28 przyjemnych historii – recenzja “Bałkańskiego szkicownika”

W książce „Powiedz mi swoje imię” Mariola Mikołajczak opowiadała historie z bułgarskich Rodopów. W „Bałkańskim szkicowniku” jej zainteresowania rozszerzają się, fabuły krótkich historii anektują kolejne krainy i kraje. Przemierzamy starymi autobusami, busami, pociągami i zdezelowanymi autami Albanię, Macedonię, Czarnogórę, Kosowo, Serbię, Turcję i znów Bułgarię. To właśnie ten kraj oraz Turcja wydają się narratorce najbliższe, opowiada o nich najcieplej, sprawiają wrażenie krain chaotycznie uporządkowanych, wybranych, wartych szacunku i odwiedzenia; chociaż autorka od czasu do czasu wbija Bułgarii szpilki, głównie w kwestii utraty wielowiekowego charakteru oraz zbyt mocnego włączenia się kraju w kapitalistyczny taniec. W całym „Bałkańskim szkicowniku” unosi się przyjemne, wcale nieckliwe, wspominanie „bardziej prawdziwej” przeszłości, która była niedawno tuż za rogiem, w na poły mitycznych, owianych burym kurzem, latach 90-tych. Czasem bohaterka traci idealistyczną niewinność, obserwując zniszczone cerkwie, na miejscu których wyrastają apartamentowce, lub średniowieczne freski zamalowane lateksową białą farbą.

Mimo że narratorka opowieści nie jest skupiona na oddawaniu swoich myśli i odczuć, chowając się za światem, który relacjonuje, jest interesująca – może właśnie przez skromność, bezpretensjonalność i wycofanie się z przesadnego manifestowania swojego ja. Często wypowiadająca się w pierwszej osobie, choć czasem przedstawiana w trzeciej, nastawiona jest na relacjonowanie świata, rysowanie go na użytek odbiorcy. Zastanawiające jest, gdzie kończy się w „Bałkańskim szkicowniku” prawda, a rozpoczyna fikcja; gdzie zmyślenie znów staje się prawdziwą historią. Narratorka-bohaterka wydaje się być jedną osobą, bliską autorce. Wiemy o niej tyle, że zajmuje się pracą na uczelni, pali papierosy, nie lubi być bezradna, nie lubi zabijania zwierząt oraz testów z gotowymi odpowiedziami, a wszystko, co dla niej najlepsze, zaczęło się w Płowdiwie. I tu mógłbym zaryzykować tezę, że Mariola Mikołajczak spisywała historie prawdziwe w pierwszej osobie, a te mniej realne, wyobrażone czy metaforyczne w trzeciej, przekazując bohaterce swoje cechy i myśli o świecie.

Głównym plusem tej książki jest odpowiednie wyważenie historii. Nie mamy suchych naukowych wywodów lub blogopodobnych trywialnych opowiastek turystycznych. Autorka sprytnie, w duchu swojskiego opowiadacza o ludzkim podejściu, łączy powagę ze śmiechem, smutek z nadzieją, wysokie tematy z krótkimi codziennymi anegdotami. Czytelnik może rozgościć się w rozpisanych na rozdziały Bałkanach, dowiedzieć się czegoś o tamtym świecie, zasmucić się i zaśmiać. Jeśli najważniejszym zadaniem literatury jest jej możliwość wpływania na myśli, decyzje i zainteresowania ludzi, Mariola Mikołajczak spisała się na medal. Czytelnik chce odwiedzić miejsca oddane z czułością i polotem przez autorkę. Ma ochotę odkryć klasztory ukryte w wysokich górach, cerkwie, zapomnianych rękodzielników ludowych, Jezioro Ochrydzkie czy Stambuł, aby zderzyć świat ze „Szkicownika” z własnymi przygodami. Autorka jednak w jednej z opowieści o greckich Salonikach mówi z żalem, że zapatrywania, mity, marzenia, obrazy wyjęte ze źródeł i zderzone z własnym wejściem w świat bardzo często bledną i wywołują w nas niechęć i odczucie bycia oszukanym. Może więc warto przeżyć swoją własną bałkańską historię?

Andrzej Mus