Jakub Tabaczek – Czytajcie, co jest Wam pisane

Podobno polityka wydawnicza ostatnich lat doprowadziła do uwiądu formy zwanej opowiadaniem. Ale to tylko pozory. W czytelniczym podziemiu opowiadania rozchodzą się jak świeże bułeczki (koniecznie z rodzynkami), rozkwita ich czarny rynek. Jednym z najlepszych towarów, jakie tam znalazłem, były opowiadania Jakuba Tabaczka. Czytane kilka lat temu, tak samo smakują dzisiaj. Mocno, wyraziście, charakterystycznie, z niepokojącą domieszką szaleństwa, groteski, absurdu. Nie wiadomo, kiedy i jak realizm staje się w nich własnym przeciwieństwem, sztuką zaprzeczania i powątpiewania. Najwyższą sztuką. – Karol Maliszewski


Jedno z opowiadań ze zbioru:


Kapcie
Pannie Wiewiórce


Tomek miał być tym jedynym.

Wszystko zaczęło się układać tak, jak nigdy układać się nie miało w zwyczaju. Powoli, stopień po stopniu. Bez najmniejszych prób przyspieszania rzeczywistości czy oszukiwania już na starcie. Różę fascynował ten naturalny bieg zdarzeń. Naturalny bieg zdarzeń zdarza się tak rzadko, że kiedy wreszcie, to wtedy bezpowrotnie oczarowuje swoją wyjątkowością.

Pierwszy raz przyszła do domu Tomka trzy tygodnie po tym, jak się poznali. Wcześniej spotykali się tylko w mieście. W mieszkaniu było ciepło i przytulnie, z adaptera leciała płyta J.J. Cale’a. Tomek wiedział, czym ująć dziewczynę: pomógł Róży zdjąć płaszcz, znalazł dla niej jakieś kapcie i zaproponował herbatę, a potem czas popłynął w rytm grającej muzyki: leniwie i zmysłowo, bez najmniejszego pośpiechu.

Kiedy Róża wracała do domu, wydawało jej się, że wszyscy w autobusie gapią się na nią. Po czym to poznawali: po oczach, po wypiekach, po kącikach ust? W nocy długo nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok, aż w końcu kołdra zamieniła się w Tomka. Po kilku godzinach dziewczyna obudziła się z poczuciem, że zmarzła. Spod kołdry wystawała jej stopa. Gdy z powrotem cała się opatuliła, spokojnie spała już do rana.

Minęło zaledwie kilka tygodni, ale za każdym razem, kiedy przypominała sobie, jak się poznali, wydawało jej się, że było to strasznie dawno. Zastanawiała się, czy nie zacząć pisać pamiętnika, żeby zatrzymać czas, a przynajmniej zachować jego fragmenty.

– Załóż kapcie, pobrudzisz skarpetki – mówił Tomek. Zamiast się ubierać, miała ochotę zrobić dokładnie odwrotnie. Ale i to przyszło samo, zupełnie nie poganiane. Róża poprosiła wtedy Tomka, żeby wyłączył Cale’a. Nie chciała, żeby ktokolwiek zakłócał ich intymność. Później pod prysznic poszła w samych kapciach. Była u Tomka dopiero drugi raz, a miała poczucie, jakby spędziła tu kilka lat – wszystko było znajome i bezpieczne. Dziwne, po swoim domu nigdy wcześniej nie chodziła nago, jakby wstydząc się siebie samej.

Następnego dnia, kiedy siedziała na wykładzie, poczuła silny niepokój. Później, w przerwie pomiędzy zajęciami, rozmawiała z Baśką. Baśka powiedziała jej, że to pewnie przez to, że boi się, iż wszystko może się kiedyś skończyć. I powiedziała jeszcze, że wszystko się przecież kiedyś kończy. Róża pomyślała, że tak właśnie mówią ludzie zazdrośni. Ale, choć Baśka była jej najlepszą przyjaciółką i mówiły sobie absolutnie wszystko, to tego, co Róża pomyślała, wyjątkowo Baśce nie powiedziała.

Chwila paniki silnie kojarzyła się Róży z jakimś przedmiotem, nie potrafiła go jednak rozpoznać. Chciała już być u Tomka, w domu.

– Czy ty słuchasz tylko tego Cale’a? – zapytała, śmiejąc się, kiedy zabierał od niej płaszcz.

– Tylko – powiedział dobitnie i włożył jej kapcie, przytrzymując stopy tak, jak kowal przytrzymuje kopyta podkuwanego konia. Koń wierzgnął, ale dał się podkuć.

Tamtego dnia Róża pożyczyła Tomkowi swoją ulubioną książkę. Nie lubił czytać, ale obiecał, że dla niej zrobi wyjątek, nawet pomimo tego, że książka była strasznie gruba: Alchemia pożądania, Tarun J Tejpal, 504 strony. Potem obejrzeli komedię, ale tylko do połowy.

Leżąc obok Tomka, Róża myślała o tym, że skoro czas może wydłużać się do tyłu, to powinien móc także do przodu. Moment ich pierwszego spotkania stał się już dla niej tak odległy, że prawie zacierał się w pamięci. Tak samo będzie w drugą stronę, marzyła. Potem poszukała ręką pod łóżkiem, ale było pusto. Sięgnęła do włącznika światła. Kiedy zrobiło się jasno, spojrzała na podłogę. Zimny dreszcz przebiegł ją po plecach – to samo przerażenie, co na wykładzie.

Stały obok siebie. Obite granatowym welurem, przeszytym żółtą nitką. Bez nosków. Rozmiar 38. Podeszwa pod piętą lekko podniesiona. Wewnątrz materiał śliski i mocno wyrobiony. Ciemny ślad w kształcie stopy.

Róża słyszała od znajomych, którzy ich ze sobą poznali, że wcześniej Tomek spotykał się z wieloma dziewczynami. Nigdy jednak z nim o tym nie rozmawiała. Teraz zobaczyła ślady tych dziewczyn na kapciach, długo i sukcesywnie odciskane w granatowym materiale. Ślady życia. Namacalne dowody istnienia.

Obrzydliwe – czy to dlatego postanowiła, że nigdy więcej ich nie założy? Długo o tym myślała. Chodziło jednak o coś zupełnie innego. Róża przestraszyła się, że kapcie wciągną ją w zamknięte koło wydarzeń, że również ona stanie się jedną z tych dziewczyn, które bezwolnie tłoczyły ślady swoich stóp w granatowym welurze. Dla tamtych nie było już ratunku – ich czas się skończył. Zostawiły swoje odciski niby przestrogę.

– Te twoje są niewygodne – powiedziała, kiedy przy następnym spotkaniu wyjęła z torebki parę zielonych klapek. Pachniały syntetyczną nowością. Tomek zdziwił się, ale niczego nie komentował. Wydawało się, że w gruncie rzeczy było mu to zupełnie obojętne.

W klapkach Róża czuła się jednak dość nieswojo. Tak jakby nie były przystosowane do chodzenia po podłodze tego mieszkania. Może każda powierzchnia toleruje tylko określony rodzaj obuwia – tak jak, na przykład, powierzchnia księżyca pozwala po sobie chodzić jedynie w kosmicznych, bufiastych butach? Róża postanowiła mimo wszystko przezwyciężyć te niedogodności i nauczyć skostniałe środowisko współżycia z nowymi klapkami.

Wpadła w panikę, kiedy chciała założyć je kolejnym razem.

– Co to znaczy, że nie możesz ich znaleźć?! Przecież wkładałam je do szafki.

Tomek wyglądał na mocno zdezorientowanego. Przeszukali szafkę, potem kolejną, następnie przedpokój. Wreszcie całe mieszkanie.

– Mogłabyś pracować w Urzędzie Bezpieczeństwa. Wywróciłaś mój dom do góry nogami. Zaglądałaś w miejsca, do których ja nie zaglądałem od lat. Znalazłaś takie, o których nie miałem pojęcia, że w ogóle istnieją.

– I gówno.

– Masz, stopy ci zmarzną.

– Nie chcę tych kapci.

– Ale co za różnica?

– Idę do domu.

Baśka powiedziała, że kryzysy się zdarzają. Powiedziała też, że kryzysy zwykle wzmacniają związki, kiedy tylko się przez nie przebrnie. Róża pomyślała, że tak właśnie mówią ludzie zazdrośni, gdy słyszą, że tym bardziej szczęśliwym zaczyna się gorzej wieść; wtedy zazdrośnicy dają im jeszcze odrobinę nadziei, jednocześnie zacierając ręce na rychłe nieszczęście. Ludzie potrafią być zazdrośnikami nawet wtedy, kiedy są najlepszymi przyjaciółmi, którym mówi się prawie wszystko.

Spotkania w mieście sprawiły, że Róża znów zaczęła myśleć o pisaniu pamiętnika. Odrodzenie, szczebelek po szczebelku. Powolny, naturalny bieg zdarzeń, wprost do mieszkania Tomka. Kiedy już się tam znaleźli, Róża stwierdziła, że może chodzić w czymkolwiek, nawet w tych cholernych kapciach, byleby tylko po jego podłodze. Zakładając je, poczuła, jak chłodny welur scala się z jej skórą. Tym razem postanowiła przezwyciężyć samą siebie – przecież to nie było jakieś wielkie poświęcenie.

Jednak za każdym razem, gdy przychodziła do Tomka, obawiała się momentu, kiedy poda jej kapcie. To uczucie było podobne do tego, które towarzyszy dzieciom przed szczepieniem. Strach, aż do chwili, kiedy obca substancja zostanie wstrzyknięta w żyłę. Później pojawiał się spokój.

Róża czuła, jak jej życie, w rytmie leniwego bluesa, zostaje uwikłane w fatalną spiralę. Każdy jej krok zapisywał się na wewnętrznej stronie kapci. Zagłębiała się w miękki welur, bezwładnie dając się mu pochłonąć. Czekała na moment, kiedy granatowa kipiel z powrotem wypluje ją na powierzchnię. Przyszłość przestała być rozciągliwa.

Dlatego, kiedy Tomek powiedział, że dotarli do końca, odebrała to ze spokojem. Wydawało się, jakby było jej to zupełnie obojętne. Mogła już zdjąć kapcie.

Tego samego dnia, wieczorem, Róża pojechała do Baśki. Baśka powiedziała jej, że rozstania się czasem zdarzają. A właściwie zdarzają się zawsze. Nadmieniła również, że zwykle prowadzi to wielu przykrych rzeczy. Róża ucieszyła się w myślach, że ma tak oddaną przyjaciółkę, która jest przy niej, zarówno kiedy jej się wiedzie, jak i wtedy, gdy zdarzają się gorsze chwile. Potem Róża upiła się do nieprzytomności i na kilka godzin o wszystkim zapomniała.

Po tygodniu zadzwoniła do Tomka i zapowiedziała, że chce przyjechać po swoje rzeczy. Coś jej jednak wypadło w umówionym dniu, dlatego zadzwoniła ponownie i zapytała po prostu, czy Tomek popołudniami jest w domu – trudno jej było dokładnie określić, który dzień będzie jej pasował. Powiedział, że może wpaść, kiedy chce.

Przyjechała dwa dni później. Tomek otworzył jej drzwi. Wyglądał na zaskoczonego. Róża też była zaskoczona, kiedy na wieszaku zobaczyła szary damski płaszcz. Tomek kulturalnie zaprosił ją do środka. W pokoju siedziała Anita, filigranowa blondynka o oczach tak rzewnych, że sprawiały wrażenie, jakby cała jej postać przesłonięta była mgłą. Na stopach miała granatowe kapcie. Z adaptera leciał J.J. Cale. Kolejne wersy Róża znała na pamięć. Tomek dał jej worek, do którego zapakował wszystkie rzeczy.

W tramwaju Róży wydawało się, że wszyscy się na nią gapią. Po czym to poznawali: po oczach, po bladości, po kącikach ust? W domu otworzyła worek. Wyjęła z niego Alchemię pożądania Taruna J Tejpala, jej ulubioną książkę, oraz zielone klapki, wyglądające na zupełnie nowe. I jeszcze kilka drobiazgów.

Rozmowa z autorami nominowanymi w 2019 do Nagrody Gombrowicza. Jednym z nich był Jakub Tabaczek.

Jakub Tabaczek – pisarz, psycholog. Studiował na Uniwersytecie Wrocławskim i Jagiellońskim. Prowadzi zajęcia z psychologii. Mieszkał w Hiszpanii, ostatnio jeździ do Indii. Publikował w TwórczościOdrze i innych pismach literackich. Trzykrotny finalista konkursu w ramach Międzynarodowego Festiwal Opowiadania.