z papierosem, kawą i kotem, poddanym rutynie, rytuałom i codziennym ślamazarnym aktywnościom. Jednoosobowe państwo, jednoosobowa konstytucja, mieszkanie pośrodku kosmosu – znamy to, choć Kapłon ukrywa swojego opowiadacza w tej jaskini nie z powodu nienawiści do ludzi i świata (jak na przykład u Bukowskiego), ale dlatego, że wydaje mu się to naturalne. Ten ktoś leży na dywanie, patrzy w okno, pali papierosa, głaszcze kota, choć wie, że “Musi istnieć coś więcej niż ja i ten pokój”.

To, co na zewnątrz, jest nieważne. To, co publiczne, jest nieważne. To, co wewnątrz, też mogłoby być nieważne, gdy nie element rozświetlający układankę, kobieta ze śladem po cesarskim cięciu. “Namacalne są tylko biodra wszystko inne to halucynacje”. Gdy namacalność się oddala, a w końcu znika, mieszkanie przejmuje halucynacja, miraż okrutnych codziennych czynności, wchodzenia, wychodzenia, pukania do drzwi, odmrażania gotowego żarcia, fastfoodowych stosunków i relacji z ludźmi. Chwilami “Oswajanie chmur” przypomina zbyt dobrze znaną piosenkę, aby za moment zaskoczyć ciekawym spięciem znaczeń lub dla przykładu porównaniem uczuć do kroków w mieszkaniu – odmierzania wszystkiego pokojem, poprzez pokój.

Mało jest tak mocno autorocentrycznych tomików i tekstów o izolacji. Niejeden czytelnik “Oswajania chmur” chciałby podjechać pod balkon podmiotu lirycznego i krzyknąć, “proszę wyjść z mieszkania”. Na wiele by się to jednak nie zdało, to zwierzę symboliczne rozpięte na siatce automatycznych czynności po prostu zostanie we wnętrzu. Interesujący u Kapłona jest brak tęsknoty za ideą, nie ma żadnej walki o wartości. Wartością jest tylko skóra, oczekiwanie, aż coś się zdarzy, jeszcze kilka tych chwil przed śmiercią.

“Oswajanie chmur” z gracją wpisuje się w literacki program i nurt prywatnościowy. Pomimo odczucia, że zna się już tę historię zamknięcia w czterech ścianach na pamięć, warto zmierzyć się interpretacją izolacji zaproponowaną przez autora. Wiersze są przycięte i ustrukturyzowane ze smakiem, widać doświadczenie literackie i długi czas przygotowania tej upartej ekspresji. To już więcej niż bezpośredniość, to wysublimowana literacka gra, z którą warto się zapoznać.

Andrzej Cuda