Do kokonów marsz – recenzja “Przeszłości chwili obecnej”

Janusz Rudnicki w jednym z wywiadów mówił, że przeszłość jest dla niego tak mocno obecna i namacalna, że wydaje mu się, gdy jest w jakimś mieście, w którym kiedyś mieszkał, że przeszły świat wciąż tam istnieje, że wciąż może wejść do tamtej kamienicy, do tego mieszkania, i jego stara egzystencja będzie na niego czekać, szczelnie zamknięta niczym w kulce z formaliną. Paulina Adamczyk i jej „Przeszłość chwili obecnej” są całkowicie na innej planecie niż wulgarny autor „Śmierci czeskiego psa”, ale jedno ich łączy – przeszłość nigdy im nie odpuści.

Dla kultur plemiennych wszystko sprawiało wrażenie widzialnej lub duchowej manifestacji tego, co było przed nimi. Autorka w swoich wierszach nie hołubi przodków, ale rekwizyty, stare uczucia, kruche relacje. Zdjęcie, przedmiocik, zapach, ponownie odwiedzone miejsce wytwarzają u jej bohaterki mocne imersyjne stany głębokich wspomnień. Nie jest to jednak silnie oddzielona od teraz przeszłość, ale ciągłość trwania – zdjęcie nie uruchamia tylko mglistych reminiscencji, to zdjęcie jest teraźniejszością, jest ciałem.

Sporo się mówi ostatnio o mądrości ciała, systemie sterowania poddanym innym zasadom niż logika i namysł. Taka jest ta bohaterka, swoje intuicje, emocje, empatie wyprowadza z somatycznego obcowania w przestrzeni, z włóczenia się i szwendania po parkach, budynkach, mieszkaniach i ludziach. Spalony wesołek z „Samotnych”, którego grał Jiří Macháček, twierdził, że u każdego, w każdej relacji, coś zostawiamy, kawałek swojej substancji, energii, ducha. Przestrzegał później przed tym, aby uważać i za bardzo się w życiu nie rozdrabniać, bo kiedyś nic z nas nie zostanie, wszystko niefortunnie rozdamy, a na samym, samym końcu robaczy syndyk dobierze się do reszty masy upadłościowej. Podobne myśli wydaje się mieć autorka w swoich czułych wersach. Mówi jakby o tym, aby uważnie stawiać kroczki, a gdy zdarzy nam się niefortunne rozdanie, chociaż o nim mocno pamiętajmy, przeróbmy przeszłość, aby zachować w tym wszystkim coś dla siebie.

Może to jej urok, może to kapitalizm? A może polska zima? Na kartach „Przeszłości chwili obecnej” niczym refren pojawia się potrzeba zawinięcie do portu, wstąpienie do swojego małego kąta, domu, który wizualizowany jest niczym baza do rozmyślań. Na zewnątrz wichury, plucha i słota, a wewnątrz myśli, przeglądanie zdjęć i poszukiwanie ciepła. Kto nie wykona pewnych ruchów zabezpieczających, nie zaprojektuje sobie schronu podczas polskiej zimy, w kwietniu co najwyżej może strzelić sobie w łeb. Łasice i borsuki przygotowują nory, aby przeczekać mrozy. Ucieczki, chowanie się w kokon mogą mieć różne wymiary. Można uciec w streaming albo w przesterowaną Młodą Polskę. Adamczyk wybiera przycupnięcie na kartkach, w czule leciwym świecie, który kojarzy się z werandami, fotelem, „wąska sienią, gdzie będziemy rozkładać mokre parasole”, z recytacją. Jest to dość świadome wejście w podobną dykcję, ale z brakiem potrzeby rozpylania ironii, która gryzłaby metafory dopełniaczowe i mocną uczuciowość. Adamczyk używa bardzo niebezpiecznego rekwizytorium: przyroda, jesienne liście, kartki papieru. Emocje, myśli, doznania czytane są tu poprzez zmiany krajobrazu. Wyjście z twarzą z tak standardowego poetyckiego rozdania to nie lada sztuka, ale autorce się to udaje, bo jest po prostu swojska i szczera, nie boi się prostoty i rzewności.

Przyszło mi do głowy, że taki zbiór wierszy mogłaby napisać Amélia Poulain. Sensualność, uczuciowa odwaga, poszukiwanie magii w okruchu i pyłku, próba spojrzenia na codzienne rutyny w zupełnie niestandardowy sposób. Adamczyk bardziej przypadła mi do gustu w momentach, gdy otwiera się na współczesną rzeczywistość językową, czy też jest nowofalowo zaangażowana, tropiąc metafory nawet w prozaicznej gazetce, którą wyłożony jest kubeł na śmieci. Dokładając do tego jednak jej szczerą uczuciowość i eteryczność, z dużą łatwością można uwierzyć w „Przeszłość chwili obecnej” i cieszyć się tym zbiorem w trudnych czasach smogu i zmarzliny. 

Honza Kryl