Joanna Kern * Ewa Parma – Hajer Blues i inne historie

Ewa Kern

Ur. 1948. Absolwentka filologii polskiej na WSP w Opolu. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego, do wprowadzenia stanu wojennego również w miejskiej komisji „Solidarności” jako przedstawicielka oświaty. Od roku 1983 przebywa w Niemczech. Po ukończeniu gerontopsychiatrii pracuje jako terapeutka ludzi w podeszłym wieku. Publikowała w polskiej prasie codziennej, „Śląsku”, a w Niemczech w kwartalniku “Wilhelmshofer Bote”. Jest aktywnym działaczem kulturalnym: organizuje wystawy malarskie, prowadzi grupę teatralną. Mieszka w Krefeld.

Ewa Parma

Ur.1961. Anglistka. Debiutowała w roku 1987. Publikowała poezję, prozę i tłumaczenia poezji w polskich i amerykańskich magazynach literackich. Wydała tomiki “Tylko dla modliszek”(1991) i „W strefie ognia” (Mamiko 2010). Mieszka w Katowicach.



Jankesi w Katowicach

Dla Lindy i Tony’ego Foster

Jest kwadrans po północy, Rondo
zabijamy czas do przyjazdu pociągu
Warszawa-Wiedeń, którym wraca
zagubiona kamera Tony’ego
– taki mały cud
Kręcimy się pod pomnikiem,
próbuję tłumaczyć Lindzie
o co chodzi z tymi skrzydłami,
używam do tego Yeatsa
i mojego dziadka,
zaprzęgam do akcji metafory,
bo wiesz, Linda, to jak wasza frontier,
pogranicza, co dzielą i łączą,
kiwa ze zrozumieniem
i opowiada swoją rodzinną historię,
ale mam jej nie ruszać, to jej wiersz
Tony robi zdjęcia moim aparatem,
żadne nie wyjdzie, po co,
magia jest tylko tutaj,
pomiędzy słowem a skrzydłem,
Grand Rapids a centrum Katowic,
gdzie właśnie teraz,
w strumieniu czasu, aut
i naszych świadomości
z dwu skrajnie różnych miejsc
odkrywamy nić przewleczoną
przez losy tak podobne
jakby ktoś pisał monodram
zachowując jedność
czasu, miejsca i akcji,
To jakby pić colę z Frankiem O’Harą
w McDonaldzie na Stawowej,
śpiewać siebie z Waltem Whitmanem
na ławce w Parku Kościuszki,
stać na Rondzie z Lindą i Tonym
kwadrans po północy
– taki mały cud

18.02.2012




Radio Katowice

Zajrzę tam we wtorek
wieczorem od niechcenia
udam że pomyliłam godzinę
jedenastą z dwudziestą trzecią
pomarudzę w galerii a potem
chyłkiem wyjmę z ram płótna
owinę się w pary sklejone plecami
ważki magnolie i lokomotywy
zasnę w zapachu terpentyny
i popatrzę jak z sal wychodzą
niewyraźne postacie
Krystyna w kapeluszu
Rysiek z Panią Whisky
Karlik z ostatnim „Kocyndrem” pod pachą
Na piętrze kowadło zacznie samo stukać
mikrofony w studiach ustawią się same
jakby ktoś właśnie usiadł do nagrania
będzie słychać głosy śmiechy i melodie
cały kosmos dźwięków co osiadł
na ścianach odkąd ktoś miał potrzebę
by głosem dać sygnał że jest tu i czeka
i że koniec spania w tym Domu

24.03.2012




MOJA PIĄTA STRONA ŚWIATA



Pokażcie mi jednego Ślązaka, który po przeczytaniu książki Kutza nie zaczyna zastanawiać się nad historią swojej własnej rodziny. Najpierw po trochu, z grubsza, tak jak ja to teraz robię, ale z czasem przypomina się nam coraz więcej. Wracają obrazy i ludzie już dawno umarli, wracają z zakamarków pamięci „berania” babek o utopcach i meluzynach. Sięgamy po albumy z pożółkłymi zdjęciami, po książki o Śląsku, w których odnajdujemy te same ślady, co u Kutza, idziemy do Teatru Korez, aby pośmiać się i popłakać „na Cholonku”.
Historie śląskich rodzin, w których tak do końca nic nie jest naprawdę białe, ani nic nie jest tak naprawdę czarne.

Mój pradziadek ze strony mamy, jak głosi rodzinny przekaz, służył u Wilusia, a że był wysoki, postawny i przystojny, służył w gwardii dworskiej. Był poddanym księcia pszczyńskiego i gdy ten był kiedyś w odwiedzinach na dworze, podobno sam cesarz powiedział mu, że ma w swojej gwardii człowieka z jego włości. Książę wezwał pradziadka do siebie i w nagrodę dał mu ziemię – tyle, ile był w stanie zaorać w jeden dzień. Na tej ziemi postawił dom i założył rodzinę. W tym domu przyszła na świat moja babka, moja mama, a potem ja. Dom po licznych przeróbkach, dobudówkach, łataniu i spinaniu ankrami przez kopalnię Boże Dary, wygląda oczywiście teraz inaczej, niż ten sprzed ponad stu lat. W piwnicy nie ma już też chlebowego pieca, na jego miejscu stoi nowoczesny piec centralnego ogrzewania, ale węgiel z kopalni Boże Dary dalej leży w tym samym kącie.

Pradziadek po powrocie ze służby u Wilusia uprawiał ziemię i dbał o porządek wokół zameczku myśliwskiego księcia w Promnicach, gdy ten przyjeżdżał tam na wypoczynek po polowaniu. Moją mamę, gdy była małą dziewczynką, zabierał czasami jej dziadek ze sobą do Promnic i wtedy miała okazję zza budynków gospodarczych podglądać lepsze towarzystwo. Od tamtego czasu chyba jej zostało, że najbardziej lubiła czytać książki o wyższych sferach i nie miało znaczenia, czy to była “Trędowata”, czy też poważna biografia królowej angielskiej.

Gdy przyszła pierwsza wojna światowa, ojciec mojej mamy, a mój dziadek, jako poddany Wilusia, powędrował w prusackim mundurze i w pickelhaubie na głowie na wojnę, z której cudem udało mu się wrócić. Zaraz potem wybuchły powstania, więc poszedł spełnić swój obowiązek i też udało mu się wyjść z tego cało. Moja babka, jak inne żony, nosiła mu jedzenie do murckowskiego lasu i popędzała do szybszego przegonienia Niemców, bo w domu czekała robota i głodne dziecka.

Także drugi mój dziadek, ze strony ojca, brał udział w powstaniach. W przebraniu kobiety furą przewoził powstańczą broń, a między powstaniami często korzystał ze schowka pod podłogą, w izbie naprzeciwko drzwi wejściowych z sieni, kiedy to do domu zbliżała się policja. Dom dziadków w Moszczenicy znajdował się w nie bardzo sprzyjającym takim akcjom miejscu; po prostu z kuchennego okna nie było widać drogi i opuszczenie domu w ostatniej chwili było najczęściej już niemożliwe. Schowek był na tyle przydatny, że jeszcze zdążył z niego skorzystać w 1939 roku mój ojciec, nim wyjechał ukrywać się przed poborem do Wehrmachtu do znajomego gospodarza w innej wsi. Ale gdy Niemcy zagrozili wywiezieniem całej rodziny do obozu, jakby powiedział Kutz, było po ptokach. Ojciec dobrowolnie wdział niemiecki mundur i poszedł na wojnę. Na szczęście na front zachodni, w kompanii takich jak on “Niemców”. Gdy w marcu 1945 zobaczyli pod Moers pierwszych Amerykanów, rzucili broń i poszli do niewoli. Miesiąc siedzieli w obozie jenieckim we Francji, na łące otoczonej drutami kolczastymi, bez zabudowań i jednego źdźbła trawy, bo wyjedli ją z głodu. Po miesiącu w obozie zjawili się polscy oficerowie, wywołali Ślązaków i bez objaśnień wywieźli do portu Calais, a stamtąd do Anglii. Tam ubrano ich w polskie mundury i wcielono do armii Maczka. Po zakończeniu wojny, ojciec pierwszym transportem wrócił do Polski, a potem na polskim Śląsku nieraz odpokutował ten Maczkowy mundur.

Mama miała trzech starszych braci i ci też byli w chwili wybuchu wojny w wieku poborowym. Najstarszy z nich był franciszkaninem, pierwszym księdzem z naszej parafii. W tym czasie przebywał w klasztorze w Piotrkowie. Gdy zamknięto polskie szkoły, młodzież z gimnazjum przychodziła na tajne komplety do klasztoru. Na tych kompletach ujek Manek uczył greki i łaciny. Gdy klasztorem zaczęło interesować się gestapo, wyjechał do Krakowa.

Dwóch młodszych spotkał ten sam los, co innych tutaj urodzonych. Jeden w niemieckim mundurze zawędrował aż pod Kursk, gdzie został ranny w nogę i tylko dzięki temu ocalał, bo poszedł na tyły do lazaretu, a drugi z kolei walczył na terenie byłej Jugosławii i w Grecji. Z narażeniem życia wykradał jedzenie z niemieckich magazynów i rozdawał tamtejszej ludności, która cierpiała straszliwy głód. Sceny, które oglądał na okupowanych przez Niemcy terenach, śmierć dzieci, które jego “koledzy” zabijali roztrzaskując im główki o mur, tak głęboko zapadły w jego pamięć, że gdy był w podeszłym wieku i nie bardzo już pamiętał, co jadł rano na śniadanie i którędy idzie się do kościoła, zaczął po raz drugi żyć w tamtym świecie; dla niego ta wojna nigdy się nie skończyła.

Moja rodzina miała szczęście. Wszyscy z wojny wrócili do domu, w czasie wyzwolenia mojej mamie i ciotkom też “się upiekło”, ruscy nie narobili w naszym domu zbyt wielu szkód, bo po prostu nie było co wynieść. Podobno tylko jeden z ruskich stłukł lustro, bo widząc w nim swoje odbicie myślał, że mu się diabeł pokazuje. Bogatsi sąsiedzi byli bardziej poszkodowani. Sąsiada o niemieckim nazwisku Fitzek , który mówił po niemiecku, a któremu parę osób na pewno zawdzięczało życie – wybronił ich w urzędach i dlatego ominął ich Auschwitz – wywieziono w głąb Rosji. Wrócił po kilku latach, wrak człowieka, i wkrótce też umarł. Jego żonę, tak jak stała, wyrzucono wtedy z mieszkania na ulicę. Przygarnęła ją moja babka, chociaż w naszym domu też powoli robiło się ciasno. Mieszkała u babki do śmierci. Fitzkowa pochodziła z Ukrainy i dzięki niej poznaliśmy smak pierogów, barszczu ukraińskiego i kulebiaków.

W naszym domu, tak jak u Kutza, też od zawsze panował matriarchat. Moją prababkę znam tylko z opowiadań, ale to ona rządziła w domu, potem babka, no a później moja mama. Określenie Stara Demokracja u Kutza tak bardzo dla mnie znajomo zabrzmiało, że musiałam sobie „pobeczeć”, bo tak czasami mówił mój ojciec o swojej teściowej lub o swojej żonie, gdy mu te babskie rządy już bokiem wyłaziły.

Od kiedy pamiętam, dom był zawalony książkami. Babka czytała po niemiecku, bo w tym języku czytać się nauczyła, mama już po polsku, bo urodziła się w czasie, kiedy jej ojciec gonił Prusaków po murckowskim lesie i kiedy poszła do szkoły, była to już szkoła polska. Gdy parę lat po wojnie urodziłam się ja, a potem jeszcze moje dwie siostry i brat, ta tradycja czytania przetrwała. My, dziewczyny, dostałyśmy obligatoryjnie na któreś tam „Dzieciątko” po lalce, no bo tak się należało. Z tymi lalkami nasz wujek w habicie, Manek, zrobił nam zdjęcie i na tym był koniec zabawy. No, bo ile można się bawić jakąś durną lalką? Więc siedziały te wystrojone lalki na zasłanych łóżkach i robiły za dekorację. Obowiązkowym prezentem na wszystkie okazje i bez okazji były książki. Czytało się w każdej wolnej chwili, a w nocy pod pierzyną, przy świetle latarki.

Książki, których dzieci nie powinny były czytać, stały na najwyższej półce w komórce, nad krauzami z kompotem. I te nęciły najbardziej. Gdy rodziców nie było w domu, na stołku przyciągniętym z kuchni stawiało się ryczkę i wyciągało kolejną książkę. W ten sposób w wieku 12 lat miałam zaliczoną „Trędowatą” i wiele innych tego typu romansów. Pamiętam do dziś, jak szlochałam nad losem Stefci i ordynata Michorowskiego, czytając o ich wielkiej miłości na łące pod kasztanem. Przestudiowałam też wtedy dokładnie, ze szczególnym uwzględnieniem rozdziału o położnictwie, poważne dwutomowe dzieło naukowe z zakresu medycyny. To nie były czasy, kiedy rodzice czy szkoła uświadamiały dzieci, robiliśmy to na własną rękę. Dzięki tej książce przestałam wierzyć w bociany. Kiedy miałam już 18 lat i mama usiłowała mi jednak coś tam wytłumaczyć, serdecznie się uśmiałam i przyznałam do lektury tego skrzętnie przed nami chowanego dzieła.

Gdy szłam do Liceum Ogólnokształcącego w Ochojcu, miałam już zaliczonych Trzech Muszkieterów, Hrabiego Monte Christo, rycerzy Okrągłego Stołu, a także „Wichrowe Wzgórza” Emily Bronte i będącego na indeksie kościelnym „Szerszenia” E.L. Voynich. Pierwszą dwóję w życiu dostałam z klasówki z języka polskiego, bo polonista posądził mnie o ściąganie. A ja po prostu dzięki książkom nie miałam trudności z wysławianiem się po polsku.

W dzień balu maturalnego, wraz z przyjaciółką, zostałyśmy przyjęte do Koła Młodych Literatów, któremu przy Pałacu Młodzieży w Katowicach patronował Wilhelm Szewczyk. Koło powstało w wyniku konkursu literackiego ogłoszonego przez Trybunę Robotniczą. Moje opowiadanie o Ślązakach i gorolach zakwalifikowało mnie do finału konkursu i zdecydowało o przyjęciu do koła, jednakże moje kontakty z nim urwały się po kilku miesiącach, bo zaczęłam studiować w Opolu. Dla mnie od początku było jasne, że to będzie polonistyka.

Na uczelni zetknęłam się z profesor Simonides i ta zaraziła mnie swoją śląską pasją. Uświadomiła mi, że nie muszę wstydzić się śląskiej gwary, bo to język naszych pradziadów, nasze korzenie, a nie pokręcony niemiecki, jak niektórzy usiłowali nam wmawiać, upokarzając nas przy tym. Profesor Simonides stworzyła na uczelni śląskie koło naukowe i z nią jeździliśmy po opolskich wsiach, nagrywaliśmy i spisywaliśmy śląskie opowieści. Cztery z nas z tych materiałów napisały prace magisterskie; tytuł mojej brzmiał: „Oleska anegdota ludowa”. Moje nazwisko figuruje też w spisie narratorów w pierwszych wydaniach „Berów śmiesznych i uciesznych” Simonides.

Po studiach rozjechałyśmy się w różnych kierunkach, ale dwie z nas, które pozostały na Śląsku, prof. Simonides namówiła na dalsze zbieranie materiałów i kontynuowanie pracy; miała ona zaowocować doktoratem. Mieszkałam wtedy w Raciborzu, więc teren do zbierania materiałów folklorystycznych był idealny.
Ale jak powiedział też w książce Kutz, Ślązak mógł podskoczyć tylko do pewnej wysokości, a potem było finito – pokazywano mu, gdzie jego miejsce i upadek bywał dość bolesny.

Po opublikowaniu przeze mnie chyba piątego już z kolei artykułu, dziekan wydziału, Walenty D., który przywędrował na Śląsk z Mazowsza, oznajmił prof. Simonides, że nie ma społecznego zapotrzebowania na tego typu rzeczy i że nie zgadza się na otwarcie przewodu.

A może to zemściła się na mnie moja złośliwość? Pana D. nie trawiłam już w czasie studiów, jego świntuszenia na ćwiczeniach i wykładach, zresztą nie tylko ja jedna, więc pluszową świnkę maskotkę, którą miałyśmy z koleżanką w pokoju w akademiku, nazwałyśmy jego imieniem. No i w ten sposób Walenty zakończył moją naukową karierę.

Jednakże ziarno posiane przez prof. Simonides już zakiełkowało i rosło.
Uczyłam w szkole średniej, większość moich uczniów pochodziła ze śląskich lub niemieckich rodzin, od pokoleń zasiedziałych na raciborskiej ziemi, na korytarzach i podwórzu szkolnym słyszało się przeważnie gwarę, wielu miało rodziny w Niemczech. Ich światopogląd był już mniej więcej ukształtowany, szkoła nie mogła tu już wiele zepsuć. To matki i babki mówiły i pokazywały im, kim są.

Wiedziałam o tym, przecież wywodziłam się również z takiego domu, tak więc lekcje o patriotyzmie to były przede wszystkim rozmowy o przywiązaniu do miejsca, w którym się urodziło i w którym się żyje.

Naturalną konsekwencją tego było też, że kiedy nauczycielka historii urządziła w szkole Izbę Pamięci Narodowej, powstańczy mundur mojego dziadka z Moszczenicy i jego odznaczenia znalazły sią tam w roli eksponatów. Do nich był dołączony napisany przeze mnie jego życiorys.

Z kolei nazwisko dziadka katowckiego widnieje na pomniku upamiętniającym powstania i uroczystość objęcia Górnego Sląska przez rząd polski w lipcu 1922 roku. Pomnik ten stał początkowo między Piotrowicami i Kostuchną, w 1939 został zniszczony przez Niemców. Jego replika stanęła w 2002 roku na skwerze przed kostuskim kościołem. W rodzinie mówimy – „nasz pomnik”.

Gwara była naszą „Muttersprache” . Ta niemiecka nazwa języka ojczystego jest chyba najtrafniejszym tego określeniem. Muttersprache – matczyna mowa. Do pójścia do szkoły posługiwaliśmy się tylko gwarą i tak było w każdej śląskiej rodzinie. Nauka języka zaczynała się od alamakota i to tak mocno siedzi w naszych śląskich zakutych łbach, że założę się, że nikomu z nas nie przyjdzie do głowy dzisiaj powiedzieć Ala mo kota. Tak więc języka polskiego uczyliśmy się dopiero w szkole. To był język, którym posługiwaliśmy się tylko poza domem, bo w domu mówiło i do dzisiaj mówi się gwarą. Chociaż w ostatnich latach zauważyłam, że najmłodsze pokolenie też w domu coraz częściej mówi „czysto po polsku”. Zjawisko jest na tyle zaskakujące, że rodzice przecież dalej „godajom”.

Tłumaczę to sobie faktem, że dzieci nie tylko w szkole mają do czynienia z językiem polskim, siedzą przecież godzinami przed telewizorem i komputerem i to powoduje, że tych parę zdań wypowiedzianych gwarą przez rodziców wpada gdzieś do jakiejś szufladki i w niej pozostają zamknięte. Gwara staje się tym, co nazywamy bierną znajomością języka – dziecko rozumie, co się do niego mówi, ale samo już mówić nie potrafi. A szkoda.

Bo jak powiedział Goethe: „Tyle razy jest się człowiekiem, ile zna się języków”.



11.03.2010


Joanna Kern




Pejzaż ze śląskiego podwórka



Najważniejszy jest płot.
Można się na nim oprzeć łokciami,
wieści ze świata nasłuchać,
pranie wysuszyć i garnki;
na ławce usiąść z sąsiadem,
pogadać, kufelek wypić.

Za płotem ciemny las,
za lasem wielki świat,
co zjawia się czasem
wraz z dzwonkiem u roweru
Antka – listonosza,
w kopercie z cudzoziemskim
znaczkiem barwnym
jak diabelska czapka.

Wiatr wtedy w brzozach się zrywa
i sroki odlatują spłoszone,
gospodarz po trzykroć się żegna
i szczelniej domyka furtkę,
by złe dostępu nie miało
do jego skrawka nieba
i zostało za płotem.

Katowice, 30.05.2007.



Ewa Parma