Człowiek-książką – recenzja “Femme. Parafrazy z pamięci”

W „Femme. Parafrazie z pamięci” większość wierszy mimowolnie, tematycznie zahacza o sam tekst, poetycką produkcję, akt twórczy, środowisko literackie, interpretacyjne procesy dokonujące się w głowach krytyków i czytelników, osadzenie w literackich strukturach, o samo wydawanie książek – ze zbitej masy myśli tworzy się przedmiot z papieru o nadanym numerze ISBN.

Biorąc pod uwagę wykształcenie autora (filologia polska) i jego płodność (prawie dziesięć książek w kilka lat) podobna autotematyczność, która skrzy się na większości stron tomiku, nie może dziwić. Maksymilian Tchoń zanurzony we własnym basenie z drinkiem w dłoni konstruuje swój świat. Nie są to próby dogodzenia odbiorcom poprzez podawanie im na talerzyku materiału do utożsamienia, obiektywnego piękna czy humorystycznych wstawek. Tchoń postanawia zwierzyć się poprzez wersy ze swojej manii, ze swojego mocnego wrośnięcia we wszystko to, co poetyckie. Zamiast życiowych marzeń, codzienności, planów, międzyludzkich kontaktów jest tylko nadanie, odbiór, części mowy, metafory, nowe kombinacje, poetyckie aktualności i ciągła chęć pisania inaczej i dla kogoś innego. Zamiast oddechu, układu krążenia, serca i skóry – obwoluta, strony, recenzje, cytaty, wyimki, nowe interpretacje, isbn’y. Podmiot liryczny zdaje sobie sprawę, że fechtuje prawie w próżni, nie dociera do milionów, ale mimo wszystko owładnięty tajemniczą kosmiczną energią musi uprawiać swoją poetycką orkę. Nie ma już żadnych alternatyw i złudzeń, wie tylko, niczym Gombrowicz, że „musi być pisarzem, nie może nie być pisarzem, już nic, oprócz literatury, nie może go zbawić, poza nią jest tylko godnym pogardy dziwakiem, cherlakiem, kimś zwichniętym i upokorzonym”.

Tu i ówdzie pojawiają się w tomiku inne rejestry. Mamy trochę boga, kraju, miłości, małych obserwacji, kolaży z cytatów, piosenek egzystencjalnych. „Femme” wydaje się ciekawsza w momentach cierpkich, trzeźwych ocen poetyckiej mitręgi, dekonstruując mity narosłe wobec literatury, wtedy gdy autor rozgrywa sam ze sobą partię szachów, aby odpowiedzieć na pytanie, czy produkcja poetycka ma jakikolwiek sens. Gdy siedzi zaś w czułości, emocjach i balladowych klimatach, tomik staje odrobinę gorszy, choć i tutaj zdarzają się ciekawe, nawiązujące do Herberta, konstatacje, takie jak ta, że w życiu pewną wartość mają tylko krótkie wzruszenia, a całą resztą zajmą się i tak „łobuzy od historii”.

Interesująca jest wielokrotna repetycja motywów kosmicznych, wtrętów o drzewach i nadużywanie słowa „pointa”, zapisywanego często jako „puenta”. W bardzo luźnej interpretacji na planie trójkąta moglibyśmy rozrysować kosmos jako jeden wierzchołek, z którego płynie natchnienie, drzewo jako materiał na kolejne tomiki oraz pointę/puentę, będące potrzebnym zakończeniem procesu. Jednak nawet pointy przez różny styl zapisu sugerują, że znaczenie, wartość, interpretacja rozpłyną się bardzo szybko i będę mogły stać po chwili w zupełnym do siebie przeciwieństwie.

Tchoń w swoim tomiku opowiada o specyficznym gatunku człowieka, który zrzeka się życia i zamieszkuje niczym insekt między stronami. Jeśli żeń-szeń to człowiek-korzeń, musiałoby istnieć także słowo z dalekich dialektów opisujące człowieka-książkę. „Femme. Parafraza z pamięci” rozpoczyna badania nad tym terminem i jego dokładną definicją.

Andrzej Turo