Michał Zantman – Krajobraz z atramentowym wieczorem

Michał Zantman ur. w 1965 r. w Krakowie. Jest absolwentem Wydziału Prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Fragment “Krajobrazu z atramentowym wieczorem”

Śniło mu się, że
      s i ę o b u d z i ł .
      W kawiarni.
      Yyy… To znaczy… Ten tego… – nie znosił takich sytuacji.
      Szczególnie nie znosił, kiedy ktoś przyglądał mu się ukradkiem. A tak właśnie zachowywała się, choć nie było to grzeczne, krzątająca się pomiędzy stolikami, kelnerka.
      Dlaczego ona tak mi się przygląda? – Ojciec wyjął z kieszeni srebrną monetę i położył ją na obrusie.
      Czy nie powinien był położyć na obrusie jeszcze jednej monety?
      Zdjął z wieszaka płaszcz. Owinął się szalikiem
      Ciekawe…
      Ciekawe, że we śnie zaprzątał sobie głowę tak nieistotnymi szczegółami.
      Może właśnie dlatego, siedzący przy sąsiednim stoliku, ludzie (dwóch mężczyzn i kobieta) zachichotali, kiedy mijał ich, zmierzając niechybnie do wyjścia.
      Kelnerka uchyliła przed nim szklane drzwi i, z właściwą sobie, wymuszoną uprzejmością, wypchnęła go w ciemność.
      Ciemność zabulgotała. Zmarszczyła się. Wchłonęła go, wciągnęła do środka.
      Odpychając się od niej rękami, Ojciec zaczął iść. W miarę możliwości, przed siebie. Ostrożnie, by nie wpaść na żadną z ustawionych wokół rynku kamieniczek.
      Tuż przed nim przemknął jakiś cień. I pasek. Jasny pasek piżamy, wystającej prawdopodobnie spod kurtki.
      Szybko przemknął i, równie szybko, rozpłynął się.
      Ojciec znieruchomiał.
      Cofnął się.
      Najlepszy dowód, że to tylko sen. – pomyślał. Któż snułby się po nocy w piżamie wystającej mu spod kurtki?..
      Tak, tak… Nie ma się nad czym zastanawiać. Takie rzeczy – przekonywał sam siebie – zdarzają się tylko w snach.
      Ba… Byłoby wręcz dziwne, gdyby nic podobnego się nie wydarzyło.
      Utwierdziwszy się w tym przekonaniu, znów zaczął iść.
      Znów przed siebie.
      I znów ostrożnie.
      Aż wreszcie doszedł do miejsca, w którym nie sposób było nie postawić sobie pytania; dokąd?., dokąd ja właściwie idę?
      Zatrzymał się.
      Może do domu?..
      Może.
      Tylko, do którego domu?
      Zapalił zapałkę.
      W świetle zapałki pojawił się dom.
      Czy o ten dom mu chodziło?
      Kto wie?
      Zapaliwszy drugą zapałkę, pierwsza bowiem zgasła, Ojciec podkradł się do bramy. Nacisnął klamkę. Szarpnął z całej siły.
      Dom zatrząsł się, zachwiał.






A kogóż tam niesie?!
      – wyrzucony gwałtownym szarpnięciem z łóżka, Dozorca uderzył głową o coś twardego.
      Już idę!
      Idę, idę! – wsunął pantofle i udał się w kierunku, z którego dochodziło natarczywe pukanie.
      Jednak, zamiast na bramę, natknął się tam na pustą, zimną ścianę.
      Ściana. – zauważył. Zważywszy na późną porę, bardzo przytomnie.
      Pukanie, stopniowo przechodzące w łomotanie, rozległo się na drugim końcu domu.
      Ileż ten dom ma końców?
      Dozorca niechętnie zawrócił.
      Zaraz! Nie pali się przecież!
      Na drugim końcu domu wpadł na ścianę.
      Zrobiło mu się gorąco.
      Natarczywe, pełne zniecierpliwienia łomotanie pojawiło się z tyłu… W oddali.
      Dobra, dobra… W porządku.
      Po co się denerwować! – krzyknął, przekopując się przez zapchany ciemnością korytarz.
      Korytarz ciągnął się. Zakręcał, rozgałęział i znów się łączył, ale nigdzie, w żadnym miejscu nie kończył się bramą. Czy, chociażby tylko, czymś do bramy podobnym.
      Niedobrze…
      Bardzo niedobrze. – Dozorca przyłożył ucho do ściany.
      Łomotanie ustało.
      Tak nagle?
      Coraz gorzej.
      Ktoś tam, na zewnątrz, potrzebuje pomocy, a ja nie potrafię, w żaden sposób, mu pomóc. Co ze mnie za dozorca? – ponownie zawrócił.
      Pobiegł tam, skąd nie dochodził już żaden, nawet najcichszy, odgłos.
      Gdzie my mamy latarkę? Albo lampę naftową? – obudził żonę.
      Daj spokój… Głowa mnie boli…
      Nie mam ochoty… – postękując, żona przewróciła się na drugi bok.
      Sprawdź pod łóżkiem. – dodała, oprzytomniawszy nieco.
      Ewentualnie, w szufladzie.
      Dozorca sprawdził. Pod łóżkiem.
      O! Chyba mam! – sięgnąwszy głębiej, natknął się na, pokryty grubą warstwą kurzu, telefon.
      A, nie… To tylko telefon… – ostrożnie podniósł słuchawkę.
      Halo!..
      W słuchawce rozległ się trzask. A zaraz potem zapadła głucha cisza. Dozorca wsłuchiwał się w nią przez dłuższą chwilę z zapartym tchem.
      Halo… Jest tam kto?! – nacisnął widełki. Przekręcił tarczą.
      Trzask pojawił się ponownie.
      Tak, słucham… Tu Doktor taki a taki…
      O, przepraszam.
      Najmocniej pana przepraszam… Ja tylko chciałem sprawdzić czy mój telefon działa.
      Ależ śmiało. Proszę się nie wstydzić. Co panu dolega?- głos, który,
      jak się wydaje, należał do jakiegoś doktora, zrobił na Dozorcy na tyle dobre wrażenie, że postanowił, na razie, nie odkładać słuchawki. Nie mógł jednak wydobyć z siebie słowa.
      Nie ma powodów do obaw. Proszę mówić… Śmiało… – Doktor był, doprawdy, bardzo wyrozumiały.
      Biorąc pod uwagę późną porę – jego sposób wyrażania się budził zaufanie – rozumiem, że pański problem to bezsenność.
      Mam rację?
      Właśnie… Otóż to, doktorze. Bardzo trafnie pan to ujął. Nie mogę spać – trzymając telefon między kolanami, Dozorca usadowił się na brzegu łóżka.
      To znaczy, śpię sobie smacznie, aż tu nagle!..
      ‘Nagle’, powiada pan? – tkwiący przy aparacie w odległym zakątku nocy, Doktor notował sobie każde słowo.
      Tak jest doktorze; nagle! Nagle jak ktoś nie zacznie dobijać się do bramy.
      Wyrwany ze snu wstaję i idę otworzyć, ale nigdzie nie mogę się natknąć na bramę.
      Chodzę tam i z powrotem po ciemnym korytarzu, a bramy jak nie było, tak nie ma.
      Zniechęcony wracam do pokoju. Zaczynam szukać pod łóżkiem lampy naftowej, ale zamiast na lampę natrafiam na telefon.
      Coś takiego. Zamiast na lampę, natrafia pan na telefon?.. – trudno powiedzieć czemu akurat ten szczegół wydał się Doktorowi tak interesujący.
      No, no… Rzeczywiście, to dość nieprzyjemne objawy.
      Aczkolwiek, o tej porze roku, całkowicie uzasadnione. – szelest kartek świadczył o tym, że Doktor przekartkowuje kalendarzyk. Prawdopodobnie, by ustalić o jaką porę roku tu może chodzić.
      Kaszle pan? – zapytał. Po dłuższym namyśle.
      Nie.
      Ma pan dreszcze?
      Nie.
      Gorączkę?
      Katar?..
      Też nie?.. Oj, to niedobrze… – znów chyba coś sobie zanotował.
      Ale od czegóż, drogi panie, medycyna. Już my się z tym uporamy.
      Spokojna głowa. – niewiadomo dlaczego używał liczby mnogiej.
      Profilaktyka, mój drogi panie. Tylko profilaktyka!
      Zapobiegać, a dopiero potem leczyć!
      Leczyć! Leczyć! I jeszcze raz leczyć! Oto nasza dewiza. – znów ta liczba mnoga.
      Ale co leczyć?.. Skutki? Kiedy jest już za późno?
      Oczywiście, że nie. Nie skutki. Przyczyny. Przyczyny, mój drogi panie.
      Zdławić chorobę w zarodku. Dopaść ją, gdy jeszcze wcale nie jest chorobą. Gdy jeszcze wcale jej nie ma. Oto nasze – co się dzieje? – podstawowe zadanie.
      Tu chyba trochę się zapędził. Na szczęście, w porę się zreflektował.
      Czy często się to panu przytrafia?
      …
      Proszę?
      Ach, tak…
      Tak… – Dozorca ledwie nadążał za potokiem docierających do niego słów.
      Tak. – opanował się.
      Dzisiejszej nocy już przynajmniej raz.
      Raz, pan powiada?..
      Czyli należy przyjąć, że dosyć często. – Doktor nie przypuszczał, że sytuacja rozwinie się w tym kierunku.
      Przyznam – nie zamierzał niczego ukrywać – że to nieco komplikuje postawienie diagnozy.
      Jak bardzo?
      Tego, na razie, nie wiem. Ale (w tym ‘ale’ tkwiła odpowiedź) już ja się dowiem.
      Póki co, proszę zachować spokój. Przede wszystkim spokój.
      Nie chodzić bez ważnego powodu. Nie przechadzać się. Nie spacerować. Po prostu, leżeć. Dużo leżeć.
      Wygrzewać się.
      I wypoczywać.
Wypoczywać i jeszcze raz wypoczywać. – ukłoniwszy się z szacunkiem, Doktor odłożył słuchawkę.
      Urwanie głowy z tymi pacjentami.
      Zamyślił się. I w tym stanie usiadł.
      Na krześle.
      Przy stole.
      Krzesło. – pomyślał sobie, mimochodem.
      A zaraz obok krzesła stół. – myśl jego poczęła zataczać coraz szersze kręgi. Wydłużyła się i, niespodziewanie, dotknęła swym końcem mężczyznę, siedzącego po drugiej stronie stołu.
      Sprowokowany do zabrania głosu, zdumionym, oczekującym wyjaśnień spojrzeniem, mężczyzna poprawił się na krześle.
      Całkowicie – oświadczył – podzielam pański punkt widzenia.
      Jakkolwiek, powiadam, jednakowoż.., nie tylko stół. I nie tylko krzesło.
     Również, proszę nie mieć mi tego za złe, flakon, serwetka, obrus. Zwłaszcza obrus. Proszę mi zaufać. A mówię to panu jako wieloletni sędzia, choć obecnie w stanie spoczynku. (Więc mężczyzna był Sędzią… Kto by przypuszczał?)
      Jaki tam flakon… W najlepszym razie flakonik… – Doktor niezupełnie się zgadzał z takim postawieniem sprawy. A prawdopodobnie już wtedy stało się dlań jasne, że na kolanach Sędziego siedzi kobieta.
      Skoro flakonik, to czemu nie stolik i nie krzesełko… – trzymając się kurczowo kobiety, Sędzia bez pośpiechu rozwijał swą błyskotliwą, pozbawioną słabych punktów argumentację.
      Krzesełko, stolik, flakonik? – Doktor w porę wyczuł, że cała ta rozmowa zmierza donikąd.
      O, proszę spojrzeć, jaki przyjemny dywan. – bardzo inteligentnie zmienił temat.
      Dywanik. Moim zdaniem, dywanik.
      Dywan.
      Nie dajmy się ponieść emocjom, drogi panie; dywanik.
      A ja twierdzę, że dywan!
      Nic podobnego! Nic podobnego!.. – mężczyźni coraz wyżej podnosili swe, skądinąd typowo męskie, niskie głosy.
      Co gorsza, coraz bardziej przypominali mężczyzn siedzących, nie tak dawno temu, czyli innymi słowy, niedaleko stąd, w zagubionej pośród nocy kawiarni.
      Ale komu przypominali? Chyba nie sobie?
      Oczywiście, że nie. Nawet oni nie byli aż tak nierozsądni, by przypominać sobie to, czego już nie było.
      Albo raczej było, tylko gdzie indziej. W innej chwili. W innym miejscu. Daleko poza tym, co skłonni bylibyśmy nazwać teraźniejszością.
      Jeśli więc przypominali owych mężczyzn, to głównie z wyglądu.
      Nie bez znaczenia był też fakt, że towarzyszyła im kobieta, którą, choć może nie należy tego rozgłaszać, jeden z nich trzymał na kolanach.
      Cóż za niefortunne i godne ubolewania podobieństwo.
      Ale czy można się dziwić? Zimowe, bezkresne noce, takie jak ta, miały to do siebie, że nikt w nich nie mógł czuć się bezpieczny. I obojętne czy przebywał tu na stałe, czy tylko przejazdem, myślał głównie o tym, rzecz jasna nie dając niczego po sobie poznać, by jak najszybciej się stąd wydostać. Co, wbrew pozorom, wcale nie było trudne. Wystarczyło wstać od stołu, a zdaje się, że Sędzia pierwszy to zrozumiał. Otworzyć drzwi. Przejść aż do kamiennych, wąskich schodów. Schodami zejść na dolny korytarz, na końcu którego, w szczelinie, powstałej w niedomkniętej bramie, majaczył szary, powleczony śniegiem świt.
      Majaczył?
      Raczej wstawał.
      To bardziej odpowiednie określenie.



      Świt (który, podobno, w pewnych kręgach uchodzi za przeciwieństwo zmierzchu) wstawał. Podnosił.., wznosił się, coraz wyżej i wyżej, ciągnąc za sobą, przywiązane doń cienkimi niteczkami, domy, drzewa, ulice…
      Aż wreszcie zastygł. Rozpostarł się w dal, w głąb prześwitującego spod spodu, znajdującego się tuż za nim dnia. Dnia, który sprawiał wrażenie pustego, pozbawionego szczegółów i dopiero czekał aż, sunące powoli w jego kierunku, ulice wypełnią go bliżej nieokreśloną treścią.
      Pozszywane ulicami, ustawione na lodowych płytach domy, przemieszczały się, obfotografowując, rozciągniętą wokół nich przestrzeń, wycelowanymi w nią oknami. A każde z okien zabierało z sobą inny jej aspekt, w każdym mieściło się inne ujęcie.
      Na przykład; pusta, przypominająca kawałek rozbitego lustra, połać rynku, obrzeżona wygiętymi od mrozu, poodklejanymi od brudnego nieba fasadami domów…
      Stercząca ponad krawędzią jakiegoś dachu biała, kłębiasta chmura.
      Sople lodu, zwisające z rynien.
      Wyłom, wijącej się między domami, urywającej się nagle, uliczki.
      Czeluść podwórka, zakończona przechylonym czarnym płotem…
      Skrawek nieba wygnieciony, opierającym się o niego, cieniem starej, skrzypiącej kamienicy.
      Albo kawałek horyzontu, rozpięty, niczym sznurek, między dwoma ścianami…
      Lub zimna, ocierająca się o komin, słoneczna kula.
      Wrony na śniegu, w pustej parkowej alejce.
      I wiele bardzo podobnych.
      Ale tylko za jednym z okien rosło niewysokie, samotne drzewko.
      I właśnie temu drzewku przyglądałem się z głębi swojego pokoju, siedząc na łóżku, gdy ktoś zapukał do drzwi.
      …
      Kto? Nie wiem, gdyż z powodów osobistych postanowiłem nie kontynuować tego wątku.
      Na wszelki jednak wypadek, zerwałem się z łóżka. Zasłoniłem okno.

      Cisza.